Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Birma - Yangon > MYANMAR


jedrzej jedrzej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie MYANMAR / Yangon / Yangon / Shwedagon Paya wejście wschodnie 1 Kiedy w połowie XVIII wieku Alaungpaya - władca III Imperium Birmańskiego, zdobył małą wioskę Dagon ze znajdującą się w niej świętą stupą i zmienił nazwę wioski na Yangon co oznacza "Koniec Walki" nie przypuszczał, że już wkrótce stanie się ona stolicą imperialnej Birmy. Anglicy zmienili nazwę na Rangun. Do starej nazwy Yangon junta powróciła w 1989 roku. W 2005 roku Yangon przestał być stolicą Myanmaru, ale pozostał w dalszym ciągu największym i najbardziej znanym miastem Birmy.

Podróż samochodem z hotelu Star w Bago do hotelu Central w Yangonie, zajęła nam dwie godziny. Hotel Central znajduje się w centrum miasta przy Bogyoke Aung San Rd. Zamierzamy spędzić w nim trzy ostatnie noce w Birmie.
Po rozpakowaniu bagażu i krótkim odpoczynku idziemy na położony w pobliżu dworzec kolejowy. Chcemy sprawdzić rozkład jazdy pociągów. Lonely Planet poleca wycieczkę pociągiem dookoła Yangonu. Zamierzamy jutro skorzystać z tej propozycji. Obiad jemy w herbaciarni Thone Pan Hla, położonej w sąsiedztwie Sule Paya.
Wczesne popołudnie spędzamy na przejściu trasy spacerowej polecanej w przewodniku. Trasa prowadzi przez centrum miasta, pozwalając na poznanie XIX-wiecznej architektury kolonialnej oraz budynków urzędów publicznych. W ramach tego spaceru odwiedzamy również hotel Strand, jeden z trzech najbardziej prestiżowych hoteli Azji Południowo-Wschodniej.
Pozostałą część popołudnia poświęcamy na zwiedzenie rozległej dzielnicy hinduskiej. Główne atrakcje, to targ miejski oferujący duży wybór ryb, warzyw i owoców oraz świątynia hinduistyczna poświęcona bogini Sri Kali. Podczas tego spaceru natrafiamy na uliczkę wyłożoną w całości dywanami. Wyglądało to na przygotowania do jakiegoś święta. Hinduski charakter dzielnicy podkreślają bary serwujące lassi, typowy dla Indii napój mleczno-owocowy. Ania nie może się powstrzymać i w jednym z takich barów wypija swój ulubiony napój. Do hotelu wracamy wczesnym wieczorem.
Centrum Yangonu jest zabudowane kilkupiętrowymi dość zniszczonymi domami z epoki kolonialnej. Ich elewacje są ozdobione balkonami o betonowych, często ozdobnych balustradach. Na dachach widać anteny satelitarne. W 1996 roku junta kazała mieszkańcom pomalować elewacje frontowe budynków na jasnozielony kolor. Obecnie można jeszcze zobaczyć łuszczące się resztki tej farby. Duże ulice mają swoje nazwy, mniejsze zamiast nazw mają numery. Chodniki są bardzo dziurawe o wysokich krawężnikach. Poza tym całe są zastawione straganami, plastykowymi stolikami ewentualnie towarem rozłożonym bezpośrednio na ziemi. Wszędzie pełno ludzi i pojazdów (głównie motorynek). Można powiedzieć, że centrum Yangonu pomimo innej architektury ma klimat typowego hinduskiego miasta. Jedyna różnica to brak świętych krów.
Odpoczywamy w hotelu i idziemy na kolację. Kierując się zaleceniami Lonely Planet wybieramy birmańską restaurację Danuphyu Daw Saw Yee Myanma położoną przy 29 ulicy. Serwują w niej całe zestawy. Po kolacji wracamy na udekorowaną dywanami uliczkę, żeby obejrzeć ewentualne widowisko. Uliczka jest ładnie podświetlona, na dywanach siedzą grupki wiernych, ale nic szczególnego się nie dzieje. Postanawiamy chwilę zaczekać. We włoskiej cukierni zamawiamy po ciastku czekoladowym i cappuccino. Wracając, przechodzimy obok Sule Paya, jednej z atrakcji turystycznych Yangonu. Decydujemy się na wizytę. Nie ma już turystów, tylko wierni modlą się przed posągami Buddów lub przed swoimi znakami zodiaku.
Zodiak birmański składa się z ośmiu znaków, odpowiadających ośmiu kierunkom świata, ośmiu planetom oraz ośmiu dniom birmańskiego tygodnia. Birmański tradycyjny tydzień ma osiem dni. Środa dzieli się na dwa dni tygodnia, środa przed południem i środa po południu. W każdej pagodzie znajduje się osiem stacji umieszczonych na czterech głównych kierunkach: północ, południe, wschód i zachód oraz czterech kierunkach pośrednich. W każdej z nich jest umieszczony znak zodiaku. Wierni urodzeni pod tym znakiem przychodzą, aby prosić o łaskę. Po modlitwie myją posąg, polewając go trzykrotnie wodą. Takie zachowania obserwowaliśmy w wielu miejscach Birmy.
Nastrój panujący wieczorem w otoczeniu Sule Paya jak również innych stup, które o tej porze odwiedzaliśmy, emanuje spokojem i powagą. Jest cicho nie ma zbyt wielu ludzi co pozwala skupić się na wielu szczegółach architektonicznych, umykających uwadze w blasku słońca i hałasie tłumu. Obchodzimy dwukrotnie dookoła stupę i wracamy do hotelu.
Rano udajemy się na dworzec kolejowy, gdzie z peronu siódmego odjeżdżają pociągi na okrężną trasę wokół Yangonu. W kiosku na peronie kupujemy bilety. Po półgodzinnym oczekiwaniu na pociąg, ruszamy. Początkowe przystanki znajdują się w mieście. Potem wjeżdżamy na przedmieścia. Domy stają się coraz mniejsze i uboższe, niektóre z nich stoją tak blisko torów, że mogę zajrzeć do środka. Z okien wagonu widzimy wiele targowisk, jedno odbywa się wprost na peronach mijanej stacji. Wzdłuż całej trasy sterty śmieci. Ostatecznie opuszczamy miasto i dalej jedziemy wśród pól. Mijamy pojedyncze chaty stojące w otoczeniu drzew, głównie bananowców z charakterystycznymi liśćmi. Daleko na horyzoncie widać domy i fabryki Yangonu. Wiele pól jest zalanych wodą i są na nich uprawiane nieznane mi rośliny o dość długich liściach. Ciekawe jest to, że pola te tworzą dość głębokie baseny. Na jednym widzę pielęgnującego uprawę wieśniaka zanurzonego w wodzie po piersi. Po prawej stronie widać lotnisko, nie wygląda imponująco. Niedługo potem zaczynają pojawiać się bloki mieszkalne i wkrótce wjeżdżamy z powrotem na dworzec kolejowy. Podróż zajęła nam trzy godziny.
Obiad jemy w restauracji Zawgyi serwującej kuchnię międzynarodową i birmańską. Kelner przynosi podkładki, ze znakami zodiaku birmańskiego. Urodziłem się w piątek, zatem moim znakiem jest świnka morska. Z zamieszczonego horoskopu dowiaduję się, że jestem człowiekiem kreatywnym i wrażliwym. Znakiem Ani jest tygrys. Osoby spod tego znaku są inteligentne i posiadają dużą intuicję.
Do Shwedagon Paya, najbardziej znanej stupy w Birmie, zamierzamy dostać się autobusem miejskim. W recepcji pytamy o numer autobusu i lokalizację przystanku. Uzyskujemy żądane informacje, ale recepcjonistka jest bardzo zdziwiona naszym pomysłem i proponuje nam taksówkę. Przystanek znajduje się niedaleko naszego hotelu. Gdy podchodzimy widzimy stojący na nim autobus. Porównujemy otrzymane na recepcji znaki ze znakami oznaczającymi numer autobusu. Znaki są identyczne, gdy jednak chcemy kupić bilet kierowca pokazuje na stojący przed nami autobus i każe nam się przesiąść.
Autobus, a raczej autobusik, którym mamy jechać, to strasznie zdezelowany co najmniej trzydziestoletni pojazd zabierający około dwudziestu osób. Wnętrze jest poobijane i pordzewiałe. Wąskie siedzenia o metalowych ramach są wyłożone drewnem a siedzenia są obite skajem. Rolę klimatyzacji spełniają pootwierane okna oraz otwarte podczas jazdy drzwi. Ku mojemu zdziwieniu kierownica jest po właściwej stronie. Na górze między przednimi szybami znajduje się duża fotografia Buddy otoczona kwiatami. Konduktor kasuje za przejazd, wydając bilety a jednocześnie na każdym przystanku głośno zachęca ewentualnych pasażerów do skorzystania z przejazdu swoim autobusem.
Wysiadamy z autobusu i idziemy we wskazanym przez konduktora kierunku. Mijamy wąską uliczkę a następnie wychodzimy na szeroką aleję prowadzącą do wejścia. Po jej obydwu stronach znajdują się sklepy z dewocjonaliami i warsztaty rzemieślnicze gdzie te dewocjonalia są wytwarzane.
Pagoda Shwedagon jest położona na olbrzymiej platformie wznoszącej się ponad 50 metrów powyżej poziomu ulicy. Prowadzą do niej cztery wejścia: północne, południowe, wschodnie i zachodnie. My wchodzimy wejściem wschodnim. Tworzą je monumentalne schody przykryte dachem. Podchodzimy boso, mijając liczne sklepy. Na górze, jako cudzoziemcy, musimy zapłacić za wstęp. Decydujemy się na wynajęcie prywatnego przewodnika, który oprowadzi nas po kompleksie.
Według legendy pagoda została wzniesiona 2400 lat temu, będąc relikwiarzem ośmiu włosów Buddy przywiezionych z Indii. W rzeczywistości została zbudowana między VI a X wiekiem w królestwie Monów i od razu stała się świętym miejscem zarówno dla Monów jak i Birmańczyków. Wojny miedzy Monami i Birmańczykami trwały siedemset lat. Nigdy się nie zdarzyło, żeby podczas walk pagoda uległa zniszczeniu. Wręcz przeciwnie, gdy zagrażało jej niebezpieczeństwo walki były przerywane i niedawni przeciwnicy wspólnie ratowali obiekt.
Shwedagon Paya była kilkakrotnie zburzona przez występujące często w tym rejonie trzęsienia ziemi. Za każdym razem po odbudowie była większa i piękniejsza. Obecnie, stupa ma wysokość 96 metrów i jest obłożona 13 tysiącami złotych płytek o łącznej wadze 44 ton i wartości ponad 100 milionów dolarów. W jej koronie umieszczono kilka tysięcy drogich kamieni w tym brylant o wadze 78 karatów. Jednak nie wartość materialna jest najważniejsza dla milionów wiernych pielgrzymujących do tego miejsca. Dla nich Shwedagon jest najświętszym miejscem w Birmie.
Pagoda robi oszałamiające wrażenie. Wokół stupy głównej zbudowano setki małych stup oraz innych obiektów sakralnych pomalowanych na złoto i biało. Na czterech głównych stronach świata stoją monumentalne, bogato zdobione ołtarze poświęcone różnym Buddom. Tradycyjnie, stupę otacza osiem kapliczek poświęconych znakom birmańskiego zodiaku. Bogaci wierni, chcący poprawić swoje zasługi ufundowali w otoczeniu Shwedagon wiele mniejszych stup oraz świątyń. Niektóre z nich zbudowane są z drzewa tekowego a inne z białego kamienia na wzór tajskich. Wszystkie są bogato rzeźbione i są perełkami architektury birmańskiej.
Obchodzimy z przewodnikiem stupę dookoła, słuchając jego wyjaśnień. Przewodnik zwraca się do nas per „mama” czy „tata”. Anię trochę to denerwuje, ale Birmańczyk tłumaczy, że jest to ogólnie przyjęty w Myanmar zwyczaj zwracania się do ludzi starszych. Musimy się z tym pogodzić. Po rozstaniu się z przewodnikiem obserwujemy zachód słońca. W czasie zachodu tyraliera wiernych zaopatrzonych w miotły symbolicznie zamiata otoczenie głównej stupy. Myślę, że jest to jakiś rytuał. Po zmierzchu gromadzi się coraz więcej ludzi i zaczynają się grupowe modlitwy. Wierni, często jednakowo ubrani, zasiadają wprost na płytach platformy i wspólnie się modlą. Obchodzimy pagodę dwukrotnie, czekając na ewentualne uroczystości. Nic specjalnego się nie dzieje więc około ósmej wieczorem wracamy taksówką do hotelu. Na kolację idziemy do chińskiej restauracji przy 29 ulicy.
Ostatni dzień w Birmie zamierzamy spędzić na obszarze delty Irawadi. W maju 2008 roku cyklon Nargis spustoszył te tereny, zabijając 125 tysięcy ludzi i pozbawiając dachu nad głową dwa i pół miliona. Tragedia ta została opisana w wartej polecenia książce Emmy Larkin pt. „Spustoszenie. Niepowtarzalna historia o katastrofie i dyktaturze wojskowej w Birmie”. Przed wyjściem z hotelu upewniamy się czy możemy tam przebywać. Jeszcze niedawno cudzoziemcy musieli posiadać specjalne zezwolenie na wjazd na ten teren. Recepcjonistka dzwoni do urzędu bezpieczeństwa i informuje nas, że wszystko jest o.k.
Idziemy pieszo do przystani promowej nad rzeką Yangon. Znajduje się ona niedaleko hotelu Strand. Po drodze odwiedzamy największy bazar Yangonu, Aung San Baazar. Jest wcześnie i większość sklepów jest zamknięta. Postanawiamy wrócić tutaj po południu.
Zagraniczni turyści za bilet muszą zapłacić w twardej walucie. Prom ma swoją przystań w miejscowości Dilah, położonej naprzeciw Yangonu. Opuszczamy prom i wychodzimy na duży plac. Wszędzie pełno motocyklowych taksówek, riksz, straganów a przede wszystkim tłoczących się ludzi z bagażami. Od razu zostajemy zaanektowani przez właściciela rowerowej rikszy, oferującego nam wycieczkę po okolicy. Tłumaczymy, że naszym celem jest miasteczko Twante lezące w odległości kilkunastu kilometrów. Wcale mu to nie przeszkadza, może nas tam również zawieźć. My jednak wybieramy autobus. Jest to brat bliźniak autobusu, którym jechaliśmy wczoraj do Shwedagon Paya. Wsiadamy i zajmujemy ostatnie wolne miejsca. Po paru minutach oczekiwania na pasażerów ruszamy.
Po opuszczeniu Dilah wjechaliśmy na równinę pokrytą polami i poprzecinaną licznymi kanałami irygacyjnymi. Mijamy wiele wiosek zabudowanych chatami stojącymi na palach w cieniu drzew. Z przewodnika wiem, że jest to spichlerz Birmy. Tutejsze plony pszenicy i ryżu zaspokajają potrzeby nie tylko kraju, ale są również eksportowane. Teren jest zupełnie odsłonięty. Cyklon bez trudu mógł zmieść wszystko na swojej drodze jak również wepchnąć masy wody z pobliskiego morza. Po prawie sześciu latach nie widać już skutków przejścia cyklonu. Niemniej okolica wygląda na biedną.
W Twante wynajmujemy rikszę rowerową. W ten sposób chcemy obejrzeć miasteczko. Birmańskie riksze są dwuosobowe. Do boku roweru jest dołączony wózek o dwóch siedzeniach. Pasażerowie podróżują oparci plecami o wspólne oparcie. Jeden z twarzą zwróconą w kierunku jazdy, drugi w przeciwną stronę.
Na początku jesteśmy zawiezieni do małej wytwórni ceramiki. Mamy tutaj możliwość obejrzenia rodzinnego zakładu rzemieślniczego. W zadaszonej drewnianej szopie młoda dziewczyna siedzi przy kole garncarskim, wyrabiając gliniane garnki. Pomaga jej starsza kobieta. W głębi widać piec opalany drzewem gdzie ojciec lub dziadek dziewczyny wypala naczynia. Dookoła szopy widać setki półproduktów suszących się na słońcu. Metody produkcji są takie same jak sto lub więcej lat temu.
Kolejnym, a zarazem ostatnim punktem, który chcemy zobaczyć jest Shwesandaw Paya. Jest to mońska zedi (stupa) tylko cztery lata młodsza od Shwedagon w Yangonie. Tutaj żegnamy się z naszym rykszarzem. Na przystanek autobusowy postanawiamy wrócić pieszo. Tym bardziej, że do tej pory też przez znaczną część drogi szedłem pieszo.
Dojście do przystanku zabiera nam ponad pół godziny (musimy przejść przez całe miasteczko) i jest dobrą okazją do obserwacji życia. Do tej pory mieliśmy możliwość zapoznania się wyglądem ulicy i toczącym się na niej życiem dużego miasta (Mandalaj, Yangon), średniej wielkości (Bago), miejscowości turystycznej (Nyaungshwe, Nyaung OO) oraz wiosek (trekking). Teraz nadarzyła się możliwość uzupełnienia naszych doświadczeń o wygląd ulicy małego nieturystycznego miasteczka. Podobnie jak w Polsce wygląda na to, że w niedużej miejscowości żyje się wolniej i spokojniej. Ludzie mają czas, żeby się przywitać i porozmawiać. Psy też są bardziej zadbane, najedzone i mniej zestresowane niż ich krewniacy w Yangonie. Dzieci bez obaw jeżdżą rowerami po ulicy lub grają na niej w piłkę. Podbudowani tymi widokami wracamy do Dilah.
Na miejscu zwiedzamy wiejski klasztor. Nie ma tu stupy, ale jest wszystko poza tym. Są cztery duże posągi Buddów, drzewo bodhi, po którym Budda naucza swoich pierwszych pięciu uczniów a przede wszystkim jest toaleta. Na przystani przedzieramy się przez tłum wysiadających z promu, tylko po to, żeby się na niego spóźnić. Musimy dwadzieścia minut poczekać.
W Yangowie jemy obiad a potem idziemy na Aung San Market. Wewnątrz olbrzymiej, rozbudowanej hali znajdują się stoiska z wyrobami jubilerskimi, drogimi materiałami i luksusową odzieżą czy antykami. Na zewnątrz w przejściach między poszczególnymi jej częściami, bary na plastykowych krzesełkach oraz stragany z warzywami i owocami. Kręcimy się chwilę po bazarze i wracamy do hotelu.
Wieczorem, na ostatnią kolację w Birmie, idziemy do Zawgyi House. Podczas ostatniego pobytu tam, jedzenie bardzo nam smakowało. Niestety jest godzinna przerwa. Nie mamy ochoty tak długo czekać, idziemy więc na 29 ulicę do naszej chińskiej restauracji.
Rano trudno mi uwierzyć, że to już dwudziesty dzień w Birmie i że za cztery godziny mamy samolot. Niestety jest to prawda. Jemy śniadanie i jedziemy taksówką na lotnisko. Po przejściu przez odprawę celną Ania wymienia po dobrym kursie pozostałe jej kyaty na dolary. W barze wypijamy nasze poranne cappuccino. Ja kupuję DVD o Shwedagon Paya. Punktualnie o 12.45 wylatujemy do Bangkoku.


Wszystkie ceny są zawarte w moim artykule pt. Birma dla średnio zamożnych.

Zdjęcia

MYANMAR / Yangon / Yangon / Shwedagon Paya wejście wschodnie 1

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl