Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

20 000 km bez prawka (część 1) > AUSTRALIA


xmaori xmaori Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie AUSTRALIA / Zachodnia Australia / Monkey Mia / DelfinPrzedstawiamy pierwszą część dziennika z podróży przez Czerwony Kontynet. Xmaori przez 45 dni przejechał 20 000 km!

'20.000 Km. bez prawka'
-dziennik z podróży
Kamil Janik

Australia (Związek Australijski, Commonwealth of Australia) – państwo położone na półkuli południowej, obejmujące najmniejszy kontynent świata, wyspę Tasmanię i inne znacznie mniejsze wyspy na Oceanie Indyjskim i Spokojnym. Australia nie posiada granic lądowych z żadnym państwem, ale ma sąsiadów poprzez morza....ble ble ble...tyle wiadomości z wikipedii.

Australia- któż, choć raz w życiu nie marzył, żeby ją zobaczyć, dotknąć, poczuć żar słońca na twarzy, zgubić się i odnaleźć w aborygeńskim buszu? Dla mnie i mojej żony Katarzyny, Australia zawsze była marzeniem. Także, gdy nadarzyła się okazja, może inaczej...gdy sami ją sobie stworzyliśmy, bez zastanowienia rzuciliśmy wszystko i weszliśmy na pokład samolotu do Perth.

Zdjęcia: Monkey Mia, Zachodnia Australia, Delfin, AUSTRALIA
Monkey Mia, Zachodnia Australia, Delfin, AUSTRALIA



Tak się zaczęła nasza podróż. Niestety a może i stety nie odziedziczyliśmy fortuny po zmarłych dziadkach, ani nikt naszej podróży nie zechciał sponsorować. Na szczęście parę miesięcy temu zdecydowaliśmy się pobrać, więc sprzedaliśmy dwa odkurzacze, toster i komplet noży od cioci i wyruszyliśmy w świat.

Po przybyciu do Perth szybko jednak okazało się, że nasza podróż poprzez czerwony kontynent będzie musiała zostać, ze względów finansowych odłożona trochę w czasie. Nie spodziewaliśmy się, że będzie łatwo, bo w końcu nad spełniającymi się marzeniami trzeba trochę popracować. Nie załamywaliśmy się jednak, bo przecież właśnie postawiliśmy pierwszy, ten najważniejszy krok. Minęły prawie 2 lata, przez które odkładaliśmy ciężko zarobione pieniądze. Te 2 lata pozwoliły nam na odłożenie niezłej sumki, która jak nam się wydawało była wystarczająca na naszą ekspedycję. Pozwoliły nam także przygotować się mentalnie, mam na myśli, iż mieliśmy okazje poznać Australijczyków, ich kulturę, nastawienie i język, bo dla osób pierwszy raz przybywających do Australii, angielski brzmi całkowicie inaczej. Te 2 lata pozwoliły nam także na poznanie miasta Perth, które jest bardzo ciekawym miejscem na ziemi. Modernistyczne a jednak pełne historii i kultury, cywilizowane a zarazem dzikie, zaludnione a jednak z mnóstwem zwierząt i roślin dookoła - najbardziej odizolowane miasto na świecie. Do Adelajdy, czyli najbliższej większej aglomeracji, trzeba podróżować 3 dni pociągiem.

Jeżeli chodzi o mieszkańców Perth to można tu spotkać wszystkie nacje naszego globu. Europejczyków, z której najwięcej przedstawicieli mają Niemcy i Anglicy, których zwą to Pommies (POME-Prisoner of Mother England), co nie spotyka się z dużym entuzjazmem z ich strony. Można też spotkać sporo Francuzów, Szwedek, Czechów, Słowaków no i oczywiście naszych rodaków, których można spotkać w każdym zakątku świata. Oprócz Europejczyków społeczność Pert tworzą Azjaci, głównie Koreańczycy i Chińczycy. No i jedną z najliczniejszych nacji stanowią Hindusi. Nie można zapomnieć o rdzennych mieszkańcach Australii- Aborygenach, którzy tworzą w Perth zdecydowaną mniejszość narodową. Zamieszkujący stolice Zachodniej Australii rdzenni mieszkańcy tego kontynentu to głownie charyzmatyczne postacie, które zostały wydalone ze swoich społeczności z Południa- okolic Albany i Esperance i Północnego Zachodu Zachodniej Australii okolic Kalbarri.

Na jakieś 2 tygodnie przed startem naszej ekspedycji, której start ustawiliśmy na 11 lutego 2012 roku, całkiem przypadkowo okazało się, że ważność mojego prawa jazdy wygasła 3 miesiące temu. Za późno już było na przesunięcie wyjazdu i wyrobienie nowego prawka, zdecydowaliśmy wiec, iż zaryzykujemy i pojedziemy bez.
Nadszedł czas na bardzo ważny zakup, a mianowicie wybór auta, którym będziemy przemierzać Australie. Zdecydowaliśmy się przeznaczyć 30% naszych oszczędności na nowy wehikuł. Po tygodniu poszukiwań zdecydowaliśmy się na 13 letnią (szczęśliwą) Hondę CRV 4WD.

Zaopatrzyliśmy nasz ekwipunek w przeróżny sprzęt do biwakowania, zrezygnowaliśmy z pracy, wynieśliśmy na śmietnik wszystkie rzeczy codziennego użytku, które nie będą nam potrzebne w drodze, zaopatrzyliśmy się w mapy, prowiant, 20 l wody, zatankowaliśmy do pełna bak plus 25 litrowy kanister i byliśmy gotowi do drogi. Tak to juz jutro.

Zdjęcia: Kalbarri National Park, Zachodnia Australia, Naturalne okno, AUSTRALIA
Kalbarri National Park, Zachodnia Australia, Naturalne okno, AUSTRALIA



KALBARRI

Dzień 1 - 11/02/2012

Tak się jakoś złożyło, ze wyruszamy w moje 28 urodziny, także mamy dodatkowy powód do świętowania tego wyjątkowego dnia. O 8.00 Rano juz byliśmy gotowi do drogi, z małym kacem, gdyż wczoraj pozwoliliśmy sobie na małe pożegnanie z Perth. Z wypchanym do ostatniego milimetra samochodem, mapą przed oczami i z pulsującą z podniecenia krwią w żyłach, odpaliliśmy silnik. Dość grzecznie, uważnie i ze 100 procentowa przestrzegalnością zasad ruchu drogowego wyjechaliśmy z miasta, które przez ostatnie 2 lata dawało nam schronienie, utrzymanie i bezpieczeństwo.

Postawiliśmy kolejny krok, wyruszyliśmy w nieznane, w dziką głębię przyrody, gdzie za schronienie będzie nam robił obóz, o który będziemy musieli się sami codziennie zatroszczyć. Na liczniku naszej Hondziny 264.400 przejechanych kilometrów, przeżyła juz zapewne nie jedną przygodę, a my mamy nadzieje ze przeżyje bezpiecznie następną i dowiezie nas do każdego punktu naszej wyprawy.
Plan na dziś to dojechać do Kalbarri. Od Perth to jakieś 700 kilometrów, więc większość dnia spędzimy w aucie. Pędząc Australijskimi drogami szybko można się przekonać jak łatwo zaplanować stosunek długości drogi do przejechania na czas, jaki ona zajmuje. Droga przez busz, do którego właśnie wjechaliśmy to długa ciągnąca się przez busz i pustynie kreska. Tak wiec równanie jest bardzo proste – średnia prędkość to 100km/h także na każde 100 km liczymy jedna godzinę. W ten sposób dzisiejsza drogę powinniśmy przejechać w 7 godzin.
Droga mija dość szybko, dobra muzyka, nowe krajobrazy i co jakiś czas stado kangurów widoczne w oddali, ścigające się z nami w drodze do nikąd.
Po mniej więcej 7 godzinach drogi bezpiecznie dojechaliśmy do naszego punktu nr 1 – Kalbarri. Po znalezieniu obozowiska na pobliskim polu namiotowym, postanowiliśmy zrobić małe urodzinowe party. Troszkę dziś słoneczko wysuszyło nasze gardła, więc świętujemy zimnym australijskim browarkiem.

Podekscytowani i zmęczeni szybko jednak schowaliśmy się w naszym namiocie.

Zdjęcia: Perth, Zachodnia Australia, Zakochane Łabędzie, AUSTRALIA
Perth, Zachodnia Australia, Zakochane Łabędzie, AUSTRALIA



Dzień 2 - 12/02/2012

Park narodowy Kalbarri obfituje w przeróżne możliwości spędzania wolnego czasu. Poprzez kajakowanie na Murchison River, surfowanie w zatoce czy hiking można spędzić kilka dni nie czując nudy. W naszych planach znalazł się Hiking. Wskoczyliśmy wiec w porządne buty I odpaliliśmy autko. Około10 km za miasteczkiem Kalbarri, znajduje się zjazd na dość wyboistą drogę do parku narodowego, łatwo można ją ominąć gdyż GPSy jej nie pokazują. My jednak dość łatwo ją znaleźliśmy. Pierwszy sprawdzian dla naszego terenowego czterokołowca na bezdrożu, wypadł bez zarzutów, trochę przykurzeni i roztrzęsieni dojechaliśmy do celu.

Zostawiliśmy Hondzinę na prowizorycznym parkingu, spakowaliśmy zapas wody i ruszyliśmy na wycieczkę. Pierwszą zafundowaną nam przez naturę atrakcją jest 'Natures Window' pięknie wkomponowana w krajobraz czerwona skala, która ze swoją dziurą w środku zaprawdę wygląda jak naturalne okno na daleko ciągnący wąwóz.

Nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami I weszliśmy na szlak 'the loop'. Jest to szlak prowadzący wzdłuż doliny wyżłobionej przez Marchison River. Po 2 godzinach drogi szlak nagle się urwał I zdecydowaliśmy się trochę skrócić drogę, a mianowicie zejść w dół do czerwonego wąwozu. Z początku wydawało nam się, iż był to dobry pomysł, bo z góry droga wąwozem wydawała się dużo krótsza, w rzeczywistości zaś powrót zajął nam 3 godziny dłużej, a wspinaczka z powrotem na szczyt, gdzie znajdowało się naturalne okno okazała się prawdziwym sprawdzianem kondycji. W dodatku, iż dzień zrobił się bardzo gorący a w środku wąwozu czuliśmy się jak na rozgrzanej patelni. Zmęczeni, głodni i odwodnieni, mimo zapasu 5 litrów wody z których nie została ani kropla, dotarliśmy w końcu do naszego auta.
Podjechaliśmy jeszcze kawałek do kolejnego wąwozu zwanego Z-bend. Mimo zmęczenia postanowiliśmy zbadać i ten wąwóz. Zejście, iż bardzo strome i jak mówiła tablica informacyjna na szczycie niebezpieczne ze względu na skorpiony nie sprawiła nam większych problemów i po godzinie byliśmy na dole. Schodząc w dół oczekiwaliśmy zobaczyć wielką I rwąca rzekę Marchison jednak, gdy zeszliśmy już na dół, okazało się ze w środku lata, które w Australii przypada na styczeń, luty wszystkie zbiorniki wodne wyparowują. Także Marchison River okazała się sumą paru wgłębień skalnych zalanych wodą.

Powrót zajął nam trochę dłużej, bo już całkowicie opadliśmy z sił. Minęliśmy jeszcze niesamowite białe drzewo, które wyrastało z czerwonej skały i przez chwile przeszła nam myśl przez nasze głowy ile jeszcze razy podczas naszej podroży zostaniemy zaskoczeni przez piękno tego kontynentu.

Gdy wróciliśmy do naszego obozu było juz grubo po zmierzchu i wycieńczeni dzisiejszą wycieczką szybko zniknęliśmy w ciemnościach naszego namiotu.

Zdjęcia: Perth, Zachodnia Australia, Ziomki na miejscówce, AUSTRALIA
Perth, Zachodnia Australia, Ziomki na miejscówce, AUSTRALIA



SHARK BAY

Dzień 3 - 13/02/2012

Pierwsze dwie noce nie należały do najłatwiejszych. Nasze mieszczuchowe ciała nie przyzwyczaiły się jeszcze do spania na ziemi i wszystko nas boli a poza tym jesteśmy strasznie zmarznięci, bo, mimo że mamy środek lata i upalne dni to noce bywają bardzo chłodne.
9.30 rano i jesteśmy już drodze na północ, wyjechaliśmy z Kalbarri i chcieliśmy się jeszcze zatrzymać nad wybrzeżem aby zrobić kilka zdjęć przepięknym kalbarskim klifom. Droga na północ od naszego ostatniego przystanku jest niezwykle malownicza, ciągnie się wzdłuż z linią oceanu indyjskiego a co za tym idzie z przecudownymi widokami.
Wjeżdżając na autostradę, mijamy kolejne ciała martwych kangurów, które nie miały szczęścia zeszłej nocy i wkomponowały się w dobrze już nam znany krajobraz australijskich dróg. Martwe kangury, krowy, wielbłądy, lisy i jaszczurki są stałą częścią poboczy w Australii. Gdy tylko zajdzie słońce cała tutejsza fauna wabiona światłem bijącym od przejeżdżających samochodów niczym w transie wyskakuje na drogę i ginie pod kołami. Niezalecane jest jeżdżenie po zmroku, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo zwierząt, ale także ludzi. Dorosłe kangury ważą nawet do 150 kg, także przy zderzeniu z taką bestią, auta nie posiadające odpowiedniego zderzaka nadają się tylko na złom.

Pomalutku zbliżamy się do Shark Bay. GATHAAGUDU – to aborygeńska nazwa tego regionu i oznacza dwie wody. Jest, była i będzie miejscem zamieszkania 3 aborygeńskich grup etnicznych: Malgana, Nhanda, Inggarda. Pierwsze dwie grupy zamieszkiwały te rejony na długo zanim Europejczycy przybyli na te tereny. Plemiona te wciąż zamieszkują ten region i zajmują się głównie rybołóstwem.

Zapiski historyczne mówią, że pierwszym białym człowiekiem, który przybył do Shark Bay był holenderski kapitan Dirk Hartog /25 września 1616 roku/, 152 lata przed słynną wyprawą kapitana Cook'a. Na jego cześć nazwano wyspę wchodzącą w skład Shark Bay. Gathaagudu jest domem dla wielu wymierających gatunków jak rekiny, wieloryby, żółwie czy dugongi zwane morskimi krowami.

Podsumowując można tu spotkać 17 gatunków ssaków, 98 gatunków płazów i gadów, 230 gatunków ptaków.
Shark Bay jest jedynym miejscem na ziemi, które spełnia wszystkie 4 warunki UNESCO:
-naturalne piękno
-historia ziemi
- procesy ekologiczne
-różnorodność biologiczna
Około 45 kilometrów na południe od Denham- małego miasteczka, w którym mamy zamiar rozbić obozowisko, znajduje się niesamowita plaża – Shell Beach.
Shell Beach jest domem dla milionów malutkich muszelek coguina bivalve. Wysokie zasolenie oceanu w tej zatoce pozwoliło na rozpowszechnienie się tego gatunku przez ostatnie 4000 lat. Plaża ta jest na 60 km długa i do 10 metrów głęboką. Nie znajduje się na niej ani jedno ziarenko piasku, ale pokryta jest trylionami tych malutkich muszelek. Jest to jedno z dwóch takich miejsc na świecie.

Po drodze do Denham zmoczyliśmy jeszcze spocone tyłki w pobliskiej zatoce i spotkaliśmy rodzinkę emu buszującą w krzakach.

Zdjęcia: Perth, Zachodnia Australia, Birdie, AUSTRALIA
Perth, Zachodnia Australia, Birdie, AUSTRALIA



Dzień 4 - 14/02/2012

Miałem dziś bajeczny sen o delfinach tańczących w czystej, turkusowej wodzie. Delikatnych, białych plażach rozciągających się na horyzoncie i niedotknięty ręka ludzką czerwony ląd otaczający mnie dookoła. Gdy się obudziłem, mój stan ducha był w pokoju z otaczającą mnie przyrodą. Czułem się wolny. - Są to słowa jednego z wodzów Aborygeńskich plemion, które zamieszkuje Shark Bay.

Dziś walentynki, choć nigdy nie przywiązywaliśmy większej uwagi do tego komercyjnego święta i zawsze przechodziliśmy jakoś obok niego, dzisiejszy dzień zapowiadał się bardzo romantycznie. Jesteśmy, w Monkey Mia, ze słynną na całą Australię plażą, którą upodobała sobie grupa delfinów. O 7.45 już oczekiwaliśmy na plaży naszych gości. Nikt z obecnych na plaży ludzi nie mógł się doczekać i w ciszy wypatrywał tafle oceanu w nadziei, że to właśnie on zobaczy pierwszą wynurzającą płetwę. Punktualnie o godzinie 8.00 i tak już od 40 lat, pojawia się pierwsza płetwa, a za nią 12 następnych. Spokojnie niczym gwiazdy filmowe na czerwonym dywanie zbliżają się coraz bliżej do plaży, wiedzą, że my tu jesteśmy dla nich, zdają sobie sprawę z tego ze są podziwiane. Po około 15 minutach naszych ochów I achów, podpływają tak, blisko że są prawie na wyciągnięcie ręki, chcą się z nami bawić. Przez następne pół godziny wchodzą z nami w niesamowitą interakcję. Radość, jaką oba gatunki czerpią z tej porannej randki jest nie do opisania. Są tak blisko ze ocierają się o zanurzone w oceanie stopy. Zrozumienie i pasję, którą przez te kilka minut jesteśmy w stanie wymienić z tymi inteligentnymi ssakami jest niesamowita. Bez słów jesteśmy w stanie wymienić więcej uczuć niż z niejednym człowiekiem. Nasz kontakt jest prosty i czysty, gdzie w otaczającym nas świecie rzeczywistym prawie nie realny. Zaufanie, jakie od tych stworzeń bije widać w ich oczach i uśmiechach. Świat jest cudowny. Kocham żyć.

Gdy jedliśmy walentynkowe śniadanie na naszym campusie, z wizytą wpadło stadko emu, a że mama nauczyła polskiej gościnności podzieliliśmy się naszym skromnym śniadankiem, po czym ruszyliśmy w drogę.

Przed 10.00 opuściliśmy Monkey Mia, do tej pory przejechaliśmy 1500 km, a dziś długa droga przed nami, bo następne 700 km w drodze do Cape Range.
Gdy po 8 godzinach podróży w upalnym słońcu dojechaliśmy do znaku mówiącego nam, że właśnie wjechaliśmy na teren parku narodowego robiło się już ciemno, a to oznaczało, że musimy wyostrzyć wzrok i zmniejszyć prędkość w szczególności, że skończyła się droga asfaltowa i byliśmy otoczeni buszem. Droga od wjechania do parku do znalezienia miejsca na obóz zajęła nam kolejne 2 godziny. Droga była strasznie dziurawa a co chwile wyskakujący na drogę kangur powodował, iż poruszaliśmy się z zawrotną prędkością 15km/h. W końcu znaleźliśmy miejsce, które na pierwszy rzut oka nadawało się na rozbicie obozowiska. Szybko okazało się jednak, że nie jesteśmy tu sami, bo oprócz nas miejsce to wybrało sobie również parędziesiąt krabów. Pomysł z dzieleniem obozowiska nie spodobał się za bardzo Katarzynie, ale byliśmy juz wykończeni dzisiejszą drogą, więc postanowiliśmy zostać.

Porywisty wiatr bardzo utrudniał mi rozłożenie namiotu, niestety nie mogłem liczyć na pomoc mojej kochanej małżonki, która zaczęła uciekać przed krabami. A te chyba ją bardzo polubiły i miały niezły ubaw, bo wcale nie zamierzały odpuścić i krok w krok podążały za Kasią a ja się prawie popłakałem ze śmiechu. Rozbiłem jednak namiot, przegoniłem potwory i uspokoiłem żonę, która chwile później w ramach nagrody za uratowanie jej życia, przygotowała wspaniałą walentynkową kolacje – makaron z konserwową szynką. Smakowało wybornie, biorąc pod uwagę okoliczności i to jak bardzo byliśmy głodni była to prawdopodobnie najlepsza uczta, jaką mogliśmy sobie wymarzyć.

CAPE RANGE

Dzień 5 - 15/02/2012

Nie mogłem spać tej nocy, ciekawość pulsowała w mojej głowie a krew żyłach płynęła niczym rwąca rzeka. Gdy tylko zaczęło wychodzić słońce i zrobiło się trochę jaśniej, wyskoczyłem z namiotu i poszedłem zrobić rozeznanie, bo oprócz lokalizacji, którą wyczytałem z mapy nie do końca miałem pojęcie, gdzie my się tak właściwie znajdujemy. Gdy wyszedłem z namiotu, po krabach nie było ani śladu, pewnie ukrywały się gdzieś w norach na plaży, szukając schronienia przed słońcem, bo zapowiadał się kolejny upalny dzień.

Lakeside – bo tak nazywało się miejsce, w którym rozbiliśmy wczoraj biwak, okazało się nie takie ponure i przyprawiające o gęsia skórkę jak nam się wczoraj wydawało. Ciemność, wiatr i zmęczenie zrobiły swoje. W rzeczywistości po przejściu kilku metrów, znalazłem się na dziewiczej, białej plaży z turkusowym oceanem i piaskiem miękkim jak mąka. Wróciłem szybko do namiotu, aby podzielić się dobrymi wieściami z jeszcze śpiącą Kasią. Chyba śniły jej się jakieś przygody z wczoraj, bo po przebudzeniu miała skwaszoną minę i strach w oczach. Zaprowadziłem ją na naszą rajską plażę, by przekonać, że nie taki diabeł straszny...i wróciliśmy na śniadanko.

Zdecydowaliśmy się poświęcić dzisiejszy dzień na słodki relaks. Zajrzeliśmy do mapy i okazało się, że oprócz naszej cudownej plaży znajdują się tu wyśmienite warunki do snorklingu. Złapaliśmy, więc rurki, płetwy, maski i zanurzyliśmy się w oceanie. Podwodny świat Cape Range okazał się bajeczną rafą koralową pełną kolorowych ryb, płaszczek, dugongów i roślinności niczym z innej planety. Cały dzień spędziliśmy na nurkowaniu i wylegiwaniu się na naszej prywatnej rajskiej plaży.

Kolejnym nowym doświadczeniem, które zaczęliśmy zauważać w naszych od paru dni odmienionych życiach jest fakt jak bardzo natura zmieniła nasze rytuały. Wstajemy z pierwszymi płomykami słońca, zasypiamy, gdy ono zachodzi, jemy wtedy, gdy jesteśmy głodni a nie wtedy, gdy zegarek wskazuje porę obiadową. Zero budzików, telefonów, internetu czy telewizji. Zero miejskiego zgiełku i ciągle chcących czegoś od ciebie ludzi. Spokój. Święty spokój.

KARRATHA

Dzień 6 - 16/02/2012

Cape Range na długo pozostanie w naszej pamięci. Jest to zdecydowanie jedno z tych specjalnych miejsc, w które niejednokrotnie będziemy powracać w szare i monotonne dni. Bezludne, dzikie i pełne przygody. Pewnie jeszcze nie raz za nim zatęsknimy. Ale tak to już jest, co dobre szybko si kończy. Po cudownym dniu odpoczynku ruszamy dalej w drogę. Zmieniamy dziś kierunek, do tej pory kierowaliśmy si cały czas na północ a dziś ruszamy na wschód. Zapowiadają się dwa bardzo długie i gorące dni w naszym tosterku, bo tak właśnie ochrzciliśmy naszą Hondę. Przed wyjechaniem na autostradę zahaczyliśmy jeszcze o małą mieścinkę Exmouth w celu uzupełnienia wody, paliwa i jedzenia. I to dokładnie w takiej kolejności, bo bez wody w takich warunkach nie jesteśmy przeżyć doby. Następny punkt – Karratha.
Dzisiejszy dzień jest masakrycznie gorący, zapewne koło 50 C, po 4 godzinach jazdy nie dajemy sobie rady. Próbujemy ograniczać klimatyzacje, żeby zaoszczędzić trochę na paliwie, bo odkąd opuściliśmy cywilizację, ceny paliwa wzrosły z $1.30 na $2.05 a poza tym do Karrathy zostało nam jeszcze 300 km. A mamy tylko pół baku i resztki w kanistrze. Miejmy nadzieje, że będziemy mijać jakąś stację.

Pootwieraliśmy okna na oścież, pędzimy z prędkością 130 km/h a i tak pot leje się z czerwonych już od słońca czuł, a moja prawa ręka, która jest wystawiona w stronę słońca zaczyna szybko zmieniać kolory na barwy Indiańskie. Poza tym wypiliśmy już po 10 litrów wody. Na szczęście minęliśmy stację paliw, więc ponownie zaopatrzyliśmy się w wodę i paliwo. Doświadczamy dziś totalnego przegrzania, nigdy w życiu tak się jeszcze nie czułem. Słońce nas wykańcza. Zatrzymujemy się na papierosa i zmieniamy się za kierownicą, co godzinę, bo zmęczenie już poważnie daje o sobie znać. Jeszcze tylko parędziesiąt kilometrów.

Udało się, jest godzina 17.45 i zaczęło zachodzić słońce, w końcu. A my dotarliśmy do małego górniczego miasteczka – Karratha. Znaleźliśmy schronienie w górniczym parku kampingowym – Pilbarra Caravan Park. A warunki, w jakich przyjdzie nam spędzić następną noc są 5 gwiazdkowe. Prysznic, kuchnia, toaleta i basen z super zimną wodą. Po paru dniach w dziczy zasłużyliśmy sobie na trochę luksusu...Skok do wody, kolacyjka i zimne piwko.

Dzień 7 - 17/02/2012

Odkąd wyruszyliśmy dziś z Karrathy, nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Pogoda znowu daje się we znaki a każde wypowiedziane słowo działa na nerwy. Zaczynamy sobie robić na złość, chyba nam pomału odbija od tej pogody – udar?! O dzisiejszym dniu nie chce mi się nawet wspominać...jedyną frajdą zdaje się być wyprzedzanie tirów. Australijskie Roadtrains mają zazwyczaj po 3 długie przyczepy i pędzą z prędkością 120 km/h, więc wyprzedzanie takiego osobnika nie należy do najłatwiejszych. Na szczęście mam dziś ciężką nogę, więc co jakiś czas podnoszę nam adrenalinę i cieszę się jak dziecko, co jednak nie spotyka się z wyrazami uznania u mojej współpodróżniczki i szybko nasza rozmowa kończy się paroma ciętymi ripostami na k... i s..... ehhh dluuugi dzień.

Po 12 godzinach, 23 zamienionych słowach, 6 przerwach na fajkę i sikanie, 2 tankowaniach dojechaliśmy do Broome. Zatrzymaliśmy się w pierwszym lepszym, hostelu bo telepatycznie doszliśmy do porozumienia, że nie jedziemy dalej, nie rozbijamy namiotu i nie odpalamy naszej przenośnej kuchni. Łóżka i trochę prawdziwego jedzenia, które nie pochodzi z puszki-tego nam dzisiaj trzeba. Jutro będzie lepiej. Dobranoc.

BROOME

Dzień 8 - 18/02/2012

Po wczorajszych 12 godzinach spędzonych w trasie, należał nam się dzień wolnego od jeżdżenia autem. Wstaliśmy dość późno, bo kolo 8.00 rano. Pierwszy raz odkąd wyjechaliśmy z Perth spędziliśmy noc w łóżku. Ja to szczerze powiedziawszy już się zaczynam przyzwyczajać do spania na ziemi, ale lóżko i klimatyzacja należały nam si po wczorajszych męczarniach. Uczciliśmy tę odrobinkę cywilizacji sytym śniadaniem: jajecznicą z 12 jaj, z tostami i gorącą kawą z mlekiem i cukrem. Jedzenie dobrze nam zrobiło, bo obeszło się bez kłótni, a po śniadaniu postanowiliśmy zapalić fajkę pokoju. Przestudiowaliśmy mapy, zasięgnęliśmy informacji od zamieszkujących z nami w pokoju backpackersów i wyruszyliśmy na małe zwiedzanie. Nie obeszło się jednak bez auta, bo okazało się ze mamy dużo do zobaczenia jak na jeden dzień pobytu. Na pierwszy plan wybraliśmy chińsko-japoński cmentarz, na, którym byli pochowani poławiacze pereł. Gdy w 1688 roku do północnych wybrzeży Zachodniej Australii przypłynął William Dampier słynny żeglarz i pirat odkrył, że miejsce to jest urodzajne w perły, niestety po kilku awanturach z miejscową ludnością musiał opuścić te rejony. Jego dziennik z zapiskami wystarczył jednak żeby zainteresować tym regionem innych. W ten sposób miejsce to stało się popularne u Europejczyków, a później także u Chińczyków i Japończyków, którzy licznie przybywali szukając swojego szczęścia w połowie pereł. Niestety rzemiosło to było bardzo nie bezpieczne w tamtych czasach. Poławiacze pereł budowali prowizoryczne łódki, wypływali na ocean i bez żadnych zabezpieczeń wskakiwali w głębię oceanu. Gdzie masowo tonęli lub służyli za łatwy pokarm rekinom, od których aż się roi w okolicach Broome. Szansa na wzbogacenie się była jednak zbyt kusząca i niektórym połowy przynosiły zyski. Tym jednak, którym się nie udało chowano na specjalnie wybudowanym dla nich cmentarzu.

Kolejnym punktem dzisiejszego dnia była Cable Beach, która swą nazwę wzięła od kabla telegraficznego zainstalowanego na dnie oceanu, łączącego Broome z Javą. Podobno, jak mówią miejscowi, jedna z 5 najpiękniejszych plaż na ziemi. Nie zrobiła jednak na nas piorunującego wrażenia. Zapewne z powodu panującego upału i zakazu kąpieli w oceanie. Od listopada do marca każdego roku, okolice północnej Australii nawiedzają kolonie śmiertelnie trujących meduz – box jellyfish, które nie są większe od ludzkiego palca a ze względu, że są przezroczyste i prawie nie widzialne w wodzie są szaleńczo niebezpieczne dla człowieka. Zrezygnowaliśmy, więc z kąpieli i ruszyliśmy na Gantheaume Point. Gantheaume Point to długi czerwony klif, skały pochodzą z czerwonego piaskowca, przez co przez chwilę poczuliśmy się jakbyśmy wylądowali na marsie. Widok na rozciągający się Ocean Indyjski zapierał dech w piersiach a połączeniu z czerwonością skał tworzył niesamowity pejzaż. Gantheaume Point jest także miejscem, w którym znajduje się odcisk łapy dinozaura, niestety widoczny tylko przy odpływie. Nie chciało nam się jednak tyle czekać i wróciliśmy do hostelu. Zamówiliśmy po koktajlu i wskoczyliśmy do basenu. Basen okazał się jednak gorącą zupą, więc wyruszyliśmy odwiedzić lokalną mikrobrowarnie, szczycącą się produkcją piwa o smaku mango – Matso's. Po kilku kufelkach lokalnego nektarku, wróciliśmy do naszego superwygodnego łóżka.

Dzień 9 - 19/02/2012

Dokładnie 230 kilometrów na wschód od Broome leży mała rybacka miejscowość. Nie słynie ona jednak z połowu ryb ani też krabów, chociaż te poławiane są na skalę światową. Derby służy jako zachodnie drzwi do parku narodowego – KIMBERLEY.

Mimo kilku niepokojących informacji, jakie zdobyliśmy kilka dni wcześniej na temat dróg, które podobno są strasznie pozalewane i nieprzejezdne, postanowiliśmy spróbować naszego szczęścia i przynajmniej liznąć ten bajeczny obszar. Niestety nic dziś nie układało się po naszej myśli. Gdy dotarliśmy do Derby, stacja rangerów była już zamknięta a wszystkie numery telefoniczne podane na wywieszonej na rangerskich drzwiach karteczce, nie działały. Żeby zdobyć trochę pozytywnych informacji, postanowiliśmy zasięgnąć informacji w malutkim, lokalnym komisariacie policji.

Oficer Beckett potwierdził informacje o zamkniętych drogach, dał nam jednak cień nadziei, bowiem jeszcze wczoraj droga była w miarę przejezdna tylko i wyłącznie dla dobrze przystosowanych do tego samochodów z napędem na 4 koła. Tymi drogami mogliśmy dojechać do mniej więcej połowy ogromnego parku Kimberley. To nam wystarczyło, ponieważ bardzo chcieliśmy zobaczyć tutejsze wodospady. Oficer Beckett przestrzegł nas jednak, że droga jest niebezpieczna i ruszamy na własną odpowiedzialność. Spisał nasze dane i obiecał, iż w razie jakbyśmy się nie odezwali przez najbliższe 3 dni, rozpocznie akcję poszukiwawczą.

Zabrzmiało groźnie. Ale co tam...Jak nie my to, kto?? Co cię nie zabije to Cię wzmocni.
Naszym celem na dziś jest, więc dotarcie do Galvin's Gorge najpiękniejszego i największego wodospadu w Kimberley.

Według informacji otrzymanych od oficera Beckett'a przy dobrych warunkach pogodowych powinniśmy tam dotrzeć w ciągu 3 godzin. Wsiedliśmy, więc do naszego tosterka i ruszyliśmy w drogę. Nie ma czasu do stracenia dopóki świeci słońce i nie pada deszcz. W ciągu ostatnich 2 dni jesteśmy świadkami zmiany pory roku i nie jest to zmiana, do której byliśmy przyzwyczajeni. Gdy po długiej zimie, pojawiają się bazie i pierwiosnki, czy gdy na jesień liście zaczynają żółknąć i czerwienić się. Nic z tego, tu jest brutalniej, gdy jeszcze 2 dni temu umieraliśmy od nadmiaru słońca, rozgrzanej do czerwoności ziemi i upału dochodzącego do 50 stopni z prędkością 130 km/h wjechaliśmy w porę deszczową. Zmierzając do Kimberley nie mieliśmy jednak bladego pojęcia, co ten termin oznacza.

Po kilkunastu kilometrach wzięliśmy nasz skręt do parku narodowego. Kołyszący się na słupie znak mówił: Galvin's Gorge 296 km. Zakładając, że nasza prędkość nie będzie mniejsza niż 100km/h za 3 godziny powinniśmy pływać w wodospadzie.
Początkowo droga wydawała się łatwa i przejezdna, więc pędziliśmy najszybciej jak się dało, czując wiatr na twarzach i przejechane kilometry byliśmy pewni, że nam się uda. Po kilkudziesięciu kilometrach, wraz z zapierającymi dech w piersiach widokami, droga zaczęła zmieniać się w błotnistą, pełną wertepów ścieżkę. Wciąż jeszcze pewni swego i naszego wypchanego czterokołowca mknęliśmy do przodu.

Z wjazdem do rezerwatu Króla Leopolda zaczęły się wręcz bajeczne widoki. Otaczające nas góry, lasy, doliny, skaczące kangury, wylegujące się na drodze Goany i wspaniała Góra Herberta napawały nas spokojem i optymizmem. Z każdym jednak pokonanym kilometrem nasza bajkowa, sielankowa aura zaczęła się pomału zmieniać. Słońce nagle zniknęło za nabierającymi ciemnych barw obłokami. Coraz to trudniejsza do przejechania droga ograniczała naszą prędkość do 50 km/h a za nami zaczęło padać. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej. W pewnym momencie Kasia nie zapanowała nad kierownicą i wpadliśmy w dość sporą dziurę do połowy zalaną wodą. Nic się na szczęście nie stało poważnego, poza tym, że najedliśmy się strachu.

Powybijaliśmy, co prawda przednie, koło ale nie było tragedii wiec ruszyliśmy dalej, bo rozpościerający się za nami widok już nie napawał optymizmem. Straciliśmy jednak trochę czasu a wisząca w powietrzu ciemność była coraz bliżej. Wciąż jeszcze pełni nadziei chcieliśmy dotrzeć do naszego celu. W coraz to gorszych warunkach udało nam się przejechać ponad 100 km i jakieś 15 km. przed upragnionym celem naszej wyprawy trafiliśmy na przeszkodę nie do pokonania. Przed maską naszego pojazdu wyrósł szeroki na jakieś 6 metrów rów pełen wody, nie mogliśmy w to uwierzyć. Tak blisko, a tak daleko. Ze łzami w oczach poszedłem zbadać naszą przeszkodę. Z każdym małym kroczkiem, zanurzałem się głębiej i głębiej w piaskowej kałuży. Gdy dotarłem do połowy zalanego odcinka woda sięgała mi do pasa. Nie było opcji, że damy radę przejechać tę przeszkodę, nawet jakbyśmy zjechali z drogi i chcieli ją ominąć jadąc przez busz utknęlibyśmy jeszcze głębiej. Kasia coraz bardziej wystraszona zbliżającą się burzą i możliwością utknięcia w 'kałuży' na następne 3 dni, chciała wracać. Musieliśmy podjąć szybką decyzję, bo zaczęło się robić bardzo nie przyjemnie. Coś w środku podpowiadało żeby wziąć rozpęd i spróbować przejechać, ale rozsądek zadecydował inaczej. Widmo zbliżającej się burzy nie pozwalało podjąć innej decyzji, czasami trzeba się kierować rozsądkiem. Decyzja o powrocie oznaczała fakt, iż musimy stawić czoła, szalejącej już za nami burzy. Gdy zgasły resztki słońca, zaczęło się piekło. Zmierzaliśmy prosto w paszczę smoka. Szczerze mówiąc to byłem cały mokry ze strachu. Nigdy wcześniej moje oczy nie widziały takiego show. Co 30 sekund uderzające pioruny trzęsły ziemią rozświetlając przy tym niebo na kilka sekund. W ciągu kilku następnych minut zaczął padać grad wielkością przypominający spadające jajka a pojawiające się dookoła małe trąby powietrzne wprawiały wszystkie żyjące tam zwierzaki w szał a te jak w transie zaczęły wyskakiwać na i tak już nie widoczną drogę. Adrenalina płynąca już niczym dzika rzeka w naszych żyłach nie pozwalała już normalnie myśleć. Chcieliśmy już tylko wrócić do bezpiecznego miejsca. Kasia nie wiedziała czy ma jeszcze płakać czy juz się zacząć śmiać z przerażenia. Zmieniliśmy się szybko za kółkiem, lecz droga przez piekło ciągnęła się w nieskończoność, modliliśmy się już, aby tylko nasza Hondzina zdała ten najtrudniejszy test w swojej karierze i szczęśliwie dowiozła nas z powrotem do Derby. Jak droga w głąb Kimberley zajęła nam 4 h to wracaliśmy już mniej więcej tyle samo a nie byliśmy jeszcze nawet w połowie drogi. Nasze zmysły, w szczególności wzrok były już na granicy wyczerpania, ale mknęliśmy dalej, nie mieliśmy innego wyjścia. Poruszaliśmy się z zawrotna prędkością prawie 30 km/h wpadając, co chwile w nową trąbę powietrzną, co zazwyczaj kończyło się zepchnięciem na pobocze. Gdy myśleliśmy już, że nie damy rady i się zaraz gdzieś rozbijemy wzięliśmy ostry skręt a za potężną wyłaniającą się górą, ukazał się nam widok nie z tej ziemi. Resztki słońca chowające się w głąb pustyni oświetlające jeszcze otaczający je krajobraz. Z drugiej strony zaś, gdy patrzeliśmy w lusterka naszej hondziny gonił nas pomarańczowy wielki księżyc, który chyba z satysfakcją chciał nam powiedzieć dowidzenia, nie wygracie ze mną. I nie wygraliśmy, nie mieliśmy szansy zobaczyć wodospadu, chociaż byliśmy tak blisko, jednak dumni z siebie, że podjęliśmy wyzwanie, wracaliśmy do Derby. Gdy tylko wjechaliśmy na asfaltowa drogę, przestało padać. Głodni, spragnieni, z oczami na zapałkach dotarliśmy do tego malutkiego, lokalnego komisariatu policji skąd dziś wyruszyliśmy. Zaparkowaliśmy i zasnęliśmy w aucie.
Gdy myśleliśmy już, że nie damy rady i się zaraz gdzieś rozbijemy wzięliśmy ostry skręt a za potężną wyłaniającą się górą, ukazał się nam widok nie z tej ziemi. Resztki słońca chowające się w głąb pustyni oświetlające jeszcze otaczający je krajobraz.

Dzień 10 – 20/02/2012

Z Derby wyruszyliśmy o 9.00 rano. Niestety możliwość przejechania przez Kimberley została wyeliminowana wraz z wczorajszą burzą. Byliśmy, więc zmuszeni znaleźć inną drogę i objechać park dookoła. Plan na dziś obejmował nocleg w Mary Pool – dzikim obozowisku w bushu oddalonym 100 km. na zachód od Halls Creek. Nie mieliśmy dziś w planach żadnych przygód, chcieliśmy po prostu jak najszybciej dojechać do kolejnego punktu naszej wyprawy. Zasięgnęliśmy jeszcze rady oficera Becketta, który był bardzo szczęśliwy, że nas zobaczył o poranku pod swoim komisariatem, bo powiedział, że nie mógł spać całą noc, bo się martwił, że utknęliśmy gdzieś w środku niczego.

Dzisiejsze kilometry nie były tak wyczerpujące, gdyż po wczorajszej burzy temperatura spadła o parę stopni i jechało się całkiem przyjemnie.
Fitzroy Crossing to 1.5 tysięczne miasteczko, które w 80% zamieszkałe jest przez aborygenów a reszta to dzieci, wnuki i prawnuki zagubionych tam na przestrzeni setek lat podróżników i poszukiwaczy złota. Nie szukaliśmy złota ani nie chcieliśmy się tam zagubić gdyż nie znaleźliśmy tam nic ciekawego. Z wyjątkiem małego kompleksu skalnego Gilkie Gorgie. Jednak po krótkim spacerku, temperatura wydawała się wracać do normy, postanowiliśmy, więc jechać dalej.

Po 2 godzinkach dojechaliśmy do drogi prowadzącej do Mary Pool, ale niestety po raz kolejny zalana droga pokrzyżowała nam plan i uniemożliwiła dotarcie do celu. Zaczynamy chyba rozumieć że snucie jakichkolwiek planów nie ma najmniejszego sensu bo i tak jesteśmy skazani na możliwości, które od paru dni serwuje nam dziki żywioł. Nie mieliśmy więc wyboru i ruszyliśmy do Halls Creek. Po drodze natura znowu pokazała nam na co ją stać i w ciągu 20 minut, piękny dzień zamienił się w burze z piorunami i gradem wielkości kurzych jaj. Nasze autko, po którym coraz bardziej widać było trudy podróży mknęło jednak bez zająknięcia przez pustkowia. My zahartowani wczorajszym doświadczeniem nie obawialiśmy się niczego. Po paru godzinkach nasz śmierdzący, umazany czerwonym błotem z szybami i światłami zamazanymi od porospryskanych owadów tosterek dojechał do Halls Creek. Rozbiliśmy namiot i wyszliśmy zobaczyć gdzie dotarliśmy. Halls Creek podobnie jak Fitzroy Crossing okazał się malutkim miasteczkiem w środku pustyni. Pijani Aborygeni surowo patrzeli na nas jak na jakiś dzikusów, zadając sobie pewnie pytania, czego my tu chcemy albo czy przywieźliśmy coś ciekawego, co można by potencjalnie ukraść i wymienić na alkohol. Gdy jednak przechodziliśmy koło miejscowego sklepu, szyba ukazała nam coś, czego się zupełnie nie spodziewaliśmy i czemu byliśmy obiektem tych dziwnych spojrzeń. Szyba pokazała nam dwójkę ludzi, którzy w żadnym stopniu nie przypominali nas z przed 10 dni. Brudne, spocone ubrania, spalona od słońca skóra, oczy pełne przygody i pewne swego uśmiechy na twarzach. Staliśmy tak przez parę sekund, po czym wybuchliśmy śmiechem. Czy możemy się już nazwać podróżnikami i odkrywcami z prawdziwego zdarzenia, pewnie jeszcze nie, ale wyglądem zapewne ich przypominamy.

Zdjęcia

AUSTRALIA / Zachodnia Australia / Monkey Mia / DelfinAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Kalbarri National Park / Naturalne oknoAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Perth / Zakochane ŁabędzieAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Perth / Ziomki na miejscówceAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Perth / BirdieAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Kalbarri / Kalbarskie klifyAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Rottnest Island / JaszczurkowążAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Bush / JaszczuroAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Rottnest Island / PlażaAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Pinnacles / PinnaclesAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Rottnest Island / QuokkaAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Mandurah / Take offAUSTRALIA / Zachodnia Australia / Perth / What's up doc??

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl