Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Podlasie-Mazury > POLSKA


AniaiKrzyś AniaiKrzyś Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie POLSKA / Pomorze / Gdańsk / Peron w Oliwie"Teraz Polska!" czyli zapraszamy na rowerową przejażdżkę po Podlasiu i Mazurach :-) Piękne okolice, coś o tym wiemy!

Wyprawa Podlasie-Mazury 2014

Pomysł wyjazdu w Polskę pojawił się bezpośrednio po powrocie z last minute w grudniu 2013. Przejażdżka przez Polskę w drodze do domu pokazała, że to u nas jest ciekawie, różnorodnie i tajemniczo. Od tego czasu rozmyślaliśmy nad celem podróży szukaliśmy najlepszych rozwiązań.

Podlasie wybraliśmy szukając miejsc cichych, bez tłumów turystów, a jednocześnie bogatych w zawiłe historie i zakamarki. Mazury były pierwszym strzałem, bo nie byliśmy wcześniej na dłużej nad jeziorami, a to przecież z Gdańska tak blisko. Nie zdecydowaliśmy się jednak na wynajęcie domku ani na jazdę samochodem, a wygrał rower. I świetnie, bo mieliśmy wielką swobodę przemierzania małych miejscowości, nocowania codziennie gdzie indziej. Kalkulując to na wszelkie sposoby-rower zawsze był na pierwszym miejscu i chociaż perspektywa jechania codziennie ok 70 km była dość ciężka, to po powrocie trzeba powiedzieć, że to naprawdę nie jest dużo. Nie spędziliśmy też bardzo wiele czasu w tej podróży, bo niecałe 7 dni, a zakładaliśmy, że jeśli będziemy mieli słabsze tempo, pokręcimy się trochę dłużej. Nie było takiej potrzeby, a dodatkowo do domu troszkę wykurzyła nas pogoda. Jednak dwukrotne zmoknięcie to nie taka tragedia, okazuje się, że na rowerze jest zawsze ciepło i właściwie jest to sposób na prawie każdą pogodę.

Przygotowując się do wyjazdu podjęliśmy strategiczną decyzję o punkcie start-meta naszej podróży, w związku z możliwościami przewozu rowerów, jakie oferuje PKP. Zaradny Krzyś wybrał nam podróż relacją intercity w Gdyni do Grajewa, gdzie wysiedliśmy rezygnując z wizyty w Białymstoku. Bilet z rowerem kosztował 70,- zł w tym 10,- zł za rower. Ony bilet zakupiliśmy stosunkowo wcześnie, bo w pociągu jest 6 miejsc rezerwowanych na rowery, a nóż ktoś by nas ubiegł…

Zdjęcia: Gdańsk, Pomorze, Peron w Oliwie, POLSKA
Gdańsk, Pomorze, Peron w Oliwie, POLSKA



Zakupiliśmy sakwy crosso, żółte, solidne. Na te nasze 7 dni mieliśmy dwie sakwy, jeden wór pomiędzy nimi, a na drugim rowerze namiot i śpiwory. Zdecydowanie wystarczy spakować się w taką jedną sakwę, na rowerze właściwie tylko zmieniasz koszulkę, a najważniejsza okazuje się ochrona antywiatrowa. Krzyś się śmiał kiedy powiedziałam: „mi się dobrze jedzie, bo mam okulary”, ale to trochę prawda, bo wiatr w polu rwie i naprawdę warto zasłonić szyję, uszy i takie tam.

W związku z tymi bagażami poruszanie się po dworcach staje się operacją alfa. Zasady są następujące: szukasz windy. Sprawdzasz czy działa. Musisz mieć zapas czasu przed przyjazdem pociągu. Jeśli masz szczęście i działa- w Oliwie działała! (jedna) , ustawiasz się na peronie. Jeśli miałeś odpowiednio dużo oleju w głowie dowiadujesz się, który wagon będzie twój. Nigdy nie licz, na to, że wagon 19, stanie przed tobą po 18 poprzedzających. Kolejność takich wagonowych puzzli można sobie sprawdzić w zakamarkach zakładek stron PKP.

No więc stoisz na peronie teoretycznie w miejscu, gdzie może stanąć twój wagon i czekasz. Ale nie do końca zwyczajnie. Jeśli masz bagaże, musisz przemyśleć, co po kolei władujesz do pociągu. Bo postój nie trwa długo, konduktor szybko wygwizduje odjazd. Nie rozpięliśmy sakw w razie gdyby trzeba było się przetransportowywać na drugi koniec peronu. Udało nam się sprawnie wtarabanić po schodeczkach z rowerami, sakwy osobno, bo w szerokości drzwi się NIE MIESZCZĄ. Podróżny pomógł wstawić mój rower, a na odchodne rzucił pytanie ile za rower się dopłaca. Doprawdy wyborny moment na takie pytania.
Bynajmniej w środku pociągu było bezproblemowo, solidne haki, miejsce na torby i jazda…

Z trasy trzeba zaznaczyć, że mijaliśmy Giżycko, gdzie pociąg jedzie brzegiem jeziora, co zawsze mnie urzeka, widok niesamowity! Jednak karuzela, cyrkowiada i tłum są tam przerażające. Ludzie w tych rejonach próbowali dosiadać z rowerami, ale właśnie napotkali na problem 6 miejscówek dla rowerów, które oczywiście już w Oliwie były zajęte.
Siedem godzin później dojechaliśmy do Grajewa. Wysiadka, pogoda niezła, oczywiście trochę pustawo i biednie, ale bez większych odchyłów od normy. Przebieramy się, na pierwsze popołudnie mamy plan około 39 km. Zaopatrzyliśmy się w podstawowe jedzenie w lokalnej biedronce, ostatniej ostoi cywilizacji, jaką mieliśmy tego dnia oglądać.

Planując trasę wyznaczaliśmy sobie punkty noclegowe nad jeziorami, pierwszy miał być nad jeziorem Tajno na obrzeżu Biebrzańskiego Parku Narodowego. Mapa, którą zdobyliśmy ostatecznie w Empiku, zawierała tak ważne notatki, jak perspektywa wybudowania drogi krajowej w 2009 r. A my na niej nanieśliśmy przed wyjazdem teoretyczną trasę przez leśne ścieżki i dróżki.

Patrząc na tą samą mapę i kompas każde z nas sądziło, że idziemy dokładnie w odwrotnym kierunku. Można się było tego spodziewać, skoro nawet spacerując po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym potrafiliśmy dokładnie przeciwnie wskazywać tak oczywiste punkty orientacyjne jak morze i obwodnica.

Punkt zwrotny nastąpił przy granicy Biebrzańskiego Parku Narodowego. Zadanie było teoretycznie proste. Dojechać do mostku, przekroczyć rzeczkę (jeszcze nie Biebrzę) i pojechać w lewo, azymut: Tajno. Nie mieliśmy w ten dzień jakoś specjalnie dużo czasu, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak zacznie nam go brakować. Dokładnie przed barierką z napisem: stop, bo minięciu tabliczki „Biebrzański Park Narodowy” nie mogliśmy dojść do tego, czy wjeżdżamy do Parku, czy z niego wyjeżdżamy. Oczywiście mieliśmy nie wjechać, a wjechaliśmy i to głęboko.

Wycieczka niezwykła, już po trzystu metrach przywitał nas największy orzeł jakiego widziałam, przebiegło parę saren i ogólnie dało się wyczuć, że jest to królestwo zwierząt. My jechaliśmy w przód, prostą trasą, dość długo. Pierwszy dzień- wiadomo, mamy dużo sił, chęci i wydaje nam się, że mapa to oczywiste narzędzie orientacji, lepsze niż kompas w telefonie. Po chwili namysłu uznaliśmy, że mapa ma rację a kompas nie. I tak oto w środku Biebrzańskiego Parku Narodowego byliśmy zmuszeni podłączyć się do satelity aby stwierdzić, że nie jedziemy na wschód a na południe. Byłoby super, gdyby droga, która nas w to epicentrum dziczy zaprowadziła, nie kończyła się właśnie w samym środku. Dosłownie.

Jak się później okazało jechaliśmy wzdłuż Kanału Woźnawiejskiego, a droga, która wyglądała szczególnie nie parkowo, ze względu na prowadzone na niej prace techniczne, była w trakcie budowy. Przez chwilę biliśmy się z myślą rozbicia się z namiotem na łączce na terenie Parku, która o zachodzie przedstawiała się zjawiskowo. Widoczne były miejsca po niewielkich ogniskach i pokusa była ogromna, jednak rezolutnie postanowiliśmy nie narażać się na giga mandaty pierwszego dnia. Jedyne miejsce, które nadawało się na postawienie namiotu, to torfowe pole zaraz za granicą Parku. Zmęczeni i zdezorientowani zdecydowaliśmy się tam osiąść, ze świadomością, że nasze upragnione jezioro jest naprawdę niedaleko. Zatem pierwszy nocleg, przed snem tylko herbatka zagrzana na naszej podróżnej mikrokuchence esbit. Towarzyszyła nam całą drogę i była niezawodna, dzięki swojemu rozmiarowi wodę można ugotować wszędzie.
Namiot na torfie stawia się gładko, wybraliśmy też miłe miejsce otoczone trzcinami, w których ćwierkały ptaki. Ponadto w odległości niecałego kilometra mieliśmy rezerwat ptaków, zatem noc zapowiadała się śpiewająco. I faktycznie, ogólny niepokój przed spaniem na dziko wzmogły różnorodne krzyki ptactwa, które ciężko mi nazwać po samych odgłosach. Uspakajająca była myśl, że skoro zaraz za ścianą namiotu krążą zwierzęta, musi to być bezpieczne miejsce, z którego one nie myślą uciekać. Ponieważ nie rozpalaliśmy ogniska szybko zawinęliśmy się w śpiwory zaopatrzeni w czapki, bluzy i inne ocieplacze. W kulminacyjnym momencie chłodu byliśmy właściwie schowani w śpiworach łącznie ze schowaniem do środka głowy. Ujawnił się tutaj kolejny błąd naszej wyprawy tj. zaufanie, że w nocy temperatura będzie wynosić ok 13 stopni, a było około 10 i mniej, przy posiadaniu śpiworów marki TIP, czy coś w ten deseń, okazało się, że konieczne jest spanie w czapce i rękawiczkach.

Zdjęcia: Grajewo, Podlasie, Nocleg na torfowisku, POLSKA
Grajewo, Podlasie, Nocleg na torfowisku, POLSKA



Poranek. Pierwszy raz wyciągam notes żeby na spokojnie zanotować co się dzieje. Kilka zdjęć porannej rosy, chwila na odtajenie namiotu i zbieramy się. Wiadomo, pierwszy cały dzień przed nami, dziś mamy zjechać 70 km i jeszcze nie wiemy jak to będzie na trasie z bagażami. Dodatkowo chcemy odkryć gdzie popełniliśmy błąd, który spowodował, że nie kąpiemy się o 6 rano w jeziorku. Tuż za rogiem okazuje się, że bywa więcej niż jedna rzeczka i jeden mostek, a na mapie nie każdy szczegół jest. Po niedługiej chwili jedziemy obok Tajna, które okazuje się jeziorem średnio dostępnym, otoczonym trzcinami, nad którym wypasają się krowy. Zatem, niewielka strata poza kąpielą. Ale co tam, jeszcze nie jest źle. Jedziemy!

Trasa naszego drugiego dnia wiodła przez Puszczę Augustowską, którędy mieliśmy dotrzeć nad jezioro Mikaszewo. Trasa była ciekawa, odkryliśmy, że większość gospodarstw zajmuje się hodowlą krów, i podlegają pod skupy Mlekpolu. Okazuje się, że Podlasie produkuje 30% mleka dla całej Polski.

Po drodze trafiliśmy też na zagrodę konia, który sam podszedł się z nami przywitać. Nie sposób było go zignorować. Spryciarz załatwił sobie smakowite liście.

Zdjęcia: Tajno, Podlasie, Koń, POLSKA
Tajno, Podlasie, Koń, POLSKA



Dalej ruszyliśmy w Puszczę i jeśli o nią idzie, to jadąc na rowerze nie zwiedziliśmy jej zbyt dogłębnie. Rezerwat za rezerwatem, ale też standardowe sosny i świerki. Tego dnia toczyliśmy się jeszcze wg wyznaczonych kropek na mapie, ścieżkami leśnymi.
Niestety zaczęło się chmurzyć i dlatego spieszyliśmy się żeby gdziekolwiek dojechać zanim złapie nas deszcz.

Wyjechaliśmy nieopodal jeziora, które w takiej pogodzie zdawało się na nic, w miejscowości Płaska. Dzień drugi. Uznaliśmy, że to świetny moment na wprowadzenie planu awaryjnego tj. spanie płatne w cywilizacji. Na pomoc przyszła nam karczma Starożyn i Pani Iza.
Na pytanie ile za noc, odpowiedź 35,- zł. Myślimy: świetnie! Nad Kanałem Augustowskim z jednej strony las, z drugiej kajaki podpływają, podróżni zatrzymują się na kawkę, szarlotkę i piwko. Jest fajnie. A gdzie nasz pokój? Dostaliśmy cały domek dla siebie? Ekstra. Jest piękny, drewniany wije się po nim winogrono. Wchodzimy. Cyk. Światła nie ma. W porządku się załatwi. Łazienka? W każdym razie nie tu.
I tutaj zaczyna się pod górkę. Próbując zlokalizować łazienkę znajdujemy ją w budynku obok, głównym jadalnym i sypialnym, gdzie kartka na drzwiach głosi: „prysznic: 10 min=8,-zł”. Wybitnie. Dobijamy targu. Mamy pokój z łazienką w budynku obok za 45,- zł. Po wyjaśnieniu, że chcemy się wpierw myć a potem jeść, bo jesteśmy po długiej trasie, dostajemy jeden prysznic na dwa ludzie. I pozor!: tylko mi tam nie nachlapać.
Spieszyłam się, żeby za te święte 10 minut nie wyjść.

No ale dobra. Jest obiad, jest piwo, siedzimy na słoneczku i fajnie. Zjedliśmy kotleta po polsku, bo menu głosiło, że jest ci on za złotych 12. Po przewróceniu kartki kapujesz, że ziemniaczki 3 ziko a surówka 2. I tak jest dalej, karteczki są tu wszędzie. Na stolikach przed naszym domkiem: „za obsługę pod wiatą kelnerki doliczają 10%”. Albo na trampolinie: „3 minuty=5 zł”. Brawo dla matki, która olała napis i wpuściła dziecko na trampolinę, a drugiej córce odpowiedziała: pf, najwyżej się później rozliczymy. Na szczęście doprosiliśmy się o prąd więc komóreczki doładowane, aparat też.

Zrobiliśmy sobie spacer w okolicach kanału. Jest tam dobrze zorganizowana infrastruktura, właściwie za rogiem możnaby spać pod namiotem, w miejscach dofinansowanych z UE. Są ławeczki, mostek i inne dogodności.

Wieczorem wypliśmy kadareczkę na mostku doczytując nasze książki z przeceny.

Zdjęcia: Jezioro Paniewo, Podlasie, Karczma Starożyn, POLSKA
Jezioro Paniewo, Podlasie, Karczma Starożyn, POLSKA



Ale się chmurzyło! A nasza prognoza przedwyjazdowa mówiła, że spadną tylko jakieś mizerne milimetry! Niestety. W nocy grzmiała burza i byłam super szczęśliwa, że jesteśmy pod dachem a nie namiotem.

Następnego dnia ruszyliśmy mityczną ścieżką przez Puszczę do Sejn. W naszych wyobrażeniach to był szlak na wylot przez las. Mimo to zaczęliśmy rozważniej mijać skrzyżowania, używać kompasu i potwierdzać, że jedziemy w dobrym kierunku. Zrobiliśmy sobie przystanek przy potrójnym krzyżu w środku lasu, aż tu nagle ciężarówka z drewnem. Spieszę dodać, że kierowca kierował a pasażer spał. Zapewne po ciężkiej drwalskiej robocie, bo co rusz nastawiane są tam zakazy wstępu różnej maści: zakaz wstępu wycinka drzew, zakaz wstępu ostoja zwierzyny, zakaz wstępu drzewostan nasienny. Dużo roboty w takim lesie.

Na Sejny napalałam się ogromnie. Od dawna wiem, że działa tam ośrodek Kultury „Pogranicze”, którego program działania zawstydziłby niejedną instytucję z dużego miasta. Dodatkowo matka rodzicielka w okolicach przejeżdżała akurat rowerem w drodze z Wilna (ta zawsze mnie pokona, ja mówię Podlasie, a ona już jest w Wilnie). Wjeżdżamy do Sejn i klimat jest już na progu. Pierwsze miejsce, które odwiedzamy to przytulny sklepik ze specjałami z Litwy, bo mieliśmy plan coś konkretniej zjeść w mieście. Okazało się bowiem, że podlaskie wioski wcale nie są nastawione na głodnych turystów, a we wsi wcale poza kościołem, sołtysem, krową i Maryjką, do kompletu nie wchodzi sklep. Zatem zapoznaję się z menu litewskim. Niestety nie było już kartaczy za to zaproponowano mi kiszkę ziemniaczaną. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast kapusty kiszonej zobaczyłam kiełbasę z ziemniaków! Po ciężkiej jeździe na rowerze ciepła kiszka świetnie się sprawdziła. No i asekuracyjne pytanie do mamy, gdzie też oni są?

No i tak doszło do spotkania w Sejnach pod Biedronką. Uroczo. Wykwalifikowana grupa rowerowa wracająca z Wilna oceniła nasze przygotowanie, przechrzcili nas i pojechali do domu, a my dalej w trasę. Mimo, że było już późnawo, to pogoda była niezła i uznaliśmy, że można jeszcze zjechać kawałek trasy. Ta wieczorna przejażdżka była już zupełnie przyjemna. Okazuje się, że rozgrzany organizm sprawuje się całkiem nieźle i można naprawdę dużo z siebie wycisnąć. Takim sposobem plotkując o niebieskich migdałach, bo jak już się jakiś czas jedzie, to mózg szuka zajęcia, dojechaliśmy nad jezioro w Szypliszkach.

No i taka sytuacja: zjeżdżamy z górki nad kolejne jezioro, w poszukiwaniu najlepszego miejsca żeby się rozbić. Zatrzymuje nas rozpostarta przez drogę linka zamykająca pole wypasania krów. Za nami zjeżdża z dużą prędkością Pan. No to wyrwałam do Pana: uwaga linka!. Nie ma co uratowałam mu życie. W ten sposób zasłużyłam nam na ugoszczenie przed jego hacjendą. Dowiedziałam się, że można mieć hacjendę nad jeziorem, łódeczki, motoróweczki, jacuzzi na pomoście i samochód, którego markę Krzyś rozszyfrował jako mustang. Od tego momentu wiedziałam, że jestem już na Mazurach, a nie na Podlasiu.

Zdjęcia: Szelment Mały, Podlasie, Nocleg w przedprożu, POLSKA
Szelment Mały, Podlasie, Nocleg w przedprożu, POLSKA



Tak też miała rozwinąć się nasza podróż, kolejne dni to była już jazda wzdłuż jeziorek, lasów i domeczków. Najgorsza była jednak czarna środa. Od tego czasu podjęliśmy rezolutną decyzję o zrezygnowaniu z naszej ścieżynki przez las, bo mapa wciąż nas zawodziła. Oto więc ruszyliśmy na Wiżajny, na drogę „widokową”. Niestety widokowe trasy to tylko z góry, na którą trzeba się wspiąć. Na górce wjazdowej wykrzyknęłam: „ja nie dam rady”. Po czym postanowiłam wybrać dogodne miejsce za zakrętem i skonać. Niewielka wymiana zdań, co do tego, kto ile trenował, kto komu mówił, że trzeba się przygotować, że wiadomo było, że będą górki, a miejscowi się gapią. Chwila oddechu i jakoś podjechaliśmy dalej. A wiatr ciągle w twarz.

Zdjęcia: Stańczyki, Podlasie, Mosty w Stańczykach, POLSKA
Stańczyki, Podlasie, Mosty w Stańczykach, POLSKA



Nieszczęsną środę zakończyliśmy za Gołdapią, która zaskoczyła nas znienacka szyldami promocjami i generalnie miastem pełną gębą. Uznaliśmy, że to nie jest miejsce gdzie chcielibyśmy przystanąć, ruszyliśmy nad maleńkie jezioro NIE ZAUWAŻAJĄC NA MAPIE JEZIORA GOŁDAP, które okazało się być obstawionym tabliczkami „wstęp wzbroniony, teren prywatny” małym jeziorkiem. Próbowaliśmy znaleźć właściciela i doznaliśmy sceny jak z horroru. Na szczycie górki, na której wypasały się krowy stał domek. Uznaliśmy, że to logiczne, że tam właśnie mieszka właściciel jeziora. Plan był prosty: zapytać, czy możemy zostać na jedną noc. Podjeżdżamy i z oczywistych względów to ja mam się pytać. Nikt do nas nie wychodzi, więc idę od prawej, od lewej i nadal nic. Kiedy zaglądam przez okno okazuje się, ze dom jest pusty, wygląda jakby był w czymś pomiędzy remontem a rozbiórką. Przy tym całym zmęczeniu, fakt, że na ganku stała wanna, w której widniał czerwony osad (Krzyś twierdzi, że po grillowaniu, ale mu nie wierzę), sprawia, że zaczynam myśleć, że czas zrezygnować z pomysłu spania nad jeziorem. W zasadzie i tak było za zimno na kąpiele. W takim razie wracamy do krótkiego rzędu domków, dopytać o co chodzi i gdzie tu się można rozbić. Pierwszy gospodarz tajemniczo odpowiada, że to teren wojskowy, że lepiej nie wchodzić bo kontrolowane. Jego spojrzenie też jest całkiem tajemnicze, dlatego nie przechodzę z nim do punktu drugiego, czyli pytania: a czy możemy zostać u Pana na trawniku?. Dopiero u kolejnego Pana emeryta odważnie decyduję się na opowieść w stylu: jesteśmy w tarapatach, nie mamy gdzie spać. Mimo sugestii, że trzeba było zostać nad jeziorem, pyta żonę o zgodę. No to myślę sobie kaplica, żona nas przegoni i będziemy spać przy drodze.
Ale, ale! Babcia lepsza niż dziadek, mówi, a co tam z namiotem będziecie się rozstawiać, proszę do domku, stoi pusty, już tylko przewietrzę. I jeszcze herbatkę przynosi, przeprasza za zaduch, no niemożliwe. Po prostu poczułam się pierwszy ale nie ostatni raz w trakcie tej podróży, jak pielgrzym i tak też nas przyjęto. Na całe szczęście, bo tego dnia zmęczenie było dla mnie najgorsze.



W czwartek rano wstaliśmy w miarę szybko, żeby nie robić nikomu kłopotów. 8:30 siedzieliśmy już na rowerach z planem dojechania pomiędzy Mamry a Dargin. Tak też się udaje, suniemy całkiem już nieźle, przy czwartym dniu już jesteśmy w żywiole i dojeżdżamy nad Mamry, gdzie zatrzymujemy się na kawę, żeby ocenić, co dalej, bo ilość chmur nie maleje. W knajpie grają szanty, a z portu co rusz wysypują się żeglarze.

Zdjęcia: Mamry, Mazury, Mamry, POLSKA
Mamry, Mazury, Mamry, POLSKA



Wiemy, że nie uciekniemy przed pogodą, a siedzieć nie ma sensu, więc jedziemy szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Tak udało nam się trafić na uroczy domek w Przystani. Ponieważ ruch był niewielki, zamieszkaliśmy samiuteńcy w małym domku wiejskim. Mieliśmy wszystko czego trzeba po takim męczącym dniu i ta pachnąca porządnie pościel jak u babci. I tuż od progu można było wyniuchać artystę. Zajrzałam ciekawsko na strych a tam….

Od razu dostałam kopa na zwiedzanie, robienie zdjęć i wszystko to, na co nie było czasu dotąd, bo skupiałam się na samym dojechaniu do celu. Ponieważ do Przystani zajechaliśmy mokrzy, zmieniliśmy ubrania, i już wkładałam na siebie byle co, pojechaliśmy zwiedzić Węgorzewo.

Zdjęcia: Mamry, Węgorzewo, Tawerna Keja Węgorzewo, POLSKA
Mamry, Węgorzewo, Tawerna Keja Węgorzewo, POLSKA



Planowaliśmy skonsumować zupę rybną, ale niestety w kilku miejscach nie było jej w menu. Kapuśniaczek i pierożki też nas zadowoliły. Nie byłam wcześniej na Mazurach i cieszę się, że widziałam rasowych pływaczy, twarze opalone od słońca nad wodą. Wieczorem za naszym domkiem urządziliśmy sobie wieczerzę z cydrem, bo to był naprawdę dobry dzień. Piliśmy też piwo z mazurskiego browaru, pycha! I na szczęście okazuje się, że u nas też można je dostać.



Lekko zmęczeni cydrem napotkaliśmy na mysz w pokoju i przez parę dłuższych chwil obmyślaliśmy patenty na wygonienie jej z domu. Była mądra i spostrzegawcza więc tylko najadła się pysznej zdrowej wasy, a i tak spała wśród poduszek w pokoju obok, tam gdzie się jej podobało.
Z takiego miejsca to nie chciało nam się ruszać. Powolne śniadanie, zdjęcia z rana, pakowanie i ceregiele. Spokojnie ruszyliśmy dalej, wiedząc już, że raczej to nasze ostatnie dni.

Przedyskutowaliśmy pogodę i różne czynniki, podsumowując celem było dotrzeć na sobotę wieczór do Olsztyna. Zjechaliśmy zatem na spokojnie przez Kętrzyn, Świętą Lipkę i Reszel, nad jeziora w Leginach. W Świętej Lipce wszystko ze złota a woda święcona lała się strumieniami. Dowiedzieliśmy się, że jechaliśmy trasą Świętego Jakuba nawet o tym nie wiedząc.

I znowuż zmoczeni pytaliśmy o wolne miejsce w domku i podobnie jak wcześniej, w hacjendzie nie było nikogo poza nami. Scenariusz pogodowy mieliśmy już w małym placu, dlatego nie zastanawiając się zbyt wiele zmieniliśmy skarpetki, i zwiedziliśmy okolicę. Było pięknie, jak to o zachodzie i znowu był czas przyglądać się szczegółom.
Właścicielka nie mogła się nadziwić, że już tyle kilometrów za nami, a jeszcze jedziemy, a rano dalej, na Olsztyn mimo, że zapowiadają burze. No cóż, jechaliśmy, kurtki były w zanadrzu. Ale udało się dojechać przed ulewą. Za to wypadało się konkretnie i naszym oczom zjawiła się piękna tęcza.

Pociąg do domu był osobowy. Osób z rowerami parę. Pogawędki, wymiana doświadczeń, ktoś spał na mchu komuś pękła dętka. Trzy godziny do Oliwy, wtargane sakwy do domu i spać.
Siedem dni, a jakby miesiąc.

Zdjęcia

POLSKA / Pomorze / Gdańsk / Peron w OliwiePOLSKA / Podlasie / Grajewo / Nocleg na torfowiskuPOLSKA / Podlasie / Tajno / KońPOLSKA / Podlasie / Jezioro Paniewo / Karczma StarożynPOLSKA / Podlasie / Szelment Mały / Nocleg w przedprożuPOLSKA / Podlasie / Stańczyki / Mosty w StańczykachPOLSKA / Mazury / Mamry / MamryPOLSKA / Węgorzewo / Mamry / Tawerna Keja Węgorzewo

Dodane komentarze

janusz44 dołączył
13.02.2013

janusz44 2014-09-03 11:48:06

"Wyprawa na Podlasie jest pewnie zadatkiem na wyprawę zagraniczną - daleką i niemniej ciekawą. Do dzieła! "

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl