Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Czyśmy na Bali czegoś się bali? > INDONEZJA


Anthar Anthar Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie INDONEZJA / Bali / Ubud / Balijski hostelikZapraszamy na II część opowieści o podróży poprzez Indonezję. Tym razem poczytacie o gościnie i atrakcjach oferowanych przez piękną wyspę Bali.

Prom na Bali płynie króciutko, raptem 20 minut. Ledwie odbije się od nabrzeża, a już dobija do kolejnego. Szybko wsiedliśmy do autobusu i pomknęliśmy wzdłuż południowego wybrzeża ku Denpassar. Droga jest piękna, nie nudzi się, z prawej strony palmy i plaże, z lewej strzeliste szczyty górzystej części wyspy. Z miejsca rzuca się również w oczy odmienny charakter wyspy. Na Bali dominuje hinduizm, co znajduje swoje odzwierciedlenie w zdecydowanie bogatszej ornamentyce, ogromnej ilości barw i pewnej, że tak to określę, radości, która jest tak odmienna od dużo „poważniejszego” islamu.
Do Denpassar dotarliśmy po niecałych 3 godzinach. Autobus zatrzymuje się na przedmieściach, nie w centrum miasta, więc warto wziąć pod uwagę, że po wyjściu z niego znajdujemy się niemal pośrodku niczego. Z racji tego, że od takich miejsc jak Kuta, czy samo Denpassar chcieliśmy się trzymać z dala (dzikie i zatłoczone imprezownie to zdecydowanie nie nasz klimat), wzięliśmy „taksówkę” do Ubud. Cudzysłów nieprzypadkowy, bowiem bardzo wiele prywatnych samochodów oferuje zawiezienie w upatrzone miejsca. Ustaliliśmy cenę 150.000 IDR za kurs i ruszyliśmy.
Ubud leży całkiem niedaleko, toteż szybko znaleźliśmy się w kulturalnej stolicy wyspy. I tego nam było trzeba! Panuje tam spokój, łagodność, nastrój nieco kontemplacyjny, sporo jest miejsc poświęconych krzewieniu kultury balijskiej, a jednocześnie miejscowość zapewnia wszystko, co niezbędne turyście. Kierowca wysadził nas w centrum miasteczka, koło jedynego dużego marketu (swoją drogą pierwszego i zarazem ostatniego, do jakiego trafiliśmy w Indonezji). Rozejrzeliśmy się dookoła i obraliśmy kierunek w poszukiwaniu jakiegoś noclegu. Po kilkunastu minutach bezskutecznego rozglądania się po różnych ciekawych miejscach, dotarliśmy do miejsca nazywającego się Ubud Permai. Chłopak stojący przy schodach na dziedziniec oznajmił, że jak najbardziej miejsca ma i jeśli nas to interesuje, może pokazać. Gdy wspięliśmy się po schodach od razu wiedzieliśmy, że dalej szukać na pewno nie będziemy, gdyż ukazał się naszym oczom przepiękny ogród z małym basenem i dwoma kilkupokojowymi budynkami stanowiącymi bazę noclegową. Cenę uzgodniliśmy na 100.000 IDR od głowy za dzień, co było świetną kwotą za oferowane warunki (śniadanko wliczone). Jako, że tego dnia byliśmy potężnie zmęczeni (wszak o świcie jeszcze zdobywaliśmy wulkan na Jawie), pokręciliśmy się po najbliższej okolicy, upatrzyliśmy sobie i zjedliśmy kolację w absolutnie rewelacyjnym warungu przy tej samej ulicy, przy której znajdował się nasz hostelik (Jl. Wenara Wana) i zalegliśmy najpierw w wieczornym ogrodzie, a następnie już w łóżkach.

Zdjęcia: Ubud, Bali, Balijski hostelik, INDONEZJA
Ubud, Bali, Balijski hostelik, INDONEZJA



„Rany boskie, co to za awantura?” – pierwsza poranna myśl wyszarpnęła mnie z morfeuszowych objęć. Na tarasie przed naszym pokojem najwyraźniej toczyła się jakaś plemienna walka o ogień, słychać było galop, wymierzane ciosy i nieartykułowane wrzaski. Z lekką taką niepewnością wyjrzałem na zewnątrz i tym samym odrobinę przepłoszyłem stado małpiszonów robiących jesień średniowiecza w najbliższej okolicy. To miał być już codzienny ceremoniał, bezpośrednia bliskość Małpiego Lasu powodowała, że jego mieszkańcy zabawiali się każdego poranka na terenie hotelu i byli pacyfikowani za pomocą proc dzierżonych przez chłopaków z obsługi. Teoretycznie może to i ciut niebezpieczne, bo zwierzaki są nieobliczalne, ale z drugiej strony dawało niesamowitą radochę podczas obserwacji ich zachowań.
A my zjedliśmy śniadanko, poszliśmy do sklepu po 3 tony owoców i rozsiedliśmy się w ciszy i spokoju, by jeszcze chwilę pokontemplować. Jasne… Pierwsza eskadra futrzanych istot zmiotła to co zostało po owocach. Druga zdemolowała popielnicę, suszarkę z ręcznikami i rzuciła się na pierwszą. Trzecia czekała w odwodzie na dachach i kablach pomiędzy nimi. Acha, czyli małpie łakomstwo silniejsze niż skoble z procy, trzeba posiłki jednak spożywać w bunkrze…
Skoro już się zapoznaliśmy z sąsiadami, to trzeba było wpaść z rewizytą, wobec czego poszliśmy zobaczyć co w tym Małpim Lesie słychać. Ów las to w zasadzie solidnie urządzony, spory park poświęcony małpom. Wypełniony jest świątyniami (wszak religia hinduska czci niemal wszystko), rzeźbami, stawami, pięknymi drzewami i naturalnie zwierzakami. Jest ich tak dużo, że trudno się opędzić. Oczywiście wszelkie jedzenie i napitki są wykluczone, bowiem małpy nie czują żadnego skrępowania i potrafią wyszarpnąć ludziom co atrakcyjniejsze kąski. Skaczą po plecach, głowach, pętają się między nogami, coś niebywałego. Ale widziałem jak potrafią zedrzeć nawet kolczyki z ucha, więc należy mieć się na baczności, ochrona parku nie może być naraz wszędzie. Bardzo wesołe, piękne i oryginalne miejsce, można tam kilka godzin spędzić. Wstęp kosztuje 15.000 IDR, ale potem odkryliśmy, że jest tajne wejście umożliwiające darmową wizytę, jednak pozostawię jego położenie dla siebie :).

Zdjęcia: Ubud, Bali, Śniadanko, INDONEZJA
Ubud, Bali, Śniadanko, INDONEZJA



Po małpich atrakcjach wpadliśmy do „naszego” warungu na obiad, a zaserwowana mi kaczka po balijsku spowodowała nagły atak endorfiny i do dziś tkwi w pamięci. Była wyśmienita, bardzo chrupiąca z zewnątrz, delikatna i soczysta w środku, podawana z podsmażaną trawą cytrynową, imbirem i czosnkiem, wraz z sałatką z chili i limonek oraz ryżem z prażoną cebulką. Przepyszne danie i zdobyło palmę pierwszeństwa spośród spożytych w Indonezji przysmaków. Ech, wspomnienie… schodząc na ziemię dodam, że kosztowała 45.000 rupii, co jest ceną wybitnie atrakcyjną. W lokalach dla białasów z pewnością czegoś takiego nie podają, a ceny w tego typu przybytkach na Bali mogą rozstroić nerwy „budżetowego” podróżnika.
Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu Ubud. Chodziliśmy po pięknych uliczkach, podziwialiśmy dużo ciekawszą niż na Jawie architekturę, obserwowaliśmy szykowanie się mieszkańców do hinduskiego święta dnia następnego, krążyliśmy wśród kramów z dobrem wszelakim (bardziej lub mniej autentycznym) i na koniec wstąpiliśmy do jednego z biur by wynająć samochód. Wypożyczenie na jeden dzień kosztowało nas 120.000 IDR od głowy, co jak się później okazało było naprawdę dobrym interesem. Opracowaliśmy więc plan zwiedzania i leniwie potoczyliśmy się ku hostelowi.
Dzień następny zaczął się dość wcześnie, gdyż plan był dość napięty. Rozgoniliśmy kudłate towarzystwo za pomocą nisko latających klapków i jeszcze niżej latających przekleństw, szybkie śniadanie, kawa i do samochodu. Pierwsza na trasie była Elephant Cave, która raczej skojarzeń ze słoniem nie budziła, bowiem ani nie była duża, ani też nigdzie posągu Ganeshy nie uświadczyłem. Wstęp kosztuje 15.000 IDR. Oczywiście konieczne było założenie sarongu i przewiązanie się w pasie, na szczęście wypożyczyć można go na miejscu za darmo. Jaskinia miała całkiem interesujący, rzeźbiony w skale front, ale w środku nie zawierała niczego ciekawego. Natomiast otaczający ją ogród był bardzo miłym i ładnym miejscem, można było oddać się krótkiemu spacerowi. Po okolicy kręciło się także kilku mężów oferujących błogosławieństwo, oczywiście nie za darmo, choć ich łagodny, zapraszający do rozmowy głos może zgoła co innego zwiastować. Ale jeśli podróże mnie czegokolwiek nauczyły, to na pewno jest to dystans do wszelkich „święceń”, chociaż co kto lubi.
W dalszą drogę pomknęliśmy do Tampaksiring, do Holy Spring Water Temple. Było to znacznie ciekawsze miejsce, z bijącymi źródłami wody wpływającej do specjalnych basenów, w których według wierzeń, kąpiel obmywa z grzechów. Miejsce nie jest szczególnie rozległe, ale można spędzić tam sporo czasu snując się alejkami pomiędzy kolejnymi kapliczkami i basenami. Interesująca jest również obserwacja wiernych zażywających rytualnych zanurzeń, można także samemu wejść do wody, bowiem nie ma ograniczenia wyznaniowego. Bilet wstępu to koszt 15.000 rupii.

Zdjęcia: Tampaksiring, Bali, Rytualne obmycie, INDONEZJA
Tampaksiring, Bali, Rytualne obmycie, INDONEZJA



Nieopodal Tampaksiring znajduje się Kayuambua - plantacja kawy oraz przypraw korzennych i owoców. Zatrzymaliśmy się tam, bowiem żadne z nas nie było nigdy w takim miejscu i chcieliśmy koniecznie to zobaczyć. Plantacja jest przeurocza, posadowiona na wzgórzu z szerokim widokiem na dolinę porośniętą gęstą dżunglą. Można ujrzeć jak rośnie cynamon, goździki, imbir, galangal, pieprz, wanilia, kakao i oczywiście kawa. A czymś szczególnym jest okazja do zobaczenia cywet – zwierzaków, dzięki którym uzyskiwana jest najdroższa kawa na świecie, Kopi Luwak. Właściciele udzielali wszelkich informacji, wyczerpująco opowiadali o otaczającej florze, pokazywali proces tworzenia kawowego naparu, a nawet dorzucali słowa po polsku, czym nas ujęli. Jeśli ktoś ma ochotę, może na miejscu spróbować różnorakich napitków z płodów tego ogrodu i zakupić co nieco do domu.
Dalsza droga prowadziła coraz wyżej i wyżej. Zagnała nas do wioski nad stromym zboczem schodzącym do jeziora Batur. Roztaczał się stamtąd powalający widok na taflę wody i otaczające ją szczyty wulkanów. Wrota piekieł cały czas są aktywne, stoki jednego z nich były czarne - to ślad po ostatniej erupcji, ale też wstęp do narodzin bujnej roślinności. Nie mogliśmy oderwać oczu od krajobrazu, mimo iż pogoda nieco się zepsuła i zaczął siąpić drobny deszcz. W tej okolicy jednak wahania pogodowe to norma, zmienia się ona jak w kalejdoskopie. Urzeczeni panoramą, natchnieni świeżym, niemal górskim powietrzem, zjedliśmy obiad w jednej z okolicznych knajpek i pojechaliśmy dalej.
Mówi się, że kto widział świątynię Besakih, ten widział już wszystkie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, trudno było się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, bowiem architektura tego miejsca jest porywająca i zachwyca wielkością oraz rozmachem. Mając już dość wiecznego wypożyczania sarongów, kupiłem sobie własny, a w zasadzie to trzy, bowiem sprzedawcy zabijali się o klienta i schodzili z ceną wręcz nieprzyzwoicie :). Okutałem się w szatkę i poszliśmy w kierunku bramy. Przy wejściu jest jednak mała niespodzianka – nie ma oficjalnej ceny wstępu. Należy złożyć ofiarę w dowolnej wysokości, jednak w przypadku białasów następuje momentalnie indoktrynacja w postaci zeszytu, w którym wpisywane są wielkości rzekomo uiszczane przez poprzedników. Kwoty mają 5 a nawet 6 zer, co od razu wzbudziło mój uśmiech i spowodowało przyjęcie pozycji na „bezrobotną sierotę” :). Podziałało i ustalona kwota nie przewierciła na wylot portfela, choć w zasadzie położenie miejsca warte jest chyba każdych pieniędzy. Z jednej strony rozpościerał się widok na zieloną, południową część wyspy, północ z kolei to strome zbocza wulkanu Gunung Agung, świętej góry Balijczyków i najwyższego szczytu Bali. A w środku dziesiątki wież, krużganków, rzeźb, dziedzińców, ołtarzy, schodów i alejek. Wokół mnóstwo modlących się ludzi, przeróżnych obrzędów i oczywiście turystów też niemało. Bez wątpienia to najpiękniejsza świątynia hinduistyczna w jakiej byłem.

Zdjęcia: Pura Besakih, Bali, Najpiękniejsza świątynia na wyspie, INDONEZJA
Pura Besakih, Bali, Najpiękniejsza świątynia na wyspie, INDONEZJA



Nie mogliśmy jednak spędzić w niej nieograniczonego czasu, bowiem dzień pomału miał się ku końcowi, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć tarasy ryżowe w Tegallalang. Pojechaliśmy mniej uczęszczanymi drogami mijając co rusz wspaniałe i puste punkty widokowe na wulkany. Dzięki temu zobaczyliśmy też twarz Bali nieco odwróconą od turystów i bardziej bliską codzienności. Z racji święta mogliśmy wziąć udział (oczywiście tylko jako widzowie) w procesji z Barongiem – postacią pół-lwa, mitologicznym uosobieniem dobra. Co ciekawe w przemarszu biorą udział tylko mężczyźni, kobiety natomiast czekają w świątyni, gdzie następuje wspólne złożenie ofiary w postaci czarnego prosiaka i tym samym obdarzenie szczęśliwością wioski, z której procesja przybyła.

Zdjęcia: Tegalalang, Bali, Tarasy ryżowe, INDONEZJA
Tegalalang, Bali, Tarasy ryżowe, INDONEZJA



Dotarliśmy do Tegallalang przy prawie zachodzącym słońcu, stąd nie mieliśmy okazji zobaczyć tarasów w pełnym blasku, jednak i tak się nam podobały. Dużo mniej podobała nam się duchota, wilgoć i potworne gorąco, jaki ogarnęło nas, gdy zeszliśmy na dno kotliny u stóp ryżowych poletek. Klimat był niemiłosierny, wyciskał błyskawicznie wodę z organizmu, a sprawy nie ułatwiały strome schodki, którymi przemieszczaliśmy pomiędzy poszczególnymi tarasami. Może o innych porach dnia jest tam inaczej, może też lepiej obserwować to miejsce z góry. Jednak my zaliczyliśmy niezłą lekcję i sporo śmiechu na koniec, gdy okoliczni sprzedawcy krzyczeli 30.000 IDR za mała buteleczkę wody :). Tak czy siak, na pewno warto tam przyjechać i nacieszyć oczy.
Zmęczeni całodzienną wycieczką wróciliśmy do Ubud i poszliśmy jeszcze na Kecak, przedstawienie jednego z wielu balijskich teatrów, opowiadające historię zawartą w hinduskim eposie – Ramayanie. Spektakl odbył się po zmroku, przy płonącym ognisku, a brało w nim udział kilkudziesięciu aktorów, tancerzy i chórzystów. Piękne widowisko, choć podane w języku zupełnie niezrozumiałym i gdyby nie historia po angielsku wręczana widzom przy wejściu, zapewne niewiele byśmy z tego pojęli. Z pewnością natomiast do każdego dotarł taniec ognia, odbywający się po głównym przedstawieniu. Otóż aktor przebrany za konia wirował wokół stosu płonących skorup kokosa, po czym wpadł w jego środek i bosymi stopami rozrzucił je na wszystkie strony, a następnie dokazywał na ostrych i żarzących się resztkach. Godne podziwu, choć nie od dziś wiadomo, że ludzie potrafią sobie próg bólu niemal wyeliminować. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że przyjemność obserwowania dokonań artystów z Ubud kosztuje 75.000 IDR i nie trzeba nigdzie specjalnie udawać się w poszukiwaniu biletu – one same Was znajdą :).
Dzień kolejny oczywiście zaczął się rytualną wymianą uprzejmości z czterołapym, futrzastym batalionem, czającym się w okolicy, który jednak trzymał nieco dystans ze względu na poznaną organoleptycznie potęgą gumowego obuwia i polskich inwektyw. Stwierdziliśmy, że chyba trochę głupio być na Bali i nie pojechać na plażę, toteż zapakowaliśmy się do samochodu i pomknęliśmy do Sanur. Celowo wybraliśmy właśnie to miejsce, z uwagi na awersję do barbarzyńskich hord jakie okupują najpopularniejszą plażę w Kucie i okolicach. W „naszym” miejscu było spokojnie, niemal odludnie, choć nie jest to tak bajkowe miejsce, jakie często ogląda się w balijskich prospektach. Nam jednak smaku dodawała kąpiel w morzu z widokiem na potężny szczyt Gunung Agung oraz archipelag wysp Nusa. Warto jednak pamiętać, aby wcześniej zaopatrzyć się w to co niezbędne, gdyż w okolicy prócz kilku mniejszych hoteli, nie ma za wiele typowej, nadmorskiej infrastruktury.
Leniwy dzień trzeba było jednak nieco aktywniej zakończyć, gdyż następnego dnia o świcie opuszczaliśmy Bali i małe pakowanie czekało. Wróciliśmy więc do bazy i pożegnaliśmy jeszcze nasz gościnny warung, obiecując właścicielom chwalenie jego smaków na lądach i morzach.
O dziwo rano małpiszony dały nam spokój, widocznie były rozżalone naszym wyjazdem, albo może przegrupowywały siły gdzieś w okolicy. My jednak nie zdołaliśmy już tego sprawdzić, gdyż wsiedliśmy w podstawionego busa i pojechaliśmy do przystani w Padang Bai, skąd zabrała nas łódź na Gili Air. Względem transportu muszę wspomnieć, że uzgadniałem go z „kierownikiem” naszego hotelu, a nie wykupywałem go w biurze. Dzięki temu koszt przemieszczenia się na Gili wyniósł 300.000 bądź 350.000 IDR (dokładnie nie pamiętam, a kwitek gdzieś zaginął w akcji), a jest to naprawdę zacna cena zważywszy na oferty wszelkich, nieco bardziej oficjalnych, organizatorów.
Bali, turystyczna Mekka, obiekt marzeń wszystkich pragnących wypoczynku w raju. Jest niewątpliwie piękną wyspą, ale jednocześnie dość tłoczną i mocno skomercjalizowaną. A co zaoferowała Gili Air, czy można na niej uciec przed światem i ludźmi? O tym w trzeciej części :)

Zdjęcia

INDONEZJA / Bali / Ubud / Balijski hostelikINDONEZJA / Bali / Ubud / ŚniadankoINDONEZJA / Bali / Tampaksiring / Rytualne obmycieINDONEZJA / Bali / Pura Besakih / Najpiękniejsza świątynia na wyspieINDONEZJA / Bali / Tegalalang / Tarasy ryżowe

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl