Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Sedona. Katedra bez ścian > USA


LidiaR LidiaR Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie USA / Arizona / Sedona / Red Rock State ParkSedona, Arizona – jedyne takie miejsce na Ziemi. Niektórzy uważają, że jest to najpiękniejsze miasteczko w całej Ameryce. Słynie z czerwonych skał, które otacza prawie 2 mln akrów wiecznie zielonego lasu, z niezliczonej liczby galerii, międzynarodowego festiwalu filmowego, oryginalnej lokalnej społeczności oraz kilku tzw. vortexów, czyli miejsc, w których skoncentrowana energia z wnętrza Ziemi ma uzdrawiać, energetyzować i dostarczać wglądów. Symbolem Sedony jest widoczna z każdego punktu Cathedral Rock, górująca nad miasteczkiem niczym kamienna katedra.

Zdjęcia: Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA
Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA



Though we travel the world over to find the beautiful, we must carry it with us, or we find it not.
~ Ralph Waldo Emerson


Jeśli, tak jak ja, będziecie mieć impuls, żeby wygooglować „the most spiritual places on Earth”, czyli miejsca o największym duchowym potencjale na naszej planecie, nie znajdziecie na tej liście Katedry Notre-Dame, ale za to znajdziecie Sedonę. Niektóre przewodniki zalecają wizytę w Sedonie obok trekkingu w Tybecie i studiowania jogi w Indiach czy medytacji z mnichami w Bhutanie, jeśli poszukujemy oświecenia. Sedona ma też mieć wspomnianych już vortexów więcej niż Piramida w Gizie, Machu Pichu w Peru czy Stonehenge razem wzięte.

Miasteczko uprawia ochoczo „duchowy” marketing na swojej stronie internetowej, nazywając Sedonę katedrą bez ścian, miejscem od wieków świętym i emanującym kosmicznymi mocami. Podobno ludzie czują się po jej odwiedzeniu zainspirowani, odnowieni, „doładowani” energetycznie czy szczególnie podniesieni na duchu. Podobno nie powinniśmy być zdziwieni, jeśli na szlaku pośród czerwonych skał napotkamy grupy ludzi medytujących, rozciągających się w asanach czy nasłuchujących leczniczych wibracji z kryształów. Co prawda napotykamy jedynie innych amatorów wspinaczki na Bell Rock i Cathedral Rock, ale i tak jesteśmy pod wrażeniem Sedony – przede wszystkim mieniących się złotem w zachodzącym słońcu, majestatycznych skał, usadowionych wokół miasteczka i otulonych głęboką zielenią sosnowych lasów. Są tak piękne, że aż nierealne.
(Poza tym, było to jak dotąd jedyne miejsce na Ziemi, w którym kafejka na przedmieściach miała dla nas w ofercie kilka rodzajów świeżo wypieczonych wegańskich bezglutenowych ciastek oraz wegańskich lodów, m.in. o smaku matchy. Podobno zdrowa roślinna kuchnia jest w Sedonie normą.)

***

„Jeśli chcesz być szczęśliwa/y, musisz mieć w sobie gotowość do kwestionowania własnych myśli.” – pisze Nitya, autorka książki pt. „Koniec wszystkich historii. Medytacje” i duchowa nauczycielka w tradycji Ramany Maharisziego. Podczas prowadzonych przez nią w różnych krajach satsangów – spotkań z osobami poszukującymi odpowiedzi na odwieczne pytania, mówi o wolności, jedności, dotknięciu prawdy. Poza tym jest mamą dwójki dzieci, nauczycielką jogi i pianistką. Trudno powiedzieć, ile ma lat, ale ma szczęście w oczach. „Kiedy się budzisz, tracisz zainteresowanie ocenianiem tych, którzy śpią”, mówi w jednym z wywiadów. „Sen” to odwieczna metafora duchowej ślepoty, skupienia na sobie, życia na automatycznym pilocie, nieświadomości, braku uwagi i uważności na to, co w nas i wokół. Teraz, w tym momencie. Nie jutro albo wczoraj, za pięć minut i nie w zupełnie innym miejscu.

Żeby się budzić, trzeba mieć w sobie jednak gotowość do kwestionowania. Przede wszystkim: własnych myśli, emocji, całej swojej wewnętrznej struktury, bez której, przyjmowanej za wewnętrzną prawdę, większość z nas nie wyobraża sobie życia. Gotowość do nagłych zwrotów, zmian kierunku, odpuszczania, wybaczania, nieprzywiązywania się, niepowtarzania. Każde wyjście skądś jest wejściem dokądś, ale najpierw trzeba chcieć wyjść: ze skorupy nawyków, z nużącej albo ekscytującej opowieści na własny temat, którą nieustannie snujemy, z błędnego koła niedosytu, zaspokajania coraz mniej podstawowych pragnień i marzenia o lepszej wersji własnego życia, z koncentracji na sobie i kręgu najbliższych spraw. Otworzyć się na pragnienia i potrzeby innych, może tych bardziej albo mniej uprzywilejowanych niż my sami, może tych, którzy są zupełnie od nas różni i zupełnie nami niezainteresowani? Może tych, którzy należą do zupełnie innych miejsc, narodów, gatunków?

Zdjęcia: Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA
Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA



Podróż z Flagstaff do Sedony zajmuje nam dwie godziny. Krajobrazy są zdecydowanie warte „slow ride”. Kiedy na horyzoncie zaczynają wyrastać wielkie pomarańczowoczerwone skały, poszarpane i oblane słońcem, zaczynamy czuć, że coś niezwykłego jest blisko. Krajobraz jest tak inny niż wszystko, co widzieliśmy do tej pory, nawet w Arizonie, a jednocześnie emanuje jakąś dziwną siłą. Bell Rock, widoczna z daleka, przyciąga jak magnes. Wrażenie potęguje fakt, że wokół jest zupełnie pusto, choć to późne popołudnie. Wjeżdżamy do Sedony jak do obrazu Chirico – upał, opustoszałe niczym w porze sjesty ulice, charakterystyczna architektura Południa, długie cienie. Jakiś rodzaj pozaczasowości, melancholii. Ogromne milczące skały usadzone wokół niczym medytujący mnisi.

Skały górujące nad Sedoną (wznoszą sie na wyskość ponad 2,000 metrów) to jedyna taka formacja na świecie, bo złożona z jedynego takiego na świecie pomarańczowoczerwonego kamienia, którego pochodzenie sięga milionów lat wstecz. Trudno wyobrazić sobie, że skały są formą życia, a nie nieożywioną materią, ale gdyby faktycznie były - bardzo spowolnionym, bardzo długowiecznym, ale życiem, które może nawet posiada nawet jakąś nieznaną nam formę świadomości - to tłumaczyłoby, dlaczego w Sedonie nieustannie czuje się ich monumentalną obecność. Zupełnie, jakby nas obserwowały.

***

Nie wydaje mi się, żeby Polacy mieli dobre słowo na „bliss”. „Błogość, rozkosz, szczęście”? Angielskie słowniki wyjaśniają, że chodzi o stan perfekcyjnego szczęścia albo wielkiej radości. Druga, mniej popularna definicja, mówi o stanie duchowego błogosławienstwa. Okay. Które osiągamy po śmierci – dodaje słownik. No tak, „eternal bliss”. Może jednak coś za życia? Jest: „wedded bliss” – szczęście małżeńskie pomimo upływu czasu. Oraz „pure bliss” – uczucie pełni szczęścia, bez najmniejszego dyskomfortu, moment do przeżycia w pełni i zamknięcia pod szkłem w muzeum pamięci. Pokój, spokój wewnętrzny, zadowolenie, „mój Zen”. Jest i „Ignorance is Bliss”. (Gdyby to byla prawda, to, jak mówią, świat byłby błogosławionym miejscem.) Oraz fraza z Campbella: „follow your bliss”. „Jeśli podążasz za swoim – no właśnie, czym? – wkraczasz na trakt, który był tu cały czas, czekał na ciebie i nagle życie, które powinnaś wieść, jest dokładnie tym, które wiedziesz.”

Dokładnie tak się czuję podczas wspinaczki na Bell Rock w Sedonie.

- Mogłabym latać – przekrzykuję suchy wiatr, gdy po godzinie wspinania się w dokuczliwym upale zatrzymujemy się, by spojrzeć na i za siebie i mój mąż, o dziwo, wygląda na przekonanego. Stoimy na jednym z kilku tarasów Bell Rock w Red Rocks State Park. Słońce powoli przesuwa się w dół po skałach, na intensywnie niebieskim niebie unoszą się gęste białe obłoki. Ziemia pod nami jest koloru cegły, trawy i kaktusy wypłowiałe od słońca. W dole i wokoło, w pomarańczowym złocie, zieleniach i błękitach rozciąga się nierealnie piękna panorama; krajobraz, od którego nie sposób oderwać oczu.

- I could fly – powtarzam zupełnie nieprzejęta tym, że brzmię jak scena z kiczowatego filmu. I naprawdę wierzę, że mogłabym.

All this “me” is merely a fluttering of butterfly wings. / Całe to “ja” jest zaledwie trzepotem skrzydeł motyla.
~Nitya


***

Kilka tygodni po powrocie z Arizony do Massachusetts trafiam na wyprzedaż książek w lokalnej bibliotece - i choć książka pod tytulem „The Geography of Bliss” zupełnie nie przyciąga okładką ani tytułem, który zapowiada raczej poradnik z rodzaju „Siedem sposobów na szczęście”, wchodzę w jej posiadanie, za dolara. Nie trafia do mnie od razu. Może dlatego, że pierwszą krainą szczęśliwości odwiedzoną przez autora, amerykańskiego dziennikarza radiowego, który postanowił objechać świat w poszukiwaniu krajów najbardziej i najmniej szczęśliwych wg międzynarodowych badań nad szczęściem (naprawdę takie istnieją, są również katedry uniwersyteckie), jest Holandia. Przy Szwajcarii Weiner ma już 75 procent mojej uwagi, a przy Bhutanie jestem „kupiona”. To bardzo ciekawe zobaczyć, jak definiują szczęście różne nacje, nawet jeśli tylko oczami nieco sfrustrowanego i kompulsywnie żartującego Amerykanina (który na szczęście ma dystans do własnego amerykańskiego „przymusu szczęścia”, amerykańskiej propagandy optymizmu i terroru komfortu – nie oszczędza za to najmniej szczęśliwej w rankingach Mołdawii).

Korespondenci zagraniczni to z reguły niespokojne duchy o niespokojnych umysłach, nauczone chłodnego obiektywnego tonu. Weiner nie stanowi tu wyjątku. Bywa, że są to ekstrawertyczni melancholicy, przemieszczający się po świecie z nadzieją, że ruch wypędzi z nich ich demony. Weiner odwiedza wszystkie te ziemskie krainy szczęśliwości z tą samą rezygnacją i pełnym humoru badawczym nastawieniem (które tylko trochę „puszcza” mu w Bhutanie).

Lubię ten fragment, kiedy w Islandii spotyka młodego rodowitego bostończyka, który opuścił ziemski raj w Ameryce (i Boston!) dla wiecznych zim i ciemności. Po czym wylicza rzeczy, z powodu których ów bostończyk jest w Islandii absolutnie szczęśliwy. Pasaż ten jest wstępem do historii o tym, jak korespondenci zagraniczni i inni ekspaci pogardzają tymi, którzy w nowym kraju „go native”, w pełni rozumieją i czują lokalne klimaty i są bardziej entuzjastyczni na temat swojego nowego kraju zamieszkania od tych, którzy się w nim urodzili. Ekspat, przybysz, emigrant - powinien zachować dystans. A następnie Weiner tłumaczy, jak to jest, że napotkani przez niego Amerykanie naprawdę odnajdują swoje szczęście i miejsce na Ziemi w Bhutanie czy Islandii. Weiner opowiada o wszystkich tych krajach o najwyższym wskaźniku szczęścia z nostalgią w głosie. Dla niego każda szczęśliwa kraina jest jak Shangri-La – miejsce, które owszem, jest cudowne i magiczne, ale tak naprawdę nie istnieje. Myślę sobie, że może nie był w Sedonie.

Zdjęcia: USA, Arizona, Bell Rock, USA
USA, Arizona, Bell Rock, USA



Nasza wyprawa do Arizony jest tak spontaniczna i wciśnięta w dziesiątki innych ważnych spraw i wyjazdów, związanych i niezwiązanych z pracą, że poza wydrukowaniem z internetu paru stron o Wielkim Kanionie i chwyceniem z półki przewodnika „National Geographic” po sekretach amerykańskich parków narodowych nie jesteśmy w stanie się do niej przygotować. Do samolotu jedziemy prosto z pracy, nawet nie ma czasu, by się przebrać – i w tym samym zestawie ubraniowym po paru godzinach lotu z Bostonu do Las Vegas przejeżdżamy połacie Nevady i Arizony, włóczymy się godzinami po różnych miejscach na południowym skraju Wielkiego Kanionu, aż do wieczora, kiedy po paru godzinach jazdy przez najniezwyklejsze pustynne i skaliste, a potem długo płaskie i zielone krajobrazy lądujemy w Flagstaff - szczęśliwej kombinacji amerykańskiego hipsterstwa i szwajcarskich Alp. U podnóża wielkiej góry. W naszym pokoju hotelowym wielki obraz przedstawia smukłe białe brzozy. Wspomnienie z wyprawy do Polski tydzień wcześniej.

Sedona jest zupełnie niezaplanowanym ukrytym celem tej podróży – szalonym diamentem Arizony, miejscem pełnym mocy. Przemierzając jej drogi w naszej wypożyczonej półciężarówce, chłoniemy zmieniające się z wędrówką słońca widoki z szeroko otwartymi oczami. Ponieważ chcemy powspinać się zarówno na Bell Rock, jak i Cathedral Rock, oddaloną od pierwszej o jakieś 30 minut jazdy samochodem, nie zostaje nam za wiele czasu na eksplorowanie samego miasteczka. Oglądamy je po drodze – niezliczone galerie, hotele, motele, kafeterie, spa, studia jogi i medycyny naturalnej, „psychic readings”, dywany wyprodukowane przez lokalnych Native Americans, rzeźby Navajo, ogłoszenia uzdrowicieli, muzyków i tancerzy flamenco, promenady z widokiem na skały, barwni przechodnie. Podobno pomarańczowy kolor skał zapewnia odwiedzającym intensywną stymulację neuronów. Wzmacnia kreatywne myślenie i rozwiązywanie problemów – gdybyśmy je akurat mieli albo potrzebowali coś tu na poczekaniu stworzyć. Kąpiel wzrokowa w zieleni okolicznych lasów ma równoważyć neuronalne pobudzenie i napełniać spokojem.

Wspinaczka na obu szlakach jest łagodna i łatwa. Jest gorąco i warto mieć ze sobą ekstra butelkę wody, ale wrzesień tak naprawdę oferuje nam bardzo dobrą pogodę do eksplorowania szlaków w okolicach Sedony, których jest tu sporo – 300 oznakowanych mil wijących się pośród klifów i tarasów, w Red Rock State Park.

„Podążaj za swoim szczęściem, a wszechświat otworzy drzwi tam, gdzie wcześniej były tylko ściany” głosi internetowa parafraza Campbella. Problem w tym, że możemy mieć bardzo różne od wszechświata definicje owego szczęścia i podążanie za jednym jego rodzajem niekoniecznie przyniesie skutki przeznaczone dla innego. To między innymi tutaj przychodzi z pomocą wykształcenie w sobie nawyku kwestionowania własnych myśli i uczuć. Jaką masz pewność, że Twoja definicja szczęścia mówi o prawdziwym szczęściu i jest naprawdę Twoja?

Co do podróży, to jestem pewna, że czuję się podczas nich szczęśliwa. Zawsze tak było. Nawet jeśli są to ucieczki od, to są to jednocześnie – i tak pisze też o nich Weiner - ucieczki ku. I nie ma niczego wstydliwego w potrzebie wprowadzenia zamieszania podróży w ułożone życie albo dyscypliny i porządku podróży w życie pomieszane. Podróże we dwójkę sprawiają, że jestem podwójnie szczęśliwa. Podróżowanie solo byłoby dużo mniej atrakcyjne, może nawet więcej niż o połowę mniej. Patrzenie po powrocie oczami zmienionymi przez wszystkie napotkane miejsca pozwala dostrzec we własnym świecie więcej piękna.

Bo zgoda na nieznane doświadczenia i podróże do miejsc, w których nigdy się nie było, naprawdę otwierają nowe przestrzenie i pomagają zrozumieć, docenić czy odnaleźć, czasem na nowo, a czasem po raz pierwszy własne miejsce w świecie. Bo podróże są magiczne, nawet jeśli czasem potrzeba nam więcej niż podróży do miejsc.

Zdjęcia: Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA
Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA



Sześć miesięcy po powrocie z Sedony budzę się w innym świecie. Pandemia zagoniła nas (w najlepszym scenariuszu) do domów i zupełnie nie wiadomo, kiedy następnym razem uda się odwiedzić jakieś miejsce położone dalej niż najbliższy sklep spożywczy. Pisanie o podróżowaniu i szczęściu zaczyna być trochę nie na miejscu, jak głośny śmiech w szpitalach. Dni, tygodnie spędzone w czterech ścianach u jednych skutkują rozdrażnieniem, u innych poczuciem odrealnienia, rozkojarzeniem, smutkiem, „cabin fever”. Lęk snuje się po kątach, gotowy zarażać i paraliżować, rozgaszcza się w spiętym ciele. Jeśli medytujemy, praktykujemy jogę, zumbę, ćwiczymy, biegamy, tańczymy, uprawiamy power walking po okolicy, robimy cokolwiek z naszym ciałem i umysłem, jest łatwiej.

„Jeśli nie możesz wyjść na zewnątrz, wejdź do wewnątrz” głosi mój ulubiony mem pandemii, krążący po sieci w różnych odsłonach graficznych. Zmuszeni do pozostania na dłużej ze sobą, z najbliższymi, z własnymi emocjami, myślami, energią, zaczynamy albo od siebie uciekać, albo przyglądać się sobie i najbliższemu otoczeniu na nowo. Wracać do siebie, do domu. Dla jednych będzie to medytacja, dla innych czytanie długo odkładanych na później książek, oglądanie filmów, notatek, fotografii, wspomnień z podróży. Może to być pisanie, malowanie, kreatywna zabawa z dzieckiem, głębsza rozmowa z domownikiem, gra na instrumencie, modlitwa.

„Jeśli chcesz być szczęśliwa/y, musisz mieć w sobie gotowość do kwestionowania własnych myśli”. W tym gotowość do niepoddawania się narracjom, w których stajemy się ofiarami sytuacji. Nigdy tak naprawdę nie byliśmy jej panami. Mamy teraz okazję odkryć naszą współzależność, doświadczyć wdzięczności za wszystko, co było nam dane, a nie widzieliśmy tego, dopóki nie zniknęło nam z oczu. Wdzięczności za to, co jeszcze mamy; za wszystko i wszystkich, których wcześniej być może nie docenialiśmy. Być może właśnie tak zmieniamy się na lepsze, odkrywamy nowe możliwości bycia w świecie i możliwość innego porządku. Mamy taką szansę. A jeśli kiedyś znaleźliśmy już piękno i szczęście na zewnątrz siebie, ono musi być też w nas. Wierzę, że można dostrzec je w sobie i wokół siebie teraz, nawet teraz, w tym momencie.

Zdjęcia: Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA
Sedona, Arizona, Red Rock State Park, USA





Historia Sedony sięga 10,000 lat wstecz, kiedy to w tutejszych jaskiniach żyli m.in. Indianie Hopi, którzy uprawiali na tych terenach kukurydzę i fasolę. Potem zamieszkiwali tu Sinagua, Anasazi i Hohokam. Przez długi czas Indianie uznawali tereny wokół Sedony za święte i odprawiali tu specjalne ceremonie.

Pierwsi Europejczycy przybyli do Sedony w 1583 r.; hiszpańska ekspedycja poszukiwała indiańskich kopalni. W XIX w. była tu jedynie mała farmerska osada i rancho. Oficjalnie miasteczko powstało w 1902 r. i otrzymało swoje dźwięczne imię po Sedonie Miller Schnebly, żonie pierwszego tutejszego poczmistrza. W latach 50. i 60. ubiegłego wieku zagrało w kilku hollywoodzkich produkcjach.

Sedona, usadowiona pośrodku arizońskiej pustyni, rozciąga się na wysokości 4,500 stóp n.p.m., co sprawia, że zimy są na tych terenach łagodne. Praktycznie wszystkie dni są tu słoneczne.

Poza Bell Rock i Cathedral Rock, warto w Sedonie i jej okolicach zobaczyć nowoczesną architektonicznie Chapel of the Holy Cross, ulokowaną malowniczo pośród czerwonych skał Red Rock State Park, Devil’s Bridge Trail i Oak Creek Canyon.

Więcej zdjęć z Sedony można znaleźć na moim blogu.

Zdjęcia

USA / Arizona / Sedona / Red Rock State ParkUSA / Arizona / Sedona / Red Rock State ParkUSA / Arizona / Sedona / Red Rock State ParkUSA / Arizona / USA / Bell RockUSA / Arizona / Sedona / Red Rock State Park

Dodane komentarze

basiaa dołączył
23.06.2009

basiaa 2020-05-24 07:27:17

Wspaniały tekst, piękne zdjęcia. Byłam w okolicy, nie dotarłam do Sedony. Jest tam tyle fascynujących miejsc. Zakochałam się w Stanach. Dzięki Tobie znów powędrowałam tam w wyobraźni. I jakoś tak mi się żyć zachciało. Dziękuję. Pisz więcej :)

basiaa dołączył
23.06.2009

basiaa 2020-05-24 07:25:27

Wspaniały tekst, piękne zdjęcia. Byłam w okolicy, nie dotarłam do Sedony. Jest tam tyle fascynujących miejsc. Zakochałam się w Stanach. Dzięki Tobie znów powędrowałam tam w wyobraźni. I jakoś tak mi się żyć zachciało. Dziękuję. Pisz wiece. :)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl