Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Birma jezioro Inle > MYANMAR


jedrzej jedrzej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie MYANMAR / stan Shan / okolice jeziora Inle / trekking - wiejska chata Relacja z naszego pobytu nad jeziorem Inle.

Rano około dziewiątej pod hotel podjechała zamówiona shared taxi, którą mieliśmy się udać do Nyaungshwe nad jeziorem Inle. Był to srary Nissan combi. Po zajęciu miejsc ruszyliśmy. Parę kilometrów dalej, na przedmieściach Mandalaj, dosiadło się starsze birmańskie małżeństwo nasi towarzysze podróży.
Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę było to, że kierownica w Nissanie była umieszczona po prawej stronie. Jak zauważyłem później ponad 90% samochodów osobowych miało nieprawidłowo zamontowaną kierownicę. Birma jest jedynym z niewielu krajów w tym rejonie Azji gdzie obowiązuje ruch prawostronny. Do 1970 roku ruch odbywał się lewą stroną drogi. Zmiana nastąpiła wskutek dekretu Ne Wina ówczesnego przywódcy junty. Historia tej decyzji jest kuriozalna. Rządy junty doprowadziły gospodarkę Birmy na skraj przepaści. Ne Win wezwał swojego astrologa i zadał mu pytanie co należy zrobić, aby uzdrowić sytuację. Otrzymał odpowiedź, że należy pójść bardziej w prawo (chodziło oczywiście o odpowiednie zmiany w gospodarce). Dyktator nakazał zmienić ruch na prawostronny. W kraju, w którym prawie wszystkie samochody są sprowadzane z Japonii czy Tajlandii gdzie obowiązuje ruch lewostronny taka decyzja była bezsensowna. Ta historia jest o tyle ciekawa, że pokazuje sposób rządzenia junty.
Dystans, który mieliśmy do pokonania wynosił tylko 175 kilometrów, ale stan dróg sprawił, że podróż zajęła nam prawie 8 godzin. Stary Nissan powoli pokonywał pasma górskie, wspinając się po wąskiej, dziurawej drodze pod górę aby następnie zjeżdżać w dół po stromych serpentynach. Miejscami szosa zmieniała się w szutrową drogę zamiataną przez kobiety. Było widać, że nasi współtowarzysze podróży często jeżdżą tą trasę. Kobieta dokładnie wiedziała, w której z mijanych przez nas wiosek robić określone zakupy. Korzystaliśmy z takich postojów, żeby rozprostować kości i poobserwować toczące się życie. Do celu dotarliśmy po południu. Tuż przed wjazdem do Nyaungshwe musieliśmy uiścić opłatę obowiązującą zagranicznych turystów, za pobyt nad jeziorem Inle.
Początkowo chcieliśmy z Mandalaj pojechać do Pindaya i tam przenocować. Na zwiedzenie okolic jeziora Inle przeznaczyliśmy trzy dni, dlatego też hotel Mingalar Inn zarezerwowaliśmy na cztery noce. Potem jednak zrezygnowaliśmy z wizyty w Pindaya na rzecz dłuższego pobytu nad jeziorem Inle. W związku z tym chcemy zapłacić od razu za pięć nocy. Niestety pokój, który zarezerwowaliśmy będzie zajęty. Recepcjonistka obiecuje nam znaleźć lokum na piątą noc, ale w tańszej części hotelu.
Nasz pokój znajduje się na parterze piętrowego pawilonu w nowej części hotelu. Jest to duże w pełni wyposażone pomieszczenie. Wewnątrz mamy do swojej dyspozycji wydzieloną część wypoczynkową na zewnątrz taras z leżakami i parasolem przeciwsłonecznym. Pawilon stoi w otoczeniu drzewek ozdobnych, umieszczonych w dużych donicach, na dziedzińcu odgrodzonym od ulicy wysokim murem. W cenie pokoju jest śniadanie serwowane do stolika. W hotelu znajduje się agencja turystyczna, świadcząca pełen zakres usług dla swoich gości.
Po rozpakowaniu bagażu idziemy w poszukiwaniu sklepu spożywczego do centrum Nyaungshwe. Wstępujemy do mijanej agencji turystycznej, żeby sprawdzić ceny wynajmu łodzi motorowej na całodzienną wycieczkę po jeziorze. Ostatecznie decydujemy się na skorzystanie z oferty agencji hotelowej. Ceny są identyczne, ale oferta hotelowa daje gwarancję wyższej jakości wykonania usługi. Po powrocie, zamawiamy w recepcji łódź motorową na jutro.
Rano nasz przewoźnik już czekał na nas przy recepcji. Udaliśmy się za nim na przystań łodzi. Po drodze kazał nam zaczekać, a sam wszedł do szopy stojącej przy ulicy i za chwilę wyszedł z bańką pełną ropy. Przechodzimy przez most nad kanałem prowadzącym do jeziora i jesteśmy w przystani. Przewoźnik tankuje łódkę, ustawia dla nas dwa drewniane krzesła wyłożone kocami. Gdy tylko zajęliśmy miejsca ogłuszył mnie ryk dwutaktowego silnika, najprawdopodobniej chińskiej produkcji. Niestety okazało się, że to silnik naszej łodzi i że ten grzmot będzie nam towarzyszył przez cały dzień. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić i wkrótce głośna praca silnika przestała mi przeszkadzać.
Płyniemy kanałem łączącym Nyaungshwe z jeziorem. Mijamy stojące po obydwu stronach domy zbudowane na palach. Gdy wpływamy na jezioro Inle słońce już wzeszło, ale po wodzie wciąż snują się poranne mgły. Zaczyna być mi zimno, ubieram więc ortalionową kurtkę a nogi przykrywam kocem.
Na początku podpływamy do pływających pól, na których są uprawiane pomidory. Pola znajdują się na siatkach przytwierdzonych do tyczek wbitych w dno. Przypominają mi chinampas, które oglądałem w Xochimilco w Meksyku.
Kolejnym celem jest wioska Ywama, gdzie cumujemy przy wytwórni wyrobów ze srebra. Nie jesteśmy zbyt zainteresowani oferowanymi wyrobami i prosimy naszego przewoźnika, żeby zawiózł nas do centrum wioski. Podpływamy pod sklep z pamiątkami. Nasz przewodnik wygląda na bardzo zdziwionego gdy mijamy wejście do sklepu i kierujemy się w głąb wioski. Podąża za nami, ale po pewnym czasie rezygnuje. Widocznie większość turystów ogranicza swoje wizyty tylko do zakupów i nie zakłóca życia mieszkańców.
Ywama robi wrażenie dość biednej. Drewniane domy stoją na palach i mają ściany wyplatane z ratanu. Konstrukcja taka jest niezbędna w porze deszczowej, gdy poziom wody w jeziorze znacznie się podnosi. Wyposażenie wnętrz jest więcej niż skromne. Kilka koców leżących na podłodze, jakieś naczynia czasem regał. Prawie w każdym domu znajduje się mały sklepik z podstawowymi artykułami. Idziemy wąską ścieżką. Często przekraczamy kanały po ułożonych deskach pełniących rolę kładek. W końcu dochodzimy do klasztoru, który widzieliśmy z łódki, gdy wpływaliśmy do wioski. Sam klasztor nie robi specjalnego wrażenia, ale jest otoczony przez biało – złote stupy ufundowane przez wiernych, pragnących w ten sposób poprawić swoją karmę. Całość prezentuje się bardzo malowniczo. Do łódki wracamy tą samą drogą.
Z Ywamy płyniemy do Nom Pan wioski zbudowanej na jeziorze. Domy identyczne jak w Ywamie stoją w wodzie, żeby odwiedzić sąsiada należy skorzystać z łódki. Przy każdym domu stoją zacumowane długie i wąskie łodzie o płaskim dnie typowe dla jeziora Inle. Przepływamy przez wioskę, obserwując życie mieszkańców. Gdyby nie hałas wywołany pracą silnika obrazek byłby bardzo sielski. Jedynymi solidnymi obiektami w wiosce są klasztor i stojąca obok pagoda, które oczywiście odwiedzamy.
W Se Kaung village kupuję nóż do swojej kolekcji, a następnie płyniemy odwiedzić Phang Daw Paya, najświętsze miejsce nad jeziorem Inle, gdzie znajduje się pięć posągów Buddy. Na środku olbrzymiej sali stoi na podwyższeniu pięć niedużych figur oklejonych płatkami złota. Zasadniczo trudno się zorientować kogo lub co przedstawiają, gdyż niezliczona ilość przyklejonych płatków złota zatarła ich pierwotny kształt. W czasie, gdy zwiedzaliśmy stupę kilku mężczyzn właśnie pracowicie oklejało posągi listkami. Oglądamy jeszcze łódź królewską, stojącą w hangarze i płyniemy do wioski Indein.
Indein jest położone nad rzeką wpadającą do jeziora. Dotarcie tam łodzią zajęło około godziny. Mijamy kilka małych wiosek leżących po obydwu stronach rzeki. Oba brzegi są połączone drewnianymi kładkami, po których mieszkańcy mogą przejść na drugą stronę. Wzdłuż brzegu pływają płaskodenne, wiosłowe łódki często załadowane plonami do granic możliwości. Częstym widokiem jest bydło zażywające ochłody w wodzie. Obserwujemy również kobiety piorące odzież w rzece lub po prostu myjące się. Generalnie sielskie życie zakłócane hukiem motorówek wiozących turystów.
Nasz przewoźnik twierdzi, że w wiosce będzie trudno zacumować łódkę i wysadza nas kilkaset metrów przed celem. Idziemy lasem wzdłuż rzeki i wkrótce wychodzimy na olbrzymi plac targowy. Dzisiaj jest pusty, ale domyślam się, że tutaj odbywają się słynne ruchome targi nad jeziorem Inle. Dawniej handlowano z łodzi. Obecnie ze względu na duży ruch motorówek targi odbywają się periodycznie w różnych miejscowościach. Z łodzi co najwyżej rybacy sprzedają turystom pamiątki.
Mijamy wioskę i dochodzimy do Shwe Inn Tain Paya. Przy wejściu uiszczam symboliczną opłatę za prawo do fotografowania i wchodzimy pod przykryty dachem pasaż prowadzący lekko pod górę. Wzdłuż pasażu ciągną się stragany. Po obydwu stronach wznosi się las stup. Wszystkie są stare, częściowo zrujnowane, porośnięte roślinnością. Wchodzimy miedzy stupy. W środku każdej z nich została zbudowana mała kapliczka, w której z reguły jest umieszczony posąg siedzącego Buddy. Wejścia do większości kapliczek pokrywają piękne płaskorzeźby. Stupy stoją wśród gęstej roślinności. Wąskie ścieżki prowadzą pomiędzy wysokimi krzewami, tak że odkrywamy sukcesywnie coraz to nowe pagody niewidoczne wcześniej. Jesteśmy zupełnie sami. Przy odrobinie wyobraźni można poczuć się odkrywcą w stylu Indiana Jonesa. Wracamy na pasaż i przechodzimy na drugą stronę. Tutaj również stoją stare stupy, ale przestrzeń jest odkryta i jest ich mniej. Wychodząc z założenia, że takie magiczne miejsca należy oglądać kilkakrotnie, postanawiamy zjeść obiad i wrócić tu jeszcze raz.
Obiad jemy w jednej z dwóch restauracji, które zauważyliśmy wcześniej. Wracamy z powrotem do Shwe Inn Tein Paya. Przy wejściu muszę się wykłócić z kasjerem, który drugi raz chce skasować opłatę za prawo do fotografowania.
Tym razem idziemy bezpośrednio do głównej pagody mieszczącej się na końcu pasażu. Chwilę podziwiamy posąg Buddy i zagłębiamy się między stupy. Tutaj jednak wiele z nich jest nowych lub odrestaurowanych. Są biało złote i wyglądają dokładnie tak jak te, które oglądaliśmy w Ywamie lub innych wioskach nad jeziorem. Przy podstawie każdej „nowej” stupy jest umieszczona tabliczka z nazwiskiem i krajem pochodzenia fundatora. Przeważają takie kraje jak Singapur, Korea Płd czy Tajlandia. Jeżeli są to nowe stupy, to wszystko jest w porządku, ale jeżeli w ten sposób „odnawiają” stupy kilkusetletnie, to szkoda. Chociaż z drugiej strony należy pamiętać, że to co dla nas jest zabytkiem, dla mieszkańców Birmy jest obiektem kultu religijnego. Dlatego chcą aby reprezentował się jak najkorzystniej. Wracamy do łodzi i płyniemy do ostatniej z zaplanowanych na dziś atrakcji; Klasztoru Skaczącego Kota.
Klasztor ten jest znany z wytresowanych przez mnichów kotów, skaczących przez obręcze. Wyczynami kotów nie byłem zbytnio zainteresowany, nie lubię tresury zwierząt, ale chciałem obejrzeć wewnętrzny wystrój klasztoru, o którym słyszałem że jest niestandardowy.
Naszą całodniową wycieczkę po jeziorze zakończyliśmy, obserwując zachód słońca i pracę rybaków. Był to nasz piąty dzień pobytu w Birmie i czwarty obserwowany zachód. Znikające za górami słońce rozświetliło całe jezioro na złoto. Czarne postacie rybaków, wiosłujących przy pomocy nóg i wybierających z wody sieci, prezentowały się bardzo malowniczo. Gdy spektakl dobiegł końca wróciliśmy na przystań.
Na recepcji dowiadujemy się, że jest chętna osoba na wspólne wynajęcie taksówki do Kakku na jutro. Umawiamy się z recepcjonistką, że wyjedziemy o pół do dziewiątej.
Rano po śniadaniu meldujemy się na recepcji. Naszą współtowarzyszką jest Francuska, podróżująca samotnie po krajach Półwyspu Indochińskiego.
Przejazd samochodem osobowym z Nyaungshwe do Kakku zajmuje dwie godziny. W połowie drogi mijamy stolicę prowincji Shan, Taunggyi, gdzie zatrzymujemy się na krótki postój. Chcemy odwiedzić targowisko miejskie i ewentualnie kupić jakieś owoce. Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymujemy się ponownie. Tym razem przyczyną postoju jest targ bydła, odbywający się przy drodze. Chwilę obserwujemy handlujących chłopów, robię kilka zdjęć i ruszamy w dalszą drogę.
W Kakku jesteśmy o jedenastej. Z oddali widać las stup. Podobno jest ich 2476, ale osobiście tego nie sprawdziłem. Pierwsze stupy zostały wybudowane przez emisariuszy cesarza hinduskiego Asioki w III wieku p.n.e. Potem przez ponad dwa tysiące lat powstawały kolejne fundowane zarówno przez birmańskich władców jak i przez tych wszystkich, którzy chcieli „zgromadzić więcej zasług.”
Wchodzimy między pagody. W odróżnieniu od tych z Indein stoją w równych szeregach, pomiędzy którymi są wytyczone alejki. Każda ze stup zawiera małą kapliczkę z umieszczonym w niej posągiem Buddy. Chociaż z daleka wyglądają podobnie w rzeczywistości różnią się płaskorzeźbami zdobiącymi ich frontony, posążkami Buddy i innymi szczegółami. Przed niektórym stoją posągi mitycznych stworów, mające na celu odstraszanie złych duchów. Wiele ze stup jest odnowionych, w tym przypadku przy podstawie znajduje się tabliczka z danymi fundatora. Naszemu spacerowi między stupami towarzyszy delikatny dźwięk małych dzwoneczków poruszanych wiatrem, rozwieszonych na koronach zdobiących wierzchołki pagód. Po godzinnym zwiedzaniu opuszczamy teren i oddalamy się około sto metrów. Widok z tej odległości najbardziej zostaje w pamięci. Wysokie na dziesięć metrów stupy wydają się z tego miejsca większe a ich ilość robi duże wrażenie.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się, aby poobserwować mecz w sokkera (azjatycka odmiana piłki nożnej) toczący się na przydrożnym boisku. Przejeżdżając przez Taunggyi prosimy kierowcę, żeby zawiózł nas na obiad. W zacienionym ogródku położonej na przedmieściach miasta restauracji zjadamy smaczny posiłek.
W hotelu jesteśmy po trzeciej. Popołudnie spędzamy, opalając się na tarasie naszego pokoju. W recepcji dowiadujemy się, że znalazł się dla nas pokój na piątą noc. Zamawiamy również na jutrzejsze popołudnie wycieczkę canoe po kanałach otaczających Inle. Wieczorem idziemy na spacer po Nyaungshwe a potem na kolację do stylowej restauracji Htoo Htoo Aung.
Całe przedpołudnie poświęcamy na zwiedzenie Nyaungshwe. Odwiedzamy dwie pagody, targ miejski oraz sklep z pamiątkami. Spacerujemy po zatłoczonych uliczkach, obserwując toczące się na nich życie. Wycieczkę kończymy przy pomniku Nata, znajdującym się na rogatkach miasta. Chwilę odpoczywamy na malutkim skwerku przy pomniku i wracamy do hotelu.
W recepcji załatwiamy dwie sprawy. Po pierwsze kupujemy bilet autobusowy do Nyaung OO na pojutrze rano. Rezerwujemy również na jutro jednodniowy trekking po otaczających Inle wzgórzach. Do wyboru mamy kilka opcji. Wybieramy trekking, kończący się przy jeziorze i powrót motorową łodzią do Nyangshwe. Obiad jemy w polecanej przez przewodnik restauracji Green Chilli Restaurant.
Wczesnym popołudniem opuszczamy hotel w towarzystwie pary z Włoch, która podobnie jak my wykupiła wycieczkę canoe. Na przystań, położoną za Nyaungshwe, prowadzi naszą grupę pracownik hotelu. Na miejscu okazuje się, że będzie on jednym z przewoźników. My wsiadamy do jego canoe. Włosi do łódki, którą będzie prowadziła czekająca na nas, na przystani Birmanka. Canoe, to wąskie, płaskodenne czółno sterowane przy użyciu jednego wiosła, przez osobę znajdującą się na rufie.
Wypływamy kanałem biegnącym początkowo wzdłuż szosy. Nasz przewoźnik, stojąc na rufie, wiosłuje przy użyciu nogi. Jest to typowy dla Inle sposób wiosłowania. Oczywiście wykorzystuję sytuację i nakręcam krótki film. Zresztą po chwili przewoźnik siada i zaczyna wiosłować w sposób tradycyjny.
Skręcamy w prawo i płyniemy między polami. W oddali widać wioskę i duży klasztor. Wioskę tworzyły domy zbudowane na palach, stojące wzdłuż rzeki. Między chatami krzątały się kobiety. Wokół biegały dzieci. Stado bydła kapało się w rzece. Był to obrazek autentycznego życia ludu Inthein zamieszkującego te tereny. Płyniemy dalej kanałem o brzegach porośniętych szuwarami, wśród których często widać zażywające kąpieli bydło. Mijamy wyładowane plonami łódki tubylców, wracających do swoich domów. Wszędzie panuje niczym nie zmącona cisza. Zupełnie inaczej niż na hałaśliwym jeziorze.
Dopływamy do niedużego klasztoru zamieszkałego przez jednego mnicha. Jest to starszy człowiek. Przyjmuje nas bardzo serdecznie i zadziwia swoją wiedzą zarówno na temat najnowszej historii Polski jak i Włoch. Zapytany o źródło tej wiedzy, mówi że ma radio zasilane bateriami. Opuszczając klasztor zostawiamy dotację na konserwacją tego zabytku.
Po trzech godzinach jesteśmy z powrotem na przystani canoe, a pół godziny później w hotelu. Wieczorem tradycyjny spacer po Nyaungshwe.
Po śniadaniu jesteśmy gotowi na spotkanie z okolicznymi wzgórzami. Przewodnik już czeka na nas przed hotelem. Najpierw idziemy pieszo, ale po przejściu kilkuset metrów zatrzymujemy tuk-tuka, żeby podwiózł nas do wejścia na szlak.
Szlak, to szeroka, piaszczysta droga wspinająca się łagodnie pod górę. Po obu jej stronach rozciągają się widoki na porośnięte wzgórza i pola uprawne. Wśród drzew dominują manganowce i bananowce o charakterystycznych długich liściach. Krajobrazowo teren nie wprawia w zachwyt. Głównymi powodami wyboru przez nas tej okolicy na miejsce trekkingu były możliwość odwiedzenia skalnej Groty Medytacyjnej oraz wiosek ludu Pa-O. Nie bez znaczenia był również czynnik zdrowotny. Po tygodniu intensywnego zwiedzania, należał się nam kilkugodzinny spacer po świeżym powietrzu.
Wkrótce dochodzimy do pierwszej wioski. Po obydwu stronach drogi stoją zbudowane na palach chaty o ścianach wyplatanych z ratanu. W niektórych domach między palami są zamontowane klatki, w których znajduję się świnie ewentualnie drób. W innych, część dolna została obudowana i służy jako suszarnia kukurydzy. Kukurydza jest główną uprawą w tym górskim terenie a w czasie, gdy tam byliśmy przypadały właśnie żniwa.
Między domami widać bawiące się dzieci, chociaż często to nie zabawa, tylko praca. Niektóre maluchy pchają przed sobą urządzenie, przypominające odpustową zabawkę z mojego dzieciństwa. Krótka poprzeczka z dwoma kółeczkami jest zamontowana do długiego kija. W górnej części kija jest poprzeczna rączka do pchania a na końcu jest przymocowana pętla z materiału lub skóry. Po włożeniu ręki, pętlę można umieścić na barku, co powoduje, że kij nie opada na ziemię nawet wówczas gdy się go nie trzyma za rączkę. Do kija jest przytwierdzona na krótkim sznurku półtoralitrowa butelka. Urządzenie to służyło do transportu wody. Dzieci pracowicie woziły wodę z kranu wybudowanego w centralnej części wioski do swoich domów. Należy tu wspomnieć, że wszystkie mijane przez nas miejscowości były pozbawione energii elektrycznej.
Tuż za wioską mijamy pole odsadzone różami. Na nasz widok Birmanka pracująca na tym polu przerywa pracę, zrywa jedną różę, podchodzi do nas i ofiarowuje ją Ani. Było to bardzo sympatyczne.
Idziemy dalej. Znad gór zaczyna się podnosić poranna mgła i przebijają się promienie słońca. Robi się coraz cieplej. Po drodze mijamy starszego mnicha, idącego boso ze swoim żebraczym kociołkiem i wkrótce dochodzimy do Groty Medytacyjnej.
Żeby wejść do środka wspinamy się po betonowych schodach. Przy samym wejściu mijamy biało-złotą stupę. Wnętrze tworzy ogromna sala, w której znajduje się kilka ołtarzy z umieszczonymi na nich posągami przedstawiającymi siedzącego Buddę. W centralnej części sali, po prawej stronie, są widoczne kamienne schody prowadzące w dół. To nimi mnisi schodzą do zupełnie ciemnej części groty, gdzie mogą w całkowitej ciszy i odosobnieniu oddawać się medytacji. My przechodzimy przez grotę i kontynuujemy naszą wspinaczkę.
Po drodze przewodnik zwraca naszą uwagę na mijane krzewy czy drzewa charakterystyczne dla tego obszaru. Często mijamy pola kukurydzy gdzie widać pracujących wieśniaków. Słońce świeci wysoko i widoczność jest znakomita. Wchodzimy na wąską ścieżkę porośniętą z obydwu stron krzewami o pięknych dużych, czerwonych kwiatach, która doprowadza nas do wioski.
W wiosce przewodnik proponuje zjedzenie obiadu. Uzyskawszy naszą zgodę, podchodzi do kobiety siedzącej przed mijanym przez nas domem, i chwilę z nią rozmawia. Następnie gestem reki zaprasza nas do środka domu. Jesteśmy mile zaskoczeni. Nie spodziewaliśmy się zupełnie takiej atrakcji, że będziemy mogli nie tylko obejrzeć wnętrze wiejskiej chaty, ale również uczestniczyć w przygotowaniu posiłku.
Dom jest dość duży, zbudowany na palach o ścianach wyplatanych z ratanu. Plecionka tworzy wzór składający się z jasnych i ciemnych rombów. Okna na piętrze nie posiadają szyb, ale są zaopatrzone w okiennice. Część dolna jest obudowana. Na dużych płachtach suszy się tutaj kukurydza. Wchodzimy po drewnianych schodach na pierwsze piętro. Po prawej stronie zauważam małe pomieszczenie, w którym stoją garnki, talerze i inne naczynia. Po lewej stronie schodów znajduje się pokój dzienny. Jest to największe pomieszczenie w całym domu. Jego umeblowanie jest bardzo skromne. Przy jednej ścianie stoi regał, na półkach którego poukładano jakieś drobiazgi, przy drugiej kilka worków z ryżem oraz drzwi prowadzące do kuchni. Nad workami wiszą dwa plakaty. Jeden przedstawia piosenkarza z gitarą, drugi parę młodych Birmańczyków domyślam się, że są to aktorzy. Na trzeciej ścianie, koło okna, wisi kapliczka z siedzącym posągiem Buddy ozdobiona świeżymi kwiatami. Na środku pomieszczenia stoi okrągły, niski stolik. Przez szczeliny w ścianach zewnętrznych przenika światło dzienne. Pomyślałem, że w nocy musi być tutaj chłodno a latem wszelkie owady mają wstęp wolny. Na suficie zauważyłem powieszoną jarzeniówkę, od której biegły przewody z zaciskami do akumulatora.
Na środku kuchni znajdowała się metalowa płyta w kształcie kwadratu, na której umieszczono palenisko. Na ścianach zewnętrznych zostały zamontowane okna a na jednej z nich oprócz okna drzwi prowadzące na wąski balkon. Miedzy tymi drzwiami a oknem stał regał z naczyniami. I to było w zasadzie całe umeblowanie kuchni. Naprzeciw drzwi balkonowych zauważyłem drzwi prowadzące do sypialni. Było to ciemne, małe pomieszczenie. Na podłodze leżał materac a na nim porozrzucane kołdry i koce. Obok stała drewniana szafka i nieduża skrzynia.
Zaraz po wejściu nasz przewodnik rozpalił ogień i ustawił na metalowym trójnogu kociołek z wodą. Ze swojej torby wyjął makaron, różne warzywa oraz przyprawy i zaczął przygotowywać posiłek. Towarzyszyła mu w tym właścicielka. Za chwilę pojawiła się jej córka a jeszcze za chwilę kilkuletni wnuczek. I to była już cała rodzina, którą zastaliśmy w domu. Myślę, że mężczyźni w tym czasie pracowali na polu. Oczywiście chata nie posiadała komina i wkrótce po kuchni snuł się dym z paleniska. Ale szczeliny w ścianach sprawiały, że wentylacja była dobra i dym nie gryzł w oczy.
Przygotowanie posiłku zajęło przewodnikowi ponad pół godziny. Przyprawiony zgodnie z naszymi życzeniami smakował nam wybornie. Po zjedzeniu obiadu dziękujemy naszym gospodarzom za gościnę i wracamy na szlak.
W wiosce Lew Cop mijamy klasztor. Jest to jedyny solidny, murowany budynek, który widzieliśmy podczas tego trekkingu. W jego bezpośrednim sąsiedztwie stoi kilka niedużych stup.
Zaczynamy powoli schodzić w kierunku jeziora Inle. Droga jest wąska i wyboista, trzeba uważać na wystające kamienie. Mijamy starą kobietę wracającą z targu. Na plecach niesie pokaźny, prawdopodobnie ciężki wór. Uśmiecha się do nas przyjaźnie. Jest to typowe dla górali z biednych azjatyckich krajów. Z podobnymi sytuacjami spotykaliśmy się podczas pobytu w Nepalu. Ludzie, wiodący ciężkie życie nie tracą pogody ducha i są bardziej szczęśliwi od „bogatych” Europejczyków.
Po godzinnym zejściu osiągamy brzeg jeziora. W towarzystwie spotkanych turystek z Singapuru i ich przewodników idziemy leśną drogą prowadzącą równolegle do brzegu w kierunku przystani. Po prawej stronie mijamy pola trzciny cukrowej, na których właśnie trwają żniwa. Po lewej w lesie są widoczne stare, porośnięte krzewami stupy.
Dochodzimy do przystani. Na dziewczyny z Singapuru które z góry opłaciły powrót łodzią, czeka już przygotowana motorówka. My również wkrótce odpływamy. Najpierw płyniemy kanałem i niebawem osiągamy Inle. Właśnie trwa zachód słońca i całe jezioro ma złotą barwę. Tym widokiem żegnamy jezioro Inle. Jutro z samego rana wyruszamy do Baganu.










Ceny noclegów i wszystkich usług są podane w moim artykule pt. Birma dla średniozamożnych, który umieściłem w styczniu .

Zdjęcia

MYANMAR / stan Shan / okolice jeziora Inle / trekking - wiejska chata

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl