Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Australia - każdy ma swój koniec świata > AUSTRALIA


nowakadventure nowakadventure Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie AUSTRALIA / - / Uluru / UluruRelacja z najkrótszego wypadu do Australii

Atrakcje spotkały nas już na londyńskim Heathrow Airport. Kiedy czekaliśmy na nasz samolot do Hongkongu, zobaczyliśmy na płycie lotniska, Airbus A380 linii lotniczych Emirates. Niby zwykły samolot, a jaką sensację wzbudza! Był zdecydowanie większy od stojacego tuż obok „Jumbo Jeta” – w barwach australijskich linii lotniczych Quantas. Ludzie, nie tracąc czasu i okazji, złapali za aparaty i robili zdjęcia. Taka maszyna to rzadki widok, nie wszystkie lotniska są przygotowane na to, by je obsługiwać. To nie lada atrakcja, zobaczyć samolot A380, bowiem na nasze rodzime Okęcie takie krążowniki nie zaglądają.
Po długiej, męczącej, acz szczęśliwej podróży dotarliśmy w końcu do celu. W Australii zamiast palącego słońca powitały nas strugi deszczu. Jak na ironię… W Melbourne zakwaterowaliśmy się w przyjemnym, nowym hotelu Crown Metropol****. Zasnęliśmy po tej podróży kamiennym snem, ale dość o tym. Następnego dnia naszą podróż po Australii zaczęliśmy od przejazdu Great Ocean Road. Droga ta, wraz z położonymi przy niej parkami narodowymi (m.in. Dwunastu Apostołów, o tym za chwilę) jest jedną wielką atrakcją turystyczną. Wije się przez ponad 200 km wzdłuż południowego wybrzeża.
Great Ocean Road jest największym na świecie pomnikiem ku czci ofiar wojny. Droga została zbudowana po I wojnie światowej przez żołnierzy, którzy wrócili z wojny, w hołdzie ich poległym kolegom. Jej budowa zajęła 16 lat. To najpiękniejszy, największy i najbardziej imponujący pomnik, jaki w życiu widziałem.
Jednak o tym mało kto wie. Bowiem Great Ocean Road jest najbardziej znana z miejsca zwanego 12 Apostołów. Jest to formacja skalna, którą tworzą stojące w wodzie kolumny, powstała w wyniku działania destrukcyjnej siły oceanu, obmywającej wybrzeże. Chociaż nazwa na to wskazuje, kolumn wcale nie jest 12. Zostały ochrzczone mianem 12 Apostołów, ponieważ stoją blisko siebie. Mają różną grubość i wysokość. Jest to jedna z najczęściej odwiedzanych i fotografowanych atrakcji turystycznych w Australii. I bardzo słusznie, bo jest co fotografować. Apostołowie zachwycają o każdej porze dnia, przy każdej pogodzie, o każdej porze roku. Bez względu na to z której strony świeci słońce. Zarówno o jego wschodzie, jak i zachodzie, a także w południe wyglądają zjawiskowo. Monumentalne pomniki niszczycielskiej siły oceanu i upływającego czasu. Już cześć skał pochłonęło nieubłagane morze. Reszta cierpliwie czeka na swoją kolej. I stoją tak Apostołowie, obmywani przez wodę, i będą stać do końca świata, chyba że wcześniej pogrążą się w odmętach oceanu.
Po powrocie do Melbourne atrakcją wieczoru była kolacja w Tramcar – kolonialnej restauracji mieszczącej się w wagonie tramwaju. Zapamiętałem nastrojowe wnętrze, miłą obsługę. Po długiej wyczerpującej podróży chciało nam się przed wszystkim jeść. Wrażenia kulinarne z tej przygody były na najwyższym poziomie.
Znad tego błękitnego morza przenieśliśmy się wprost na pustynię, w głąb kontynentu – tzw. australijski outback. Udaliśmy się do małej miejscowości w środku Australii, Alice Springs. Naszym celem było Uluru, lub (jeśli ktoś nie zna aborygeńskiego ;) Ayers Rock. To również formacja skalna, z tym że zamiast w morzu, stoi (raczej leży) na środku pustyni. Skały, w zależności od pory dnia, nasłonecznienia i pory roku, mienią się odcieniami koloru czerwonego i pomarańczowego. Raz są czerwone, to znów przybierają odcień krzepnącej krwi, kiedy indziej prawie brązowe, raz rdzawe, innym razem pomarańczowe… Niesamowite. Po zakwaterowaniu w hotelu o wdzięcznej nazwie „Ogrody Pustyni” udaliśmy się pod wspomniane wcześniej Uluru by z lampką szampana w dłoni podziwiać zachód słońca. Skały przybrały kolor krzepnącej krwi, co z otaczającą nas zielenią pustyni, stanowiło iście zabójczy widok! Tak… właśnie… z zielenią pustyni. W tym miejscu deszcz pada, tak średnio, raz na 10 lat i nas właśnie „kopnął” ten zaszczyt. Tubylcy mówili coś o nieprawdopodobnym szczęściu. Przez bite 10 lat to miejsce jest spaloną słońcem pustynią o popękanej, umęczonej ziemi, i rosnącymi gdzieniegdzie suchymi krzakami, nad którą króluje czerwony, największy na ziemi monolit skalny (widok znany z pocztówek i wszelkiego rodzaju atlasów), a my akurat musieliśmy przyjechać wtedy kiedy pada deszcz. Gdzie to szczęście? Ale niech będzie i tak. Widok by wart zachodu!!! (I „wschodu” zresztą też! – o tym za moment). Kto nie widział, niech żałuje!
Rano natomiast pojechaliśmy podziwiać wschód słońca. Znów trafiliśmy na pochmurną pogodę (zastanawiałem się, gdzie to szczęście, o którym wciąż mówili tubylcy). Niebo jednak okazało się dla nas łaskawe i rozpogodziło się na moment lub dwa. Toteż dane nam było obejrzeć także wschód słońca nad Ayers Rock. Nasyciwszy wzrok tym niecodziennym widokiem, pojechaliśmy do centrum kultury Aborygenów. Zapoznaliśmy się tam z przebogatą kulturą i sztuką rdzennych mieszkańców kontynentu.
Opuściliśmy pustynię i udaliśmy się do najbardziej australijskiego z australijskich miast, do Sydney. Sydney to moje ulubione miejsce na ziemi, zatem postanowiłem przegonić towarzystwo po mieście. Miało padać, ale na nasze szczęście, świeciło słońce. Spacer był bardzo przyjemny, a jego ukoronowaniem stała się wspinaczka po moście portowym Harbour Bridge. Ten ogromny most, o rozpiętości 495,6 metrów, został oddany do użytku 18 marca 1932 r. i jest jednym z największych mostów łukowych na świecie. Ewenementem na skalę światową jest to, że na szczyty obu łuków można się wspinać, co też uczyniliśmy. Nie mogliśmy nie skorzystać z takiej okazji! Czy słyszeliście Państwo, żeby gdziekolwiek indziej można było (bezkarnie) włazić na mosty?! Ja też nie! :)
Kolejnego dnia znów obudziliśmy się w Sydney. Tym razem w planach plaża! Ale nie pojechaliśmy tam autokarem. O nie, nie z nami! My pojechaliśmy na plażę Harleyami i „Trajkami”. Dla nas było to niecodzienną atrakcją i sami też byliśmy atrakcją dla mieszkańców Sydney, bo w końcu niecodziennie widzi się szalejącą po mieście bandę harleyowców. Pojechaliśmy sobie zatem na plażę Bondi. To miejsce jest mekką dla windsurferów. Oczywiście nie przybyliśmy tam, by patrzeć jak inni ślizgają się po falach, tylko też wzięliśmy lekcję i spróbowaliśmy swoich sił. Później był lunch w bardzo dobrej restauracji na plaży! Po tych szaleństwach smakował jak nigdy! Podawane tutaj doskonałe owoce morza są w stanie zaspokoić najbardziej wybredne gusta amatorów tych rarytasów. Najadłszy się do syta, znów wsiedliśmy na Harleye nasze i pojechaliśmy na klif GAP, podziwiać widoki. Ukoronowaniem dnia była kolacja w chmurach! Gościła nas restauracja Summit, usytuowana na 47 piętrze Australia Square Building. Jednym słowem, było pysznie! :)
Jeśli będziecie w Australii, a nie dane Wam będzie nurkować na Wielkiej Rafie Koralowej, to tak, jakby Was tam wcale nie było! Wyjazd się nie liczy. My byliśmy, nurkowaliśmy i wyjazd zaliczyliśmy. W tym celu udaliśmy się z Sydney na północ kraju, do małej miejscowości Cairns. Stamtąd do jeszcze mniejszej, do Port Douglas. Ta malutka miejscowość turystyczna to doskonała baza wypadowa dla wypraw nurkowych i raftingowych. Toteż nasz pobyt w Port Douglas upłynął pod znakiem wodnych szaleństw. Najpierw udaliśmy się na to, na co wszyscy czekali. Wyruszyliśmy nurkować na Wielkiej Rafie Koralowej. To największa na świecie tego typu formacja. Widoczna jest nawet z kosmosu, jako jasna smuga na tle błękitnego oceanu. Pogoda od początku płatała nam figle. Padał deszcz, wiał wiatr, wykołysało nas na łodzi, ale warto było! Pod wodą zobaczyliśmy inny, bajecznie kolorowy świat koralowców i równie barwnych jego mieszkańców. Te widoki, zostaną nam w pamięci do końca życia. Człowiekowi można zabrać wszystko, ale nie wspomnienia. To największy skarb i najlepsza pamiątka z każdej podróży. Następnego dnia udaliśmy się po wielką przygodę – rafting na niewielkiej rzece Tully.
W samym Port Douglas jest jedno miejsce, które lubię szczególnie. To restauracja Nautilus. Ta malowniczo położona knajpka ma w sobie coś urzekającego. Ulokowana jest na wzniesieniu, wokół rośnie tropikalny las, słychać żyjącą w gąszczu przyrodę i ten niepowtarzalny, trudny do opisania, niesamowity klimat. Poza tym serwują tam naprawdę świetne jedzenie. Wszystko to sprawia, że chce się tam wracać. To mój ulubiony lokal, szkoda, że jest aż w Australii…
Tym samym nasz pobyt na drugim końcu świata dobiegł końca. Z Cairns polecieliśmy do Sydney. Tam, by pożegnać się z Australią, a także nabrać sił, przygotować się psychicznie i fizycznie na czekającą nas 20-godzinną podróż powrotną do domu, poszliśmy posiedzieć i poleżeć na plaży Bronte. Pod tą nazwą kryje się nie tylko plaża, ale także cały przyplażowy kompleks restauracji, trawników, deptaków…. W jednej z nich serwują naprawdę pyszne fish & chips, powiedziałbym nawet, że najlepsze na świecie! Usiedliśmy sobie zatem na trawie, ostatni raz przygrzało cieple australijskie słońce, wiał lekki wiatr od morza… Oz’i bawili się na plaży, piknikowali na przyległych trawnikach. Korzystali z pogody i dnia wolnego. A my… No, czas się zbierać do domu!
A ja tam byłem, dobre wino piłem, a com widział i słyszał, powyżej Wam streściłem.

To mój ulubiony kierunek i zapowiada się że już niebawem odwiedzę go ponownie. Może z Tobą?

Zdjęcia

AUSTRALIA / - / Uluru / UluruAUSTRALIA / NSW / Sydney / Zatoka Sydney

Dodane komentarze

fotodrab dołączył
11.02.2012

fotodrab 2012-10-26 02:58:30

No wiesz - Australia to ponad 7 mln kilometrow kwadratowych, a wiec nawet jezdzac latami nie wszystko da sie zobaczyc. To, co Wam na przyszlosc goraco polecam, to dokladne zaplanowanie terminu wyjazdu, tak aby spodziewana pogoda mocno Wam dopisywala. Nie ma wprawdzie idealnego sezonu, gdyz kraj jest za mocno rozciagniety poludnikowo, jednak w mojej opinii najblizsze idealowi sa miesiace pazdziernik i listopad. Jesli chcecie kiedykolwiek zobaczyc ta prawdziwa Australie, prawdziwy Outback, to nie da sie tego zrobic inaczej, niz tylko samochodem terenowym. Niestety taka opcja jest bardzo droga, ale wtedy przed wami stana otworem miejsca najzwyczajniej cudowne.
Pozdrawiam!

nowakadventure dołączył
15.10.2012

nowakadventure 2012-10-25 13:52:01

dziękuję za komentarz. Tym razem wyjazd był bardzo intensywny i nie wszystko udało się zobaczyć w tak krótkim czasie. Północne plaże Sydney jak Dee Why czy południowe są faktycznie ładne. odlegle i puste. Cóż. Na takie szperanie po kraju trzeba nieco więcej czasu :)

fotodrab dołączył
11.02.2012

fotodrab 2012-10-25 13:36:27

Fajnie napisana relacja. To fajnie, ze tak entuzjastycznie wypowiadasz sie o Australii! Z tego, co opisujesz, mam wrazenie , ze nie byla to wycieczka z tych tanich. Szkoda jednak, ze opusciliscie wiele miejsc, bedac od nich bardzo blisko. Chociazby plaze w polnocnej czesci Sydney - bez porownania ladniejsze od Bondi, czy Bronte. No i rowniez mala uawga - Uluru, czy tez Alice Springs od conajmniej 20-30 lat w zadnym wypadku nie mozna nazwac outbackiem. Nie pozostalo w nich zupelnie nic ze specyficznej i niezapomnianej atmosfery Never Never.
Pozdrawiam i zycze wspanialego nastepnego wyjazdu!

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl