Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Kanion Szaryński > KAZACHSTAN


Leoncjo Leoncjo Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie KAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński / Patrząc z góryTrzy tygodnie z namiotem w Kazachstanie i Kirgizji. Łącznie 14000 km, z tego połowa lokalnymi środkami transportu, autostopem i na piechotę. Upalne stepy, malownicze kaniony, szafirowe jeziora i jurty pośród ośnieżonych szczytów. Nie sposób zawrzeć to w jednej relacji, więc zainteresowanym proponuję lekturę w odcinkach.


Każdy z nas ma swój sposób na podróżowanie. Jedni miesiącami przygotowują się gromadząc mapy, przewodniki, dokumentację. Opracowują trasę, planują noclegi, wytyczają krytyczne punkty harmonogramu. Inni, zdają się na przypadek. Zawierzają swoje wybory zbiegom okoliczności, sugestią spotkanych na miejscu ludzi czy przebłyskom fantazji. Gdzieś wewnętrznie chciałbym należeć do tych pierwszych ale wszystko wskazuje na to, że mimo usilnych starań, tkwię po uszy wśród tych drugich. Najstaranniej nawet przygotowany plan podróży, najdalej drugiego dnia ląduje w koszu na śmieci a ja w miejscu, którego pierwotnie w ogóle nie brałem pod uwagę. Tak było w Gruzji, Armenii, na Sri Lance czy w Iranie. Kiedy zatem wysiedliśmy na skrzyżowaniu asfaltowej drogi prowadzącej do Kegen i dwunastokilometrowego odcinka koślawego traktu szaryńskiego, poczułem dumę. Drugi dzień w Kazachstanie, trzeci w drodze a my nadal trzymamy się nakreślonego w kraju planu. Upał lał się z nieba wprawiając w drżenie powietrze nad stepem, który oddzielał nas od miejsca, wpisanego na listę siedmiu, najbardziej godnych zobaczenia w Kazachstanie. Mentalnie byliśmy przygotowani na pokonanie tego odcinka na piechotę. Kondycyjnie...? No cóż, to miało się dopiero okazać. Dopinałem paski plecaka kiedy z tumanu kurzu wzniesionego przez zatrzymujący się samochód usłyszałem: „ Wy chotitje pojechat s nami? ” Młody, brodaty mężczyzna uśmiechał się z za kierownicy. Obok siedziała sympatyczna dziewczyna. „Koneczno, spasiba!” odpowiedziałem zadowolony, iż egzamin z wytrzymałości został odroczony. Samochód kolebał się na wybojach i wpadał w dziwny rezonans na drobnych lecz bardzo gęsto rozsianych fałdach, przypominających ślad gąsienic czołgu. Hałas wewnątrz pojazdu był taki, że z trudem prowadziliśmy typową w takich okolicznościach rozmowę. Pół godziny później zatrzymaliśmy się przed szlabanem i małym budynkiem przypominającym kontener. Czytając o kanionie, wyobrażałem go sobie jako miejsce odludne, rzadko odwiedzane, wręcz dzikie. To, co zobaczyłem tuż za barierą jawnie przeczyło tej wizji: wiata z ławkami, kosze na śmieci, parking. Czekając na wydanie biletu spoglądałem na zapadlinę, którą w żadnych okolicznościach nie nazwałbym kanionem. Byłem rozczarowany, no ale skoro już tu jesteśmy... Pożegnaliśmy sympatycznych Rosjan i pomaszerowaliśmy przed siebie. Jedno wzgórze, kolejne. Podchodząc pod szczyt spojrzałem przed siebie i oniemiałem. Rudoczerwona krawędź urwiska wydawała się nie mieć dna. Nad nią pasmo niewysokich, malachitowych wzgórz z za których, w niebieskiej poświacie, wystawało pasmo Tienszan, pobłyskując śniegiem na nagich skałach. Nad tym wszystkim chabrowe niebo z białymi kłaczkami chmur spinało nieboskłon. Natychmiast zapomniałem o poprzednim wrażeniu. Wdrapałem się na szczyt wzgórza skąd mogłem zobaczyć dno kanionu. Nie było aż tak dalekie, jak mi się wydawało lecz w niczym to nie umniejszało uroku miejsca. Silny wiatr szarpał naszymi koszulkami skutecznie równoważąc słoneczny żar. Kanion Szaryński stał przed nami otworem. W dole widać było szeroką ścieżkę, może nawet drogę. Ludzie właściwie nie było nigdzie widać. Pojedyncze osoby, podobnie jak my, stały na krawędzi lub przemieszczały się wzdłuż wzgórza. Zdecydowaliśmy się iść górą a następnego dnia wrócić dołem kanionu. Początkowo marsz przypominał spacer. Niewielkie różnice wzniesień, udeptana ścieżka. Gdzieniegdzie zadaszenia pozwalające odpocząć w cieniu, siedząc na ławeczkach z kłód drewna. Bardzo oswojona ta „dzikość” - pomyślałem ale pomny poprzedniej, pochopnej oceny postanowiłem poczekać, aż dojdziemy do końca. Niezauważalnie ścieżka wplotła się w malownicze skały. Pokrywający ją żwir zrobił się luźny i co raz częściej wpadał do butów. Na dodatek spore kawałki terenu pokrywała wyschnięta roślina, której kłujące nasiona czepiały się skarpet i raniły nogi. Wspinając się i schodząc pokonywaliśmy kolejne odcinki szlaku, który wijąc się jak rzeka wyprowadził nas w miejsce, skąd nie tylko nie było widać dna kanionu ale nawet nie byliśmy pewni, czy nadal idziemy w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Kiedy słabo widoczna ścieżka zaczęła wyraźnie opadać, uznaliśmy to za znak, iż zdążamy we właściwym kierunku i po kolejnych kilkuset metrach wyjdziemy na widoczną z krawędzi drogę. Metrowej wysokości ścianka, która pojawiła się na naszej drodze, tylko utwierdziła nas w tym przekonaniu. Po jej pokonaniu pomyślałem, że dobrze iż nie jest wyższa, bo w Albanii taka, tyle że znacznie większa przeszkoda zmusiła nas do odwrotu. Kawałek dalej, tuż za zakrętem, nasz szlak nadal spadając stromo w dół prowadził w tunel powstały z trzech olbrzymich głazów. Dwa boczne stanowiły podpory dla trzeciego, który tocząc się z góry osiadł na ich grzbietach. Wchodzenie tam z plecakami było niewygodne a nie mając pewności, że tędy prowadzi droga, było zbędnym wysiłkiem. Zrzuciliśmy nasz balast i ślizgając się na stromiźnie weszliśmy w oko tunelu. To co zastaliśmy po drugiej stronie było zarazem urokliwe i niepokojące. Pomiędzy stromymi ścianami bocznej, bardzo wąskiej odnogi kanionu, w oddali, widać było zielone pasmo drzew i bielące się jurty. Niestety, ażeby tam się dostać trzeba było pokonać sześć, może osiem metrów niemal pionowej ściany. „Niepotrzebnie przywołałem wspomnienia Albanii” przemknęło mi przez głowę. „Kolejna porażka. Stracimy całe godziny, żeby wrócić do miejsca, skąd będzie można zejść do kanionu. Jak pech, to pech.” - dźwięczało mi w głowie. „Może uda nam się to jakoś obejść” - powiedziałem głośno, sam nie bardzo wierząc w taką możliwość. „Dobra, zobaczmy czy jest jakaś alternatywa” - odparł przyjaciel. Nie zabierając plecaków wróciliśmy się kilkaset metrów w górę wzgórza. Z lewej strony skarpa stromo pięła się ku skałom skąd stoczył się głaz zamykający tunel. Z prawej strony widoczny był ślad, który przy pewnej dozie wyobraźni można było uznać za ścieżkę. Z nadzieją poszedłem w jego kierunku. Nie była to jednak ścieżka a płytkie koryto, wyrzeźbione przez płynącą tam kiedyś wodę. Mimo to poszedłem nim na szczyt wzniesienia. Zobaczyłem ten sam widok, co ze szczeliny. Na rozświetlonej, dość szerokiej polanie stały jurty. Za nimi zielenił się wąski pas drzew. Pomiędzy tym wszystkim a mną była przepaść. Widywałem większe ale to nie miało znaczenia bo o schodzeniu tędy nie mogło być mowy. Zrezygnowany wróciłem z kiepskimi wiadomościami. „Trzeba się wycofać, nie mamy wyjścia”- powiedziałem cicho. „Damy radę!” usłyszałem w odpowiedzi. „Nie pamiętasz Albanii?” zapytałem retorycznie. „Pamiętam, ale tam była mokra skała, a tu jest sucho”. „Jest sucho, to prawda. Prawdą jest także i to, iż to raczej luźno sklejony glinką żwir a nie skała” „Damy radę, nie przejmuj się!”. Nie wiem na czym mój towarzysz podróży opierał swoją wiarę ale skoro był o tym przekonany... Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić czy powiedzieć, on z moim plecakiem na grzbiecie, zmierzał w stronę urwiska. Stąpając po wystających na parę centymetrów ze ściany kamieniach, czepiając się zagłębień, przeszedł kilka metrów i zniknął na wybrzuszeniem. Czekałem chwilę, po czym wróciłem po jego plecach i stanąłem w miejscu skąd wyruszył. Jakoś nie specjalnie śpieszyło mi się żeby zamienić w miarę stabilne podłoże na wąskie kamienie trzymane na miejscu czerwoną gliną. Kiedy tak szacowałem skutki ewentualnego upadku usłyszałem rumor spadających kamieni. Zamarłem. „Żyjesz?!” wrzasnąłem w pustkę. „Nic mi nie jest. Musiałem zrzucić kilka luźnych odłamów skalnych” - usłyszałem z za zakrętu. „Fajnie ale następnym razem uprzedź mnie, bo dostanę zawału zanim zdążę spaść” - odpowiedziałem z ulgą głębszą od dziury pod moimi stopami. Gdzieś z dołu znowu dobiegł mnie głos kumpla: „Dobra, jest zejście. Zaraz Ci pomogę”. „Dam sobie radę, powiedz tylko którędy” - odparłem bez przekonania. Stosując się do wskazówek, na lekko drżących nogach, dotarłem do miejsca, skąd po wyłomach w skale można było zejść. Z trudem balansując ciążącym bardziej niż zwykle plecakiem, nie przejmując się otarciami i sypiącym się po głowie piachem dotarłem do miejsca, skąd mój przyjaciel zostawiwszy plecak, asekurował mnie przytrzymując za stopy a nawet podpierając głową. Z zażenowaniem, bez słowa przyjąłem pomoc. Kiedy obaj znaleźliśmy się na dole, głośno wyraziłem podziw dla jego umiejętności a w duchu obiecałem sobie, że na następny wyjazd zabiorę linę, choćbyśmy mieli być na pustyni płaskiej jak stół do ping-ponga. Umorusani z krwawiącymi otarciami dotarliśmy do drzew, które rosną w tym miejscu wzdłuż rwącej rzeki Szaryn. Nad jej brzegiem, tuż za widzianymi z góry jurtami, rozbiliśmy namiot. Pure ziemniaczane z kostką rosołową nigdy nie smakowało lepiej. Dolinka wydawała się oazą spokoju a otaczające ją wzgórza i wystające z nich skały przybierały fantastyczne kształty, zmieniające się wraz z zapadającym zmrokiem. Rozgwieżdżonego nieba nie udało nam się jednak zobaczyć w pełnej krasie, bo zanim słońce ostatecznie przegrało z ciemnością nocy, spaliśmy w najlepsze.

Zdjęcia

KAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński / Patrząc z góryKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński / RóżnobarwnośćKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński / JurtyKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński / NurtKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński / OsadaKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński / Na przestrzałKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Kanion Szaryński /

Dodane komentarze

eduardog dołączył
18.12.2013

eduardog 2018-01-20 12:52:37

Zgadzam się z przedmówcą.Wspaniale się czyta i Ja to widzę jakbym tam był.Pozdrawiam!

[konto usuniete] dołączył
03.07.2010

[konto usuniete] 2017-07-09 14:47:05

Masz talent do opisywania zdarzeń i dzięki temu bardzo fajnie mi się czyta Twoje przygody. Poproszę o więcej :-)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl