Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Maroko - nie tylko cesarskie miasta > MAROKO


igebski igebski Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie MAROKO / Fes / Widok na Fes / Fez (Fes)Poczytajcie o wrażeniach z objazdowej wycieczki po Maroko na trasie Agadir, Marrakesz, Ifrane, Fez, Volubilis, Meknes, Rabat, Casablanca, Al Dżadida, Safi, Essaouira, Agadir.

Samolot czarterowy linii Travel Serwice lecący z Warszawy wylądował w Agadirze o godzinie 05.05. Na lotnisku Al-Massira temperatura powietrza wynosiła 8 stopni C, a ciemności rozjaśniał księżyc. Według naszego kalendarza był piątek 12 grudnia 2014 roku, zaś według kalendarza islamskiego Jaum al.dżuma (dzień zgromadzenia) safar 1436 roku.
Po niespełna godzinie docieram do hotelu Omega. Jest to pięciopiętrowy budynek w stylu europejskim (w Agadirze większość budowli pochodzi z ostatnich kilkudziesięciu lat, gdyż miasto zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi w 1960 r.). Otrzymuję pokój na trzecim piętrze. Przez okno mam widok na jakiś gmach będący w budowie, a z lewej strony mogę podziwiać wzgórze Kasbah z arabskim napisem "Bóg, król, ojczyzna" (szczególnie efektownie wygląda on w nocy, gdy jest podświetlony).

Zdjęcia: Widok na Fes, Fes, Fez (Fes), MAROKO
Widok na Fes, Fes, Fez (Fes), MAROKO



Bagaż pod drzwi pokoju dostarcza mi pracownik recepcji (wcześniej napisałem kredą na walizce numer pokoju). Tak będzie we wszystkich pięciu hotelach, czyli do końca pobytu w Maroku. O dziwo, obsługa nie wyciąga tutaj ręki po bakszysz, jak ma to miejsce w innych krajach arabskich. Później dowiaduję się, że pracownicy hoteli otrzymują zbiorcze napiwki od pilota danej grupy. Uważam, że jest niezłe rozwiązanie
Po śniadaniu udaję się na długi spacer. Zaczynam od plaży nad Atlantykiem. Temperatura powietrza rośnie, wkrótce muszę więc zdjąć sweterek i maszerować w koszulce. Plaża jest długa i dość szeroka. Równolegle do niej ciągnie się promenada, a wzdłuż niej hotele. Ot, jak w każdym kurorcie. Obserwuję wiele osób ćwiczących na przyrządach gimnastycznych, które ustawione są wprost na bulwarze. Od czasu do czasu zaczepia mnie jakiś handlarz okularami słonecznymi, owocami morza czy też bransoletkami.

Zdjęcia: Okolice Agadir, Agadir, Kozy na drzewie arganowym, MAROKO
Okolice Agadir, Agadir, Kozy na drzewie arganowym, MAROKO



Wkrótce skręcam w głąb miasta. W jednym z kantorów wymieniam 50 Euro na miejscową walutę, czyli dirhamy. Kurs wynosi 10,754. Otrzymuję zatem 537,70 dirhamów. Dalej idę wzdłuż dużego parku, w głębi którego znajduje się pałac królewski. Z ulicy nie widać co prawda pałacu, ale wzdłuż ogrodzenia stoją co kilkadziesiąt metrów posterunki uzbrojonych żołnierzy. Jeden z nich zauważył, że robię zdjęcia. Polecił mi podejść do siebie i pokazać aparat. Na zdjęciu widać było tylko fragment ogrodzenia i kilka drzew.

Zdjęcia: Casablanca, Casablanca, Meczet Hassana II, MAROKO
Casablanca, Casablanca, Meczet Hassana II, MAROKO



Mimo to musiałem je skasować. Wiedziałem, że w Maroku ogólnie znana jest niechęć mundurowych do robienia im zdjęć, ale nie przypuszczałem, że aż do tego stopnia.
Pokręciłem się jeszcze trochę w okolicy suku, przeszedłem obok meczetu i hotelu Tagadirt. Ten ostatni wygląda z zewnątrz całkiem nieźle, mimo to zyskał złą sławę wśród wielu turystów. Upał był coraz większy, więc udałem się w drogę powrotną do mojego hotelu.
Wieczorem dokwaterowano mi współlokatora (nie wykupiłem opcji jednoosobowej). Andrzej, jowialny sześćdziesięciokilkulatek o wyglądzie sybaryty, przyleciał z Katowic. Już po chwili wiedziałem, że nie będę się z nim nudził. Zaraz po kolacji zaciągnął mnie do pokoju Krystyny i Artura, których poznał zaledwie parę godzin wcześniej na lotnisku w Pyrzowicach. Krystyna wyciągnęła litrową butlę orzechówki, którą osobiście robił jej mąż, no i zaczęły się Polaków nocne rozmowy...
Rano poznaliśmy naszą pilotkę (Dorota Szelezińska), kierowcę Sherifa i jego pomocnika o imieniu Ali. Osoby te miały nam towarzyszyć przez najbliższy tydzień. Z góry zaznaczam, że każda z nich idealnie wywiązywała się ze swoich obowiązków.

Zdjęcia: Volubilis, Meknes, Ruiny rzymskiego miasta, MAROKO
Volubilis, Meknes, Ruiny rzymskiego miasta, MAROKO



Pierwszym punktem programu był wjazd na wzgórze Kasbach. Znajdujące się tutaj ruiny twierdzy są dość zaniedbane, ale za to rozciąga się wspaniały widok na port, plażę i ogólnie na panoramę Agadiru. Na wzgórzu na turystów oczekują drobni handlarze, właściciele wielbłądów i inni naciągacze. Jeden z nich podszedł do mnie i poprosił o zrobienie zdjęcia. Na pytanie o pieniądze odpowiedział, że nie trzeba. Zdziwiłem się nieco, ale pstryknąłem mu fotkę. W chwilę później niespodziewanie założył mi na głowę swój turban i sam zrobił mi zdjęcie. Tym razem domagał się już zapłaty, dokładnie 20 dirhamów. Wyciągnąłem wszystkie drobne i dałem mu bodajże 17 dh.

Zdjęcia: Safi, Safi, Zachód słońca nad Atlantykiem, MAROKO
Safi, Safi, Zachód słońca nad Atlantykiem, MAROKO



Krętymi serpentynami zjechaliśmy na dół i autostradą A7 udaliśmy się w stronę Marrakeszu. Przejeżdżaliśmy obok licznych w tych okolicach drzew arganowych (występują wyłącznie w tej części Maroka). Na niektórych z nich siedziały całe stada kóz. Przyznam, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.

Trasa wiodła przez pola w kolorze ochry. Gdzieniegdzie widać było wioski, których niskie domki niemal całkowicie zlewały się z tłem. W oddali majaczyły ośnieżone szczyty Atlasu Wysokiego. Od czasu do czasu mijaliśmy wozy ciągnione przez konie, obładowane osiołki, popędzane piętami przez siedzących na nich Marokańczyków bądź dwukółki dopasowane do motocykli. Często spotykaliśmy też patrole policyjne kontrolujące samochody. Jeżeli chodzi o kontrolę prędkości, to najczęściej wygląda to tak, że gdzieś w krzakach siedzi gość z ręcznym radarem, a kilkaset metrów znajduje się posterunek, na którym wychwytywani są zbyt szybcy kierowcy.

Do Marrakeszu dojechaliśmy około trzynastej. Zostaliśmy zakwaterowani w hotelu Oudaya. Po obiedzie wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Po upale z Agadiru nie było już śladu. Wprost przeciwnie, zaczynało się chmurzyć i zbierać na deszcz, który ostatecznie zaczął padać wieczorem. Obejrzeliśmy z zewnątrz meczet Koutoubija z XII wieku, po czym przyszła kolej na grobowce Saadytów, pałac Bahia i medresę. Podziwialiśmy piękne zdobienia sufitów z drewna cedrowego i perfekcyjnie wykonane mozaiki, zwane tutaj zellidż. Te elementy architektury towarzyszyły nam zresztą w kolejnych miastach, które odwiedzaliśmy na trasie naszej wycieczki.

Potem przyszła pora na zagłębienie się w gwarnych alejkach suku. Każdy kto był na arabskim targowisku wie, że są one do siebie podobne. Stragan obok straganu, gwar i nawoływania sprzedawców. Od ilości wyłożonych towarów można dostać oczopląsu, a powonienie drażnią zapachy orientalnych przypraw, słodyczy, ryb, mięs i skór.

W zielarni berberskiej sporym zaskoczeniem dla mnie był mówiący prawie idealnie po polsku Marokańczyk. Ze swadą prezentował on kolejne produkty, wśród których wiodącą rolę odgrywały olejki arganowe, kosmetyki, przyprawy i mikstury "na wszystko", od zatwardzenia po brak potencji. Jak zwykle przy tego rodzaju prezentacjach, poczęstowano nas herbatą miętową. Jeżeli chodzi o zakupy, to osobiście nabyłem tu tylko trzy mydełka arganowe za 40 dirhamów. Olej arganowy kupiłem kilka dni później za pośrednictwem naszej pilotki.

Na placu Dżamaa el Fna spodziewaliśmy się wielu atrakcji, bo według przewodników ciągle się tutaj coś dzieje. Spotkać można np. połykaczy ognia, zaklinaczy węży, bajarzy i sztukmistrzów. Niestety, deszcz wypłoszył wielu z tych zabawiaczy turystów. Ponadto odbywający się właśnie festiwal filmowy skupiał uwagę gapiów na olbrzymim ekranie, z którego dobiegały głośne efekty dźwiękowe. W tej sytuacji pozostało nam spróbować miejscowych przysmaków. Osobiście zamówiłem tażin z kurczakiem za 30 dirhamów. Do tego otrzymałem zestaw surówek, więc razem zapłaciłem 60 dh, czyli około 24 złotych. Tażin smakował mi, więc kilka dni później nabyłem naczynie do jego przygotowywania.

W niedzielę rano wyruszyliśmy do Fezu. Trasa liczyła około 500 kilometrów, a po drodze było mnóstwo interesujących widoków. Szczególnie malowniczo wyglądało pasmo Atlasu Średniego oraz zbiorniki retencyjne wśród gór. Uroku krajobrazowi dodawały też liczne gniazda bocianów. Nadal siąpił deszcz i było raczej chłodno. Czasami zatrzymywaliśmy się na stacjach benzynowych. Na jednej z nich zamówiłem sobie maroco tea, czyli tzw. whisky Berberów za 10 dh.

Jest to mocno słodzona miętowa
herbata w specjalnym metalowym dzbanku. Na innym z postojów w miejscowości, której nazwa niestety mi umknęła, zjadłem potrawę o nazwie kefta, czyli mielone mięso baranie z grilla. Danie to kosztowało zaledwie 40 dirhamów.

W miarę zbliżania się do Fezu pogoda systematycznie się pogarszała. Apogeum złej aury przypadło na Ifrane, gdzie trafiliśmy na padający śnieg. Miasto to leży na wysokości 1665 m n.p.m i ze względu na klimat i charakterystyczną alpejską architekturę jest nazywane marokańską Szwajcarią.

Godzinę drogi później byliśmy już w Fezie. Tutaj nie było ani śladu śniegu czy deszczu. Ten ostatni zaczął padać dopiero w następnym dniu. Zakwaterowani zostaliśmy w hotelu Mounia, gdzie mieliśmy spędzić dwie noce.

Fes (Fez) jest dawną stolicą Maroka. Obecnie stanowi centrum życia religijnego i duchowego tego kraju. Jest wpisany na listę UNESCO.
Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie tego dość starego (założone w VIII wieku) miasta. Towarzyszyła nam miejscowa przewodniczka. Najpierw obejrzeliśmy bogato zdobioną bramę pałacu królewskiego. Do środka oczywiście wejść nie mogliśmy.

Przeszliśmy następnie do dzielnicy żydowskiej Mellah, gdzie zwiedziliśmy synagogę Ibn Danana. Oprowadzał nas opiekujący się nią muzułmanin.
Później pojechaliśmy na wzgórze, z którego rozciąga się panorama Fezu. Z góry wygląda on jak jedna zbita masa budynków, przerywana czasem pasami zieleni bądź nieużytków. W tle widać szczyty pobliskich gór.

Kolejnym punktem programu było zwiedzanie pracowni ceramicznej. Tu mogliśmy zobaczyć, jakie arcydzieła można stworzyć z gliny. Nie chodzi tylko o kształty, lecz o precyzję wykonania niepowtarzalnych wzorów mozaik (zellidż).

Z pracowni plastycznej udaliśmy się do mediny (stare miasto). Medyna w Fezie jest niepowtarzalna ze względu na ogromną ilość ciasnych uliczek. Ponoć jest ich tu dziewięć tysięcy. Odległości między ścianami budynków są tak niewielkie, że dwie osoby tylko z trudem mogą się wyminąć.

Panuje tu ciągły półmrok. Poruszanie się w tym labiryncie bez przewodnika mogłoby zakończyć się co najmniej wielogodzinnym błądzeniem.

Po wyjściu na nieco szersze ulice natrafiliśmy na handlarza owocami opuncji. Widziałem je po raz pierwszy w życiu. Z ciekawości spróbowałem więc jedną (koszt 1 dirham). Była całkiem smaczna. Wędrując wśród straganów z owocami, przyprawami, żywymi ślimakami i wielbłądzim mięsem mijaliśmy często objuczone osiołki. Po drodze zaglądaliśmy do otwartych zakładów usługowych lub też obserwowaliśmy rzemieślników wykonujących swoje prace pod gołym niebem, np. farbiarzy, ostrzycieli noży czy kotlarzy.

Wreszcie dotarliśmy do garbarni skór. W dużych kadziach na otwartym powietrzu robotnicy uwijali się przy swojej pracy. Zapach nie był zbyt przyjemny, więc przy wejściu otrzymaliśmy do wąchania gałązki mięty. Przy okazji oglądania garbarni mogliśmy też nabyć gotowe wyroby skórzane. Chętnych jednak raczej nie było. Przykładowa cena krótkiej damskiej kurtki - 150 Euro.

Idąc dalej, robiliśmy drobne zakupy na suku. Ja kupiłem 0,5 kg suszonych daktyli za 30 dirhamów oraz cztery kartki pocztowe ze znaczkami za 45 dh. Obejrzeliśmy jeszcze z zewnątrz meczet i uniwersytet Karawijjin oraz zwiedziliśmy warsztat tkacki z autentycznymi krosnami. Tu niektórzy z nas nabyli różne tkaniny, w tym szale. Na samym końcu mogliśmy podziwiać olbrzymią bramę Bab al Jeloud.

Po południu był czas wolny. Zdecydowałem się więc poszukać sklepu z alkoholem. W kraju muzułmańskim nie jest to łatwe, ale nie niemożliwe. Duże sieci typu Carrefour prowadzą specjalne stoiska z wyrobami monopolowymi. Od hotelu do najbliższego sklepu tej francuskiej sieci było nie dalej niż dwa kilometry, ale trochę pobłądziłem i droga wydłużyła mi się do ponad trzech kilometrów. Szedłem w strugach padającego deszczu, a do tego jeszcze przemakały mi buty. Efektem tego spaceru było późniejsze przeziębienie, które dokuczało mi do końca pobytu na marokańskiej ziemi. Ostatecznie znalazłem sklep i nabyłem dwie litrowe butelki wina miejscowej produkcji po 33 dirhamy za sztukę. W drodze powrotnej zdecydowałem się skorzystać z taksówki. Taryfiarz chciał za kurs 20 dirhamów, ale zgodził się odwieźć mnie do hotelu za 15 dh.

Piąty dzień naszej wycieczki rozpoczęliśmy od zwiedzania ruin Volubilis, rzymskiego miasta z I wieku. Jest to kolejny zabytek objęty ochroną UNESCO. Niewiele z dawnej okazałości miasta zachowało się do naszych czasów, ale godne uwagi są na pewno fragmenty domów patrycjuszy z nieźle utrzymanymi mozaikami. Nieco żartobliwym elementem jest natomiast kamień z rzeźbą przedstawiającą męskie genitalia. Wiele z uczestniczek naszej wycieczki z czułością głaskało penisa, wypowiadając w duchu jaki+eś życzenia...

Z Volubilis pojechaliśmy do pobliskiego Meknes, znanego jako miasto pięknych bram. Oprócz bram Bab el-Khemis i Bab el-Mansour obejrzeliśmy tutaj dobrze zachowane spichlerze o bardzo grubych murach oraz ogromne stajnie, a właściwie to co z nich zostało do naszych czasów. Podobno mieściło się w nich 12 000 koni. Potem weszliśmy do meczetu. zdejmując oczywiście wcześniej buty. W muzułmańskich świątyniach nie ma obrazów, bo islam zabrania przedstawiania wizerunków Allaha czy też proroków. Są za to bogate zdobienia ścian i sufitów.

W czasie wolnym zamówiłem sobie kawę Nous Nous (wymawia się nos nos). Sprowadza się ją z Etiopii, następnie palona jest w Casablance. Smakuje wybornie i jest tania. W małej kafejce przy suku zapłaciłem za szklankę tylko 10 dirhamów.

Rabat przywitał nas deszczem. Nic dziwnego więc, że ze stolicy Maroka nie mam najlepszych wspomnień. Obejrzeliśmy tutaj z zewnątrz kolejny pałac królewski. Tym razem nie mieszkalny, ale ten, w którym król Mohammed VI sprawuje rządy. Następnie przeszliśmy do Mauzoleum Mohammeda V (dziadka aktualnego władcy). Tutaj mogliśmy nie tylko zajrzeć do środka, ale też zrobić sobie zdjęcia ze stojącymi na warcie żołnierzami.

Jeszcze tylko szybki spacer po dzielnicy Kasba Oudaja (charakterystyczne niebieskie domki), potem przejście przez Szella i w zasadzie koniec pobytu w Rabacie. Jak wspomniałem, aura nas tu nie rozpieszczała, a mnie coraz bardziej dokuczał cieknący z nosa katar i towarzyszący mu ból głowy.

Casablanca nas nie zawiodła. Pogoda radykalnie zmieniła się i z czystym sumieniem można było sobie zanucić przebój Tercetu Egzotycznego "W gorącym słońcu Casablanki". W "białym mieście" mieliśmy też niezłe zakwaterowanie w czterogwiazdkowym hotelu Washington. A propos hoteli, to na naszej trasie w zasadzie żaden nie dawał powodów do narzekania. No, może z małym wyjątkiem. Druga noc w marakeskim hotelu Oudaya nie należała do zbyt udanych ze względu na hałaśliwie pracującą klimatyzację.

Niektórym z uczestników wycieczki nie do końca podobały się też śniadania kontynentalne. Ja jednak uważam, że mimo braku wędlin i żółtych serów, były one wystarczająco urozmaicone i obfite, aby zaspokoić głód na co najmniej pół dnia.

Miasto, w którym ponad 70 lat temu umieszczono akcję najbardziej chyba znanego melodramatu "Casablanca" (sam film kręcono w studio), zaczęliśmy zwiedzać od placu Mohameda V. Pełno na nim - podobnie jak na placu św. Marka w Wenecji - gołębi. Do skrzynki przy miejscowej poczcie wrzuciliśmy kartki z pozdrowieniami dla bliskich, po czym pojechaliśmy do meczetu Hassana II. Obiekt ten powstał w latach 1986-1993, a zatem jest jak najbardziej współczesną budowlą. Pod względem wielkości jest to trzecia na świecie świątynia islamska. Sam minaret, który ma 210 metrów wysokości, jest najwyższy na świecie.

Ciekawostką jest fakt, że meczet ten zbudowano bezpośrednio na Atlantyku, usypując uprzednio odpowiednio mocny nasyp. Hassan II wymarzył sobie bowiem, że zgodnie z wolą Allaha wybuduje "tron na wodzie". Udało mu się to na 6 lat przed śmiercią.
W Casablance, głównie na nad atlantyckiej promenadzie, spędziliśmy czas do południa, po czym pojechaliśmy do Al Dżadidy, leżącej również nad Atlantykiem. Tutaj zwiedziliśmy dawną fortecę Mazagan ze szczególnym uwzględnieniem potężnych rozmiarów cysterny na wodę. Odbyliśmy też spacer po medynie, a po południu wyjechaliśmy w stronę Safi. Po drodze mijaliśmy uprawne pola, które sięgały niemal linii brzegowej Atlantyku. W jednej z małych miejscowości rybackich zatrzymaliśmy się na postój. Od razu oblegli nas tu sprzedawcy ostryg, jeżowców i innych owoców morza. Osobiście nie preferuję jedzenia surowych frutti de mare, więc ograniczyłem się do podziwiania pięknych krajobrazów tego fragmentu wybrzeża. W samej Safi udało mi się zrobić zdjęcia zachodu słońca nad oceanem. Podkreślam to, bo choć bywałem już nad Atlantykiem, to jeszcze nigdy nie trafiłem na ten moment.

Tym razem zatrzymaliśmy się w hotelu Golden Tulip Farah. Według mojego współtowarzysza z pokoju, a także sąsiada z autokarowego fotela, wspomnianego już na początku Andrzeja, tutaj była - używając jego określenia - najlepsza wyżerka. Faktycznie, wybór dań był tutaj największy. Dotyczy to zarówno kolacji, jak i śniadania.

Przed południem następnego dnia dojechaliśmy do miasta Essaouira (As-Sawira). Zwiedziliśmy tutaj dawną fortecę Mogador, takąż dzielnicę żydowską oraz wytwórnię wyrobów z drewna tui. Spróbowaliśmy nugatu, którym częstował nas sprzedawca przy wejściu do fortecy. Obejrzeliśmy także popisy akrobatów przed ulicznymi restauracjami. W czasie wolnym odbyłem długi spacer po szerokiej plaży. Miejscowe kobiety wchodziły tu do wody w ubraniach, co u muzułmanów jest rzeczą jak najbardziej naturalną.

Na obszernym placu między oceanem a murami miasta kręciło się sporo handlarzy pamiątkami, głównie z głębi Afryki, sądząc po karnacji. Pełno tu było - podobnie jak w całym Maroko - kotów. Lubię te zwierzaki, więc absolutnie mi nie przeszkadzały.

Widziałem jednak, że niektórzy turyści patrzyli na nie z ledwo ukrywaną odrazą.
Od szesnastu lat miasto jest gospodarzem Światowego Festiwalu Muzyki Gnawa. Próbek tej muzyki posłuchać można było przed niektórymi restauracjami.

Jadąc w stronę Agadiru wzdłuż wybrzeża Atlantyku podziwialiśmy przepiękne widoki: z jednej strony urwiste klify, z drugiej zaś gaje oliwne i lasy arganowe.



Jeszcze tylko krótki postój w kooperatywie Mariana, gdzie spróbowaliśmy miejscowego chleba z olejem arganowym i wkrótce po zachodzie słońca dojeżdżamy do Agadiru. Pętla zamknięta. Za nami ponad 1 700 km.
Była też oczywiście zielona noc, potem transfer na lotnisko, pięć godzin lotu do Warszawy, drugie tyle Polskim Busem do Gdańska. No i wreszcie czas na wspomnienia...
Więcej zdjęć: https://plus.google.com/u/0/photos/+IreneuszG%C4%99bski/albums/6094974594544722833

Ireneusz Gębski

Zdjęcia

MAROKO / Fes / Widok na Fes / Fez (Fes)MAROKO / Agadir / Okolice Agadir / Kozy na drzewie arganowymMAROKO / Casablanca / Casablanca / Meczet Hassana IIMAROKO / Meknes / Volubilis / Ruiny rzymskiego miastaMAROKO / Safi / Safi / Zachód słońca nad Atlantykiem

Dodane komentarze

igebski dołączył
08.10.2005

igebski 2015-01-06 17:25:14

" Na pewno jeszcze tam kiedyś trafisz :) Na Fez warto poświęcić więcej czasu niż my mieliśmy do dyspozycji. "

Awa dołączył
23.09.2014

Awa 2015-01-06 15:27:41

Ciekawa wyprawa po najważniejszych miejscach Maroka. Mnie udało się wybrać do Essaouiry (z Agadiru), ale bardzo brakowało mi kilku godzin wolnego czasu, aby samotnie powałęsać się po uliczkach starego miasta. I bardzo chciałabym odwiedzić Fez.

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl