Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Wielki Kanion. Spacer na krawędź > USA


LidiaR LidiaR Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie USA / Arizona / Wielki Kanion / South RimWielki Kanion odwiedza rocznie pięć milionów turystów. Ten gigantyczny krater, wyżłobiony parę milionów lat temu przez Rzekę Kolorado, rozciąga się na odległość prawie 500 km i szeroki jest na blisko 30 km, a głęboki na prawie 3 km. Jest piękną geologiczną opowieścią, a spacer na jego krawędź to spacer na krawędź czasu.

Zdjęcia: Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA
Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA



“All dreams spin out from the same web” – Hopi

Czasem jest tak, że właśnie gdy porzucasz któreś z marzeń, ono zaczyna się realizować. Zupełnie jakby zbyt silne pragnienie stwarzało dystans między tobą a marzeniem i zamiast je przywoływać, odpychało je, jak odpychają się magnesy.

Według Indian Hopi, wszystkie marzenia i sny mają jedno źródło. „Dream Catcher” - indiański łapacz snów – ilustruje to w miniaturze. Pajęcza sieć nitek we wnętrzu koła symbolizuje miriady zależności pomiędzy elementami naszego świata. Każdy z nas jest jej częścią, co oznacza że - w pewien sposób - przez niektórych uważany za mistyczny, a przez innych dostrzegalny na poziomie chemii, fizyki czy biologii - każdy z nas połączony jest w tym świecie ze wszystkim innym. Moje sny, moje marzenia, są częścią tej sieci tak samo, jak Twoje – i mogą spełnić się tylko dzięki temu, że łączy nas ta sieć wzajemnych wpływów i zależności. Tylko dzięki temu, co rozbudziło we mnie takie a nie inne marzenie i potrzebę jego realizacji, marzenie może zaistnieć i tylko dzięki tym szczęśliwym przypadkom, które tę realizację umożliwiły, może stać się rzeczywistością dla nas wszystkich. Pomyślcie o jednym zrealizowanym marzeniu – ile w jego spełnieniu tak naprawdę zalezało od was samych, a ile od tak zwanych „sprzyjających okoliczności”, od innych osób, od setek małych decyzji i kroków, na których w grę wchodziło tak wiele innych czynników. Nasze marzenia tak naprawdę realizują się tylko dzięki całej reszcie świata, bo gdyby jej nie było, nie byłoby dla nich impulsu, powodu ani przestrzeni.

Co więc zrobić, gdy spełnia się marzenie? Spróbować zobaczyć nitki łączące je z resztą świata. Z ludźmi, z którymi je „wymarzaliśmy”, włączając w to na przykład tych, którzy spełniali je przed nami lub próbowali; tych, dzięki którym nie zabrakło nam niczego, by wierzyć czy próbować dalej; tych, którzy nas wspierali i w nas wierzyli, a także tych, którzy z nas się śmiali lub nam przeszkadzali, bo może dzięki tym ostatnim najlepiej nauczyliśmy się pokonywać trudności i chciało nam się próbować tym bardziej. Lista powodów do wdzięczności naprawdę ciągnie się w nieskonczoność i kiedy już dojrzymy jej zarys, dobrze jest podziękować - wszystkim i od serca.

Zdjęcia: Wielki Kanion , Arizona, South Rim, USA
Wielki Kanion , Arizona, South Rim, USA



“The mountains, I become a part of it; The morning mist, the clouds, the gathering waters, I become a part of it ” – Navajo

W butach trekkingowych, w wynajętej jeszcze na terenie Nevady półciężarówce z rejestracją z Teksasu, w półśnie, bo od samolotu z Bostonu do Las Vegas nie udało nam się zmrużyć oczu, na arizońskiej autostradzie, pędzącej dokądś po horyzont, moglibyśmy poczuć się jak bohaterowie beatnickiej powieści, na przykład W drodze Jacka Kerouaca: The air was so soft, the stars so fine, the promise of every cobbled alley so great, that I thought I was in a dream; Ale nie czujemy się jak bohaterowie Kerouaca, nie mamy aktualnie żadnych literackich skojarzeń. Jesteśmy brudni i zmęczeni. No i nie widać żadnych kuszących obietnicą bruków i alei, jest tylko czarna legendarna Droga 66, a mój mąż obsesyjnie sprawdza apkę w telefonie, która informuje nas, na jakiej wysokości nad poziomem morza się aktualnie znajdujemy, dopóki jeszcze mamy zasięg, nie na długo. Znajdujemy się wysoko i zdecydowanie czuć to w uszach. W których dzwoni też okoliczna cisza, a za oknami widać zarysy ekstremalnych gór czy skał – i tylko szlachetność gwiazd zgadza się z opisem. Są ich miliardy, a pomiędzy nimi może i planety podobne do Ziemi, może już nieistniejące, choć wciąż widzimy ich światło z powierzchni tej własnej, cierpliwie toczącej się przez Układ Słoneczny, podczas gdy nasza półciężarówka sunie przez Nevadę i Arizonę, nasze organizmy adaptują się do wysokości, a my próbujemy prowadzić inteligentną rozmowę, by nie zasnąć czy nie zgubić się w tej drodze do jednego z siedmiu cudów świata.

Mam wrażenie, że nasze zmysły też przechodzą adaptację i że poczucie intensywności tego momentu może mieć związek nie tylko z brakiem snu i wysiłkiem, ale i z niższym ciśnieniem i mniejszą ilością tlenu, jaką nasze ciała muszą szybko nauczyć się transportować i dystrybuować. Okolice Wielkiego Kanionu to w przybliżeniu siedem tysięcy stóp, czyli powyżej dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza. Trochę niżej niż Rysy, ale wystarczająco wysoko, by to poczuć. No i tutaj ta wysokość towarzyszy nam dość długo, bo rozciąga się na dziesiątki mil. Przewodniki ostrzegają przed altitude sickness i doradzają nawadnianie się na długo przed podróżą, ale o tym czytamy dopiero parę tygodni po powrocie z Arizony.

Powietrze pachnie skałą, piaskiem, kaktusami, noc jest zimna i bezksiężycowa. Tankujemy na na wpół wymarłej stacji benzynowej, przy fotogenicznym ciągu barowo-sklepowym z wystylizowanym znakiem „Route 66” – najpopularniejszej chyba amerykańskiej autostrady. Potem zatrzymujemy się przy przydrożnym markecie o „zachęcającej” nazwie „Terrible’s”. Neon „Okropności” gdzieś pośrodku wyludnionej arizońskiej pustyni czarną nocą robi wrażenie. Po chwili namysłu („Gdzie tak naprawdę jest bezpieczniej? Nigdzie!”) decyduję się pójść w ślady męża i przekroczyć próg strasznego sklepu. Kawa o piątej nad ranem nie musi spełniać wszystkich wymagań, wystarczy, że budzi, a sklep ma de facto całkiem miłą jak na te okoliczności toaletę i właściciela, który obdarowuje nas pakietem bezpłatnych map i dobrych rad. „Only in Arizona”. Miło.

Następny przystanek jest w kompletnych ciemnościach. Skręcamy na zjazd, zachęceni znakiem „Viewpoint”, choć przecież nawet jeśli gwiazdy świecą jasno, to w górach jest ciemno. I okazuje się, że musimy być naprawdę wysoko, bo wieje tak, że niemal spycha samochód z nieoświetlonego parkingu – a gdy próbuję utrzymać się w pozycji stojącej, a dodatkowo zrobić zdjęcie tych niesamowitych skał zaraz za barierką, które zaczynam widzieć, gdy oczy przyzwyczajają się do nocy, wiatr wyrywa mi z rąk czarną przykrywkę obiektywu, która toczy się dokądś klekocząc po czarnym asfalcie w ciemnościach, po czym mój mąż postanawia poszukać jej pod samochodem z latarką, a ja histeryzuję, ponieważ uważam, że wieje tak, że wiatr może zwiać samochód wraz z nim pod jego kołami, co nie jest dobrą alternatywą dla kontynuacji podróży bez przykrywki do obiektywu. W podobnych sytuacjach można zapomnieć o faktach, na przykład o tym, ile ważą półciężarówki, i jest to calkowicie usprawiedliwione. Na szczęście wieje tak, że szum wycisza moje protesty. Z przykrywką na obiektywie wskakujemy do samochodu, odurzeni tym ostrym zimnym rozrzedzonym powietrzem i grozą mrocznego skalistego świata tuż za barierką. Kiedy dwa dni później wracamy tą samą trasą z Arizony do Nevady w dzień, nie dziwię się dziwnemu poczuciu zagrożenia, które mnie dopadło na tym zjeździe. Okolice Lake Mead i Hoover Dam wyglądają przy dziennym świetle pięknie, ale niezbyt przyjaźnie i bezpiecznie. Autostrada biegnie przez wysokie białe mosty nad przepaściami, a po obu stronach niskich barierek pną się poszarpane fioletowoszare skały, z wyraźnie zarysowanymi czarnymi konturami, jak w malarstwie japońskim czy komiksie, przez co ten mało humanoidalny krajobraz wygląda jeszcze bardziej księżycowo i nierzeczywiście. Tutejsza przyroda ma taki rodzaj siły, któremu trudno przeciwstawić jakieś cywilizacyjne wartości, dlatego Jezioro Mead i Tama Hoover, oba „human-made”, są takim cudem i triumfem. Są też błogosławieństwem dla tego jednego z najbardziej suchych na Ziemi regionów. Gdy tędy przejeżdżamy, podziwiając za oknem ten pozbawiony ludzkich śladów, a tak wyrazisty świat, te ogromne połacie całkowicie dzikich terenów, człowiek wydaje nam się istotą miniaturową, słabą i niemal zbędną. Krajobrazy Arizony i Nevady naprawdę świetnie poradziły sobie bez niego przez miliony lat.

“What is life?... It is the little shadow which runs across the grass and loses itself in the sunset” – Blackfoot

Arizona na pustej autostradzie o poranku jest piękna niczym sen. Chmury, mgły, rude piaski poboczy i falujące żółte, spalone słońcem trawy po obu stronach. Horyzont jest tak daleko, że niemal niewidzialny, rozpływa się na styku drogi i nieba, ciężkiego od szarych chmur. W miarę jazdy słońce przebija się przez skłębioną szarość, szybę ciężarówki i nasze spolaryzowane okulary. Pod brzuchami kumulusów żółte pola wyglądają jakby ktoś nałożył na kadr silny filtr.
Nie mam pewności, czy to już pustynia, czy może sawanna, czy jeszcze coś innego. I niezależnie od tego, co to jest, utrwalam nieznany mi dotąd krajobraz ze wszystkich możliwych okien naszej teksańskiej półciężarówki, gdy nagle w kadr wchodzą mi na żółte pola... czarne krowy. Za trzymujemy się i wybiegam w pogoń za landszaftem z odchodzącym powoli w horyzont czarnym sznurkiem. Krowy odwracają się i patrzą w obiektyw. Pewnie próbują zrozumieć, co robię w ich świecie. Tak jak ja, zdumione napotkanym widokiem. – Uważaj na węże! - woła z samochodu mąż. Wciąż naciskam spust migawki, a gdy po kilku szybkich ujęciach opuszczam aparat, zauważam przed sobą w żółtych trawach monstrualnie długi czarny cień i orientuję się, że należy do mnie.

Zdjęcia: Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA
Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA



“Be still and the earth will speak to you” – Navajo

Przy bramie do Wielkiego Kanionu, ustanowionego Parkiem Narodowym na początku XX wieku za sprawą prezydenta Roosevelta, który uważał, że miejsce to, w stanie nietkniętym przez cywilizację, powinien zobaczyć każdy Amerykanin, witają nas dwa jelenie skubiące trawę, ustawione przez jakiegoś Wielkiego Planera Naszej Podróży pod znakiem z jeleniem. Fotografuję je z podziwem i zatrzymujemy samochód, bo oto kilka aut przed nami przez autostradę przechodzi, z jednej strony lasu na drugą, cała jelenia rodzina.

Parkujemy tam, gdzie wszyscy, i oszołomieni faktem, że jesteśmy u celu, wyskakujemy z samochodu prosto w lodowaty wiatr i ziąb. Nie przewidzieliśmy, że na tej wysokości i na skraju Kanionu nie będzie rano upalnie.
Wędrujemy przez opustoszałe jeszcze o tej porze centrum turystyczne, ogrzewamy ręce o gorące kubki z herbatą z „wielobranżowego” sklepu, gdzie można też zakupić ortalionowe kurtki – za cenę znacznie przewyższającą koszt produkcji i nadruku „Grand Canyon” - kanionowe gumisie, lurowatą kawę oraz co tylko przyszło do głowy twórcom biznesplanu tej drewnianej budki.

Przypuszczamy, że w otwartej przestrzeni Kanionu może jeszcze mocniej wiać, więc przeczekujemy kolejną godzinę w centrum handlowym, na zakupach dofinansowujących konto organizacji dbającej o zachowanie Parku. Gdy robi się ciepło, nie pozostaje już nic innego jak iść zobaczyć Kanion. Nie jesteśmy pewni, która droga do niego prowadzi, ale gdy w połowie tej, którą właśnie idziemy, na horyzoncie pojawiają się dziwne różowo-fioletowe wzory, przenoszę się w czasie i przestrzeni do rodzinnych wyjazdów nad Bałtyk i jestem znów tą podekscytowaną dziewczynką, wędrującą leśną ścieżką na brzeg i z zapartym tchem wypatrującą niezmierzonej przestrzeni, i odnajdującą w niej swoją przystań.

- To tu – wymieniamy niepewne spojrzenia. I to tu jest. Wielkie, niepojęte, niepoddające się turystycznym narracjom. Nieprawdopodobne wnętrze Kanionu, zbyt rozległe, by objąć je naszą małą myślą. Kolory zaskakują. Położenie słońca sprawia, że skały przykryte są półtransparentnym mlecznym tiulem, mgiełką nierealności. Róże, beże, brązy, kobalty i fiolety – z tej wysokości zielone kropki drzew zdają się jakimś tajemniczym wzorem, pozostawionym na skałach ściegiem krzyżykowym Wielkiej Hafciarki Natury, hieroglifami, przez które usiłuje nam coś opowiedzieć. Nie mogę się napatrzyć – ta przestrzeń jest oszałamiająca, monumentalna, nierealna. Wrażenie potęguje fakt, że krawędź jest blisko i nic nas od niej nie oddziela, żadna barierka. Od niewyobrażalnego piękna do niewyobrażalnej grozy jest zaledwie jeden krok. Na tej krawędzi świat jest nieprawdopodobnie piękny i wyraźny. Wydaje się też mieć naprawdę ważny sens.

Nie wiem, jak opisać Wielki Kanion. To trochę tak, jakby świat rozstąpił się przed Tobą i pozwolił Ci zajrzeć do swojego wnętrza. A to wnętrze nie ma końca, jest bezkresne i przepiękne. I może to właśnie ono jest zewnętrzem, a Ty znajdujesz się we wnętrzu małej nierealnej bańki zwanej „cywilizacją”, która tu nie znaczy nic. I poza którą Ziemia jest tym, czym zawsze była i czym powinna być. Stoisz tu, na krawędzi sześciu milionów lat i patrzysz w głąb Kanionu poprzez tę niewiarygodną przestrzeń i czas - i ta skala jest porażająca i terapeutyczna. Patrzysz. Słuchasz. Czujesz. I dotykasz czegoś niewypowiadalnego. Wielki Kanion jest milczącą opowieścią, która zmienia Cię na zawsze.

Zdjęcia: Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA
Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA



“Beauty is before me. Beauty is behind me. Above and below me hovers the beautiful. I am surrounded by it. I am immersed in it. In my youth I am aware of it. And in old age I shall walk quietly the beautiful trail. “ - Navajo

Kiedy zaczynasz słuchać krajobrazu, zaczynasz naprawdę w nim być, zaczynasz być jego częścią i zaczynasz słyszeć jego wielką ciszę. A przestajesz słyszeć – wszystkie walczące ze sobą o Twoją uwagę myśli, emocje, impulsy. Chwilami słyszę jeszcze równocześnie obie te rzeczywistości, jak na granicy dwóch radiowych stacji, ale ta po stronie „ja” jest cichsza, mniej dominująca, mniej hałasująca niż zwykle. Ustępuje miejsca czemuś większemu, ciekawszemu i prawdziwszemu ode mnie.

To jest nasza mała podróż na koniec świata. Bo to jest koniec świata, który znam. Nieświadomie wybieramy trasy, które potem odnajduję w przewodnikach „off the beaten path” – tak jak przejazd South Rim, z przystankami na Grandview Point i Desert View, z niesamowitą kamienną Watchtower, aż do East Entrance, skąd autostradą 89 North jedziemy dalej do Flagstaff. Krajobrazy przez całą długość tej trasy są bardzo dosłownie nieziemskie i zmieniają się radykalnie co kilkanaście kilometrów. Gdy kończy się już ryzykowny slalom po krawędzi Kanionu (czytam potem w jakimś przewodniku, że jest to trasa dla zawodowych kierowców), pośród skalistych gór z półokrągłych kamieni, na różowej pustyni mijamy wielkie leje w ziemi i stragany z powiewającymi plemiennymi flagami. Biżuteria, kobierce, ceramika, sztuka piasku (niegdyś służąca rytuałom leczenia i rozsypywana po nich jak buddyjska mandala – dziś naklejona na małe drewniane podkładki i sprzedawana jako obrazki - fragment, odprysk niegdysiejszej pełnej znaczenia mitycznej całości do powieszenia na ścianie, postawienia na biurku). Wokół pustynne pustki i kaktusy. I myśl o tym, że w podróży, która nie ma celu poza sobą samą, jest coś niezwykle naturalnego. Wyzwolony ze zwyczajowych kolein umysł odpoczywa podczas doświadczeń, które angażują zmysły. Ruch, nowe zapachy, dźwięki, widoki, mnóstwo doznań, które dają poczucie wolności, ekspansji i wymiany energii z otoczeniem – to wszystko ma się nijak do małych kolorowych okienek smartfona, do których trafiają potem nasze odbyte podróże. Nie dziwi już, że ludziom, którzy spędzili całe życie w jednym miejscu, klimacie, otoczeni jednym typem krajobrazów, fauny, flory, myśli – inny świat raczej się nie przyśni, a poczucie przekraczania własnych granic może być dla nich trudniejsze i bardziej bolesne niż dla tych, którym dane było/jest doświadczać różnych relacji z krajobrazem, kulturą, klimatem. Ci drudzy nie będą raczej kolonizować nowych miejsc i doświadczeń, dopasowywać nowych wrażen do własnych norm i wzorców myślowych, nawet jeśli jeszcze nie jest jasne, co wobec tego będą robić.

Indianie Navajo uważają, że krajobraz odzwierciedla święty porządek. Każdy z członków plemienia ma za zadanie ukształtować swój wewnętrzny krajobraz na wzór tego, który go otacza. Osiągnąć sukces w wykonaniu tego zadania to osiągnąć harmonię umysłu. Pośród tradycyjnych ceremonii Navajo (takich jak Droga Wroga, Droga Kojota, Droga Brzydoty) jest jedna o nazwie Droga Piękna. Według pisarza Barry’ego Lopeza, jest ona duchowym wezwaniem do porządku. Słowa używane w tej ceremonii, znane jako „modlitwa Navajo”, opowiadają rytmicznie o podróży przez Piękno, które jest przed nami, za nami, wokół nas.

Ta modlitwa mogła narodzić się podczas spaceru po krawędzi Wielkiego Kanionu. Majestatyczne piękno tego krajobrazu nie daje się objąć słowami, a filmy i fotografie też oddadzą zaledwie jego ułamek. Ta przestrzeń zmusza do podziwu, nawet jeśli wcześniej się nie wierzy, że Wielki Kanion to coś więcej niż ogromna dziura w ziemi. Nie można się poddawać, probując o niej pisać, ale wiadomo, że tego wrażenia nie odda żaden esej, pean, itp. To jest miejsce, w którym przymiotniki konczą się już na wstępie, na tej ceglanoróżowej krawędzi, za którą nie ma już zbyt wielu rzeczy, które daje się rozpoznać. Jakaś rzeka, nisko, na (wysokie) „C”, jakieś miniaturowe iglaste lasty pokryte zachodzącymi na siebie cieniami chmur. Jakieś fioletowe pofałdowania czasu i wielkie kruki z indiańskiego folkloru, zataczające zagadkowe koła nad przepaścią. Pod czarnymi skrzydłami niosą opowieści o świecie ze snu, świecie sprzed białego człowieka.

Dla Navajo Kanion, a zwłaszcza miejsce, w którym Mała Rzeka Kolorado spotyka się z Rzeką Kolorado, to tereny święte i nie powinno się zakłócać ich spokoju. Indianie Pueblo odbywali tu pielgrzymki. „To nie jest miejsce, do którego przyjeżdża się dla rozrywki”, mówi jeden z urzędników Parku Narodowego Grand Canyon. – „To miejsce, do którego przyjeżdża się, by połączyć się ze Stworzeniem. Dla doświadczenia.”

Tylko jedno z plemion, Hualapai, poszło w ślady białego człowieka, pragnącego uczynić Kanion czymś w rodzaju parku rozrywki – w 2007 r. Hualapai otworzyli „Skywalk” – wielką szklaną platformę 70 stóp nad Kanionem i cztery tysiące stóp nad jego dnem. Nie odwiedzamy jej. Spektakularność samego Kanionu nam wystarcza, nie potrzebujemy szklanych dodatków.

„Jeśli pozwolisz temu krajobrazowi mówić do ciebie” – mówi Nez, archeolog Navajo – „on przemówi. Pociągnie cię. Poprowadzi cię. My, Native Americans, robiliśmy to przez tysiące lat”.

Zdjęcia: Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA
Wielki Kanion, Arizona, South Rim, USA



“We do not walk alone. Great Being walks beside us. Know this and be grateful.” – Hopi

Gdzieś wewnątrz nas znajduje się, według Indian Hopi, miejsce, w którym spoczywa cała wiedza i mądrość świata. Podobną myśl znaleźć można w tradycjach mistycznych różnych religii i istnieją praktyki, dzięki którym można próbować się do tego miejsca dostać, ale droga jest długa i niekoniecznie prosta. A na podróżnych czeka wiele niespodzianek. Nie tylko cudownych, jak w każdej podróży, bo niektóre podróże nie kończą się dobrze albo nigdy się nie kończą, i tylko podczas niektórych czeka na nas nieprawdopodobny krajobraz, taki, o którym nie da się opowiedzieć słowami i który rezonuje z tym czymś w naszym wnętrzu, co wraz z nim powstało.

Indianie Hopi to jedna z najstarszych kultur w historii naszej planety. Słowo „Hopi” w wolnym tłumaczeniu oznacza „strażników pokoju”. System wierzeń i tradycyjne ceremonie Hopi uważane są przez antropologów za najbardziej skomplikowane spośród istniejących. Ich treść i znaczenie przez setki lat pozostawały kompletenie nieznane. Dziś, kiedy można o nich przeczytać w książkach i w Internecie, wiadomo już, że niektóre fragmenty mitologii Hopi brzmią bardzo biblijnie, a inne zaskakują współczesnością w traktowaniu czasu, przestrzeni czy całej naszej planety, ale opowiedziana tajemnica nie przestaje być tajemnicą.

Czytam po powrocie z Arizony do Massachusetts niezwykłą pracę etnograficzno-antropologiczną Franka Watersa Book of the Hopi;, która składa się prawie w całości ze słów ponad 30 osób ze starzyzny Hopi, kobiet i mężczyzn, pierwszych mieszkańców Ameryki Północnej z wioski Oraibi w Arizonie, którzy wg autora w latach 60. po raz pierwszy zdecydowali się opowiedzieć o swoich wierzeniach i rytuałach białemu człowiekowi. Podobno uznali, że nadszedł czas. Niektóre jej fragmenty brzmią jak tradycyjne opowieści z tradycji hinduistycznej, inne przypominają narracją i akcją sceny ze Starego Testamentu, a jeszcze inne science-fiction. Wszystkie są niezwykle bogate w szczegóły, fascynujące i piękne jak paho – modlitewne orle pióra, rytualne naczynia czy kobierce Hopi.

Do szerszej publiczności i kultury popularnej wierzenia Hopi trafiły m.in. dzięki medytacyjnemu filmowi dokumentalnemu Koyanisquatsi; z muzyką Philipa Glassa. „Koyaanisquatsi” oznacza życie pozbawione równowagi i film odwołuje się do historii z mitologii Hopi o świecie zniszczonym przez ogień. Pivanhonkyapi, wymarła wioska na północny wschód od starego Orabi na terenie dzisiejszego Rezerwatu Hopi, to wg niektórych wierzeń pierwsza osada Hopi, zamieszkała przez to plemię w XII wieku i opuszczona w XIII wieku z powodu wielkiej suszy. Wioska ta miała zostać zniszczona w boskiej odpowiedzi na koyaanisqatsi jej mieszkańców.

W ich własnym systemie przekonań Hopi są „ludem wybranym” przez Stwórcę i reprezentują najmłodszy, czwarty świat. Mieszkańcy wcześniejszych trzech światów zniknęli z powierzchni Ziemi. Trzeci świat zniszczył nota bene potop, a bogowie zdecydowali się ocalić w łódkach tylko małą grupę Hopi, którzy „wynurzyli się” z podziemi na powierzchnię Czwartego Świata z jakiegoś powodu właśnie na terenie Wielkiego Kanionu.

***

Wielki Kanion odwiedza rocznie pięć milionów turystów. Ten gigantyczny krater, wyżłobiony parę milionów lat temu przez Rzekę Kolorado, rozciąga się na odległość prawie pięciuset kilometrów i szeroki jest na prawie trzydzieści kilometrów, a głęboki na prawie trzy. Jest nie tylko geologiczną opowieścią, a zobaczenie go „na żywo” nieporównywalnym z niczym innym doświadczeniem. Spacer wzdłuż jego krawędzi jest spacerem na krawędź czasu – i naprawdę pozwala poczuć odrobinę tej wielkiej mocy, która go ukształtowała.


Odwiedzając Kanion, nie sposób nie zauważyć wplywów rdzennych Amerykanów w nazwach geograficznych i architekturze okolic. Archeolodzy mówią o 10 tysiącach lat, odkąd pojawili się oni na tych terenach. Tradycyjnie były to terytoria zamieszkałe przez Indian Navajo, Hopi, Paiute i Zuni. Dzis przy Wielkim Kanionie zamieszkują głównie Havasupai i Hualapai.
Największy najazd turystów Kanion przeżywa od Memorial Day (koniec maja) do Labor Day (początek września). Ostatni weekend września okazał się dobrym czasem, trasy nie były tłoczne, choć punkty widokowe owszem, pogoda była sprzyjająca, widoczność dobra.

Wdzięczność, podziw dla majestatu natury i zdumienie to uczucia, które nie opuszczały nas podczas tej podróży.

Więcej zdjęć wkrótce na:

www.lidiarussellphotography.com

Zdjęcia

USA / Arizona / Wielki Kanion / South RimUSA / Arizona / Wielki Kanion  / South RimUSA / Arizona / Wielki Kanion / South RimUSA / Arizona / Wielki Kanion / South RimUSA / Arizona / Wielki Kanion / South Rim

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl