Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Pamir -GBAO 2013. wyprawa 4X4 > KAZACHSTAN, KIRGIZJA, ROSJA, TADŻYKISTAN, UKRAINA


piotrmas piotrmas Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie TADŻYKISTAN / GBAO / dolinka w pagórkach gdzies w drodze / GBAOJeśli na hasło "Pamir" chcecie się od razu pakować, to koniecznie przeczytajcie relację Piotr! Przekonajcie się czy rzeczywiście będzie daleko, trudno i niebezpiecznie :-)

Po raz kolejny wydawało sie że daleko że trudno ze nawet niebezpiecznie...a tutaj znowu rozczarowanie w każdej z wymienionych kwestii :)

Wyjeżdżamy planowo czyli 15 -go lipca. Drugi skład jest jeszcze w drodze ze stolicy, wiec umawiamy się, że my już powolutku zaczniemy się turlać w stronę Kijowa i gdzieś w drodze po prostu się spotkamy. Po odstaniu ustawowego czasu w kolejce na granicy i dokładnie przed Kijowem dopadli nas towarzysze w podróży w jedną stronę. W jedną ponieważ Oni mieli tylko miesiąc czasu na wszystko i musieli wracać więc z góry już było wiadomo że spędzimy z nimi ok 3 tyg., zakładając że podróż w jedną stronę trwa średnio tydzień. Z autopsji już wiemy, że właśnie tak było, z tym, że droga powrotna to już mega ekspress w wymiarze 4 dni i 5 tys. km w zaokrągleniu. Tak więc jedziemy sobie dzień, noc i jeszcze jeden dzień, wjeżdzając przy okazji już do Imperium Rosyjskiego. Nocujemy w jakimś pospolitym miejscu, ponieważ nawet nie pamiętam tego faktu lub po prostu po 30 godz. jazdy już się takich drobiazgów nie pamięta. Następnego dnia dojeżdżamy nad brzeg rzeki-matki Wołgi, korzystamy z okazji aby rozprostować kości w wodzie, zjeść coś przyzwoicie przed dalszą drogą przez następną noc i dzień. Kolejny punkt programu to dawno niepraktykowana ceremonia prawdziwej odprawy celno-granicznej i personalnej na granicy Rosja-Kazachstan. Deklaracje w dziwnym języku, jakieś kwitariuszki (czyli kawałek wydartej z zeszytu karteczki z bazgrołkiem wopisty), które okazują się być ważniejsze niż paszporty i wizy bo bez nich dalej ani rusz jeśli się zagubią :-) Po przejechaniu nastuset kilometrów, nastąpiło nieuniknione, czyli pierwsza werfikacja techniki z realiami tamtejszych dróg. Na pierwszy ogień poszedł amortyzator w Montereyu u towarzyszy doli i niedoli, a u nas łącznik elastyczny wydechu. Notabene 21 letni weteran :-), czyli jeszcze oryginalna fabryczna część. Ponieważ po horyzont ani widu ani słychu centrum motoryzacyjnego, nie pozostaje nam nic innego jak jechać dalej. W sumie ich tylko bardziej huśta, a u nas wydech brzmi jak w rasowej rajdówce. Dodatkowo prześladuje nas przez następne 15 tys. kilometrów niezidentyfikowana usterka powodująca dyskomfort w postaci drgań na kierownicy. Uprzedzając dyskusje - koła są dobrze wyważone:-). Jedziemy jednak wytrwale na wschód w stronę następnych stref czasowych aż dojeżdżamy do znanej obieżyświatom tamtejszych rejonów, misji katolickiej. Skwapliwie korzystamy z dobrodziejstw wody prawie bez limitu, „prawie” ponieważ to już są rejony wyjątkowo suche. Na zewnątrz ok 34 st w cieniu. Z pomocą miejscowego proboszcza szybko odnajdujemy kramik na przepastnym bazarze gdzie przezornie zakupuję dwa łączniki owego wydechu, za sprawą którego jeszcze przez pół godziny po wyłączeniu silnika, w głowie huczy mi miarowy warkot mojej 6 cylindrówki :-).

Zdjęcia: dolinka w pagórkach gdzies w drodze, GBAO, GBAO, TADŻYKISTAN
dolinka w pagórkach gdzies w drodze, GBAO, GBAO, TADŻYKISTAN



Po skonsumowaniu poczęstunku i krótkiej pogawędce, ruszamy z zamiarem wspawania świeżo nabytego łącznika, w celu podniesienia komfortu i zaoszczędzenia zdrowia psychicznego. Udaje nam się na wylocie z owego miasteczka wypatrzeć coś, co przypomina warsztat samochodowy. Potwierdzamy to organoleptycznie, po czym negocjujemy przez dłuższą chwilę cenę za w/w usługę, włącznie z opcją, że sam to sobie zrobię, aby tylko udostępnili mi to coś, co jest spawarką, a wygląda jak plątanina drutu kolczastego pod napięciem, w dodatku bez osłony. Niestety z sobie tylko wiadomych powodów, nie dali się naciągnąć na taki rabat i skroili nas na 50 dolarów, gdzie normalnie tubylec dalby im równowartość zwietrzałej, ciepłej coca-coli. O jakości, a raczej jej braku nie wspomnę, ale cóż... obejrzałem efekt końcowy ponieważ dopiero wtedy mogłem tam wejść, wcześniej zasłaniali się wymogami bhp :-) i musiałem to odebrać, pomimo, że pomylili się jakieś 3 cm. Nic to... wytrzyma na pewno i... wytrzymał .

Kontynuujemy podróż na wschodni azymut, przerywany tylko koniecznością uzupełnienia paliwa w Patrolku jak i w naszych brzuszkach. W tym celu wyszukujemy wszelkiego rodzaju zadaszenia aby schować się chociaż na parę chwil od słoneczka. Jest około 35 stopni w cieniu, więc przepust pod drogą M 32 (która na większości odcinków jest w remoncie) czasami jest zbawieniem. Posuwając się w różnym tempie na tym placu budowy, dojeżdżamy do miejsca, gdzie dziwnym zbiegiem okoliczności tracimy się z pola widzenia i obszaru słyszenia zasięgu CB. Znamy punkt docelowy czyli Aralsk tyle, że są minimum dwie wersje jak się tam dostać. Po zasięgnięciu "języka" u teoretycznie miejscowych znawców okolicy, w której zamieszkują, wybieramy drogę krótszą, ale jak się okazało dosyć urozmaiconą pod wieloma względami. Po pierwsze krótsza to i tak odcinek około 1200 km. stepem szerokim bez nawierzchni asfaltowej, a po drugie początek był do tego stopnia zniechęcający, że aż wielokrotnie zatrzymywaliśmy się z dylematem pt. jechać dalej, czy zawrócić i pojechać drogą asfaltową, ale ok 1600 km. dłużej. Postanowiliśmy jednak zmierzyć się z tym odludziem i przestrzenią, o której trudno opowiadać, jeśli się z nią nie zetknęliśmy nigdy wcześniej. Po prostu step bez punktu zaczepienia dla oka w promieniu 360 stopni. Do tego doszła opcja zaniechania jazdy po tzw. właściwym pasie ruchu, ponieważ zniszczony był w stopniu przerażającym nawet terenówki... no nie licząc łady, które są wszędobylskie i niezatapialne. Cały dowcip polegał na tym że równolegle do zasadniczego pasa drogi, biegnącego na nasypie, istniały po minimum trzy pasy po jego obydwu stronach. Ponieważ tam nie obowiązuje ruch prawo- ani lewostronny, więc do wyboru mieliśmy minimum 7 pasów ruchu, a z czasem nauczyliśmy się rozpoznawać rodzaj nawierzchni po kolorze podłoża. Po prostu im ciemniejszy, tym równiejszy. Tym sposobem osiągaliśmy prędkość przelotową w granicach 80 km na godzinę w wielu miejscach, czasami tylko wjeżdżając na wał, aby złożyć kurtuazyjną wizytę i utwierdzić się w przekonaniu, że wracamy na step. Tam też, na owym stepie, spędziliśmy pierwszą tzw. normalnie przespaną noc, czyli namiot, kąpiel i wyprostowane nogi, a wcześniej kolacja przy stoliku. Mając na uwadze opóźnienie związane z tą rozpustą czasową, zbieramy się w pośpiechu i drążymy dalej tę pielgrzymkę na wschód, do ziemi obiecanej :-). Po set iluśtam kilometrach, osiągamy asfalt i chwilowo oddajemy się rozkoszy podróżowania we względnej ciszy. Zawieszenie Patrola do dzisiaj nam za to dziękuje :-), inaczej mówiąc: wybieramy za pomocą sms-ów na ostatni odcinek drogi do miejsca umówionego spotkania, drogę troszkę dłuższą, ale już asfaltową. Namierzamy drugą ekipę na małym pikniku obok drogi. Podobno bardzo sią ucieszyli, że pokonaliśmy step solo i jesteśmy cali i zdrowi :-) plus fakt, że znowu jest obustronna asekuracja. Tutaj właśnie dowiadujemy jak to się stało, że się pogubiliśmy, oraz, że nie tak dawno tutaj dotarli pokonując w jeździe non stop owe 1600 km. objazdu co prawda asfaltem, ale odległość i tak robi swoje na znużenie, a tu jeszcze cała następna noc jazdy przed nami. Tak dokładnie to było z jednym małym przypadkiem w ciągu całej wyprawy, kiedy to po prostu zabrakło nam paliwa. Nikt nie przypuszczał, że na głównej, dojazdowej drodze do Aralska, na odcinku około 500 km. nie będzie nawet jednego miejsca aby uzupełnić zapas paliwa.

Zdjęcia: PAMIR  4300m npm , GBAO, PAMIR 2013, TADŻYKISTAN
PAMIR 4300m npm , GBAO, PAMIR 2013, TADŻYKISTAN



Rozpoczął się więc rajd na tzw. kropelce, czyli stała prędkość, zderzak w zderzak za poprzedzającym samochodem i z wyłączonymi światłami pomimo nocy. Pobiliśmy tym sposobem rekord odległości przejazdu na zapalonej rezerwie z wynikiem 120 km. Nie uchroniło to nas jednak od obowiązkowego postoju i zakupu paliwa od uczynnych jak zawsze, ale i nie bezinteresownych kierowców ciężarówek. Myślę, że dorabiają drugą pensję tym sposobem :-). Teraz już bez przeszkód osiągamy Aralsk, a w nim uzupełniamy zapasy, które troszkę nam stopniały w czasie przeprawy przez step. Nie omieszkamy oczywiście stwierdzić organoleptycznie, że słynnego morza Aralskiego niet, tzn. jest, ale ma wychodne. Ostatnim razem było w Aralsku jakieś dziesięć lat wcześniej, tak więc infrastruktura portowa i wodna pozostała już tylko zarządzana przez rdze. Ponieważ potwierdzamy tylko to o czym już wiemy, dlatego ograniczamy pobyt do paru fotek i krótkich refleksji, po czym jedziemy do hipermarketu pt. bazar :-). Nadal jest bardzo ciepło. Aklimatyzacja do takich temperatur chyba w tak krótkim czasie nie jest możliwa. Co prawda wilgotność jest tak znikoma, że ten upał nie jest morderczy, ale jednak trochę dokucza szczególnie jego uciążliwa forma lotna, czyli wszędobylski kurz. Zaopatrujemy się w lepioszki, owoce i warzywa, i ruszamy w drogę, do następnej strefy czasowej na wschód, w stronę Szymkentu, a dalej przejścia granicznego do Kirgistanu w okolicach Taraz. Droga jest dosyć uciążliwa, głównie z powodu remontu M32, natomiast dzięki klimatyzacji w naszym leciwym osiołku, mamy chłód i zimne napoje na bieżąco :-) brum brum brum i osiągamy granice z Kirgistanem. Ewidentnie zmienia się uksztaltowanie terenu z płaskiego stepu w konkretne już góry. Ten właśnie argument powoduje, że na nocleg cofamy się z poziomu tamy z profilem Lenina aż do podnóża gór. Nocujemy nieopodal rzeczki na poboczu i poza tym, że rano towarzysze moi znaleźli w namiocie oryginalnego skorpiona, to nic szczególnego się nie wydarzyło. Standardowa procedura startowa poza nami więc pozostało tylko pochłaniać kilometry droga do Karakul, a docelowo do Jaallabad, gdzie zapowiedzieliśmy swoje odwiedziny w miejscowej parafii u księdza Adama. Jednak, żeby nie było, że jest tak po prostu śmiało do przodu, to tego dnia zaliczamy dwa przymusowe stopy na życzenie miejscowych policmajstrów. Jednemu nie spodobało się, że wwozimy kurz z kazachstanskich stepów na samochodzie, a drugiemu, że w ogóle wwozimy się do Kirgistanu, ponieważ nie miał się czego już przyczepić (Patrol po pierwszym zaliczył myjnię), tak więc jak w przypadku pierwszego, skończyło się na podarku. Raz był to pluszowy smoczek, a drugi raz - cukierki kopiko :-).

Teoretycznie miało być prosto do celu, ale po drodze było tak pięknie, że ”aż żal było skalpować jeńców :-)” jednym słowem, w pewnej dolinie przed jeziorem Toktogul suu zbaczamy z głównej drogi, po tym jak wypatrzyliśmy sobie wąsko wijącą się dróżkę, prosto w otaczające nas kolorowe góry. Wcześniej, w ramach adaptacji, przekraczamy już takie troszkę wyższe przełęcze (3300m npm), jednak bez żadnych utrudnień, po prostu tak wiodła główna droga naszej marszruty. Poganiamy nasze czterokołowe osiołki, które dziarsko wspinają się w górę, aż do przełeczy. Tutaj nie obyło się bez krótkich, nożnych wycieczek na okoliczne pagórki, oraz sesji foto krajobrazowych z uwzględnieniem personalnego składu naszej wyprawy. Ponieważ za przełęczą droga mrugała na nas zachęcająco, a w dodatku to był azymut na w/w jezioro, więc długo nie trwały rozważania czy jedziemy zweryfikować naszą orientację w terenie, a tym samym dojechać do jeziora. Po jakimś czasie oczekiwania ziściły się w dużej mierze, ale technicznie nie dało się tego dopiąć na 100%, ponieważ droga się skońcowała:-) dokładnie w miejscu porzuconego sprzętu budowlanego. Wyglądało to tak, jakby skończyły się fundusze na doprowadzenie drogi do samego jeziora, a nawet na ewakuację sprzętu ciężkiego kalibru, który już napoczęła wszędobylska rdza :-) i zapewne skończy swoje dzieło zanim pojawią się tu przedstawiciele homo sapiens w celu zebrania pozostałości majątku jakiejś niezidentyfikowanej firmy budowlanej. Po uwieńczeniu tego miejsca na fotkach z panoramą jeziora w tle, obieramy kurs powrotny aż do doliny i tzw. drogi głównej, która to wg wskazań mapy, doprowadzi nas nad brzegi jeziora. Po nastu kilometrach tak właśnie się stało, z tym, że jezioro dosłownie trzeba było objechać naokoło ponieważ tak prowadzi jedyna droga w tym rejonie, a prowadząca do następnego punktu przelotowego czyli miasta Karakol. Standardowo napadamy na bazar jako praktycznie jedyne źródło zaopatrzenia w ciągu całej wyprawy i jedziemy już bez przystanku do dalekowschodniej misji katolickiej. Dojeżdżamy tam późnym wieczorem, tak wiec wszystko... pozostawiamy na następny dzień. Robimy tylko jeden wyjątek, a mianowicie zaliczamy krótkie odwiedziny w samodzielnie zbudowanym przez księdza Adama, mini obserwatorium astronomicznym. Szybka kolacja i idziemy lulu. Wszyscy jakoś rozlokowali się w pokojach gościnnych, a ja pozostałem w namiocie na dachu Patrola, a tym samym w strefie świeżego, nocnego powietrza.
Rano zbieramy się jak przysłowiowe sójki za morze. Jakieś pranie, jedzenie, porządki i tak zastaje nas południe. Przed samym wyjazdem z Jalal-Abad zaliczamy miejscowy bazar, uzupełniamy zapasy do podjadania w drodze i już obieramy azymut na doliny w okolicach Piku Lenina, aby tam przespać się i ruszyć już w stronę Tadzykistanu słynną Higway Pamir. Zanim jednak do tego doszło nocujemy już na azymucie pod pik, ale jeszcze w dolinie. Dopiero następnego dnia po zaliczeniu pierwszego postu z rejestracją personalną, dojeżdżamy do dolin już w otoczeniu 5 i 7 tysięczników. Co prawda rezygnujemy z zaludnionego punktu bazowego wypraw na Lenina i wjeżdżamy w jedną z wysoko położonych dolin na wys. ok 3300 m i trafiamy za jednym razem dwie niespodzianki. Jedna to para polskich motocyklistów w drodze od maja br., a druga to prawdziwy letni obóz pasterski z jurtami itp. Tam to jedno nieopatrzne pytanie spowodowało nieplanowany ok 36 godz. Postój z prozaicznego powodu-nie dało się odmówić zaproszenia do jurty na poczęstunek, pogawędki, a nawet ofertę noclegu. Długo nie daliśmy się namawiać, chociażby z powodu czystej ciekawości tamtejszego świata oraz praw nim rządzących. Tym bardziej, że zaczęły się pielgrzymki z sąsiednich jurt, co prawda w większości szczerych do bólu i pchanych ciekawością zobaczenia tych białych dziwolągów-czlowieków, którzy w dodatku rozdają drobne prezenty. No z wyjątkiem jednego, a mianowicie sporych rozmiarów latawca. Notabene sprawca utraty płuc, kiedy to wspomagałem dosyć słaby wieczorny wiatr i biegałem z całą gromadą dopingujących mnie dzieciaków, próbując zmusić latawiec do wysokich lotów. Po jakimś czasie oddałem stery młodzieży lepiej zaaklimatyzowanej do tych wysokości i zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu, a sam oddałem się refleksyjnemu podglądaniu życia w okolicznych jurtach, a raczej w ich otoczeniu. Dopiero przed zachodem słońca zgodnie podjęliśmy próbę podejścia pod najbliższy szczyt wzniesienia nad doliną, ale dotrwaliśmy tylko w dwóch z panem o powszechnie znanym nicku czyli Elwod:-). Powracamy do przyziemnych czynności, czyli do konsumpcji coraz to nowych odmian tego samego jedzenia jakim karmią nas nasi przemili gospodarze. Na nocleg zapraszają nas do jurty, ale tylko we dwóch podejmujemy to wyzwanie, z tym, że ja wytrzymałem tylko ze dwie godziny leżąc w rzędzie równo ułożonych na ziemi mieszkańców jurty, a później przeniosłem się jednak do samochodu, ponieważ było mi.... za gorąco, chociaż na zewnątrz dla odmiany było tej nocy dosyć zimno. Rano zaczyna się znowu od jedzenia, później zajmujemy się uporządkowaniem naszych pojazdów, a i tak nie możemy wyjechać przed poczęstunkiem na odchodne. Po całej ceremonii, pamiątkowych fotkach itp., ruszamy już z niezłomnym postanowieniem wjechania do Tadżykistanu.

Po minięciu postu (potoczna nazwa punktu kontrolnego) i obowiązkowych meldunkach i tłumaczeniu się, że my na pik Lenina nie wchodziliśmy, ruszamy już na higway Pamir, w stronę już wysokich, majaczących na horyzoncie gór. Zaczyna się zwalnianie tempa adekwatnie do pogarszającej się nawierzchni i stopnia wzniesienia drogi aż do pierwszego przystanku czyli granicy. Procedury do których zdążyłem się przyzwyczaić (jako kierowcy i właściciela pojazdu spoczywają one na mnie) przebiegają stosunkowo sprawnie, czyli zdawkowe powitania typowe pytania, typowe odpowiedzi i jeżeli wychwycę z kontekstu większe niż standardowe zainteresowanie, to wtedy przechodzę do bardziej złożonych konwersacji, na tyle, na ile pozwala mi znajomość języka rosyjskiego, a ta wiadomo, powraca w miarę czasu i konieczności używania. Reasumując, wszystkie odprawy graniczne od wyjazdu z Polski, aż do powrotu, owszem procedury jak za PRL, ale poza jedną łapówką, niejako wymęczoną przez Kirgiskiego celnika (sok malinowy 0,5 l Herbapol), pozostałe wspominam bez żadnych animozji i mogę śmiało zdementować wszelkie uprzedzenia krążące na forach podróżniczych. Jeżeli podchodzimy do tematu normalnie, bez wymogów i podkreślania naszych praw, to nie wierze, że celowo ktokolwiek chce cokolwiek utrudniać. Do tego jeżeli pamiętamy, że przyjeżdżamy do krajów o innej religii i zwyczajach, to po prostu się do tego stosujemy, jak np. zawsze byłem mołodiec jeżeli zdejmowałem buty przed wejściem do punktu odpraw lub rejestracji przejazdu na poscie (punkt kontroli dokumentów wszelakich) i poniekąd od razu zyskiwałem na życzliwym podejściu do nie zawsze idealnego przygotowania merytorycznego do rejestracji danych, tym bardziej, że deklaracje do wypełnienia często były tylko w rodzimym dialekcie i zapewne nie zawsze wypełnione prawidłowo, ponieważ często robiłem to na wyczucie:-). Zdobywamy pierwsze już poważne wysokości czyli 4300 i ponad 4600 m npm, a to tylko przełęcze. Czasami robimy przerwy na maile, sesje foto, a to bo granica z Chinami, a to ekspozycja ośnieżonych gór w tle, a także dlatego, że przejrzystość powietrza jest fenomenalna. Słońce, wilgotność powietrza na poziomie 20%, czyli totalny brak zamglenia, co się odzwierciedla na matrycach aparatów foto.
Powoli zjeżdżamy już po Tadżyckiej stronie i lądujemy na nocleg gdzieś nad strumykiem wody spływającej z gór. Obieramy azymut na Murgab ponieważ potrzebujemy i paliwa, i gotówki, a to jedyne miejsce po drodze gdzie można tego dokonać. Miasteczko zaskakuje minimalizmem w każdym calu. Brak dachów, brak wody poza jednym ujęciem. dwie ulice na krzyż, ale jest bank i jest pomnik Lenina :-). Już w drodze powrotnej dowiadujemy się, że w Murgab od 100 lat nie spadla kropla deszczu... no i wszystko jasne. Pozałatwialiśmy bieżące potrzeby walutowo paliwowo spożywcze i na nocleg wyjeżdżamy poza miasteczko i lokujemy się nad samą rzeką, aby w kojącym szumie przespać noc w spokoju. Tutaj następuje pierwsza, ale udana próba naprawy przebitej opony. Tzw. sznurek do kołkowania dziur w oponach stal się hitem wyprawy zaraz po prysznicu z ciepła wodą :-), reszta procedur znana i powtarzana praktycznie codziennie, czyli obóz, jedzenie, gadu gadu o tym co było i co ewentualnie przed nami. Następnego dnia, zaraz po wyruszeniu, kolejna kontrola dokumentów i tutaj spotykamy młodych Niemców w swojej podróży po higway Pamir starymi peugotami 205. Ewidentnie już widać i słychać skutki przejechania polowy trasy :-) :-), następnie jedziemy parędziesiąt km. do domniemanego punktu zjazdu z tzw. głównej drogi i obrania azymutu na rejon i jednocześnie rezerwat jezior Zorkul. Odnajdujemy ledwo widoczną drogę i odbijamy na południe. Do przejechania mamy bliżej nieokreśloną odległość, ale zapas paliwa na 1500 km. działa uspokajająco. Przemieszczamy się dolinami na wysokości ponad 3500m npm, aby docelowo osiągnąć 4250 m npm i tam zanocować. Wcześniej jednak odnajdujemy jeziora w koronie pobliskich szczytów, włącznie z tymi wysokimi i ośnieżonymi. widowisko godne Pulitzera. Na tej wysokości spotkaliśmy dużo stad jaków, a w pobliżu wody spaśluchy świstaki, pilnujące swojego terytorium.
Zataczamy wielkie koło i już inna dolina, udajemy się w drogę powrotną odszukać naszą drogę na zachód. Zanim to się stanie, mijamy ciekawe w formie i kolorze formacje skalne, nieskażone zapyleniem i zamgleniem na tej wysokości, czasami pojedyncze jurty lub opuszczone siedliska. Nadal jednak prześladują nas olbrzymie przestrzenie, a my na domiar złego nie mamy nic przeciwko tej rzeczywistości. Właśnie tam na noclegu, na wysokości ponad 4200m, doświadczyłem zjawiska raczej niespotykanego na naszych ucywilizowanych i wypełnionych wszechobecnym światłem szerokościach geograficznych - widoku drogi mlecznej z podwójną ilością gwiazd, a w dodatku rozciągającą się dokładnie od do horyzontu. Wieczorna zaduma skłoniła mnie do wyobrażenia sobie gdzie, a raczej jak daleko z punktu widzenia logiki może być najbliższe.... kino :-), jakbym nie patrzył, to wychodzi mi że około 2500 km. :-). To tam o 4 nad ranem obudził mnie silny ból głowy, aż musiałem zażyć cos przeciwbólowego, to także tam pozamarzała nam woda w zbiornikach i oczkach wodnych opodal namiotów. Ale i tak było... fantastycznie. Śniadanie w takim otoczeniu to majstersztyk tego co natura może dać człowiekowi, pod warunkiem, że ten ma otwarte oczy i potrafi patrzeć.
Po tej strawie i duchowej też, obieramy azymut na północ, wstrzeliwując się w jakąś dolinę, która doprowadziła nas do celu. a cel na dzisiaj to duże jezioro Yashikul, nad którym planujemy kolejny nocleg. Parę sesji foto i docieramy po całym dniu jazdy do celu. Przygotowujemy się do solidnego pikniku, włącznie z ogniskiem, a że w najbliższej okolicy setek km. drzewa nie uświadczy się, to posiłkujemy się wysuszonymi korzeniami, wyciągniętymi ze żwiru okalającego jezioro. Wieczór był udany pod każdym względem. Pogoda dopisała, tzn. nie było mrozu, mieliśmy wreszcie czas na spokojne ogarniecie czynności zaległych, w tym prania, prasowania, krochmalenia itp.:-), a także na nocne Polaków rozmowy przy ognisku w pełnym składzie. Jak to się mówi... rozpalić nie było komu, ale grzać się wszyscy pozłazili :-). Podbudowujemy przy okazji morale Darka przed jutrzejszym porzuceniem go na laskę i niełaskę Pamiru Wysokiego. Jako że mamy litość nad skazanymi na niepowodzenie :-), to deklaruje się podrzucić go na najwyższy punkt przełęczy, skąd rozpocznie próbę dotarcia do Khorog, tak jak to sobie wymyślił, czyli rower Wierchowina kuchenka benzynowa, namiot gitara i dużo wiary, że da radę. Wszystko się udało poza... wiarą, że się uda. Tak czy inaczej, następnego dnia rozstajemy się, ja jadę na najwyższy punkt dużej pętli, którą to ma zamiar pokonać zanim ona pokona jego, a drugi skład powoli jedzie do Khorog, na uzupełnianie zapasów. Wdrapuję się na górę, po czym stwierdzam, że jeżeli tą pętlą mamy wracać, a taki jest plan, to będzie ciężko. Jest tak wyboiście, że aż mi żal zawieszenia, zważając na to do jakiej temperatury rozgrzały się amortyzatory. Zostawiam Darka i zjeżdżam samotnie w dolinę, zabrać ekipę z mojego składu, a następnie dojechać do umówionego punktu spotkania z drugim składem. Zjeżdżając, spotykam parę (chłopak z dziewczyną) Szwajcarów, dzielnie pnących się rowerami pod tą samą przełęcz, na którą wwiozłem naszego przyszłego bohatera, o którym wnuki ówczesnych dzieci jeszcze długo będą opowiadały jak to jeden dziwnie ludzko wyglądający niedźwiedź z zadyszką, zmuszał wierchowinę do poruszania się w bliżej nieokreślonym celu naprzód :-). Tak czy inaczej, chcąc błysnąć znajomością angielskiego języka migowego, zapytałem, kierowany troska o tych dzielnych rowerzystów, czy nie potrzebują wody, ponieważ już wiedziałem, że przez najbliższe dziesiąt km., takowej nie znajdą, a dodatkowo widok przypiętych do bagażnika pustych petów po butelkach z wodą, rozwiał moje dylematy czy zaczepić ich, czy zostawić samych sobie. Jednak po wyczerpująco długiej na około 3 min. pogawędce, moje obawy zostały rozwiane kiedy chłopak zaprezentował bukłak z wodą, przytroczony do bagażu.
Szczerze podziwiam ludzi, którzy decydują się na realizacje takich pomysłów, tym bardziej kiedy zdani są na samych siebie przez większość czasu, a infrastruktury związanej z czymkolwiek potrzebnej ludziom do życia, tam nie uświadczy na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, nie wspominając już o wysokości na jakiej podróżują. Jakby nie było, 50% tlenu w powietrzu jest już odczuwalne. Życząc im powodzenia rozstajemy się, ja wracam po swoich i obieramy już azymut na Khorog
. Droga jest na serio już mocno dokuczliwa. W pewnym momencie zauważamy autostopowicza z plecakiem. Oczywiście zatrzymujemy się i zabieramy go z sobą. Okazuje się, że mamy kolejny ciekawy przypadek. Włoch o imieniu Bartolinii podróżuje już 9 m-c, a teraz właśnie, po nieokreślonym czasie, wydostał się z bezludnych terenów, gdzie jak opowiadał pasterze i kumys uratowały mu życie, ponieważ nie miał już nic włącznie z brakiem prądu w telefonie z prozaicznego powodu - po prostu zabłądził w tych bezkresnych przestrzeniach gór i dolin. Żartem ostrzegł nas wsiadając, że wody na sobie nie widział od 3 tyg., więc możemy to poczuć :-), jednak nie było tak źle. Zaproponowałem mu ciepły prysznic, ale z lekka niedowierzając grzecznie odmówił, tłumacząc, ze wieczorem w Khorok ma już umówiony hostel, a tam wykąpie się nadrabiając zaległości w tej kwestii. Korzysta jedynie z możliwości podładowania baterii w telefonie, ponieważ jak sam twierdzi, łączność z rodziną skończyła mu się jakiś czas temu i na pewno się o niego martwią. Jak już nadrobił najważniejsze zaległości, to do końca drogi oddaliśmy się wzajemnym opowieściom z tego co nas i jego spotkało w naszych podróżach. Droga jest w dosyć opłakanym stanie, nawet jak na tamtejsze realia, ale dzięki zagorzałym dyskusjom czas mija szybciej i tym sposobem dojeżdżamy do Khorog. Podrzucamy go pod hostel, a na odchodne daję mu polską, mięsną konserwę, zważając jak mu się musi tęsknić za czymś bardziej znanym niż lokalne specjały. My natomiast namierzamy stację paliw i bazar aby i w jednej, i w drugiej kwestii uzupełnić braki. Szwendamy się po dosyć dużym bazarze z asortymentem towaru od a do zet, podziwiając margines bhp i norm sanitarno-epidemiologicznych, przesunięty daleko poniżej standardów znanym naszym służbom, odpowiedzialnym za te kwestie, ale wisienką na torcie było małe stoisko z wypiekami pewnej starszej pani. Asortyment zawężony do różnorodnego nadzienia czegoś, co wydaje się najbardziej podobne do półfrancuskiego ciasta, ale nie w smaku była tajemnica, lecz w sposobie i miejscu przygotowywania tegoż specjału. Najkrócej to opisując, była to brytfanka z przewierconą dziurą, w której jakimś sposobem zamontowana jest grzałka, a podłączenie tej grzałki do prądu, to po prostu odsłonięte końcówki kabla, zakręcone na końcówkach grzałki bez jakiejkolwiek izolacji, no chyba, że ten 6 letni olej już się tak na nich skrystalizował, że tworzy odpowiednią izolację przeciw porażeniową, działać jak widać musi, ponieważ pani nadal żyje :-), ale mało tego, bo druty doprowadzające prąd, giną gdzieś w czeluściach drzew, przeciągnięte tam na chybił trafił, a podłączone w nikomu nieznanym miejscu, a o kwestii, że o jakimkolwiek liczniku to już nawet nie ma mowy :-), w przeciwnym wypadku cena takiego wyrobu nie oscylowałaby w granicach 30 gr., a parą takiego wypieku już można się było najeść. Zabieramy co nieco na drogę i wyjeżdżamy poza miasto aby jak zawsze gdzieś w odludziu przenocować. Tym razem nie do końca nam się to udaje ponieważ dolina wydaje się być zamieszkała dosyć gęsto. Jednak w odpowiedniej odległości od miasta, już po minięciu kolejnego "postu" i obowiązkowej rejestracji, wynajdujemy ustronne miejsce nad sama rzeką. Jednak płonne się okazały nadzieje na samotność, ponieważ bardzo szybko namierzyły nas gromadki dzieciaków. Jeśli już nas odkryły, to my też ich skrupulatnie wykorzystaliśmy... do zaopatrzenia nas w czystą, pitną wodę. Wymiana była udana, paczka cukierków za około 60 l wody :-).
Kulminacyjnym jednak punktem tego wieczoru były odwiedziny właścicielki studni, którą podsuszyły jej łase na cukierki hordy dzieciaków. Oczywiście wizyta była czysto kurtuazyjna, a zakończyła się podarkiem dla niej w zamian za co Ona zaprosiła delegację od nas w osobie Bożenki na rewizytę w jej posiadłościach. Jako dowód posiadamy dokumentację fotograficzną :-). Następnego dnia wracamy do miasta, dobieramy resztę zakupów, buszujemy po zakamarkach tego specyficznego miejsca ba… nawet korzystamy po raz pierwszy i chyba jedyny ze specjałów miejscowej kuchni. czyli logujemy się na tarasie jakiejś tam tzw. Restauracji, z bliżej nieustalonych powodów jakie zadecydowały o tym wyborze :-), później odwiedzamy informację turystyczną i... spotykamy Bartoliniego. Ogolony, wykąpany, zadowolony, wymieniamy kurtuazyjne gesty powitalne i pożegnalne z czego ostatni w jego wykonaniu był najlepszy. Gest jakim określił poziom wyrafinowanego smaku polskiej konserwy mięsnej przewyższał gesty jury na festiwalu smaków, dotyczących zwycięskiego dania :-).
Wyruszamy do Jambardzostam z mocnym postanowieniem skorzystania z kąpieli termalnych, jednak po dotarciu na miejsce okazało się, że w pobliskim hotelu odbywa się jakieś międzynarodowe sympozjum na temat zapewne spraw zbędnych, jednak ilość uczestników owego jak i kąpieliska, przerosła nasze wyobrażenia o komfortowym tam pobycie i odpuściliśmy ten temat. Jako rekompensatę otrzymaliśmy możliwość rozbicia naszego obozu na terenie miejscowej szkoły, do czego upoważnił nas osobiście dyrektor tejże, niejaki Malik, postać podobno znana polskim turystom tego samego pokroju co i my. Skorzystaliśmy tego wieczoru z jego obszernej wiedzy dotyczącej całokształtu Azji centralnej, a w szczególności Tadżykistanu z GBAO włącznie. To On uzmysłowił mi różnice w pochodzeniu narodu tadżyckiego w porównaniu, np. z Kirgizami. Wynikło to z rozmowy kiedy wspomniałem, że gospodarz jurty, w której mieliśmy szczęście przebywać też nazywa się Malik, a dopiero po prezentacji zdjęć uzmysłowiłem sobie właśnie różnice (upraszczając to zagadnienie) pomiędzy Arabami a Mongołami. Skorzystaliśmy ze znajomości dyrektora realiów tego miejsca i np. dokonaliśmy naprawy urwanego drążka reakcyjnego w zaprzyjaźnionym gospodarstwie nieopodal szkoły. Tylko się uśmiechałem jak obserwowałem sposób podłączenia spawarki. Dwa haki na druty przy slupie załatwiają wystarczający przepływ prądu aby zasilić polską nomen omen spawarkę transformatorową, a w zestawieniu z elektrodami, które profilaktycznie miałem ze sobą, dało efekt skuteczny aż do dzisiaj. Spaw nadal trzyma :-), pozostała nam kwestia wystrzelonych amortyzatorów i przetartego przewodu gumowego do wysprzeglika. W tym celu ze zdemontowanymi częściami na tzw. wzór, udaliśmy się do centrum motoryzacyjnego, zlokalizowanego jakby nie patrzeć na tym samym bazarze gdzie nabywa się... wszystko :-). Może nawet jakby dobrze popytał, to i piloty do sterowania rakietami ziemia-powietrze. przemycanymi do pobliskiego Afganistanu. Namierzamy odpowiedni sklep specjalistyczny z jedyną słuszną marka pojazdów w centralnej Azji czyli łada i Uaz i... nabywamy amortyzatory idealnie pasujące (do dzisiaj) od Uaza i przewód od łady. Dobinson niech się schowa ze swoja renomą. W montereyu drugiej załogi wytrzymały jakieś 3000 km., a od uaza pozostały dystans, czyli jakieś 12 tys. dla odmiany w patrolu Bilstein B6 wytrzymał jakieś 7 tys. Jedynym nieoryginalnym elementem tej układanki były gumowe tuleje do tych amortyzatorów, ponieważ wg miejscowych ekspertów nie wytrzymują za długo, więc sprzedawca postawił przed nami pudełko, abyśmy dobrali owe tuleje zrobione, czyli wytoczone ze.... zbrojonych pasów transmisyjnych. Potwierdzam... żyją do dzisiaj i mają się dobrze :-). Tak zaopatrzeni wracamy do gamdzaslacostam . Korzystamy z samowystarczalnego źródła ciepłej wody, czyli kąpiel, pranie i takie tam różne zaległości, oczywiście dopiero po wykonaniu priorytetowych zadań, czyli doprowadzeniu naszych pojazdów do normy wskazanej na dalsze odcinki, a to dopiero 9 tysiąc na liczniku. Właśnie sobie uświadamiamy, że przy najbliższej okazji czeka nas wymiana olejów w silnikach. Tymczasem idziemy do naszego obozu przejściowego zmontować kolację.
Następny dzień, to pierwszy września więc... rozpoczęcie roku szkolnego. Chcąc nie chcąc stajemy się atrakcją lokalną dla wszystkich przechodzących obok nas dzieci, często też z rodzicami. Bardzo charakterystyczny strój dla uczniów nie może ujść naszej uwadze, a więc nienaganny biały kolor w połączeniu z czarnym, plus wielkie, białe kokardy we włosach dziewczynek. Zastają nas tak w trakcie przepakowywania się, a więc w ogólnym chaosie i jak słyszymy komentarzom i uśmiechom nie ma końca :-). Po zakończeniu tej koniecznej raz na jakiś czas ceremonii, żegnamy się krótko z Malikiem, naszym gospodarzem i dyrektorem w jednej osobie i dziękując za gościnę i bardzo ciekawe rozmowy udajemy się już na początek dużej pętli, tak jak to mieliśmy w planach i pomimo, że jedziemy cały czas wzdłuż granicy z Afganistanem, to w żaden sposób tego nie odczuwamy poza sporadycznie spotkanym patrolem i tablicami ze znakami unii europejskiej. To nas najbardziej dziwiło, ale wytłumaczyliśmy to sobie faktem inwestowania w uszczelnianie tej najbardziej newralgicznej granicy na trasie przerzutu narkotyków docelowo m. in. do Europy środkowej. Niebawem zauważamy serwis samochodowy :-) w postaci najazdu z nasypu drogi na podwórko. Ustalamy z szefem serwisu, że możemy samodzielnie wykonać czynności obsługowe, a on nam dokona odpowiedniego wpisu jako zaświadczenia w książce gwarancyjnej :-). Mam nadzieje, że Nissan Europe będzie respektował to wydarzenie nawet po 22 latach od daty produkcji mojego "osiołka". Wymiana oleju jako sama w sobie to nic niezwykłego, na co dzień w swoim warsztacie wykonuję to czasami kilka razy dziennie, ale.... co do sposobu zagospodarowania zużytego oleju, to jeszcze dużo muszę się uczyć :-), szef serwisu po prostu wylewa to na podwórko, przysypując wszędobylskim pyłem i mówi, że będzie z tego dobry asfalt... hmmm... ciekawe ile lat zajmie ta metamorfoza :-).
Po wykonaniu niezbędnych czynności serwisowych, jedziemy dalej wzdłuż granicy z Afganistanem. Tereny są odludne, ale i tak stosunkowo często mijamy małe osady i mieszkańców, którzy gromadzą się przy drodze naszego przejazdu na pewno z minimum dwóch powodów. Jeden to ciekawość tych czyli nas... innostranców jak się tu nazywa tzw. obcych, a drugie to wszechobecne gesty serdecznych pozdrowień w pełnym przedziale wieku czyli i młodzież, i dorośli.
Przemieszczając się tak w dosyć równym tempie, dojeżdżamy do malutkiego drogowskazu z napisem Bibi fatima hot springs :-) więc robimy zwrot o 90 stopni i pniemy się serpentynami na wzgórza u podnóży gór. Mijamy ruiny twierdzy następnie niewątpliwie pozostałości po czasach świetności tego miejsca za panowania Rosji, czyli coś w rodzaju sanatorium. Nieopodal droga kończy się na tzw. parkingu, więc pozostawiając nasze maszyny, a zabierając niezbędne rzeczy do konfrontacji z wodą, czyli kąpielówki itp.. udajemy się wąskimi schodami do miejsca gdzie strumienie wartko przepływają z gór na dół tym wąskim przesmykiem, nad którym wybudowano pomieszczenia osobno dla kobiet osobno dla mężczyzn. Wewnątrz kolejna niespodzianka. Stroje są zbędne gdyż można tam wejść i zanurzyć się w dosyć gorącej wodzie wypływającej ze skał -tylko w stroju Adama :-). Na szczęście woda z gór skutecznie miesza się z tym wrzątkiem do tego stopnia, że powoli można się zaadoptować i zanurzyć po szyję. Niewątpliwie relaksacyjne walory ciepłej wody w górach, to duża zaleta. Po chwili nawiązuję rozmowę z Rosjaninem, który to potwierdza mi mit związany z niszą w tej skale, z której wypływa woda, a mianowicie wciśniecie się do tej szczeliny, następnie ekwilibrystyczne złamanie się w tzw. pól i zanurkowanie aż do dna, a następnie podjęcie stamtąd kamienia przyczynia się do spełnienia marzeń. Oczywiście nie odmówiłem sobie tego, wszak marzeń to mam zapas na całe stada takich miejsc spełniających takowe i okupiwszy mocnymi otarciami skóry na obojczykach dobrnąłem do dna, zagarnąłem garstkę, po czym wydostałem się na powierzchnię, nie zapominając o marzeniu... Z perspektywy czasu, mogę stwierdzić, że z całego zbioru coś tam się spełniło i spełnia :-).
Podbudowany już wtedy nadzieją, opuszczam to miejsce i wracam do samochodu. Musimy jeszcze znaleźć sobie miejsce na nocleg. Daleko nie ujeżdżamy i na kawałku płaskiego terenu przy drodze, ale nad urwiskiem oraz w niedalekiej odległości od domostw, rozbijamy się z całym majdanem. Nie mija zbyt dużo czasu, a już mamy odwiedziny miejscowych, włącznie z przyniesioną kolacją dla nas... Ja w tym czasie udaję się w samotną wyprawę na własnych nogach, próbując odszukać urwany tzw. chlapak, zapewne w czasie mijanki na tej drodze pod górę. niestety cala moja wyprawa na dół spełzła na niczym. Ktoś już sobie go zagospodarował. Wracam już dobrze po zachodzie słońca w całkowitym mroku, załapuję się jeszcze na miejscowe specjały naszej sąsiadki i po tym wszystkim pozostało tylko umyć ząbki i spać.
Następny dzień to już tylko droga zakańczająca tą dużą pętlę, jaką sobie wymyśliliśmy. W międzyczasie spotykamy jeszcze dwójkę Polaków na motocyklach spotkanych po raz pierwszy jeszcze w Kirgistanie. Krótka wymiana przeżytych w tym czasie wrażeń i jedziemy dalej, mijając również dwójkę rowerzystów ze Szwajcarii, a spotkanych po raz pierwszy na początku tej pętli. Gdy już zbliżamy się do Pamirki, napotykamy jednego z uczestników słynnego Mongol Rally. Dolegliwości na jakie cierpiała ich skoda były nieuleczalne, wiec podciągnęliśmy ich tylko na holu do głównej drogi i pozostawiliśmy na pastwę lokalnych majstrów:-). Do początku małej pętli mamy około 80 km. w stronę Khorog. Zbliżając się do tego punktu, musimy bacznie wypatrywać jakichkolwiek śladów świadczących, że to początek naszej trasy. Faktycznie droga praktycznie nie istnieje. Przedzieramy się po gruzowisku i pniemy w górę, a dopiero na płaskowyżu sytuacja pod kołami poprawia się na tyle, że można już spokojniej turlać się do przodu. Oczywiście można się tylko domyślać, że w czasie drogi co jakiś czas stajemy na sesje zdjęciowe w krajobrazie, który urzekł nas na tyle, aby poświęcić cienką warstwę klocków hamulcowych na zatrzymanie naszych dyliżansów. Oczywiście żartuję, chociaż to dziwne, że poruszając się na pozór w monotonnym krajobrazie, ciągle cos nas urzeka w tych odludziach, a chyba w szczególności w totalnym braku oznak ingerencji człowieka w otoczenie. Tak to przeplatając podziwianie tego co widzimy i czujemy z konwersacjami na ten temat włącznie z pogaduchami przez CB z drugą załogą, wypatrujemy już miejsca na rozbicie obozu przez mrokiem. Prawie nam się to udaje, ale jak to często bywa, cos tam komuś nie leży i tak krótkimi skokami naprzód z ogólną penetracją terenu w najbliższym otoczeniu, który nadaje się na postój, jedziemy dalej aż w końcu biorę mapę i stwierdzam, że niedaleko przed nami musi być bardziej odpowiednie miejsce, ponieważ płynie tam mała rzeczka. Dokładnie tak było, czyli rzeczka, a co za tym idzie całe otoczenie, porośnięte, powiedzmy, że trawa więc nic lepiej nam nie potrzeba. Rano okazuje się, że to co majaczyło nam w mroku na dalszym planie, to szczyty Marksa i Engelsa. Oczywiście zabieramy je ze sobą.... upychając te siedmiotysięczniki w aparatach fotograficznych i po zwyczajowej procedurze poranno kulinarnej, jedziemy niespiesznie w stronę Khorog. Po około 6 godz. Jazdy, pojawia się pierwsza osada. Chyba jest dosyć daleko jeszcze od przetartych przez turystów szlaków, ponieważ patrzą na nas jak na zjawisko paranormalne... a może paranienormalne, jeżeli nadjechało od strony gór i dosyć niegościnnych terenów. Nawet świstaki występowały tam sporadycznie, za to widzieliśmy dużo szkieletów... na szczęście nie po ludziach :-). Chwila postoju i już jesteśmy zakwalifikowani jako doskonały sposób, aby lokalna nauczycielka języka angielskiego po lekcjach w miejscowej niskopodwoziowej szkole, mogła wrócić do domu oddalonego o paręnaście kilometrów. Niby odległość żadna, ale lokalne warunki transportowe i drogowe podnoszą ranking tego zadania na wyższy szczebel. Nie obyło się bez konwersacji w jeżyku angielsko-tadżycko-rosyjskim, z czego żaden chyba nie wykazywał poprawności gramatycznej, ale sądzę, że na miejscowe potrzeby taki j. angielski wystarcza aby spełniać rządowe ustalenia co do podwyższania rangi szkolnictwa a jednocześnie dostosowywać się do lokalnych realiów i możliwości. Droga szybko minęła na wymianie standardowych pytań i odpowiedzi, po czym od tego momentu aż do Khorog, poruszamy się w obszarze stosunkowo zaludnionym, czyli 2 osoby na kilometr drogi :-). Ponieważ jedziemy ten odcinek rożnym tempem, przez CB ustalamy, że w razie utraty kontaktu spotykamy się w znanym już miejscu w centrum miasta, czyli niczym innym jak na bazarze :-). Jakby zgodnie z ustaleniami mimowolnie rozłączamy się i następnie spotykamy już na miejscu. Standardowo uzupełniamy wszelkie zapasy paliwowo-wodno-żywnościowe i robimy rozpoznanie w temacie pozwolenia na przejazd przez Bartang. W tym celu namierzamy informację turystyczną... a jakże… nawet całkiem nieźle prosperującą i nabywamy stosowne papierki za mało stosowne groszowe opłaty. W tym czasie dowiadujemy się, że drugi skład nawiązał kontakt z niezidentyfikowanym obiektem marki mitsubishi pajero na polskich blachach, ale z holenderskim wkładem, a raczej połową, ponieważ stanowiła go para dosłownie i w przenośni polsko-holenderska. Okazuje się, że mieli również chrapkę na Bartang, ale solo nie mieli odwagi tam się zapuszczać więc.... jak się można domyślić... powiększyli naszą karawanę i już w kolumnie 3 pojazdów wyjechaliśmy z miasta, aby gdzieś przed wjazdem przenocować. Znowu znajdujemy stosowne miejsce nad rzeką i tam po raz pierwszy mamy przy okazji kolacji czas na standardową wymianę wzajemnych informacji co za nami, a co jeszcze przed. Nasz nowy nabytek do składu, to nasz rodak oraz oryginalna Holenderka w półrocznej podróży po Azji. Aby to zrealizować obydwoje rzucili pracę, ale z nadzieją, że zawsze mogą wrócić do zawodu.
Cały następny dzień to powolne posuwanie się naprzód drogami bardzo wąskimi i wyboistymi, czasami wąską, skalną półką nad samym brzegiem rzeki, która błędów w nawigacji raczej nie wybacza sądząc po mijanym, zatopionym do polowy wraku już niezidentyfikowanego pojazdu. W pewnym sensie rzeka daje znać o sobie i naszej ekipie. Otóż w czasie przejazdu zalana przez rzekę droga tuż przy skalnej półce, która uniemożliwiła jakiekolwiek alternatywne objechanie tego miejsca, nasza świeżo adoptowana załoga schodzi z kursu i podtapia swojego pajero na tyle, że samochód gaśnie, a woda wlewa się do środka. Wspólnymi silami wyciągamy ich na suchy ląd i zaczynamy reanimację. Na pierwszy rzut poszedł filtr powietrza... werdykt - woda. Następnie turbina, werdykt-woda tak więc demontuję osprzęt i wykręcam świece żarowe. Próba uruchomienia za pomocą kluczyka nieudana, więc rozrusznik na tzw. krótko i... fontanna wody wystrzela przez otwory po świecach. Na szczęście nie stało się to w czasie pracującego jeszcze silnika w czasie podtapiania. W innym przypadku wyrok byłby bezwzględny. Wody nie da się sprężyć, ale korbowody na pewno. Wydmuchujemy ile się da po czym chwila napięcia w czasie montażu i.... uff. Zagadał, wylewając pozostałości litrów wody z układu wydechowego. Mieli szczęście. Mogą jechać dalej. Przy okazji przeszli przyspieszony kurs reanimowania samochodu w różnych przypadkach :-). Podjeżdżamy jeszcze parę km. i znajdujemy stosunkowo równy teren aby tam się rozłożyć na nocleg, a przy okazji porozwieszać zmoczony dobytek naszych pechowców. Ponieważ maja dużo zajęcia z wypatroszeniem samochodu, my serwujemy im dzisiaj kolację made by Polska wschodnia:-) Bla bla bla jak co wieczór i aaa jak co noc, aż nastaje świt i wszystkie procedury rozpoczynamy od początku. Ruszamy nieświadomi, że to będzie piękny i pełen niespodzianek dzień. Mijamy od czasu do czasu jakieś malutkie, ludzkie siedliska, podziwiamy jak muszą sobie radzić w miejscach tak oddalonych od cywilizacji. Mnie najbardziej zdumiewa fakt, że sposób młócenia zboża widzę tutaj na żywo, a który znalem tylko z książek historii. Po prostu na dużą plandekę rozkłada się snopki i krążące w kółko bydło domowe młóci zboże. Następnie zbiera się słomę, a ziarno zsypuje się z plandeki. Zadziwiające, a jednak prawdziwe. Następna niespodzianka po wielu małych i mniej istotnych, zaobserwowanych faktach lokalnego realizmu, to informacja od ludzi przy drodze, że ta droga jest przerwana przez rzekę i nie przejedziemy. Jednocześnie dowiadujemy się, że trzeba objechać to miejsce górami. Tak więc zawracamy pnąc się stromo w góry wcześniej jednak Maciek po raz kolejny wciela się w rolę dobrego wujka z Polski i rozdaje podarki, które jeszcze nie porozdawaliśmy w czasie wcześniejszych kontaktów z dzieciakami i te, które uchroniliśmy przed wścibskim wzrokiem kirgiskiej policji :-), jedynie pluszowy smok padł ofiarą swej ciekawości, kiedy to wyjrzał z kartonu zobaczyć co jest przyczyną nieplanowanego postoju, no i wpadł w ręce policji :-). Pniemy się wytrwale serpentynami w górę, aż do ok 4600m npm, po czym przejeżdżamy płaskowyżem po ledwo widocznych śladach drogi, aż po horyzont, na końcu którego majaczą jakby ślady bytu człowieka. Im bliżej, tym pewniej, że dojeżdżamy do bezimiennej wioski, usytuowanej u samego podnóża imponującej swym rozmiarem góry. Przejazd przez nią wywołuje zamieszanie godne odwiedzin istot pozaziemskich i raczej na pewno do drogi podchodzi chyba 99,5% ludności tam zamieszkałej, aż w pewnym momencie zatrzymujemy się, aby nie wydawać się aroganckimi turystami. Chwila na wymianę zdawkowych pytań, masę fotek mieszkańców tej osady, upewnienie się, że jedziemy we właściwym kierunku i już jesteśmy w drodze. Wyjątkowe ożywienie tubylców zapewne spowodowane jest przypadkowością znalezienia się tam "białego człowieka", gdyż główny szlak Bartangiem pozostał daaaaleko i dużo niżej, przy rzece. Ewidentnie wszyscy byli siebie ciekawi, a pomimo, że już troszkę widzieliśmy, to domy ulepione z gliny i świadomość srogości zim na tej wysokości, pozostawiają na nas duże wrażenie i podziw jak dobrze muszą sobie z tym radzić, tym bardziej, że stosunkowo dużo widzieliśmy tam młodzieży w wieku tzw. szkolnym. Do dzisiaj nie wyobrażam sobie ile km. jest do najbliższej placówki szkolnej, bo o typowej szkole nie ma co tam myśleć. Po prostu jej nie ma. Zjeżdżamy tymczasem w stronę właściwego szlaku, co nie znaczy, że jest łatwiej. Tak naprawdę nie ma tam drogi. W pewnym momencie w czasie przejazdu przez gruzowisko tylko powierzchniowo nikłe ślady wyślizganych kamieni, utwierdzają nas w przekonaniu, że czasami ktoś tędy przejechał. Następna niespodzianka tuż przed powrotem nad rzekę, to... rodacy na motocyklach w międzynarodowej grupie przeprawiającej się przez Bartang. Niezbyt długa, ale konkretna wymiana informacji i jedziemy dalej.
Wracamy do koryta rzeki aby po paru km. znów wspinać się serpentynami na płaskowyż, tym razem opuszczając już dolinę i płynącą w niej rzekę. Przed nami rozlegle przestrzenie z majaczącymi na horyzoncie, ośnieżonymi szczytami. Jedziemy i jedziemy, a wrażenie, że one wcale się nie zbliżają, ciągle nas prześladuje, a jednocześnie utwierdza w przekonaniu z jakimi odległościami w takiej przestrzeni mamy do czynienia. Jednak prędzej czy później czas na odpoczynek, ponieważ i trudy trasy, i kończący się dzień, zmuszają nas do tego. To już ostatnia noc w powiększonym składzie. Nasi towarzysze podroży przez Bartang postanawiają wrócić do swojego sposobu na przemierzanie kraju, czyli zwolnić w kwestii dziennych dystansów o połowę. O tyle im łatwiej, że mają raczej nieograniczony czas na podróż, a my jednak odwrotnie, w dodatku jesteśmy dopiero na początku drugiej połowy trasy. Rano okazuje się, że spaliśmy na obrzeżach parku narodowego, ale poza nami, górami, i 50% tlenu w powietrzu, raczej nikogo tu więcej nie ma. Jedziemy więc na azymut, już w stronę jedynej drogi, aby opuścić Pamir, a następnie Tadżykistan, czyli do słynnej pamirki. Dojeżdżając do niej, uświadamiamy sobie, że po zatoczeniu dużej pętli i kilku mniejszych, opuszczamy już to, co w całej naszej wyprawie było przysłowiową wisienką na torcie i rozpoczynamy powrót w doliny i do cywilizacji. Zanim jednak to nastąpiło, parę razy meldowaliśmy się na znanych już nam postach oraz przejsciu granicznym. Po raz kolejny uświadamiamy sobie, że wszystkie przejścia i odprawy odbyły się wbrew oczekiwaniom, stosunkowo łatwo i bardzo kulturalnie. Nie mieliśmy praktycznie żadnych problemów dotyczących czegokolwiek od samochodów, poprzez dane personalne i papierkowe. Jeszcze na koniec odbywamy dłuższą pogawędkę z powiedzmy odpowiednikiem naszego wopisty, dowiadując się, że ubiegłej nocy spadł już pierwszy śnieg, oraz, że w tym miejscu w zimie jest średnio około minus 40 stopni... brrr, zmykamy na dół, do jeszcze pozostałości lata i przestrzeni kazachskich stepów po drodze przejeżdżając przez Kirgistan.
Śpimy gdzieś w polu przed OSZ, a jak Osz to wiadomo, że bazar :-), następnie azymut na Jamal-Abad uspokoić naszych gospodarzy w misji katolickiej, że jesteśmy cali i zdrowi. To już ostatni dzień wspólnej podróży. My zostajemy na chwilkę, aby następnie ruszyć w stronę Isyk Kul, a nasi kamraci ruszają jednym ciągiem do Polski, najkrótszą drogą. Wykorzystuję czas jak Maciek i Bożenka buszują po bazarze i przepakowuję całkowicie Patrola, robiąc przede wszystkim remanent po 3 tyg. szwendania się po Pamirze. Tutaj spotykamy rodaków również w podroży po Azji, ale mamy odmienne plany, więc tylko wspólnie odwiedzamy cmentarz polskich żołnierzy z armii Andersa i już wyruszamy na północny wschód. Drogi w Kirgistanie, szczególnie te główne, są całkiem niezłe, więc połykamy sporą ilość kilometrów zanim gęstniejący mrok sprowadza nas gdzieś na odludne miejsce w wiadomym celu. Na jutro mamy rozterkę dotyczącą drogi jaką chcemy już dojechać nad to drugie co do wielkości jezioro wysokogórskie na świecie. Ostatecznie wybieramy dłuższą, ale pewniejszą drogę i na szczęście, ponieważ następnego dnia dowiadujemy się, że droga przez góry jest nieprzejezdna z powodu ulewnych deszczy jakie nawiedziły ten rejon. Tymczasem podróżujemy sobie, rozglądając się na boki i nasiąkając widokami jakie funduje nam krajobraz, po przejechaniu kolejnego wzniesienia, włącznie z patrolem policji. Ci dla odmiany fundują nam propozycje nie do odrzucenia, czyli zatrzymanie prawa jazdy za poruszanie się na światłach pozycyjnych zamiast na mijania. W sumie na to jesteśmy przygotowani wyrabiając sobie międzynarodowe prawo jazdy, które chętnie oddamy, jeżeli podarok nie pomoże. Konfrontacja popytu z podażą wyniosła w przeliczeniu na złotówki jakieś 3zl. na głowę i już jedziemy dalej.
Tego dnia dojeżdżamy nad Isyk Kul dosyć wcześnie, więc mamy dużo czasu na szukanie sobie miejsca na nocleg, ale los sprawił, że stało się zupełnie inaczej. Mianowicie nad samym jeziorem w dosyć odludnym miejscu, spotykamy bardzo miłych ludzi, którzy to po krótkiej wymianie zdań, zapraszają nas do siebie na kwaterę. Okazuje się, że mają tu domek letniskowy, a sami mieszkają w stolicy. Domek to po prostu chata otoczona sadem owocowym z taką ilością owoców, że to co dostaliśmy na drogę, wystarczyło nam i na podarki do samej Polski :-) :-). Gościnność obejmowała kolację, popitkę :-), prawdziwą rosyjską banię i nocleg. Oczywiście bez żadnych kosztów poza miłymi rozmowami do późnej nocy. Dużo się dowiedzieliśmy co i jak w okolicy, włącznie z możliwościami na przyszłość, dotyczącymi odwiedzin i sposobu spędzenia tam czasu, a brzmiało to bardzo obiecująco. Z perspektywy czasu już wiem, że Maciek z Bożenką właśnie lecą tam skonsumować te możliwości w najbliższe wakacje. Opcja o tyle dobra, że wsiadamy w samolot i bez żadnych wiz lądujemy na miejscu, wypożyczamy od nich samochód i realizujemy spędzanie wolnego czasu wg ich oraz własnych wskazówek. Następnego dnia musimy już się pożegnać, wymieniamy adresy oraz nr telefonów i kierujemy się ku pierwszej z trzech polecanych dolin. Pierwsza ma być zakończona ciekawym wodospadem, jednak zniechęca nas sznurek ciężarówek pnących się do góry, więc zawracamy. Druga to już obszar tzw. czerwonych skał, znienacka wyłaniających się z zieleni. Jest to już na tyle ciekawe miejsce, aby pozostać tam dłużej i już na 6 nogach na 3 osoby sprawdzić wszelkie zakamarki do jakich uda się dotrzeć. Ogólnie ciekawe miejsce z paroma rodzynkami dotyczącymi tamtejszych realiów, a w tym sanatorium, poczty, bloku mieszkalnego oraz pojedynczej zabudowy, jeżeli można użyć tak górnolotnego określenia dla zupełnej samowolki architektonicznej. Pozostała nam na koniec tego dnia trzecia dolina z perełką, jaką miało być wysokogórskie jeziorko. Niestety wyjątkowo ciężki dojazd i późna pora, pozwoliły nam dojechać do polany nad samą rzeką i tam rozłożyć się z obozem na kolację z noclegiem. Tego dnia mamy tam dwukrotne odwiedziny. Pierwsze to lokalny strażnik texasu, który zajechał do nas swoim mitsubishi pajero i skasował groszowe opłaty za namiot i samochód w parku narodowym (przy okazji dostał parę jabłek), a w zamian uraczył nas różnymi opowieściami, dotyczącymi tego miejsca, jak i ogólnie. Drugie odwiedziny już w środku nocy były bardziej emocjonujące na samym wstępie. Otóż w blasku ogniska nic nie widać w dalekim mroku, ale wyraźnie słychać stukanie kopyt i od czasu do czasu nikłe światełko latarki, do tego miarowo zbliżające się w naszym kierunku. Jeszcze chwila niepewności i w zasięgu światła z ogniska, wjeżdża jeździec na koniu. Sam, więc obawy lekkie się ulotniły, ale ciekawość pozostała do momentu aż opowiedział co robi tak daleko od cywilizacji w dodatku wysoko w górach i w nocy. Okazało się, że był posłańcem pasterzy stad koni w górach, a zjechał do miejscowości jakieś 25 km po paliwo :-) dla pasterzy rzecz jasna. O szczegółach nie będę pisał bo to długie historie były, fakt że trafił tam w nocy, to niewątpliwie zaleta konia. Poczęstowaliśmy go oczywiście jabłkami, więc obydwoje zadowoleni rześko ruszyli dalej.
Następny dzień to realizacja planów dotyczących tego miejsca, a w szczególności dotarcia do jeziora ukrytego wysoko w górach i będącego podobno perełką tego rejonu. Jednak stało się inaczej. Po pierwsze podzieliliśmy się na dwie grupy, czyli Maciek z Bożenką to jedna w drodze szlakiem do jeziora, a druga to ja i ..ja :-) w drodze donikąd. Jakoś zabrakło mi wiary, że dotarcie tak daleko w góry i powrót możliwy jest w ciągu jednego dnia. Z perspektywy czasu wiadomo już, że właśnie nie dali rady czasowo tego dokonać i wrócili, ja w tym czasie polazłem sobie rumowiskiem skalnym na szczyt, z którego się kiedyś obsypało... Później dowiedziałem się, że przyczyniło się do tego małe trzęsienie ziemi, co wyjaśniło mi też zagadkę dużego odłamka skalnego, wbitego w resztki pnia po drzewie. Po bliżej nieokreślonym czasie kontemplacji na przełęczy i obserwacji doliny, zszedłem na dół i doczłapałem do samochodu. Spotkałem po drodze grupę młodzieży z Izraela, poczęstowałem ich resztą jabłek jakie miałem ze sobą, wymieniliśmy zdawkowe info i pożegnaliśmy się w miejscu postoju Patrola. Trochę im współczułem. Tego dnia zeszli z gór od jeziora, a przed sobą mieli 20 km. do najbliższej miejscowości. Co prawda w dół, ale promenada w Międzyzdrojach to to nie jest :-). Po jakimś czasie doczłapał pierwszy zespół i zjechaliśmy do miejsca gdzie nocowaliśmy poprzedniej nocy. Tam nastąpiła powtórka z rozrywki, czyli znowu ognisko, picie śliwowicy, skoki przez ogień z pieczeniem barana włącznie..... i wtedy... się obudziłem :-).
Zjeżdżamy na dół i już obieramy azymut na przejście graniczne wysunięte najbardziej na wschód Kirgistanu, prowadzące do Kazachstanu, a będące jednocześnie najkrótszą drogą do następnego punktu w planach, czyli kanionu Szaryń. Zanim to jednak nastąpiło, przezywaliśmy długie chwile niepewności czy to przejście jest czynne. Obawy nie były bezpodstawne, ponieważ w ubiegłym roku było jeszcze nieczynne, a informacje jak jest obecnie są albo sprzeczne, albo niepotwierdzone. Mieliśmy jednak fart, gdyż trafiliśmy na okres, w którym przejście jest czynne. W innym przypadku czekałaby nas objazd nieokreśloną ilość setek km., aby w okolicach Biszkek przedostać się do Kazachstanu, jednak wtedy odwiedziny Szarynia stanęłyby pod znakiem zapytania, ze względu na dużą odległość, jaką trzeba pokonać aby tam wrócić. Tymczasem jest po naszej myśli i nawet wyrywkowa kontrola policji nie zbiła nas z tropu. Jak już niczego się nie mogli doszukać, to zapytali czy mamy badanie techniczne na bagażnik dachowy, wiec ja bez chwili wahania wskazałem im stosowną pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym, na której było napisane: zainstalowany hak holowniczy :-). Na szczęście nie znali j. polskiego, więc uznali, że to stosowna pieczęć i życząc nam dobrej drogi, oddali dokumenty w komplecie. Następna miła niespodzianka, to urzędnik, który odprawiał mnie na granicy, wypytując gdzie planujemy jechać w momencie jak padło hasło Szaryn, zdecydowanie się ożywił i bardzo skrupulatnie wyrysował mi plan dojazdu, w dodatku zaznaczając inne, warte uwagi miejsca, włącznie z tymi na nocleg, a będącymi już w kanionie, a nie podlegającymi jeszcze opłatom wjazdowym. Skorzystaliśmy z tego dosyć skrupulatnie, ale fakt, że pamięć miał dobrą, jeżeli odległości jakie tam są, opisał z pamięci i to w bardzo zbliżonych wartościach. Nocujemy więc mając jako tapetę ogromne, emanujące rożnymi kolorami skały kanionu. Jedynie czego tam brakowało, to rzeki... no, ale nie można mieć wszystkiego. Tego wieczoru również z dużym samozaparciem zbieramy materiał na ognisko, ponieważ prawie niczego tutaj nie ma poza skałami i wyschniętym korytem rzeki.
Zwyczajowa kolacja, prysznic i wczołguję się do mojego M1 na dachu Patrola. Przez cały okres wyprawy korzystałem z tego miejsca na noclegi, a był nim namiot dachowy, kupiony około 30 lat wcześniej od handlarza turysty z Kraju Rad, który wtedy zawitał na mały, polski targ, a było to w miejscowości gdzie mieszkałem z rodzicami. Po krótkich negocjacjach sprzedał swój dom, który nie był na sprzedaż :-). Historia zatoczyła koło i teraz namiot odwiedził swój rodzinny kraj, włącznie z republikami ościennymi. Miał zarówno swoje wady jak i zalety. Wada to przemakalność, wynikająca z wieku zleżałego płótna, z jakiego był wykonany, a zalety to ergonomiczna mocna, ale i lekka konstrukcja, a najważniejsze to uniezależnienie od podłoża w każdym tego słowa znaczeniu. Regulacja nachylenia zależała od tego, jak zaparkowałem Patrola :-)
Dzień następny to oczywiście właściwy Szaryn w całej dosłownie swojej okazałości. Tylko od odwiedzającego zależy jak chce na niego spojrzeć i z jakiej perspektywy oglądać. Tak czy inaczej robi wrażenie i w prostej linii kojarzy się z innym znanym kanionem K :-).
Po zakończeniu karmienia oczu tym tworem natury, podejmujemy odważną decyzję o dużym skoku naprzód, ponieważ czas mamy ograniczony terminem ubezpieczenia i brakiem konieczności meldunku jeżeli go nie przekroczymy, a pobieżne obliczenia odległości do granicy z Rosją wskazują, że są to zaawansowane liczby czterocyfrowe. Jak się później też okazało, na drogowskazie już po odwiedzinach Astany, np. do Jekatierynburga jest coś około tysiąca dwudziestu czterech kilometrów, a więc odległości pomiędzy miastami raczej niespotykane w żadnym zakątku Europy. Tak więc przemierzamy przeogromne obszary Kazachskich stepów, gdzie dosłownie nie widać końca prostej drogi po sam horyzont, aż na sam koniec tuż przed zmrokiem dojeżdżamy do brzegów jeziora Balchasz i tam nocujemy. Samo jezioro już jest ewenementem co najmniej z dwóch względów. Pierwszy to swoisty fenomen, polegający na tym, że jego zachodnio-południowa część zawiera wodę słoną, a część północno-wschodnia wypełniona jest wodą słodką. Wynika to pośrednio z drugiego ewenementu, dotyczącego wielkości tego zbiornika, a do tego zasilanego wodą z rzek właśnie w części północno-wsch., natomiast ilość wody jaka odparowuje z drugiej części jest większa niż możliwości mieszania się wód w obrębie jednego akwenu, a tym samym, zasolenie wzrasta. Ostatni etap naszej wyprawy to już tylko pochłanianie setek km. z małymi przerwami np. aby chociaż troszkę zwiedzić pewne miasto. Pierwsze skojarzenie, że wjechaliśmy z pustyni do Las Vegas, ale że jesteśmy w Azji centralnej, to może to być tylko Astana. Można jednym zdaniem określić, że miał prezydent kaprys i go zrealizował, podpierając się budżetem wyssanym z dna morza Kaspijskiego. Nie do końca chyba jednak ten projekt przeniesienia stolicy i sfery kulturalno-biznesowej się powiódł, ponieważ podobno nadal ta kwestia lepiej egzystuje w dawnej stolicy, czyli Ałmaty. Tak czy inaczej umawiamy się na około czterogodzinne indywidualne zwiedzanie centrum. Ponieważ 4 godz. to dużo i mało, zatem skupiam się na głównych obiektach usytuowanych wzdłuż głównej arterii miasta w tej części, w jakiej się obecnie znajduje. Chcąc, nie chcąc dochodzę do wieży górującej nad okolicą i postanawiam wjechać na górę, skąd rozpościera się widok na dalszą okolicę. Zdawkowe, pobieżne spojrzenie w każdym z kierunków świata, parę fotek i wędruję sobie dalej, a w połowie czasu robię zwrot o 175 stopni i rozpoczynam powrót, halsując pod umowny wiatr, wiejący z przeciwka. W czasie tego spaceru nasunęło mi się wiele koncepcji dotyczących tego co oglądam. Dla mnie to wygląda troszkę irracjonalnie, zważając na okolicę w jakim ten twór cywilizacji powstał. Mija czas poświęcony na zwiedzanie i praktycznie jednocześnie wracamy do samochodu, po czym już obieramy azymut na zachód i nie mając już w planach niczego poza tym co przyniesie droga i okoliczności, w miarę szybkim tempie wracamy do kraju. Zajmuje nam to około 4 dni jazdy na zmianę z Maćkiem. Dopiero w Łucku na Ukrainie, ok. 200 km. przed granicą wrzucamy na "luz" i postanawiamy jak cywilizowani ludzie zjeść cos treściwego i do tego nie stworzonego własnymi rękami. Tym sposobem oraz dziełem przypadku, trafiamy do restauracji Armenskiej. Początkowo nie wiemy, że taka jest, ale nie dawała nam spokoju fototapeta na ścianie, przedstawiająca górę... jak się później dopytaliśmy, to właśnie był symbol Armenii, a już menu potwierdziło to, o czym napisałem wcześniej. Tak czy inaczej... polecam. Było smacznie i dosyć treściwie. Jeszcze tylko sforsowanie granicy unijnej i możemy stwierdzić na glos, że... wróciliśmy cali i mam nadzieję, że wszyscy zadowoleni. Ja na pewno, więc jako autor tej relacji mam prawo tak napisać :-).
Krótko podsumowując: zrobiliśmy 16 tys. km. bez 300, przebrnęliśmy przez 11 granic i obyło się praktycznie bez istotnych strat.

nie bójmy sie zakładając z góry że trudno ze dlugo i jak nas nie bedzie to sie swiat w tym czasie zawali...za kazdym razem jak wracam okazuje sie ze...nadal ma sie dobrze :) a ja coraz lepiej:)

Zdjęcia

TADŻYKISTAN / GBAO / dolinka w pagórkach gdzies w drodze / GBAOTADŻYKISTAN / GBAO /  w okolicy doliny BARTANG / to jest dopiero tapeta za oknemTADŻYKISTAN / GBAO / PAMIR  4300m npm  / PAMIR 2013TADŻYKISTAN / GBAO / wysoko / malutkie osady wkomponowane w otoczenie

Dodane komentarze

Kaukaz i Bliski Wschód rowerem. dołączył
07.04.2013

Kaukaz i Bliski Wschód rowerem. 2015-03-14 13:47:48

"Świetna relacja!!!!! Także byłem w tym roku w Tadżykistanie i w Pamirze włącznie! :) Pozwolę sobie podrzucić link, może kogoś zainteresuje moja relacja i praktyczne porady :) http://kolemsietoczy.pl/tadzykistan/"

piotrmas dołączył
26.03.2007

piotrmas 2014-09-07 22:56:01

Faktycznie wyszlo tego sporo ale...czytając relacje kazdy moze sobie podzielic na dowolna ilosc czesci :-) a z paliwem nie zawsze jest tak jak sie zaplanuje. Pali normalnie:-) aczkolwiek nie wiem ile palą "smoki" :-) :-) :-)

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2014-09-02 21:55:03

A redakcyjnie, nie chciałbyś tych swoich relacji nieco podzielić, tak by się czytało łatwiej :) a co do paliwa, to znaczy że ten Twój wóz pali jak smok ....

piotrmas dołączył
26.03.2007

piotrmas 2014-08-26 09:37:24

kanistry były i sa nadal w ilości trzy .na stałe zamontowane :)

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2014-08-19 20:35:01

Fajnie się czyta, na przyszłość na takie kraje kanister trzeba brać ...Pozdrawiam

Nasze rodzinne podróze dołączył
15.08.2014

piotrmas dołączył
26.03.2007

piotrmas 2014-08-14 16:01:56

e tam..nie zalezy mi na widowni. to co moje to i tak moje :) a jak ktos zechce to sie pofatyguje prawym paluszkiem kliknać w linke i juz tam jest :)

[konto usuniete] dołączył
03.07.2010

[konto usuniete] 2014-08-14 14:37:41

Toż stamtąd wiem, że masz te zdjęcia :) Ale tu na Globie nie wszyscy wiedzą, że masz swoja stronę.

piotrmas dołączył
26.03.2007

piotrmas 2014-08-13 20:21:00

Cala galeria zdjec z wyprawy jest u mnie na stronie..jak i pozostała reszta :-) :-) :-)

[konto usuniete] dołączył
03.07.2010

[konto usuniete] 2014-08-13 12:48:02

Piotr - please - więcej zdjęć! Wiem, że je masz, tylko skąpisz!

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl