Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Charlotte Amalie. Smutek i melancholia tropików > WYSPY DZIEWICZE STANÓW ZJEDNOCZONYCH, USA


LidiaR LidiaR Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie USA / Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych / Charlotte Amalie / PortWyspa Świętego Tomasza jest górzysta, ze stromymi, urwistymi zboczami, po których pną się w górę kolorowo zabudowane uliczki. Roślinność jest tu bujna i zróżnicowana, klimat tropikalny. Charlotte Amalie, stolica Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, największe miasto wyspy i największy port na Karaibach, do niedawna przyjmowała rocznie ponad milion statków wycieczkowych, a tygodniowo do jej portu zawijały setki żaglowców, promów i jachtów. Dawne miasto piratów w drugiej połowie XX wieku stało się rajem zakupoholików i plażowiczów. Pod turystyczną powierzchnią pulsuje jednak zupełnie inne życie.

„Smutek tropików” – ten tytuł odsłania dla mnie jakąś prawdę o tej części świata. I nawet jeśli nie potrafię jej nazwać, myślę że nie zmieniła się bardzo od czasu, kiedy Levi-Strauss rozbłysł jako gwiazda strukturalizmu swoim antropologiczno-filozoficznym memoirem z podróży, która zaczyna się w pobliskim Puerto Rico, choć sam świat zmienił się i to bardzo. Melodia słów „smutek tropików”, zarówno po francusku, jak i po polsku, ma w sobie coś z kaskadowej rytmiki karaibskiego bębna, który jest oryginalnym instrumentem. Odzywa się gardłowo i w rozbiciu na mniejsze dźwięki, jakby kiść kulek palmowych owoców toczyła się po srebrzystym owalu. Przywołuje w pamięci stukot deszczu o chodniki; lekkiego, nagłego tropikalnego deszczu, rozlewającego w gorącym powietrzu melancholię. Rozpryskującego tęsknotę za białym lśniącym piaskiem zatoki z jej deszczową bujną roślinnością. Za turkusem wody, w której mienią się koralowce i migają pasiaste rybki.

Zdjęcia: Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Port, USA
Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Port, USA



Czytam fragmenty „Smutku tropików” po powrocie z Karaibów. W pierwsze długie pandemiczne wieczory. Po angielsku, akapit po akapicie, dużymi kęsami. Język płynie. Długie, zawikłane zdania podpływają falami. Zanurzam się z przyjemnością. Ale pływanie w tym akwenie wyczerpuje umysłowe mięśnie i praktycznie co akapit muszę zatrzymać się i zaczerpnąć powietrza, niepewna, czy wciąż jeszcze mam pod sobą dno, oparcie fotela i ceramiczny kubek z kawą, uspokajający świat smartfona...

***

Po czterech dniach na wyspie budzę się niebywale przytomna, zupełnie jakby opadły ze mnie łuski długiego zimowego snu. Jakby poczucie oddzielenia zniknęło z kolejnym wschodem słońca. Choć pewnie mur kruszał powoli z kolejnymi podmuchami tropikalnego wiatru na białym balkonie, z falami deszczu i jaskrawych, mocnych, prześwietlonych słońcem kolorów na ulicach, z kołysaniem wysokich palm przypominających wyschnięte kwiaty na długich łodygach, z każdym upalnym dniem. Przyjechaliśmy tu odpocząć od kłopotów, które naznaczyły nową dyscypliną jesień i większość zimy. Odetchnąć od zawiei śnieżnych w Nowej Anglii, korków na autostradzie i transportu publicznego. Może jednak także po coś zupełnie innego? Pierwszego wieczoru w Charlotte Amalie zaskoczyła nas gwałtowna burza i huraganowy wiatr, z masą deszczu i szarych chmur kotłujących się nad wodą, a następnego dnia kolejna – i ogromna tęcza. Po drugiej stronie tęczy, czyli tu, gdzie się właśnie znaleźliśmy, problemy topnieją i parują w gorącym i słodkim od kwiatów powietrzu. I znikają gdzieś w wielkim błękicie nieba nad wyspą.

Zdjęcia: Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Frenchtown Marina, USA
Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Frenchtown Marina, USA



Woda w zatoce portowej stolicy na Wyspie Świętego Tomasza jest żywa, połyskliwa, mięsista. Przypomina oleistą granatową rybę. Schody osypują się białym jak kreda tynkiem i wypełniają kojącym mchem i trawą w bruzdach i pęknięciach. Schodzimy do tarasu z ogrodami Pierwszej Damy, jak informuje tablica z listą poprzednich Dam. Żelazna brama ma drzwi uchylone dniem i nocą, ale w środku niewielkich ogrodów nigdy nie ma nikogo, tylko precyzyjnie rozstawione światła, obtłuczone rzeźby, fontanna i rosnące wszędzie, dziko pnące się rośliny. Energia elementów wokół przypływa falami do zmysłów i cumuje gdzieś w zatoce ciała. Niemożliwe do opisania otwarcie sprawia, że czuję się jak studnia, do której wpadnie wszystko, na co popatrzę dłużej, pozwalając wrażeniu wniknąć do wnętrza. Kiedy w ten sposób patrzę, wszystko ma swój niepowtarzalny charakter, prawdę. Głos i ton. Żyje wraz ze mną, kiedy zaczynam żyć bliżej ciała, uczuć, gdy ożywam.

Budynki szukają schronienia od słońca, oplatają je zielone pędy, wynurzające się z uskoków, zakamarków, szczelin, szczerb. Tynk osypuje się, farba łuszczy płatami. Wszechobecne linie elektryfikacyjne tną błękitne niebo na małe kawałki. Uświadamiam sobie, że pewnego dnia wszystkie te, nawet najwyższe schody i budynki były zalane wodą. Huraganowe fale wymieszały je ze sobą, wyjęły ze znanych kontekstów, porwały na strzępy. Ale nie białe baraki naszego „Bed & Breakfast” – ta solidna duńska konstrukcja, jak z dumą mówi współwłaściciel Mark, wyszła z kataklizmu bez szwanku. Kolonialna duńska architektura, sygnatura Wyspy Świętego Tomasza.

***

Przylecieliśmy do Charlotte Amalie na dzień przed Środą Popielcową. W czas tzw. budzenia sumień. Od powrotu z Karaibów (prosto w czas pandemii) nie umiem myśleć o sumieniu inaczej niż o funkcji, która u większości z nas jest w kompletnej atrofii, ale nie wypada głośno tego powiedzieć. Wystarczy jednak się rozejrzeć, by zobaczyć, jak dbamy o dobro wszystkich i wszystkiego wokół. Papież Franciszek w encyklice zwanej ekologiczną (nie wiedzieć czemu „ekologiczną” jest w większości katolickich źródeł pisane w cudzysłowie, jakby była ona ekologiczna tylko w cudzysłowie, a nie naprawdę) cytuje swojego świętego imiennika: «Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę naszą, matkę ziemię, która nas żywi i chowa, wydaje różne owoce z barwnymi kwiatami i trawami». W karaibskim raju, w otoczeniu barwnych kwiatów, traw i owoców, słowa te wybrzmiewają po franciszkańsku radośnie, ale już chwilę dalej, w pierwszych zdaniach encykliki, ziemia „protestuje z powodu zła, jakie jej wyrządzamy nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem i rabunkową eksploatacją dóbr”. Encyklika jest długa i detaliczna w opisie powodów, dla których Ziemia cierpi już na długo przed 2016 rokiem. Tymczasem mamy rok 2020, środek pandemii, która wg WHO, UN i innych autorytetów jest tylko początkiem łańcucha kolejnych, wywoływanych przez nas samych i nasz sposób bycia w świecie natury, a większość z nas wciąż nie może doczekać się pełnego powrotu czasów sprzed pandemii – z ich masowym przyspieszeniem, masowym egoizmem, masową konsumpcją, beztroską, masowym turyzmem i uprzątniętymi pod dywan problemami. Tak, jakby powrót do tego świata naprawdę był możliwy.

„Problemy te są ściśle związane z kulturą odrzucenia, która dotyka zarówno ludzi wykluczonych, jak i przedmiotów, które szybko stają się śmieciami”, czytamy dalej u papieża, zanim przejdzie on do klimatu, cyklu węglowego, niedostatku wody, fali uchodźców klimatycznych, zaburzeń różnorodności biologicznej, niesprawiedliwości społecznej i jeśli ktoś miałby ochotę na szybką kompleksową edukację ekologiczną i dobrą podstawę do aktywizmu, cytowany dokument naprawdę można potraktować jako kompendium. Chwilami czuję się też tak, jakbym czytała Baumana. W polskim serwisie katolickim encyklika ma mniej niż 100 polubień i 3 komentarze, z których jeden zaczyna się od słów: „Trochę dziwi temat encykliki o wpływie człowieka na efekt cieplarniany i że Papież w to wierzy i popiera tę tezę. Osobiście nie zgadzam się z tym że człowiek ma jakikolwiek wpływ na ocieplenie klimatu (...) Oby mniej takich encyklik”. „Może to nie jest popularny w Polsce serwis?”, mówi mój mąż usprawiedliwiającym tonem.

Nie wiem, czy kościoły na Wyspach Dziewiczych (w większości protestanckie, ewangelickie) wierzą w to, co papież Franciszek i popierają tezę, ale z pewnością miały okazję doświadczyć efektów zmian klimatycznych. Wymieniane w przewodnikach najstarszy luterański kościół z prowadzącą doń aleją palmową i kanarkowo żółta katolicka katedra Św. Piotra i Pawła (z różnokolorowymi świętymi, reprezentującymi cały zbiór ras i nacji modlących w tym kościele) w centrum miasta wyglądają dobrze, ale już budynek parafialny z zewnątrz przypomina slumsy, a „Catholic Charities” po drugiej stronie wąskiej ulicy z katedrą jest w kompletnej ruinie i straszy powyrywanymi fragmentami balkonu, odpadającymi okiennicami, sinym brudem. Nie lepiej mają się okolice wymienianej w przewodnikach zabytkowej synagogi. Wiele dzielnic stolicy przypomina o niedawnym kataklizmie i są rejony, które przypominają raj utracony bezpowrotnie. Zniszczenia spowodowane przez dwa ogromne huragany Irma i Maria jesienią 2017 roku (wcześniej w XX wieku odwiedziło te rejony 11 innych huraganów, ale dwa ostatnie były najsilniejsze) są duże i choć wyspa jest w odbudowie, to wielu ludzi na zawsze straciło dach nad głową i dobytek życia. Czasem zapuszczamy się w naszych wędrówkach po Charlotte Amalie w rejony całych wymarłych i zabitych deskami ulic. Czasem na rogu jednej z nich, w progu, na schodach, siedzi chuda ciemnoskóra postać, czasem przemkną wszechobecne na wyspach kury i koguty, czasem ciemnoskóre dzieci goniące się z psem. Jeśli tylko zejdziemy z głównych arterii, staje się oczywiste, że wielu ludzi w tym raju statków wycieczkowych żyje naprawdę biednie, a jednocześnie ceny wszędzie „obliczone są” na bogatego pasażera owych statków, a koszt życia porównywalny jest podobno z kosztami życia w Bostonie.

Czuję, że już sam spacer w otoczeniu tego krajobrazu po bitwie z żywiołami, w poszukiwaniu kościoła, w którym ksiądz posypie nam dziś głowy popiołem, jest jak pokuta za przywilej posiadania białej skóry i nawet jeśli wymagającej, to przecież dobrej pracy, wyższego wykształcenia, mieszkania w małym, w 90 proc. „białym” amerykańskim miasteczku blisko czy w obrębie metropolii, możliwości wyjazdu na kilkudniowe wakacje na Karaiby. Przywilej, który w obliczu tego krajobrazu staje się wręcz luksusem i niesie się go przez pnące się po wzgórzach, zapomniane przez Boga i ludzi ulice Charlotte Amalie jak ciężar w sercu. Przy ewangelickim kościele na końcu jednej z wyższych uliczek jest szkoła, przez uchylone okna słychać śmiechy i gwar dzieci. To życie brzmi radośnie, jak kontrapunkt dla moich pątniczych rozmyślań. W pustym kościele podchodzi do nas jowialny czarnoskóry ksiądz, odgaduje naszą intencję. „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, mruczy, rysując nam na czołach oleisty czarny znak. „Zapominamy, że my sami jesteśmy z prochu ziemi (por. Rdz 2, 7). Nasze własne ciało zbudowane jest z pierwiastków naszej planety, jej powietrze pozwala nam oddychać, a jej woda ożywia nas i odnawia”, pisze papież Franciszek w swojej „ekologicznej” encyklice.

Kilka chwil później rozmawiam z księdzem o życiu na wyspie. „Szkoda, że nie przyszliście wczoraj” – mówi – „Mieliśmy tu ucztę po mszy. Naleśniki!”. Ostatnie słowo wypowiada z namaszczeniem. Naleśniki musiały być ważne. Po nich następuje pytanie, czy odwiedziliśmy już Magens Bay (najsłynniejsza plaża w zatoce na Wyspie Świętego Tomasza, po drugiej stronie wyspy), a po nim kolejna historia o jedzeniu. Karaibski ksiądz z kreolskim akcentem opowiada o dorocznym festiwalu na plaży, też niedługo przed postem. Otóż zaczyna się on od tego, że każdy uczestnik dostaje po jabłku. Potem przynoszą mu jeszcze gruszkę. Potem jest jeszcze jakiś owoc – i ksiądz jest już naprawdę podekscytowany tym budowaniem napięcia i bogactwem przystawek – a potem następuje obiad. Znowu naleśniki czy coś w tym stylu. I... uwaga, cupcake! Oczami duszy widzę tony marnującej się żywności w dużych, nie tylko amerykańskich miastach i niesamowitą radość karaibskich parafian, którzy raz w roku świętują wejście w okres postu otrzymanymi za darmo trzema owocami i prostym obiadem z ciastkiem na deser. Przy czym radość księdza, który mi o tym opowiada niczym o zapomnianym cudzie Jezusa, jest tak szczera, że nie mogę nie wyrazić podziwu wobec tej uczty. Myślę, że dostaję właśnie w prezencie nowy odcień słowa „pokora”.

Zdjęcia: Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Główna ulica w starej części stolicy, USA
Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Główna ulica w starej części stolicy, USA



Promy wycieczkowe mają w Charlotte Amalie, oprócz „złotych” ulic w centrum starszej części stolicy, ze sklepami wolnocłowymi, własne promowe miasteczko. Ogrodzone centrum handlowe z budkami, w których wszystko jest w nieskończoność powielone. Szklane kule i butelki ze statkami, czapki z daszkiem z palmami, kubki i skarpetki z piratami, tysiące muszelek posklejanych w przeróżnych kiczowatych kombinacjach, pseudosrebrna biżuteria z żółwiami i konikami morskimi, cukierki rumowe, kawa rumowa, i masa innych podobnych rzeczy, które wyrzuciłam już z pamięci. Niczym kwiat na pustyni, wyrasta tu stoisko z tureckimi witrażowymi lampami. Jest naprawdę w tym otoczeniu egzotyczne. W centrum promowej wioski są też liczne bary ze stołkami na powietrzu, kafejki, salony spa oraz ekskluzywna budka z najdroższymi chyba markowymi okularami przeciwsłonecznymi na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Pomiędzy barami i sklepami modnych marek odzieżowych biegają kury i koguty. Towarzyszą im pasażerowie promów. Promy wycieczkowe nie mają dobrej opinii wśród ekologów. Któregoś dnia obserwujemy z balkonu naszego „Bed & Breakfast” zacumowane w szmaragdowej zatoce żaglówki, trójmasztowiec i trzy dymiące promy-kolosy. „Z Europy!” – mówi z wyrzutem mój mąż. Obruszam się, że te amerykańskie pewnie tak samo dymią, ale w sumie nie mam pewności. Amerykańskie samochody już od dekad nie dymią prawie w ogóle, więc może z promami też sobie poradzili?

Nie odwiedzamy karaibskich restauracji. Nawet tych, których nazwa wyraźnie mnie woła, tak jak „Mango Tango” (które zresztą okazują się prowadzić Europejczycy). Nasze diety wymagają zbyt skomplikowanych dialogów z kelnerami. Obiady jemy więc z supermarketu. Jest tam w miarę czysto i stosunkowo niedrogo. Jest bar sałatkowy i woda kokosowa. Nie kupujemy też na targu przed czerwonym zabytkowym Fortem Christian tylko po to, by zrobić tam kilka zdjęć czarnoskórych sprzedawców, „tubylców”, może w kolorowych turbanach, może z kolorowymi pakunkami na głowie. Patrzę na ten targ z pewnej odległości i gdy zmrużę oczy, widzę swojskie rynki z warzywami, owocami i ubraniami, z Polski, i przypomina mi się, jak pracowałam jako studentka na stoisku pod niemiecką granicą, sprzedając z koleżankami ze stancji i studiów kryształy, szkło i jakieś gadżety na straganie. Dobrze poznałam wtedy właścicieli i pracowników innych stoisk. Najlepiej zapamiętałam parę, która któregoś dnia wygrała w totolotka sporą sumę, co mogło odmienić wreszcie ich życie, ale niedługo oboje wrócili na targowisko do swojej budki. Bo się przyzwyczaili, bo całe życie to robili, bo tu mieli swoich znajomych i przyjaciół. Bo do starej biedy wraca się jak do znajomego, ciepłego kąta. Nie chcę znowu jej oglądać. Ani „kolonizować” poprzez fotografie. Wiem, że to jeden z powodów, dla których mój mąż nigdy nie wybrałby się do Indii – jego zdaniem przyjeżdżanie tam z bogatego kraju, jakim jest Ameryka, po to, by znaleźć jakieś swoje fotograficzne, turystyczne czy – jeszcze gorzej – „duchowe” wrażenia i korzyści pośród ogólnej biedy, jaka tam panuje, jest trochę nie na miejscu. Oczywiście nie znaczy to, że wszystkie podróże w tamtą część świata nie mają sensu i swojej prawdy.

Centrum starej części Charlotte Amalie, czyli ulice wolnocłowych sezamów ukrytych za drewnianymi, zabitymi deskami bramami – pełne złota, pereł, alkoholu, drogich kamieni i szwajcarskich zegarków – otwarte dla pasażerów statków wycieczkowych – również nas nie pociągają. Przeprawiamy się przez nie jak najszybciej, starając się nie zwrócić uwagi zegarkowych, jubilerowych naganiaczy. Na szczęście nie wyglądamy na pasażerów. Nie wyglądamy na podróżników. Nawet na turystów chyba nie wyglądamy. Wydaje mi się, że w zasadzie nie wyglądamy na nikogo i to oszczędza nam problemów być może przydarzających się osobom bardziej wizualnie dookreślonym, zwłaszcza tym wyglądającym jakoś zamożnie.

Za którymś przejściem przez to centrum gubię się w tłumie spacerowiczów i odnajduję pod szyldem z napisem „Camille Pissarro”. Galeria impresjonisty znajduje się w domu, w którym malarz mieszkał w dzieciństwie, z 1813 roku. Przejście z ulicy do podwórka kamienicy murowanym tunelem z reprodukacjami obrazów z galerii i ogłoszeniami za szkłem należy do najdziwniejszych, jakie zdarzyło mi się odwiedzić. Ktoś miał marketingowy pomysł, by przejście to nagłośnić kilkoma ogłuszającymi taktami Beethovena. Po których następuje ubogie, zachwaszczone i zabluszczone podwórko ze schodami do galerii. Jak powiedzieć miał Pissarro, “Blessed are they who see beautiful things in humble places where other people see nothing”. Ta kulturalna enklawa ukryta pośród niezliczonych sklepów jubilerskich ciągnących się wzdłuż ulicy ma w sobie rzeczywiście jakiś cień piękna, które łatwo przeoczyć.

***

W białym pokoju, w którym śpimy, ściany pościnane są pod kątami, które nigdy nie przyszłyby mi do głowy, a dekoracje bardzo proste. Temat morski – poduszka z ośmiornicą, pościel w muszelki i koralowce. Klimatyzator jest głośniejszy od amerykańskich odkurzaczy (które są dużo głośniejsze od polskich), pod sufitem terkocze gigantyczny wiatrak. Na ścianach dwie gustowne grafiki z XIX wieku – obie przedstawiają palmy – różnego gatunku. Notki kaligraficzne są mało zrozumiałe i mało czytelne, chodzi o jakąś królewską parę. Może duńską? Nie zdziwiłabym się, gdyby królową okazała się sama Charlotte Amalie. Stolica Karaibów odziedziczyła swoje imię po żonie duńskiego króla.

- Piękna pogoda dzisiaj – oznajmuję, nalewając sobie kawy do białego porcelanowego kubka przy stoliku z widokiem na ocean. Ironia nie jest czytelna dla pozostałych uczestników naszego śniadania, więc dodaję dla jasności: - Jak pewnie i w 364 pozostałych dni w roku tutaj!
Duńczycy ze stołu najdalej wysuniętego w kierunku zatoki przyglądają mi się z ciekawością. Właśnie popełniłam naprawdę głupią gafę.
- Tak, za wyjątkiem pory huraganowej – mówi Mark, i patrzy na mnie z oczami przepełnionymi troską, jak na osobę, która zbyt uporczywie ignoruje rzeczywistość.

Ale niedawne traumy nie psują większości mieszkańców przedwiosennego nastroju. Jak mówi Mark, tragedia powoli odchodzi w niepamięć i miała też swoje dobre strony: poznali oboje z żoną mnóstwo ludzi, mieszkańców wyspy, z którymi nigdy wcześniej się nie spotykali. Pracowali razem nad odbudową, pozyskiwaniem funduszy, sąsiedzi bardzo sobie nawzajem pomagali. Wszyscy stali się nagle bliżsi, bardziej namacalni, bardziej ludzcy.

Zdjęcia: Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Pomnik Trzech Królowych przy Zamku Czarnobrodego, USA
Charlotte Amalie, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Pomnik Trzech Królowych przy Zamku Czarnobrodego, USA



Nasza ulokowana wysoko na wzgórzach, z dala od zgiełku przystani promowej, targu i starego centrum stolicy przytulna baza wypadowa ma nie tylko balkony z widokiem na ocean oraz wegańskie i bezglutenowe (na życzenie) domowe śniadania z widokiem na ocean, ale i lokalizację tuż pod Zamkiem Czarnobrodego – słynnego angielskiego pirata, bohatera karaibskich legend i opowieści. Co oznacza, że nie musimy się na zamkowe wzgórze dodatkowo wspinać w upale, skoro już wspięliśmy się na wysokość naszego b&b. A na wzgórze warto zajrzeć ze względu na malowniczy ogród i feministyczną fontannę-rzeźbę trzech królowych: Marii, Agnieszki i Matyldy, bohaterek rewolucji wyzwolonych, ale wciąż przypisanych do ziemi i pracy na plantacjach niewolników. Ciemnoskóre rewolucjonistki nie osiągnęły wiele poza pewną poprawą warunków pracy i płac na plantacjach, ale zryw pozostawił po sobie w historii wyrazisty ślad. Barwną, smutną opowieść. I ten pomnik. Maria ma również swój pomnik w Danii – pierwszy upamiętniający tam czarnoskórą kobietę i niechlubną niewolniczą, kolonizacyjną kartę w historii Danii.

***

Zdecydowanie warto odwiedzić też najsłynniejszą na wyspie plażę w zatoce Magens Bay. W drodze tam rozmowny taksówkarz wyciąga ze mnie część Europy, z której przyjechałam. To, że jestem z Europy, oznajmia z dumą, poznał po akcencie, bo on sam jest z Europy. To znaczy z okolic. Zna Wałęsę. To znaczy słyszał o nim. Uważa, że ten prosty robotnik zrobił wspaniałą robotę w całej Europie i dziwi się, gdy mówię, że niestety nie tak wielu już Polaków tak uważa. Pytamy, dlaczego osiedlił się akurat na Karaibach. Mówi z pochmurną twarzą, że próbował w Kalifornii i w innych częściach Stanów, ale mu nie wyszło. Nie mógł znaleźć pracy. Mówi, że nie lubi Karaibów, ale że prawie wszędzie jest lepiej niż w jego rodzinnej Palestynie. Trudno się nie zgodzić.

Magazyn „Travel”, którego zazwyczaj nie kupuję, ale ten numer kupuję na lotnisku w drodze na wyspy, bo ma tytuł „Wyspy”, zapytuje, dlaczego wybieramy się na wyspy. Wydanie nie jest poświęcone wyłącznie ciepłym wyspom. Myślę, że poza faktem, że izolacja zawsze kreuje unikalną mikrokulturę, niezależność i specyficzne więzi pomiędzy mieszkańcami, a także poza wszystkimi opisanymi powyżej wrażeniami dobrą odpowiedzią na to pytanie jest nie tylko potrzeba nagrody za kilka trudnych miesięcy i (w przypadku wysp ciepłych) możliwość bezwysiłkowego rozluźnienia mięśni i emocji. Może być nią też Magens Bay.

Zdjęcia: Wyspa Świętego Tomasza, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Magens Bay, USA
Wyspa Świętego Tomasza, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Magens Bay, USA



Ze stopami w białym piasku i głową w chmurach, śledząc loty kormoranów, z którymi potem będę pływać w szmaragdowej wodzie, i leniwe trajektorie własnych myśli (rytm na wyspach jest powolny, ale stały i nie należy go przyspieszać), w cieniu gaju rozłożystych palm, można poczuć, jak smutek i melancholia tropików współgrają z prostą radością bycia tutaj ciałem, sercem i umysłem jednocześnie, w cichym, ciepłym i spokojnym miejscu, w otoczeniu natury.

Powietrze czyste jak kryształ. Sylwetki spacerowiczów sunące wzdłuż wody jak w teatrze cieni. Morze zmienia kolory z turkusu w szafir, szmaragd, przy brzegu pasek beżu. Pelikany pikują pomiędzy kąpiącymi się ludźmi i ptakami, a skały na horyzoncie połyskują w słońcu zielono. Popołudniowa bryza obejmuje pieszczotliwie rozebrane ciała. Słońce jest teraz dla nas łaskawe, omija „naszą” część zatoki.

Jestem, więc nie muszę myśleć. Chłonę wrażenia. Mam przywilej oddechu. Mam wszystko, czego mi potrzeba.



Charlotte Amalie, stolica powulkanicznych Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, położonych pomiędzy wodami Morza Karaibskiego i Oceanu Atlantyckiego, zbudowana została w 1600 r. przez Duńczyków, którzy założyli tu swoją kolonię i w 1673 r. sprowadzili na Wyspę Świętego Tomasza pierwszych niewolników z Afryki, by pracowali tu na plantacjach, gdzie uprawiano głównie trzcinę cukrową.

Choć Dania zabroniła handlu niewolnikami w 1792 r., egzekwowanie tego prawa zaczęło się na wyspach dopiero w 1848 roku. Przez stulecia Dania nie poniosła żadnych konsekwencji transportowania tysięcy mieszkańców Afryki do pracy na plantacjach w duńskich koloniach na Karaibach. W przemówieniu z 2017 r. ówczesny duński premier Lars Lokke Rasmussen wyraził publicznie żal z powodu udziału Danii w handlu niewolnikami. “Wiele pięknych domów w Kopenhadze zostało zbudowanych dzięki pieniądzom uzyskanym z eksploatacji po drugiej stronie globu.”, powiedział premier.

W 1917 r. Dania sprzedała Wyspę Świętego Tomasza, razem z Wyspą Świętego Krzyża i Wyspą Świętego Jana Stanom Zjednoczonym (za 25 milionów dolarów). W 1927 r. Stany Zjednoczone nadały mieszkańcom wyspy amerykańskie obywatelstwo.


Więcej zdjęc wkrótce na moim blogu.

Zdjęcia

USA / Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych / Charlotte Amalie / PortUSA / Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych / Charlotte Amalie / Frenchtown MarinaUSA / Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych / Charlotte Amalie / Główna ulica w starej części stolicyUSA / Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych / Charlotte Amalie / Pomnik Trzech Królowych przy Zamku CzarnobrodegoUSA / Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych / Wyspa Świętego Tomasza / Magens Bay

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl