Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Samochodem do Grecji -2013 > GRECJA, SERBIA


strong strong Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie GRECJA / Peloponez  / Półwysep Mani / Charakterystyczne budowle - wieżeDojazd na miejsce, relacja ze zwiedzanych obiektów, informacje praktyczne, zestawienie kosztów.

Po Chorwacji, Sycylii, Norwegii i innych landach, przyszła pora na Grecję samochodem.

Oczywiście wcześniej planowanie trasy przejazdu, przybliżone wydatki, co chcemy zwiedzić, gdzie odpoczywać. Internet okazał się nieodzowny, w osiągnięciu wielu niezbędnych informacji. Wymiana złotówek na euro oraz 30 000 forintów na paliwo i winiety (zabrakło ok. 10 000 forintów więc zapłaciliśmy kartą visa).
4 osoby (50+), w tym troje kierowców. Samochód renault Koleos 4x4 2,0l 136 KM. Stan liczn. 60695km. Wyjazd z Teresina k/Sochaczewa wcześnie rano w sobotę 31.082013r. Przejazd w Polsce: Teresin, Mszczonów, Katowice, Bielsko Biała, Skoczów, przed Ustroniem z drogi 941, w prawo- skrót przez Cisownicę do Trynca w Czechach. Ponieważ przez Czechy do granicy ze Słowacją jedzie się lokalnymi drogami (27 km) nie trzeba wykupywać winiety. Dalej do Żyliny i na autostradę D1 do Bratysławy. W okolicach Żyliny są trudności z odnalezieniem właściwej trasy, ponieważ budowane są nowe drogi, których może nie być w nawigacji. Na Słowacji należy wykupić winietę za 18 euro. Na Węgrzech podobnie, winieta za 4780 forintów i autostradami M1 i M6 oraz drogami 55 i 53 do granicy w Tompa. Wybraliśmy to przejście ponieważ jechaliśmy w sobotę a forumowicze przestrzegali przed jazdą w weekend przejściem w Roszke gdzie mógł być natłok samochodów. Przekroczenie granicy w Tompie -bez kolejki, tutaj też tankowaliśmy do pełna za 21 145 forintów, tj.315,60 PLN. Po stronnie serbskiej w kantorach niekorzystny kurs waluty, więc zrezygnowaliśmy z wymiany. Dalej przez Suboticę do autostrady A1 w kierunku na Belgrad (miejscami bardzo zły stan nawierzchni „betonówki”). Niestety daliśmy się w puścić w maliny i pojechaliśmy w kierunku na Nisz słynną „obwodnicą” w Belgradzie. To masakra. Jednopasmowa zwykła ulica z dziesiątkami zakrętów, „świateł” na skrzyżowaniach, pełna autobusów i ciężarówek. Prędkość przelotowa 30-50 km/godz. Aby przejechać Belgrad bez bólu trzeba kierować się na „Belgrad” i „Lotnisko” (Aerodrom). A w drodze powrotnej na „Zagrzeb” i „Lotnisko”. Tak zrobiliśmy wracając. Jedzie się dwupasmową drogą przez centrum Belgradu bez jednego skrzyżowania, z ograniczeniem prędkości do 80km/godz. W Serbii, opłaty za autostrady przyjmują w euro;14 i 14,50 euro w drodze powrotnej.
Tankowanie paliwa dopiero w Macedonii. 54,47 l po 60,50 dinarów macedońskich =3840 DMK, tj 64 euro. Przy okazji zapłaty za paliwo poprosiliśmy o wymianę euro na dinary, w celu płacenia za przejazd autostradą. 160 DMK w jedną stronę co po przeliczeniu dało razem w obie strony 5,34 euro. Stan nawierzchni drogi w Macedonii pozostawia wiele do życzenia. Pomimo zmieniania się na fotelu kierowcy zmęczenie uziemiło nas tuż przed granicą grecką. Trzy godziny odpoczynku, potem śniadanie, tankowanie paliwa i dojazd do przejścia z Grecją.

Jest wczesny ranek 1 września. Planowany pierwszy punkt wypoczynku to Riwiera Olimpijska. Zaznaczam, że nie robiliśmy nigdzie wcześniejszych rezerwacji, ponieważ był to objazdowo-wypoczynkowy wakacyjny urlop, za wstępną listą miejsc, które chcieliśmy zobaczyć w Grecji. Do Paralii przyjechaliśmy około południa. Jednak widok autokarów z których wysiadało dużo turystów zniechęcił nas do pozostania tutaj.

Skierowaliśmy się do urokliwego, spokojnego miasteczka – STOMIO. Stąd także planowany był wyjazd do Meteorów. Od domu dzieliło nas 2056 km. W Stomio zarezerwowaliśmy 2 pokoje po 12,5 euro/osobę za dobę, na trzy noclegi. Należy pytać się o kwaterę w cukiernio- piekarni przy głównej ulicy. Chciałbym tu zaznaczyć, że celowo wybraliśmy termin po 1 września, ponieważ ceny kwater są już niższe i wszędzie jest mniej wypoczywających, jest luźniej na plażach i w obiektach turystycznych. Pogoda jest wspaniała, upał i ciepła woda w morzu. Plaża w Stomio, szeroka i piaszczysta. Na wzgórzu na południe od miasteczka znajduje się odrestaurowany klasztor Św. Dymitra. Jednak godziny jego otwarcia są bardzo krótkie, tak, że nie udało nam się go zwiedzić. Następnego dnia lekkie zachmurzenie (masyw Olimpu był cały czas w chmurach), więc udaliśmy się na południe. Zajrzeliśmy do Kokino Nero, potem Velika i Agiokampos. W Kokino Nero sporo Polaków, oferty w sklepach i pensjonatach oraz menu w tawernach są po polsku. Powrót na obiad, zrobiony na kwaterze i po obiedzie opalanie do wieczora. Wieczorem kolacja na tarasie, lekka kawka i piwko (jeszcze polskie).

Pierwsze spostrzeżenia dot. Grecji. Klienci przy cukierni urzędowali do 1-ej w nocy, to normalne. Ale świeży chleb w piekarni pojawił się dopiero około południa.

3 września.
Wyjazd do Meteorów przez Larisę i Trikalę, około 132 km w jedną stronę. Kilka kilometrów za Stomio przy autostradzie nr 1, która w tym odcinku biegnie wąwozem rzeki Pinios Potamos i jest drogą dwukierunkową, znajduje się Sanktuarium Agios Paraskewi ze źródłem Afrodyty. Warto zatrzymać się na parkingu i odwiedzić to miejsce. Po drodze znajduje się tylko jeden punkt opłaty za przejazd autostradą w Ewangelismos -1,4 euro w jedną stronę. O Meteorach długo by się rozpisywać. Pewny punkt zwiedzania. My objechaliśmy klasztory w kierunku zgodnym do ruchu wskazówek zegara to znaczy zaczynając od miejscowości Kastraki. Zwiedziliśmy od środka dwa monastyry; Św. Stefana i Św. Warłama –wstęp po 3 euro od osoby. Niestety Wielki Monastyr w dniu którym zwiedzaliśmy Meteory, był nieczynny (wtorek). Było upalnie, widoczność doskonała. Wracamy do Stomio po godz. 13 tej i kolejne spostrzeżenie. Nie mamy gdzie zatankować paliwa, jest sjesta. W całej Larisie spotkaliśmy tylko jedną stację, która tankowała samochody. Banki też były nieczynne. Po powrocie na kwaterę do Stomio nie mogliśmy kupić warzyw na sałatkę, też z powodu sjesty. Po obiedzie plażowanie kolacja i pożegnanie ze Stomio. Rano pakowanie i wyjazd. Przed wyjazdem trzeba pozbyć się różnych śmieci. I tu zaskoczenie. Papier, odpadki warzyw, butelki szklane, plastik, wszystko polecili nam włożyć do jednego kontenera. Żadnego recyclingu.

4 września
Po spakowaniu wyjazd do Delf, autostradą nr1 oraz drogą 27 przez Amfisę (opłaty na bramkach 7,20 euro). W końcowym odcinku droga wiedzie przez góry na zboczach których rosną gaje oliwne oraz zachwyca widok na odległą Iteę, leżącą nad zatoką o tej samej nazwie. W Delfach najpierw klimatyzowane muzeum, a potem zwiedzanie ruin. Cały czas pod górę i w palącym słońcu. A na samym szczycie starożytny stadion. Nasuwa się pytanie. Jak starożytni Grecy wtaszczyli te wszystkie głazy na górę? Przy stanie ówczesnego transportu, słabym stanie dróg, oni pchali się z budowlami na góry i wzniesienia. Ale Delfy to żelazny punkt do odwiedzenia, wart czasu i potu. Ruszamy dalej. Drogami 48, 3, potem przez Vilię do Alepochori nad Zatoką Koryncką. W Arachowie pijemy grecki specjał, mrożoną kawę FRAPE. Droga znowu wiedzie przez góry, które miejscami są porośnięte przez lasy piniowe o intensywnym zapachu igliwia. Widoki na zatokę i te zapachy długo nam zapadną w pamięci. Tak jak pozostanie w pamięci maniera malowania i oklejania 95% znaków drogowych reklamami i innymi bazgrołami. I tak podczas jazdy nie sposób odczytać tych reklam. Więc jedyny skutek to nieczytelność tych znaków. W Alepochori (Kato Alepokhori) znajdujemy kemping (Posejdon) i wynajmujemy pokój dla 4 osób za 25 euro za jedną noc. Jest już ok. godz. 22 a my nie jedliśmy obiadu. Więc znajdujemy tawernę, w której zaserwowano nam pierwsze greckie dania. Są obfite i bardzo smaczne. A żeberek z baraniny było tyle, że mieliśmy śniadanie następnego dnia. Najciekawsze ze wszystkiego, było zdziwienie, bardzo uprzejmego kelnera, kiedy na zakończenie posiłku poprosiliśmy o gorącą herbatę. Trzy razy się upewniał czy rzeczywiście chodzi o herbatę. A na stoliku cały czas stała nietknięta, silnie zmrożona butelka wody mineralnej. Takie już są nasze przyzwyczajenia żywieniowe. Jeszcze kot, który przyplątał się za nami na kemping, dawał takie przeraźliwe serenady miałczenia uszczuplając sen poniektórych o kilka godzin.

5 września.
Jedziemy do Gythio (Gythejo). Po drodze Korynt, gdzie w zatłoczonym do granic mieście, próbuję wymienić pozostałe z Norwegii korony. Tracę w różnych bankach czas nadaremno. Wymieniają tylko w przypadku gdy ktoś posiada tam konto. Uda mi się je w końcu wydać, płacąc za noclegi na najbliższej kwaterze. Było tych koron za 200 euro. Przez to opóźnienie kanał koryncki oglądamy w przelocie. Po drodze, poniżej Sparty, w przydrożnym straganie, u starszego mężczyzny kupujemy melona i arbuza. Gość się pyta skąd jesteśmy. Polonia. Na to on oczywiście mówi WALESAA (Wałęsa) chwaląc się znajomością Polski. Takiego melona jadłem ostatnio dawno temu na Krymie. Pycha. Kwaterę znajdujemy trzy kilometry za Gythio w miejscowości Mavrovouni. Sto metrów od plaży bardzo eleganckie apartamenty za 50 euro od 4 osób za dobę, godne polecenia (www.demestichas.gr). W budynku głównym stołówka. Plaża szeroka, długa na jakieś trzy kilometry z grubym piaskiem i otoczakami, przy plaży tawerny. Spędzimy tu kilka dni.

6 września.
Wypad na półwysep Mani ze zwiedzaniem jaskini Dirou oraz zaliczenie przylądka Matapan. Chcieliśmy być pierwsi w jaskini więc na miejsce dojechaliśmy o 9,30. Kasy otwierają dopiero o 10,00 więc pół godzinki oczekiwania. Wstęp 12 euro od osoby. 90% trasy pokonuje się łódką, płynąc wśród kolumn i nisko zwieszających się stalaktytów. Na tyle nisko, że siedzący przede mną szwagier w porę nie zrobił uniku, czego skutkiem było rozbite, do krwi czoło. Rejs trwa trochę za szybko więc nie sposób pozachwycać się wystarczająco widokami wnętrza jaskini. Dalej dojazd ok. 40 minut krętymi drogami półwyspu Mani. Mijamy wioski z bardzo charakterystycznymi budynkami typu wieże. Są te wiekowe, często w ruinie i są nowe budowane w tym samym stylu. Razem z otaczającą przyrodą stanowią urocze i niepowtarzalne widoki. Docieramy do parkingu, skąd wyrusza się na „koniuszek” Grecji. Do przejścia pozostaje ok. 3 kilometrów w jedną stronę, po rozgrzanych skalistych zboczach przylądka. Mijane skały i kamienie mają błękitny odcień, ale jak się wydaje to tylko złudzenie, bo fotografie tego nie potwierdzają. Zabrałem kilka odłamków do domu, na pamiątkę (są szare). Na końcu dróżki jest latarnia morska, zamknięta. Wokół morze z przepływającymi statkami i jachtami i postrzępiony, skalisty brzeg Peloponezu. Kilka zdjęć upamiętniających nasz pobyt tutaj i powrót. Jest bezwietrznie i niemiłosiernie duszno. Wracamy na kwaterę, po drodze spotykając deszczyk orzeźwiający rozgrzane powietrze. Było tego tyle co kot napłakał. Po obiedzie leżakowanie na plaży do późna. A wieczorem piwko na tarasie.

7 września, niedziela
Cały dzień smażenia się na słońcu, z przerwami na ochłodę w cieplutkiej wodzie. W końcu po to tu głównie jechaliśmy. Wieczorem wypad do Gythio, do greckiej restauracji. Smakowanie greckich specjałów. Zamawialiśmy różne dania aby maksymalnie popróbować ich wytworów. Jedzenie było smaczne, zwłaszcza popite dobrym winem i niezbyt drogie. Restauracja znajduje się przy wyjeździe z miasta, w kierunku południowym, tuż przy grobli na wysepkę Kpavan. Żona jednego z kelnerów pochodzi z Dębicy. Grek nawet nauczył się wypowiadać nazwę miasta dosyć poprawnie. Po powrocie, korzystając z pięknego wieczoru, długie piwkowanie na tarasie.

8 września
Wyjazd i zwiedzanie Monemwazji (ok.70 km. w jedną stronę). Kilka kilometrów za Gythio widać zardzewiały wrak statku handlowego, który utknął na mieliźnie. Monemwazja to wyspa a raczej olbrzymia skała która wyłoniła się z morza w wyniku trzęsienia ziemi w 375r p.n.e. W czasach bizantyjskich, wyspę połączono z lądem groblą. Zwiedzaliśmy dolne miasto, ciasno zabudowane. Miejsce warte zobaczenia.W otaczających wodach spotkaliśmy duże żółwie morskie, nierozpoznanego gatunku. Po zwiedzaniu, udaliśmy się do nabrzeżnego miasta Gefyra, gdzie w jednej z licznych tawern, z widokiem na Monemwazję spożyliśmy obiad, poczęstowani na koniec darmową tacą z figami. Jedzenie, typowe greckie dania, extra. Powrót na kwaterę, z przystankiem nad rzeczką wpadającą wprost do morza, w której pływały dosyć duże ryby. Młody chłopak, Grek, przyjechał na rowerze łapać ryby, a raczej kłusować, na zrobioną własnoręcznie kuszę. Efektów nie znam. Obok była plantacja pomarańczy, w której spróbowaliśmy spadłych owoców. Pomimo uszkodzeń smak jest nieporównywalnie lepszy od tych kupionych u nas w sklepie. Obok przy drodze stał wielki kontener wypełniony po brzegi pomarańczami. W pewnym momencie pod kontener podjechał motocykl z dwoma niezidentyfikowanymi facetami, którzy wzięli kilka owoców i odjechali dalej. My też mogliśmy tak zrobić, ale nie zrobiliśmy. Po powrocie kolacja i piwkowanie na tarasie.

9 września
Wyjazd do kolejnej bazy wypadowej Nafplio (158 km). Ostatecznie kwaterę znaleźliśmy kilka kilometrów dalej w kierunku na Tolo. W miejscowości Ancient Assini, na kempingu Xeni, wynajęliśmy dwa bungalowy 4 osobowe po 25 euro za dobę (www.xenicamp-holidays.com). Do plaży ok. 250 metrów, kamienista, da się wytrzymać, z pięknym widokiem na Tolo i wyspy w zatoce Argolikos. Po drodze na plażę, ruiny starożytnego Assini - w trakcie wykopalisk. Na lewo, za półwyspem z ruinami, jest plaża, piaszczysta, ciągnąca się ze dwa kilometry w kierunku do Drepano. Przy plaży dużo apartamentów w tym jeden prowadzony przez polkę (www.armonia-ewa.com) oraz duży kemping. Trzy kilometry w prawo, znajduje się miejscowość Tolo. Jest to nieduży kurort typu naszej Jastarni czy Krynicy Morskiej. Dosyć uroczy, ale zatłoczony i gwarny. Tutaj przyszło mi kupować mięso na kilka obiadów (w bungalowach są lodówki, i oczywiście klima). Zaskoczenie. Mięsny, to właściwie jatka dawnego typu, gdzie wiszą na hakach połówki świniaków i wedle życzenia można poprosić o odkrojenie odpowiedniego mięsa od całości, lub wybrać mięso z chłodni. Tutaj też odkryliśmy w sklepach spożywczych wino, białe lub czerwone, 1,5 l za 2do 2,5 euro. Jest to młode wino –nazwałem je z czeskiego „burczak”. Daje się go pić po mocnym schłodzeniu. Nawet w sklepie, przy zakupie większych sprawunków, można się targować co do ostatecznej ceny. Tak więc wieczorami była obowiązkowa degustacja burczaków oraz opychanie się owocami kupowanymi głównie na straganach. Kupiliśmy raz melony w markecie, ale nie umywały się do tego od „WALESYY”.

10 września
Zwiedzanie kolejnego „żelaznego” miejsca w Grecji. Amfiteatr w Epidauros (ok. 30 km od Nafplio). Staramy się być wcześnie. Jest 9-ta a już jest gorąco. Wstęp po 6 euro od osoby. Amfiteatr robi ogromne wrażenie. Dokładne opisy co do wymiarów i czasu powstania oczywiście na Wikipedii. Podziwiamy kunszt budowniczych. Niektórzy ze zwiedzających sprawdzają słynną akustykę obiektu, ”dając głos” ze środka sceny. Faktycznie słychać w każdym miejscu. Nieopodal znajdują się ruiny świątyń i stadionu, oraz klimatyzowane muzeum, dotyczące znalezisk z tego terenu min. sanktuarium Asklepiosa. W celu ochłody i dalszego zwiedzania udaliśmy się do tzw. zatopionego miasta nad zatoką Saronicką.” The Sunken City” to właściwie ruiny rzymskiej willi zatopionej w wyniku trzęsienia ziemi. Ok. 30-50 m od brzegu 1-3 m pod wodą znajdują się resztki murów oraz jakieś niezidentyfikowane obiekty. Nieopodal leżą na dnie zatopione kotwice, służące do cumowania łodzi. A by dojechać do tego miejsca, trzeba kierować się wg mapy Google na Sunny Garden- aparthotel, pomiędzy miejscowościami Palaia Epidavros a Penagia. Dojeżdża się na parking przy plaży, oczywiście jeśli są wolne miejsca. Po wymoczeniu się w wodzie wróciliśmy na kemping. Na jego terenie było chyba jedenaście kotów. Niektóre „kulturalne”, nie pchały się do środka, czekając na resztki z „pańskiego stołu” a inne były bardziej nachalne. Były aktywne tylko wieczorami. W sumie nie były zbyt uciążliwe.

11 września
Od rana do obiadu plażowanie i nurkowanie. Po obiedzie pojechaliśmy zwiedzać Twierdzę Paliamidou górującą nad Napflio. Podjechaliśmy samochodem na parking pod bramę wejściową. Jest też drugie wejście - schody prowadzące wprost z plaży na szczyt wzgórza, ale przy tej temperaturze to chyba tylko dla masochistów. Ze szczytu twierdzy widać znaczną połać górzystego Peloponezu. W dole rozłożone Napflio i ruiny Akronapflio na cyplu południowym. W zatoce, na maleńkiej wysepce -fort Bourtzi zbudowany przez Wenecjan, do którego łódka wozi ciekawych turystów. Widoki trudno opisać, trzeba widzieć na własne oczy, lub choćby obejrzeć na zdjęciach. Rzecz ciekawa; w Napflio nie ma ani jednego apartamentu czy kempingu nad brzegiem morza. Po prostu zatoka jest tak płytka i mulista, że nie nadaje się do kąpieli. Potem pojechaliśmy na nabrzeże w centrum w celu zrobienia zakupów w markecie. Z dołu widać twierdzę Palamidiou w całej okazałości. Wieczorem owoce, piwko lub wino.
Z wyprzedzeniem, u szefowej kempingu zamówiliśmy oliwę z pewnego źródła –z dobrze znanej jej olejarni. W sumie zamówiliśmy 15 litrów (3x po 5l) w przystępnej cenie. Niestety już nie pamiętam ile ona kosztowała.

12 września
Wyjazd do Myken – to tylko 28 km od naszej bazy wypadowej. Po drodze zatrzymujemy się przy straganie. Kupujemy tutaj pomarańcze 3x po 5 kg oraz kilka słoików z miodem. Miód o zapachu pomarańczy -rewelacja. Podczas transakcji oczywiście targi co do ostatecznej ceny. Mykeny – wstępno 8 euro – kolejny żelazny punkt do odwiedzenia. Ruiny państwa- miasta starożytnej Grecji. W muzeum (oczywiście klimatyzowanym) wiele odkopanych wspaniałości, w tym kopia słynnej maski, zwanej maską Agamemnona. Stojąc na szczycie wzgórza w Mykenach zastanawiałem się, jak oni kiedyś mogli przetrwać tu, na takim pustkowiu? No i po chwili sam sobie odpowiedziałem. Na zboczach nad nami pasły się kozy – a więc mięso. Poniżej, w szerokiej dolinie przez którą płynie rzeka, widać gaje oliwne i sady pomarańczy i mandarynek a zapewne i pola ze zbożem-to dalsza żywność. Do tego umocniona warownia i sukces gotowy. Po opuszczeniu Myken przejazd w kierunku Argos. Ale po dosyć dużej dawca łażenia pod palącym słońcem w Mykenach, przejazd przez miasto samochodem, i tylko rzut oka na górującą nad miastem twierdzę. Kilka kilometrów dalej, w Eleniko znajdują się ruiny starożytnej piramidy, o niezbyt jasnym przeznaczeniu. Piramida jest ogrodzona, ale brama była niezamknięta, więc dotknęliśmy starożytnych kamieni własnoręcznie. Powrót, ale nie na kemping tylko do pobliskiego Drepano, na zakupy innych owoców, warzyw i produktów na pamiątkę. Oczywiście o różnych alkoholach niezapomniając. Po czym udaliśmy się na plażę pożegnać wspaniałe morze i piękną grecką aurę. Niestety schłodzenie pożegnalnego „burczaka” w ciepłej wodzie nieskuteczne. I tak w morskiej toni przy ciepłym winku ze smutkiem spoglądaliśmy na grecki krajobraz z postanowieniem, że trzeba tu jeszcze wrócić. Ale to nie koniec pożegnań. Wieczorem, w barze znajdującym się na terenie kempingu, z uroczą szefową i pracownikiem – Czechem o imieniu Josef, wypiliśmy trochę piw. Na ile pozwoliły nasze zdolności lingwistyczne wymieniliśmy uwagi i spostrzeżenia. Wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej i podziękowaliśmy za przyjazną gościnę. Z żalem zakończyliśmy biesiadę zwłaszcza, że następnego dnia miał odbyć się „Dzień Grecki” dla wszystkich mieszkańców kempingu.

13 września
4 rano wyjazd. Jak się okaże do przejechania, do domu było 2582 km. Po drodze masyw Olimpu całkowicie nam się odsłonił, co niestety nie zdarza się często. Jechaliśmy prawie tą samą drogą, z tym, że przejazd przez Belgrad „jak po maśle”, na Węgry przez Reszke, oraz ze Słowacji przez Skalite i Żywiec. Po drodze na Słowacji krótki odpoczynek w samochodzie. W domu byliśmy 14 września około południa. Teraz trochę liczb podsumowania, może komuś się przydadzą. Opłaty drogowe: Słowacja 18 E, Węgry 4780 HUF = 71,35 PLN , Serbia 14 E w obydwie strony, Macedonia razem 2,67E, Serbia razem 14,50 E, Grecja 50,85E, co po przeliczeniu daje 507,78PLN. Koszt paliwa 2562,65PLN. Po podzieleniu -cała jazda samochodem wyniosła 722,45 PLN na osobę, czyli ok. 180 euro. Przejechaliśmy łącznie 6286 km, spalając 477 litrów oleju napędowego. Średnia prędkość 70,9 km, średnie zużycie 7,6 l/100km. Koszt wszystkich, 12 noclegów za 4 osoby 575 euro, przy cenie 4,25 PLN za 1 E = 2443,75 złotych (611 zł/osobę). Wyszło , że wczasy w Grecji kosztowały 1 osobę 1334 zł. plus opłaty za wstępy do zwiedzanych obiektów, które podałem w treści no i wydatki na greckie rozkosze.

Trochę uwag i spostrzeżeń. Warto jechać do Grecji własnym samochodem, choć to bardzo daleko. Samochód daje swobodę przemieszczania się w dosyć komfortowych warunkach i możliwość dotarcia w wiele różnych miejsc. W Grecji drogi są dobre (na Peloponezie miejscami węższe). Autostrady niezatłoczone. Nie spotkaliśmy żadnego wypadku, choć można spotkać dużo przydrożnych kapliczek, które są, tak nam się wydawało, poświęcone miejscom tragicznych zdarzeń drogowych. Coś jak nasze krzyże przy jezdniach. W ogóle czuje się w Grecji nieskrępowanie, żeby nie powiedzieć luzactwo. W miastach i miejscowościach, w których byliśmy, żadnych parkometrów i opłat za parkingi. Parkowanie przez miejscowych kierowców dowolne, co nie znaczy zbyt uciążliwe. W swoich planach trzeba uwzględnić przerwę na sjestę. Są miejsca przy drogach i plażach trochę zaśmiecone. Ulice w miasteczkach są wąskie. Chodniki, jeśli są, to czasami szerokości 40 czy 60 cm. Od nas, Polaków wymaga się, abyśmy parkowali „pod sznurek”, pozostawiali odpowiednią szerokość wolnego chodnika, chodniki i jezdnie robili z centymetrową dokładnością, bo tak od nas wymagają standardy unijne. Nie mówię o całkowitym niestosowaniu się do wszelakich przepisów ale o niepopadanie z jednej skrajności w drugą. Przecież Grecja jest dłużej w UE. I nic to…
Na poboczach dróg rosną dzikie opuncje. Rodzaj kaktusów. Mają czerwone owoce, które są także sprzedawane w marketach (niestety nie znam ich smaku). Jedno z nas, z ciekawości oderwało taki owoc i po chwili przekonało się, że dziesiątki malutkich igiełek, wyglądających jak meszek, wbijają się w ręce i są bolesne i trudne do usunięcia. W muzeach, w których byliśmy można robić zdjęcia- warunek bez lampy błyskowej. W mej relacji brak szczegółowych opisów odwiedzanych obiektów ,ponieważ nie chcę rozciągać relacji a dokładne ich opisy można znaleźć w innych źródłach.
Taki sposób wypoczynku może wielu osobom nie odpowiadać. Lecz ja po dwóch, trzech dniach w jednym miejscu już jestem nasycony okolicą i głodny nowych widoków. Dlatego wolę taki rodzaj wypoczynku.

Miejsc do odwiedzenia, jest w Grecji na kilka czy kilkanaście odwiedzin. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę nie jeden raz, bo warto.

PS. Spróbuję zamieścić możliwie dużo zdjęć z wyjazdu. Jeśli ktoś jest zainteresowany obejrzeniem bardzo, bardzo wielu zdjęć dotyczących tej relacji może to zrobić wpisując w Googlach -„ jak nie Chorwacja to Nasza pierwsza wielka grecka przygoda ” gdzie moja siostra (malina1959) namiętna fanka fotografowania je zamieściła. Warto zobaczyć.

Zdjęcia

GRECJA / Peloponez  / Półwysep Mani / Charakterystyczne budowle - wieżeGRECJA / - / Meteory / Droga w MeteorachGRECJA / - / Delfy / Amfiteatr w DelfachGRECJA / - / Droga do Alepohori / Panorama Alepohori

Dodane komentarze

Lucek dołączył
08.10.2019

Lucek 2020-03-29 22:48:18

Super , niesamowite miejsca, tez sie przymierzam do takiej formy zwiedzenia Grecji.

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl