Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Zanim spłyneliśmy do Dęblina był Kazimierz > POLSKA


ken ken Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie POLSKA / -lubelskie/Małopolska / Kazimierz Dolny / 005Przedstawiamy relację z krótkiego pobytu w Kazimierzu Dolnym przed spływem pontonem do obranego za cel miasta Dęblina.

8.06.2014

Z Kazimierza do Dęblina

Udało się, trochę niespodziewanie dla mnie, ponownie zlądować na łonie królowej polskich rzek. Żyłka kolekcjonersko-podróżnicza ponownie chwyciła, aby złowić siebie jako jednego z tych, co przebyli Wisłę spławiając się do morza… pontonem.

Wzorcowe zawędrowanie do powyższego panteonu jest mi już utrudnione, bowiem wobec mojego maruderstwa i przedkładania uciech kultury miejskiej, np. festiwali, mój współzałogant pod moją nieobecność odbył dwa samotne rejsy. Gwoli odnotowania i utrwalenia dowodu koronnego w moim mataczeniu w temacie zdobywcy „spławianej” Wisły, były to odcinki: zeszłoroczny, z Dęblina do Magnuszewa oraz niedawny, kiedy ja bawiłem w Bieszczadach, a poziom rzeki był rekordowo wysoki, z Wyszogrodu do Płocka. 44 i 47 km mam więc na swym koncie, pontoniarza wiślanego, w plecy.

Zdjęcia: Kazimierz Dolny, -lubelskie/Małopolska, 005, POLSKA
Kazimierz Dolny, -lubelskie/Małopolska, 005, POLSKA



Mówię, że niespodziewanie wziąłem w tej eskapadzie udział, a to z powodu punktu startowego, który po zastanowieniu, ściągnął mnie nad Wisłę, jak magnez. Kazimierz Dolny, ogólnie mi znany, opatrzony w swej okazałości, nigdy jednak nie zgłębiony. Jego okoliczne wąwozy, sławetne kamieniołomy, czy też kościoły są ciągle dla mnie zagadką. Czy takie zagadki warto rozwikływać, czy niech stale będą źródłem tajemnicy, niepokoju i piękna w nich ukrytego?

Mając świadomość, że może udać się, wielce prawdopodobnie, zawitać do tego uroczego miejsca także w tym roku, łasym na doznania płynące z białego ekranu, początkowo nie pałałem entuzjazmem, ani nawet szerszym zainteresowaniem dla tego miejsca z perspektywy wywijania wiosłem.

Połączenie w głowie tych dwóch przyjemności, otarcia się o tę piękną tkankę miejską, a także nadziei na wypoczynek gwarantowany kołysaniem i optyką dwóch wiślanych brzegów, spowodował, że pospiesznie namówiłem G., aby wyruszyć właśnie teraz, kiedy spodziewana jest wyborna pogoda.

Pierwszym novum była kwatera, położona w okolicach kompletnie mi nieznanych, na tzw. Czerniawiu, a dokładniej, około 2 km od Rynku bieżąc ulicą Lubelską, czy też Nadrzeczną, dalej w kierunku na miasto Kraśnik, drogą od jakiej, obok co niektórym znanego Zajazdu Piastowego, dojeżdża się zarówno do kamieniołomu, jak i na przeprawę do Janowca. Domek był bardzo przytulny, niewielki, jak się okazało, z niezależną przybudówką, tonący w zmyślnie zaaranżowanym zielonym otoczeniu, na obniżeniu bajkowo przedzierzgającym się w ogródek dobrej wróżki.

Po zrzuceniu bagażu na miejscu spoczynku, a do miasta dobiliśmy dość późno, bo przed 21.00, udaliśmy się ponownie w kierunku Rynku, aby odetchnąć aurą spowitego już mrokiem Kazimierza. Po smacznym, niedrogim zaprowiantowaniu, snuliśmy opowieści o różnym zabarwieniu to nad Wisłą, to znów na Rynku, nie zapominając uzupełniać płynów w otwartym nocą „drewniaku”. Po okolicy, a raczej nielicznych miejscach, gdzie możemy zaryzykować zjeść smacznie i tanio, powiadomił nas miejscowy rykszarz. Dłuższa, nieco kozia bródka, błysk w oku uśpionego oczekiwaniem kierowcy rajdowego i wesoła nawijka, co warto i gdzie, a raczej jak jakkolwiek poradzić sobie o tej porze. Warta zapamiętania na zaś jest na pewno knajpka, leżąca niedaleko ujścia wąwozu, ponoć serwująca sensowne jedzonko, wyśmienite piwne napitki i cotygodniowe koncerty.

Wieczór tak więc i preludium nocy były udane. W związku z planami na dzień kolejny, udaliśmy się na spoczynek, a ja ze swym zamysłem, pomimo finałowego portera bałtyckiego, nie zapomniałem nastawić budzika na 7.

Zdjęcia: Kazimierz Dolny, -lubelskie/Małopolska, 007, POLSKA
Kazimierz Dolny, -lubelskie/Małopolska, 007, POLSKA



Nie bez trudu ogarnąłem się rano, a w planie był jeszcze jeden pocałunek z Rynkiem. Jakieś śniadanko, zapasy na dzień i właśnie moment, aby zasiąść pomiędzy 4 pierzejami i choć na chwilę spróbować odnaleźć siebie. Po zrachowaniu wspólnych zasobów gotówkowych tuż po przebudzeniu, przy nieposiadaniu kart jako dodatkowych atutów, mimo szumku w głowie, zrobiłem wyważone kwotowo zakupy i udałem się ulicą „festiwalową” zjeść ich część na wodą. Z przeznaczonej pół godziny na pobyt śródmiejski sam posiłek strawił jej większą część, toteż w pośpiechu wróciłem na Rynek, znaleźć dogodne miejsce na rozłożenie kajetu. Najpierw zeszłonocna ławka, a ostatecznie pusty, na poły przymknięty, ogródek piwny od strony małej studni. Notowałem w pośpiechu, zastanawiając się, czy idealnie wyczuję rozbrzmiewający odgłos ucinającego poranną, duchową sjestę, budzika.

Pomimo zasadniczo ustalenia czasu mego powrotu, nawet dzień wcześniej, celowo wydłużyłem pobyt, aby osiągnąć swe żywotne cele, i z niespełna 20-minutowym spóźnieniem wróciłem na Czerniawy. Szybkie zgarnięcie rzeczy i propozycja nie do odrzucenia, wystarania się u gospodyni o dwie kawy. G. nie protestował, a obaj tym bardziej, kiedy sama wyszła z takim zaproszeniem, najwyraźniej znając życie i doraźne potrzeby swych nowych, a jednocześnie tych samych gości.

Kawa na tarasie była boska. Nie wiem, czy aby dzięki beztrosko uśmiechającemu się słońcu, hojnie rozrzucającemu światu swe wdzięki, moment ten nie był po kilkakroć bardziej napełniającym witalną siłą, moje serce i duszę, jak niedawny czas spędzony, na innym szacownym tarasie, komańczańskiego schroniska, gdzie bliskość nieułożonej ludzką ręką przyrody poza pierwotnym spokojem, napełniała także uczuciem kulturowego niepokoju. Jedno było wspólne – ptasie trele, wprowadzające tu do bajkowej, a tam baśniowej krainy.

Nadszedł czas pożegnania, kiedy przy okazji dokładnie zlustrowaliśmy działkę, jej wszelkie walory i dogodności, wywiedzieliśmy o przyswajalność kwaterunkową i zwyczajowo napomknęli o chęci powrotu. To chyba bardziej niechęć opuszczania tego miejsca, zamykania kolejnego etapu wyprawy, zwiastującego nieuchronny koniec przyjemnego czasu, każe zapraszać się na przyszłość, zostawiając w umyśle złudne poczucie kontynuacji, niemijającej przyjemności.

Ulicą Słoneczną, przy wyjątkowej dla mnie pogodzie, silnym, ale jeszcze niepalącym słońcu, w lubianym, doświetlającym każdą połać świata świetle, najpierw lekko pod górę, później znów w dół, docieraliśmy do miejsca przeprawy.

Przed startem zwodowano nam przed nosem gondolę turystyczną „Rybitwa”, jakich kilka przycumowuje pod koniec dnia przy betonowym nabrzeżu pod Wawelem. Dość sprawnie, przy wzbogaconych, ale nieco nadwyrężonych trudami nocy, wydechach płucnych, jednostka pływająca, rodem z NRD, z krajowym oznaczeniem 2128, uniosła się do swych modelowych rozmiarów. Przy asyście czekających na prom rowerzystów, odbiliśmy od brzegu. Do samego miasta zbliżaliśmy się leniwie, ja napawając się jego bezwzględnie, przy swej prostocie, piękną panoramą. Uganiające się wokół nas promy turystyczne, nie omieszkały, przynajmniej ostrzec nas, krótkimi krzykliwymi poszczekiwaniami swych klaksonów. Trzymając się zbyt blisko kazimierskiego brzegu, nie w pełni mogliśmy podziwiać jego wszystkie komponujące na tle zieleni i nieba kontury. G. urodzony miłośnik sztuki wodnego podróżowania, poprzez drzewny materiał wykonania łodzi, ich historycznie, a bardziej kulturowo narosłą legendę, dokumentował żywym obrazem zewnętrzne burty opasłego galeonu i wikińskiego drakkara.

Po tych chwilach filmowego zaangażowania, z telefonem w jednej, a wiosłem w drugiej ręce, wróciliśmy do początkowej spokojności, aby w tym miłym znudzeniu wnet zacząć liczyć szacunkowy czas dotarcia do Dęblina. Przed nami wypłynęły, oddalone już na tyle, by je móc dokładnie zliczyć, czerwone łodzie, z wypożyczalni u podnóża spichrzów.

W końcu doszliśmy do wniosku, że już wystarczająco dużo czasu zajęło nam mijanie Kazimierza, idące bliżej 3. kwadransa i przyjęliśmy system bezustannego wiosłowania, co najmniej 1,5 godziny i dopiero przerwy w celu uzupełnienia energii. Co uradziliśmy, to i zrobiliśmy. Po drodze minęły nas ze trzy łodzie motorowe, wiozące odświeżonych sobotnią lekkością i obecnym słońcem, pasażerów, udających się, jak mniemam, na zasłużoną kawę.

Pisanie na temat brzegów wiślanych na pewno nie jest łatwe. Cechują się pozorną. ale utwierdzającą w świadomości monotonią. Zaskakująca dla mnie, oczywiście jako dla kompletnego laika, była liczna obecność, bodajże wierzby srebrnej. a raczej białej. W każdym bądź razie w nadbrzeżnym krajobrazie wyraźne były, a nawet chyba przeważały, regularne plamy spowitej w „kurz” zieleni. Przy stosunkowo wysokim stanie, nie napotykaliśmy łach, choć na jednej, niedaleko za Kazimierzem, na chwilę utknęliśmy, choć był to raz jedyny. Później G. sprawnie oceniał powierzchnię wody i mijał wszystko, co mogłoby stanowić dodatkowe utrudnienie. Za miastem, również w niedużej odległości, mijaliśmy kolejną przeprawę promową, mając okazję dokładnie się przyjrzeć przy przeprawie do Janowca, że stalowe liny dźwigające prom, mogą być śmiertelnym zagrożeniem dla dna naszej nawodnej jednostki. Śmiertelne, naturalnie, gdyby pchać się na nie, w zbytniej bliskości promu, kiedy sterczą nad wodą lub są płytko zanurzone.

Płynąc ciągle, wyminęliśmy odpoczywających burta w burtę łikendowiczów, którzy poprzedzili nasze wypłynięcie z miasteczka. Czas wiosłowania wydłużył się, a my będąc już w Puławach, postanowiliśmy dotrzeć do drugiego mostu, drogowego i tam połknąć zasadniczą część naszego oprowiantowania. Pod koniec postoju, minęli nas jedyni dziś towarzyszący nam na szlaku wodniacy, zapraszając przy okazji na obiad.

Niebawem wyruszyliśmy dalej, a G. czuł się zobowiązany nie być obojętnym wobec tego miłego zaproszenia, i choć przepływając obok nich, wymienić kilka grzecznościowych informacji. Rozmowa względem konkretnego tematu nie kleiła się, a była jednostronną narracją, odbijającą się o pachołki pojawiających się co chwila żartów słownych, natchnionych odprężeniem zeszłodniowego piwa i operującego dziś w najlepsze, z coraz większą satysfakcją dla obu stron, słońca.

Ruszyliśmy w dalszy rejs, borykając się z nieco uchodzącym powietrzem z zajmowanego przeze mnie na wysokości, uciskanego dziobu pontonowego. I tak od czasu do czasu, uzupełniając te braki, tym samym zmniejszając zalewanie mojego siedziska, po kolejnej około półtorej godziny, dotarliśmy do Dęblina. Osobiście myślałem o lądowaniu przy moście kolejowym, ale G. chciał dopłynąć do miejsca, gdzie ostatnio zaczynał, pod most drogowy. Braliśmy jeszcze pod uwagę czyściutką plażę przy bocznym wejściu, od strony rzeki, na teren najprawdopodobniej twierdzy „Dęblin”, a przy najmniej na teren wojskowy, ale wobec obawy przed zamkniętą zoną, powiosłowaliśmy jeszcze te dwieście metrów dalej. Nasze obawy potwierdziło zlokalizowane obok ogrodzenie z siatki, okolone kolczastym drutem.

Ja próbowałem suszyć swą garderobę, G. spoglądał z brzegu to tu, to tam. Na godzinę przed odjazdem pociągu wyruszyliśmy w kierunku dworca. Wobec myśli, że nasze wspólne fundusze mogą nie wystarczyć na dojechanie do celu, snułem scenariusze, według których można pokusić się, zminimalizować koszty. Koleje Mazowieckie, jak dobrze mniemałem, nas nie zawiodły i wygodnie, nowym składem wróciliśmy późnym wieczorem do domu.

Zdjęcia

POLSKA / -lubelskie/Małopolska / Kazimierz Dolny / 005POLSKA / -lubelskie/Małopolska / Kazimierz Dolny / 007POLSKA / -lubelskie/Małopolska / Kazimierz Dolny / 057

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl