Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Wyspa Świętego Jana. Raj nieutracony > USA, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH


LidiaR LidiaR Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH / USA / Wyspa Świętego Jana / PortUS Virgin Islands National Park to jeden z najintensywniej zielonych amerykańskich parków narodowych. Głęboka zieleń lasów deszczowych ma tu kolorystyczną ramę w postaci białego piasku plaży i turkusowej wody Morza Karaibskiego. Pocztówki z Wyspy Świętego Jana, której większą część zajmuje ten park narodowy, przypominają krajobrazy z rajskiej wyspy. Wyspa nie jest jednak bezludna, a raj niekoniecznie jest rajem religii konsumpcji.

Zdjęcia: Wyspa Świętego Jana, USA, Port, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH
Wyspa Świętego Jana, USA, Port, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH



Exploration is not so much a matter of covering the ground as of digging beneath the surface: chance fragments of landscape, momentary snatches of life, reflections caught on the wing-
such are the things that alone make it possible for us to understand and interpret horizons which would otherwise have nothing to offer us.
― Claude Lévi-Strauss


Karaibskie Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych to dowód na to, że rzeczywiście istnieją na Ziemi miejsca dziewicze, niezniszczone przez człowieka i że zarówno ludzie, jak i przyroda podnoszą się z największych katastrof, ale jest to powolny proces. Dewastacja spowodowana na wyspach jesienią 2017 roku przez dwa wielkie huragany Maria i Irma wciąż jest tu widoczna. Prześwituje spod świeżo położonej farby, wygląda z pustki pomiędzy zbyt rzadko rozstawionymi palmami na wybrzeżu, chowa się za zalepionymi taśmą szybami opustoszałych, podupadłych budynków. Przemyka po twarzach przechodniów. O ile odbudowa miast, domów, ośrodków, infrastruktur to kwestia miesięcy i lat, o tyle natura liczy swoje straty i naprawy w dekadach i stuleciach. Podźwignięcie się z zapaści spowodowanej przez klęski żywiołowe czy ekologiczne zaniedbania jest jednak możliwe. O ile dojdziemy do wniosku, że coś trzeba naprawić. Póki co, wciąż irytuje nas pandemia, susza, tornado i inne efekty klimatycznej katastrofy (której jeszcze nie ośmielamy się nazywać katastrofą, w pełni usatysfakcjonowani tym, że robi to za nas Greta Thunberg, i która to katastrofa jako taka wciąż pozostaje dla nas przez większość czasu niewidzialna), czyli topnienie lodowców, zanikanie bioróżnorodności, pogodowe anomalie, ale nie widzimy związku z własną rabunkową gospodarką, swoim codziennym życiem oraz wyborami zakupowymi. Zupełnie jak w historii z dwoma psami – machającym ogonem i wściekle warczącym. Oba, jeden po drugim, odwiedzają to samo pomieszczenie za zamkniętymi drzwiami. Jeden wybiega z niego jak oparzony, z podkulonym ogonem, a drugi – w podskokach, machając ogonem, w nastroju do zabawy. Teraz do pomieszczenia wejść ma kobieta (ta sama, dodajmy dla logiki, która otwierała każdemu z psów drzwi). Myśli sobie „Mam nadzieję, że zobaczę tam to, co ten drugi pies...”. Wchodzi do środka i widzi ogromne lustro.

Świat jest naszym lustrem, czy tego chcemy, czy nie, i można się obrażać na tę narrację albo jej „nie kupować”, ale otrzymujemy dokładnie to, co dajemy. Czasem w przedziwnym zwielokrotnieniu lub w perspektywie krzywego zwierciadła, ale to też jest po coś. Choć wydaje nam się, że pewne rzeczy mamy w posiadaniu, np. nasze ciało, zdrowie, życie czy naszą planetę, tak naprawdę wszystko, tak jak nasze imię, rodzina czy miejsce na Ziemi, zostało nam podarowane tylko na pewien czas. Może dane pod opiekę. Ciekawe, co dobrego uda nam się z tym podarunkiem zrobić? Kto wierzy, że uda nam się zrobić tu coś wartego tego podarunku?

Widzenie perfyferyjne: na rogu przy restauracji zauważam odpadający ze ścian tynk i grupkę malowniczo obszarpanych, zamroczonych narkotykami mieszkańców raju z najniższego szczebla anielskiej drabiny. Z naszej miejscówki w stolicy US Virgin Islands Charlotte Amalie na Wyspie Świętego Tomasza nie da się do zatoki, z której odchodzi prom na Wyspę Świętego Jana, po prostu przejść. Trzeba wziąć taksówkę. Jak do wielu miejsc na wyspie. I nie ma tu opcji UBER ani Lyft. Początkowo myślimy jeszcze o wynajęciu samochodu, ale po pierwszej przypominającej rollercoaster przejażdżce z lotniska do B&B, w którym się zatrzymaliśmy, w górę i w dół po pionowych ścianach zalanych południowym swiatłem, ale jakoś mrocznych, opustoszałych ulic, na których nie chcielibyśmy znaleźć się nawet w południe, a co dopiero wieczorem, żegnamy ten pomysł na zawsze. A w dodatku jeździ się tam, nie wiedzieć czemu, lewą stroną jezdni! Taksówki to jeden z głównych biznesów na Wyspach Dziewiczych, a rozmowy z tutejszymi taksówkarzami bywają ciekawe, ale prawie zawsze kryją jakieś półcienie: powikłanych życiorysów, podejrzanych charakterów, splątanych intencji kryjących się za doborem słów czy wyborem trasy... W tej taksówce jest stosunkowo jasno, przestrzennie i przyjaźnie. Taksówkarz nie rozmawia. Na jednym z górskich zakrętów dołaczają do nas tylko dwaj chińscy pasażerowie o wyglądzie wspinaczy. A potem jakaś rodzina z pensjonatu po drodze i w drodze do parku wodnego – bo taksówki dopycha się tu tak ciasno, jak to tylko możliwe. Dyskutowanie o tym w taksówce pełnej pasażerów nie należy do dobrego tonu, więc tak jak pozostali, w milczeniu kontemplujemy krajobraz za oknem.

Zdjęcia: Wyspa Świętego Jana, USA, U brzegu, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH
Wyspa Świętego Jana, USA, U brzegu, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH



Podróż do przystani, z której odpłyniemy na Wyspę Świętego Jana, zajmuje około godziny po wyboistych drogach na krawędzi przepaści, pośród skał, bujnej zieleni i coraz bardziej ubogich zabudowań i zdziczałych pól upraw. Udajemy, że przepaści to nic takiego i oddajemy naszą wiarę w umiejętności taksówkarza oraz całą resztę zawartości taksówki pod opiekę Opatrzności. Przystań witamy z ulgą. Przypomina dworzec autobusowy w średniej wielkości mieście wojewódzkim w Polsce. Architekturą, niemożliwym do opisania wystrojem, zaopatrzeniem dwóch kiosków oraz nieamerykańską manierą obsługi klienta. Potencjalni pasażerowie ustawiają się w kolejkę na godzinę przed odpłynięciem promu. Dołączamy posłusznie, by za pół godziny przekonać się, że kolejka była jednak do promu na inną wyspę. Czas w obu kolejkach pozwala nam przestudiować wszystkie dostępne w okolicy darmowe mapy Wyspy Świętego Jana i wykreślić parę nierealnych tras naszych legendarnych wspinaczek. Umundurowani na biało pracownicy przeprawy, kręcący się przy linach oddzielających nas od decku, przypominają postaci z filmów z lat 40. Postawni, o szlachetnie pobrużdżonych twarzach, milczący, powolni i całkowicie „w sobie”. W skupieniu, bez amerykańskiego ekstrawertyzmu, wielkimi czarnymi dłońmi odpinają w swoim tempie linę odgradzającą od pokładu i przedzierają delikatnie wyciągane nam z rąk bilety. Kolejka jest pełna kolorów i obcych języków czy akcentów. Z jakiegoś powodu sporo w niej turystów niemieckich, są Francuzi (bądź Kanadyjczycy), ale także kilka barwnych karaibskich postaci, koniecznie z dredami. Kolorowy tłumek wlewa się na pokład i wszyscy, którzy dotąd mieli jeszcze głowy nieosłonięte, jak na komendę wyciągają kapelusze. Czuję zabawną dumę, jakbyśmy oboje z mężem okazali się teraz prawdziwymi podróżnikami – oba nasze kapelusze mają sznurki! Zawiązane pod brodą, powstrzymają nas od podróży z niewygodnie uniesionymi rękami, bo na promie wieje tak, że nie będzie wymiany zdań na temat krajobrazu i wszyscy trzymają się za kapelusze. Zanim prom ruszy, spędzimy trochę czasu na obserwacji wielkiego czerwonego promu do przeprawy samochodowej, który zablokował nam wypłynięcie z zatoki. Kontrast głębokiej czerwieni i lśniąceg turkusu hipnotyzuje. Alternatywą jest przyglądanie się surferowi, który w oddali, pod palmami, wykręca samotne piruety na elektronicznie sterowanej desce surfingowej. Wyspy w tle wyglądają nierzeczywiście zielono i pięknie. Szarpnięcie w przód i prom pruje po falach prosto do raju.

Zdjęcia: Wyspa Świętego Jana, USA, Park Narodowy Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH
Wyspa Świętego Jana, USA, Park Narodowy Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH



Perła Karaibów, jak nazywają niektórzy Wyspę Świętego Jana, wita nas kolorową południową architekturą, żaglówkami (w tym – nomen omen – z piracką flagą), palmami i straganami z piramidą tropikalnych owoców oraz malunkami w duchu późnego prymitywizmu Picassa na wielkich połówkach czegoś - nie kokosa, jak informują etykietki i nie strusich jaj. Artystka tłumaczy cierpliwie, że owszem, jest to sztuka tradycyjna. Rysunki są wypalane w skorupie, a potem dodaje się kolor. Ale motywy to już jej własne wybory. Oczywiście, są na skorupach żółwie, żaby, jaszczurki, iguany, pelikany… barwna wyspiarska fauna, leśna i wodna meneżeria... ale w jej własnym ujęciu. To tak tytułem wstępu do corocznego festiwalu folkowego, na który akurat mamy szczęście trafić, a który odbywa się parę przecznic dalej, na polanie u wrót do Parku Narodowego. Właścicielka uroczego pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy („At Home in the Tropics”), wspomniała o festiwalu w jednej z naszych pogawędek przy śniadaniu z widokiem na ocean, w samą porę.

Rezolutni ciemnoskórzy uczniowie w kolorowych mundurkach rozglądają się z zaciekawieniem po namiotach. Dziewczynki z ciasno posplatanymi warkoczykami biegają w parach pomiędzy stoiskami z rękodziełem. Karaibskie tancerki tańczą do drżących dźwięków karaibskich bębnów. Nie stanowią ideału piękna w kanonanch Europy ani nawet Ameryki. Mają bardzo ciemną, oleistą skórę i są porządnie „przy kości”, ale „noszą się” z wielką gracją i szlachetnością osób świadomych swojego ciała i miejsca. Wykonują kilka nieskomplikowanych, ale egzotycznych i w jakimś sensie bardzo naturalnych i pięknych choreografii. Na pewno uszyły w domu swoje kostiumy. Na fotografów pod sceną spoglądają nieufnie. Nie są tu po to, żeby narcystycznie błyszczeć, ale by zatańczyć dla nas tradycyjny, być może rytualny, taniec. By podzielić się swoją kulturą. „We Sharing Plenty” – ten dla mnie brzmiący niegramatycznie zwrot to tytuł tegorocznego festiwalu, czyli „My-Dzielenie Się-Obfitość”.

Ze względu na niepowtarzalny krajobraz, uznawany za jeden z najpiękniejszych na tej części półkuli, park objęty jest szczególną ochroną. Turyści nie mogą zbaczać z wyznaczonych szlaków i muszą przestrzegać regulaminu. Niestety, jak dowiadujemy się w Centrum Informacyjnym Parku, to oznacza poruszanie się po parku w dużej mierze... taksówką! Drogi szlaków są strome, przejezdne, asfaltowe, nie mają chodników i przewodniczka stanowczo odradza nam samodzielną wspinaczkę. Na miejsce na szlaku, skąd będziemy mogli podejść do punktu widokowego, dotrzeć można stąd wyłącznie taksówką. Pomysł wydaje nam się tak absurdalny, że po prostu udajemy się do wejścia na jeden z oznakowanych na mapie szlaków. Przewodniczka wspomniała, że owszem, jest tu też szlak krótszy, trochę ponad godzinę, i nie biegnie przez drogę tylko las deszczowy, na wzgórze z punktem widokowym, a potem schodzi na plażę Miodowego Miesiąca. Tak trafiamy do deszczowego lasu.

Bujna, aksamitna i kolczasta przyroda tropikalna Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych to ich legenda i główny powód, dla którego warto je odwiedzić, choć mnie osobiście ujęły też bardzo autentyczny i nieturystyczny klimat rolniczych i rybackich wiosek w rejonach poza portami i centrami handlowymi dla statków wycieczkowych i serdeczność co niektórych mieszkańców. Nie ma tu zatłoczonych kurortów i prywatnych plaż. Obiekty handlowe mają lokalną albo stylizowaną na lokalną architekturę. Od ostatniego huraganu bloki sieciowych hoteli jeszcze się nie podniosły – i wygląda na to, że wcale nie zamierzają się odbudować, bo prawdopodobnie znają już prognozy klimatyczne dla tego regionu. Niektóre lokalne pensjonaty wciąż wyglądają z zewnątrz tak, jakby kataklizm wydarzył się przedwczoraj, co nie przeszkadza właścicielom otwierać biznesu, a turystom wynajmować pokoi. Ale przyroda, choć lasy, zwłaszcza te przy plażach, są przerzedzone, nie wygląda na pokonaną – podczas naszych wspinaczek napotykamy nie tylko całą gamę odmian kaktusów i palm, ale i kolorowe kwiaty o słodkich zapachach, drzewa mangrowe, agawy, akacje... Ze zdumieniem dostrzegam domowe doniczkowe miniaturki rozsiadłe w plenerze i przerastające nas o głowę. Tę różnorodność flory USVI zawdzięczają rozmaitym strefom klimatycznym i środowiskom. Pierwotnie większość powierzchni wysp pokrywały deszczowe tropikalne lasy. Gdy pod koniec XIX w. zanikły plantacje pootwierane przez europejskich osadników (w tym przypadku Duńczyków z Duńskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej, którzy sprzedali południową część Wysp Karaibskich w 1917 r. Stanom Zjednoczonym), lasy i ich ekosystemy zaczęły się odradzać. W 1956 dwie trzecie Wyspy Świętego Jana podarował w donacji rządowi Stanów Zjednoczonych Laurence Rockefeller. Tereny Wyspy Świętego Jana i fragment Wyspy Świętego Tomasza objęto ochroną i utworzono na nich Park Narodowy Wysp Dziewiczych – jeden z 58 parków narodowych na terenie Stanów Zjednoczonych.

Zdjęcia: Wyspa Świętego Jana, Karaiby, Widok ze szlaku w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH
Wyspa Świętego Jana, Karaiby, Widok ze szlaku w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH



Plaże na Wyspie Świętego Jana często uznawane są za najpiękniejsze na świecie. Do najpopularniejszych należą Trunk Bay, Hawksnest Bay oraz Cinnamon Bay. Ocean tutaj to wszystkie odcienie błękitu i turkusu, a piasek jest jasny i łagodny dla stóp. Pod ochroną jest okalająca wyspę rafa koralowa, przyciągająca na wyspę pasjonatów nurkowania oraz morskiej fauny. Warto przeznaczyć na wizytę na tej pięknej wyspie więcej niż jeden dzień, ale nam musi wystarczyć to, co mamy. Jakość przebija ilość – widoki na szlaku i przez lata znana tylko mieszkańcom plaża Honeymoon wynagradzają nam jakiekolwiek dotychczasowe niewygody i poświęcenia. Nie jest to jednak wymuskany raj z kolorowych luksusowych magazynów i fotografii z mnóstwem filtrów; ma o wiele więcej naturalnego uroku. I jest bezpłatny.

„Love City” (Miasto Miłości) to drugie imię zielonej wyspy. Jej magnetyzm przyciąga tu najrozmaitsze „wolne duchy”, artystów i ekologów. Nawet biznes turystyczny nie jest tu zwykłym turyzmem – to „ekoturyzm”, z wykształconymi przewodnikami, którzy podczas wspinaczek, wypraw kajakowych czy imprez dla spragnionych przygód pod wodą opowiadają o ochronie natury i zamieszkujących okolicę chronionych gatunkach. Podczas wspinaczek napotkać można wędrujące przez wyspę stada dzikich osiołków. Wyprawy kajakowe i nurkowanie obiecują towarzystwo żółwi morskich. Nawet zakupy nie są tu zwykłymi zakupami – w miejscach takich, jak Mongoose Junction, architektonicznie bardzo zgrabnie wtopionych w krajobraz i koloryt wyspy, znajdziecie więcej stylowych karaibskich jadłodajni i galerii z oryginalną „hand made” sztuką lokalnych artystów niż na wszystkich razem pozostałych wyspach. Niezbyt dobrze świadczy o nich ciekawostka z naszej obserwacji: w hipsterskim minicentrum handlowym nie napotkaliśmy ani jednego czarnoskórego mieszkańca wyspy. Wszyscy klienci i pracownicy byli biali. Nigdzie indziej na świecie nie widziałam też galerii sztuki z ekskluzywnie zaopatrzonym barem biegnącym przez jedną ze ścian. Alkohol na pewno pomaga zrelaksować portfel. Niektórym może też ułatwić odbiór co bardziej ambitnych dzieł?

Zdjęcia: Wyspa Świętego Jana, Karaiby, Plaża Honeymoon, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH
Wyspa Świętego Jana, Karaiby, Plaża Honeymoon, WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH



Raju nie opuszcza się łatwo. O błękitnej godzinie włóczymy się po plaży zatoki w melancholijnym zaprzeczeniu faktu, że najprawdopodobniej już nigdy tutaj nie wrócimy. Czekamy na prom, zapadnięci w wieczne „teraz” ciała, dużo bardziej obecnego po tylu kilometrach wędrówek, wysmaganego tropikalnym słońcem, wiatrem i wykąpanego w najcieplejszej wodzie, w jakiej zdarzyło mi się pływać. Zrelaksowanego, wolnego od zbędnych myśli. Nad wodą obejmujące się pary. Przycupnięty na krawężniku chudy ciemnoskóry starzec o wyglądzie indyjskiego ascety wyplata z liści palmowych koszyki i krzyżyki. Prawda, zbliża się Wielkanoc (i jeszcze nie wiemy o tym, że w tym roku będzie tak zupełnie inna niż wszystkie). Starzec wyplata też z liści okazałe palmowe ptaki. I troche mniejsze, o tym samym kształcie.

Mówi, że to feniksy. Legendarne ptaki, które odradzają się z popiołów.



Oryginalna kultura na Wyspie Świętego Jana, podobnie jak w wielu innych regionach Stanów Zjednoczonym, nie przeżyła kolonizacji. Wybrzeża wyspy zamieszkiwali niegdyś Indianie Taino, niewielkie rolnicze plemię znane ze swej ceramiki. Wraz z przybyciem osadników z Europy z ich plantacjami trzciny cukrowej i bawełny, oryginalna ludność wyginęła, a na wyspę trafili niewolnicy z Afryki, których wolta w 1733 r. pozwoliła im przejąć rządy na sześć miesięcy. Powstanie stłumili francuscy żołnierze. Wyzwolenie niewolników w 1848 r. zmniejszyło znacznie populację na wyspie i ograniczyło biznes plantacyjny. Na początku XX wieku głównymi źródłami dochodu stały się hodowla bydła i produkcja rumu. W latach 30. XX wieku Wyspa Świętego Jana pojawiła się w doniesieniach podróżniczych jako karaibski raj, co zapoczątkowało turyzm w regionie.

Strona Parku Narodowego Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych:
https://www.nps.gov/viis/index.htm

Więcej zdjęć z wyprawy wkrótce na moim blogu.

Zdjęcia

WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH / USA / Wyspa Świętego Jana / PortWYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH / USA / Wyspa Świętego Jana / U brzeguWYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH / USA / Wyspa Świętego Jana / Park Narodowy Wysp Dziewiczych Stanów ZjednoczonychWYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH / Karaiby / Wyspa Świętego Jana / Widok ze szlaku w Parku Narodowym Wysp Dziewiczych Stanów ZjednoczonychWYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH / Karaiby / Wyspa Świętego Jana / Plaża Honeymoon

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl