Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Egzotyka blisko nas. > UKRAINA, RUMUNIA, MOłDAWIA


enzu enzu Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie UKRAINA / - / Zakarpacie / Droga T0722Relacja z podróży przez Zakarpacie, Rumunię, Mołdawię na Krym.

Egzotyka blisko nas.


Pociąg powoli wtacza się na stację, kończąc naszą 17- sto godzinną podróż do Przemyśla. Pomimo zmęczenia, ulepienia brudem i potem, czujemy się szczęśliwi. Miasto wita nas słońcem
i ciepłem. Nasze ogromne plecaki ciążą nam niemiłosiernie, wręcz uginamy się pod nimi, ale nawet
w tym jest coś pięknego. Udało nam się przecisnąć przez wąskie wyjście z wagonu i oto stoimy na cudownym i niepowtarzalnym dworcu w Przemyślu.
Tutaj spotykamy, czekających na nas Anię i Maćka. Tutaj także rozpocznie się nasza przygoda
z egzotyką blisko nas. To tutaj my: Ania, Ania, Maciek i ja Robert samochodem Nissan Patrol, rozpoczniemy podróż trwającą prawie 2 tygodnie, przejedziemy prawie 4000 km, zwiedzimy Zakarpacie, Rumunię, dotkniemy Mołdawii, część południowej Ukrainy razem z Krymem i powrócimy przez Lwów z powrotem do Przemyśla.
Jest niedziela 15- ego lipca 2012 r. godz. 14.30, mały ryneczek tuż przy stacji PKP. Samochód zapakowany, trzask zamykanych drzwi, przekręcenie kluczyka… i potężny silnik zamruczał. Ruszamy.
Humory nam dopisują, chociaż mamy w głowach troszeczkę niepewności jak to będzie, czy wszystko ułoży się tak jak to sobie zaplanowaliśmy?
Kierujemy się na przejście graniczne w Medyce. Niewielki ruch na drodze, jedziemy przepisową prędkością, przez otwarte szyby wlatuje ciepłe powietrze… Zatrzymujemy się na chwilę
w Tesco (w rzeczywistości zajmie to nam godzinę). Musimy zrobić spożywcze zakupy, ponieważ przez pierwsze noce będziemy spali w przypadkowych miejscach pod namiotami.
Do granicy dojeżdżamy ok. godz. 16. Kilka samochodów przed nami, ale i tak zejdzie nam tutaj godzina postoju, pomimo przejścia dla obywateli UE (pojawiła się u nas duma z bycia obywatelami UE). Przy kontroli granicznej już po stronie ukraińskiej wszyscy musimy wysiąść
z samochodu i pokazać swoje twarze, czy aby na pewno zgadzają się z tymi w paszporcie. Na szczęście wszystko się zgadza i możemy jechać dalej z przestrogę jednego z pograniczników, że wjeżdżając na Ukrainę, trzeba znać ukraiński.
Oto jesteśmy na Ukrainie. Rozglądamy się zza szyb auta… tak jak u nas! Droga podobna, domy podobne… eee … nic ciekawego. Zachmurzyło się a dodatkowo burczy nam w brzuchach. Decyzja- zatrzymujemy się na obiad (kolację). Stajemy w miejscowości Mościska w przydrożnym barze. Zamawiamy i… czekamy, czekamy, czekamy. Z obiecanych 20 min. czekania zrobiło się 40 min. Jedzenie dobre, świeże i z innym aromatem, ale za tą przyjemność zapłaciliśmy ponad 250 hrywien. Ceny stanowczo już europejskie.
Czas ruszać. Skręcamy na Sambor i Użok, droga o tajemniczym oznaczeniu T1415…i nagle łup… łup… łup. Przekleństwa i pedał hamulca, zwalniamy do 10, 15 km/h. Boże, co za droga! Dziura na dziurze, asfalt (może kiedyś był asfaltem) tworzy mozaikę kraterów, wybrzuszeń, rozpadlin, rowów. Można tu odszukać i „Himalaje” i „Rów Mariański”. Rozglądamy się. Otoczenie też się zmieniło. Dzika przyroda wpycha się wszędzie. W mijanych wioseczkach, domy trzymają się w kupie, chyba tylko na słowo honoru, żadnych chodników, ludzie (dzieci także) chodzą „ulicą”, część z nich wyraźnie pod wpływem napojów prądotwórczych. Żadnego oświetlenia. Ściemnia się. Jest coraz bardziej ponuro. Coraz więcej drzew, coraz więcej wzniesień… wjeżdżamy w góry. Czas się tutaj zatrzymał. Prawdziwa, piękna, groźna natura i my w Patrolu. Drogi praktycznie nie widać, skręcamy na T0722… i nie wiemy, czy to ta droga, bo to żwirowy ciąg o szerokości ok. 3 metrów. Drzewa i krzaki obijają się o samochód. Nagle na podjeździe na przełęcz użocką rozpętuje się burza. Błyskawice tną niebo jedna po drugiej. Ulewa zasłania wszystko! Nic nie widać! Gdzie my jesteśmy? Gdzie będziemy spać? Patrol powoli jedzie do przodu i… musimy zatrzymać samochód. Szlaban i kontrola paszportów! Wewnątrz państwa! Na szczęście ze strony strażników nie ma żadnych uwag i pozwalają nam dalej jechać. Zrobiło się ciemno a miejsca na nocleg nadal nie widać. Nagle Maciek hamuje i krzyczy: jest tam po lewej! W ciemności niewiele widać. Wychodzę z Maćkiem, sprawdzamy, czy to miejsce nadaje się na rozbicie namiotów. Dziewczyny siedzą w samochodzie, trochę straszno. Miejsce dobre, ale musimy ostro zjechać w dół i przejechać przez potok w całkowitych ciemnościach. Jeszcze raz sprawdzamy, powinno się udać. Wsiadamy do samochodu, Maciek przełącza na napęd 4 na 4. Ruszamy powoli. Patrol pochyla się maską w dół, koła grzęzną w błocie. Więcej gazu, silnik zaryczał. Maciek skupiony, z tyłu słyszę ciche „ o Jezu”… i strumienie wody rozbryzgują się, maska auta podnosi się, Maciek dodaje gazu… jest! Udało się! Jesteśmy na drugim brzegu! To chyba dolina. Godzina 22
i nic nie widać. Przy zapalonych reflektorach, rozkładamy namioty. Maciek gasi silnik… jaka cisza… tylko szum strumienia i drzew. Nic więcej. Trochę zimno. Na dobranoc wypijamy po piwie
i opowiadamy sobie przeżycia z dzisiejszego dnia. Ania pyta, czy są tu niedźwiedzie? Nikt z nas nie wie, ale niepewność pozostała do rana. Czas na sen. Zasypiamy w dziewiczym zakątku Zakarpacia.
Tik, tik, tik… to budzik. Patrzę, która godzina- 5 rano. Wstajemy nieśpiesznie, przeciągamy się. Nie tylko my się budzimy, przyroda także wstaje. Pierwsza niespodzianka, niedaleko nas stoi drewniana budka. Doskonale- jest gdzie zrobić śniadanie. Dziewczyny zabierają się do przygotowania posiłku, ja się myję w przeraźliwie zimnym potoku, ale jest lepiej i czuję się świeży. Nikt oprócz mnie się nie zdecydował, nie wiedzieć czemu. Może dlatego, że jest ok. 14 stopni C? W trakcie śniadania podziwiamy piękno tej niewielkiej doliny. Czas ruszać dalej. Maciek myje naczynia. Dziewczyny się przebierają. Wsiadamy. W dzień łatwiej przejechać potok i sprawnie to robimy, znowu wjeżdżając na drogę T0722.
Jedziemy powoli, najwyżej 40 km/h. Droga nie pozwala jechać szybciej. Wciąż nie możemy się nadziwić, co to za droga. Wdychamy nagrzewające się powoli powietrze, raczymy się widokami tak bujnej przyrody. Czasami na drodze pojawiają się konie, które bez żadnej asysty swobodnie przechadzają się w wiadomym tylko sobie kierunku. Świat jest piękny!
Suniemy powoli przez Żdieniewo, Poliane, Lipcze, Chust do Solotwina, gdzie jest przejście graniczne. Tutaj jest inny świat. Mam wrażenie, że to Polska lat 80- tych. Na stacjach benzynowych
o higienie toalet należy zapomnieć (jeśli są), w sklepach nadal można zauważyć liczydło. Ludzie są życzliwi i chętnie nam pomagają, czy to w zakupach, czy we wskazywaniu właściwego kierunku jazdy, ale widać u nich tą charakterystyczną biedę, jaka u nas panowała jeszcze tak niedawno. Porozumiewamy się zlepkiem języków polskiego, ukraińskiego, rosyjskiego i angielskiego. Ciekawe doświadczenie. Na drodze non stop znaki informujące o robotach drogowych, ale te roboty polegają chyba tylko na stawianiu znaków. Patrol podskakuje, trzęsie się. Dwójka, trójka, dwójka, trójka- tak wygląda zmiana biegów. Trudno to nazwać komfortem jazdy, ale nie o to przecież chodzi. Wystarczy spojrzeć przez szybę i napawać się tą dzikością.
Po przejechaniu 200 km ok. godz. 13 dojeżdżamy do granicy ukraińsko- rumuńskiej. To widać. Otoczenie się zmieniło. Jest zamożniej. Widać to po domach i wszechobecnych reklamach, ale najbardziej dziwią nas cygańskie domu a raczej pałace. Wielkie z całą masą wież i bram, przy których stoją kamienne lwy. Podobno o gustach się nie rozmawia.
Podjeżdżamy do przejścia ukraińskiego. Znowu ten sam rytuał. Wychodzimy wszyscy
z samochodu, żeby pokazać twarze, czy są zgodne z tymi w paszporcie. Wszystko w porządku, tylko pani oficer (bardzo miła) nie może zrozumieć, dlaczego jedziemy do Odessy i na Krym, przez Rumunię a właściwie to, po co? Tłumaczenie, że w celach krajoznawczych, chyba nie do końca ją przekonało. Teraz została nam odprawa rumuńska. Podchodzi oficer i z uśmiechem mówi: „ Hello, speak you English?” Drugi oficer, patrząc na nasze bagaże z lekkim uśmieszkiem pyta się: „ weapon, drugs, alkohol?”. Po tych ceremonialnych słowach i po ceremonialnym „ no, no, no” zostajemy wpuszczeni na terytorium Rumuni, na terytorium Unii Europejskiej. Początek jest wielce obiecujący, dobre drogi, zadbane domy, samochody takie jak u nas. Miasto Sygiet Marmaroski wygląda jak jedno z miast polskich. Suniemy na południe drogą, która przebija się przez Karpaty rumuńskie. Nagle Maciek hamuje. Co się stało?! Cholera- winieta! Trzeba ją wykupić! Na szczęście na najbliższej stacji benzynowej jest do kupienia. Teraz spokojni, możemy jechać dalej. Teraz ja prowadzę, Maciek jest już zmęczony. Widoki są takie, że zapierają dech w piersiach. Jedziemy przez Vadu Izei, Sacel, Moisei, Ciocanesti, Vatra Dornei, Poiana Largului. Czym głębiej wchodzimy w interior rumuński, tym więcej pozostałości po komunizmie tym architektonicznym, społecznym i mentalnym. Coraz więcej furmanek, koni i krów na ulicy.
Podróż się dłuży, jesteśmy zmęczeni, głodni i brudni. Postanawiamy się zatrzymać nad jakimś potokiem. Jest coś! Zjeżdżamy z głównej drogi i zatrzymujemy się na małej polance tuż przy potoku. Nareszcie! Pierwsza to kąpiel! O jak dobrze! Zimna woda, ale nam to nie przeszkadza. Najbardziej zadowolone są Anie. Zresztą ja z Maćkiem też- nie ma co ukrywać. I obiadek, grzany na polowej kuchence, smakuje jak nigdy. Teraz czyści i najedzeni ruszamy dalej.
Powoli zmierzcha, zrobiliśmy prawie 300 km w górskim terenie, czas na poszukiwanie noclegu. Niestety trudno coś znaleźć a zbliża się 22. Nic już nie widać. Jedziemy 20 km/h, wszyscy
z latarkami rozglądamy się na pobocza, żeby znaleźć jakiś zjazd i nic. Jest już 22.30 i tracimy powoli nadzieję. Nagle jest! Ostro skręcam w lewo. Wychodzimy z samochody z latarkami i sprawdzamy miejsce, dobre, ale jest lepsze, tylko trzeba wjechać paręnaście metrów w górę. Patrol zostaje przełączony na 4 na 4 i ruszam do góry, niewiele widząc. Maciek z Anią, nakierowują mnie latarkami jak pilota samolotu. Godz. 23 i rozkładamy znowu namioty przy włączonych reflektorach. Na dobranoc jedno piwo, papieros… zaczyna padać. Idziemy spać, nie wiedząc, co jutro z rana zobaczymy.
Szuuu, Szuuu…. budzę się i nadal słyszę rytmiczne szuuu, szuuu. Wychodzę z namiotu, Maciek już stoi. Co się dzieje?- pytam. Popatrz, odpowiada Maciek. Patrzę w górę i widzę grupę rumuńskich kosiarzy, którzy kosząc, tyralierą zbliżają się do naszych namiotów. Dziewczyny wychodzą z namiotów i widzę jak oczy robią się im duże- o Boże, co teraz?! No tak wylądowaliśmy na łące, przeznaczonej do skoszenia. Szybko się jednak okazało, że nic się nie stało i po zwinięci namiotów, kosiarze machają nam na pożegnanie. Po godzinnej jeździe zatrzymujemy się na śniadanie, niedaleko wielkiej tamy. Przy śniadaniu, towarzyszył nam piesek i kotek. Nikt nie wiedział skąd te zwierzęta tutaj się wzięły. Zabawiały nas swoją przyjaźnią do czasu, kiedy piesek poczuł głębszą miłość do kotka… i kotek musiał uciekać na drzewo. Czas kończyć, jedziemy!
Odkąd zjechaliśmy z gór, praktycznie nic się nie dzieje. Łykamy kilometry za kilometrami. Droga prawdziwie europejska. Mijamy Bacau, Tisita, Tecuci i masę wiosek i wioseczek. Proszę mi wierzyć, że w Rumuni znajdują się największe miasta świata. W porównani z nimi Nowy York, Meksyk, czy Moskwa to nic. Jedziemy już prawie 300 km i cały czas 50 km/ h. Cały czas teren zabudowany. Tablica koniec miejscowości i dwa metry dalej tablica początek następnej miejscowości i tak cały czas!
W trakcie jazdy robimy sobie przerwę na prysznic na stacji k/Adjud. Człowiek inaczej się czuje. Robi się coraz cieplej. Tak, tutaj czuć lato!
Ok. 13 wjeżdżamy do miasta Gałacz. Miasto surrealistyczne. Miasto z Orwella „1984”. Wielkie, zaniedbane bloki, częściowo bez szyb. Masę szmat w oknach. Na skrzyżowaniach brak świateł, korki. Ludzie tłoczą się między samochodami. Tu nie widać UE, tu widać szalone wizje komunistów i chaotyczną próbę naprawy tego zamętu. Uciekamy stąd jak najdalej. Już niedaleko granica rumuńsko- mołdawska.
Stoimy na granicy. Tutaj odprawa odbywa się szybko. Wjeżdżamy do Mołdawii, przez Giurgiulesti kierujemy się do granicy mołdawsko- ukraińskiej. Mołdawię przejechaliśmy w ciągu 10 min. Znowu stoimy. Tradycyjnie już na przejściu, musimy wyjść z auta i pokazać twarze. Chyba nie będzie kłopotów… a jednak! Coś się dzieje. Kierują nas na boczny tor, sprawdzają każdy fragment samochodu. Jesteśmy zaniepokojeni. Nikt nic nam nie mówi i tylko widzimy poważne twarze oficerów granicznych. Nagle Maciek zauważa, dwóch pograniczników w uniformach UE. Idzie spytać, co się dzieje, poprosić o pomoc. Chyba mamy więcej szczęścia, niż rozumu. Okazuje się, że to Polak
i Słowak, skierowani tutaj w ramach programu unijnego. Dodatkowo Polak pochodzi z Pomorza, czyli z naszych rejonów. Od razu lepiej nam się zrobiło! Podchodzą do nas, śmiejemy się, wymieniamy uwagi, co powoduje zdziwienie Mołdawian i Ukraińców. Polak ze Słowakiem wyglądają i zachowują się jak bracia. Widać, że są przyjaciółmi- przedrzeźniają się, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pytamy się, czy tylko oni tu są? Nie, są jeszcze Niemiec i Włoch - odpowiada Słowak - ale oni są
z jednej „linii”. Nie z „linii”, tylko z „osi”- odpowiada Polak i wszyscy się śmieją. Dlaczego nas tak sprawdzają?- pytam. Bo jesteście tutaj bardzo egzotyczni- odpowiada Polak. Dzięki ich pomocy, kontrola skończyła się szybko i mogliśmy w końcu jechać dalej.
Wjeżdżamy na obwodnicę miasta Renii… jasna cholera! Co za obwodnica! Patrol zwalnia do 5 km/h. Takiej drogi jeszcze nie widzieliśmy. Bujamy się jak przy sztormie. Jedziemy za tirem- jak ten kierowca daje sobie radę!!! Nagle z tyłu klakson. Wyprzedza nas traktor z przyczepą. Przez otwarte szyby widzimy młodego kierowcę, który klnie jak szewc. Pędzi maksymalną prędkością. Przyczepa praktycznie nie dotyka asfaltu, wyglądającego jak ser szwajcarski. Wyprzedza nas, wyprzedza tira i już trąbi na autobus oddalony od nas o jakieś 60 metrów. Szalony traktorzysta!
Jedziemy w kierunku Izmailu, Monasi i Zatoki. Droga się poprawiła. Strasznie duszno, wszyscy jesteśmy umęczeni. Zbliża się wieczór. Robimy szybkie zakupy w Tatarbunary.
Zaczynamy powoli szukać miejsca na spanie. Droga fatalna. Samochody na rejestracjach ukraińskich, wyprzedzają nas i z lewej i z prawej strony. Tutaj przepisy ruchu drogowego nie obowiązują. Pędzą i nie przejmują się dziurami. Jak te samochody to wytrzymują? Nasz Patrol jest dostosowany do tego typu nawierzchni, ale nie ryzykujemy wariackiej jazdy. W końcu Maciek, który prowadzi nie wytrzymuje i skręca na polną drogę, równoległą do tej właściwej… no teraz pędzimy
z 40 km/h.
W Zatoce jesteśmy grubo po 22. To miasto, to nasze Mielno. Jesteśmy przecież już nad morzem Czarnym. To tutaj do morza Czarnego wpada rzeka Dniestr. Miasto Zatoka, to miasto rozrywki, dyskotek, maszyn do gier, zgiełku i wszechobecnej, głośnej muzyki. Jesteśmy już wściekli na siebie, na innych i na cały świat. Gdzie będziemy spać?! Przejechaliśmy miasto i żadnego pola namiotowego, nic! Prawie 23 i nadal nic. Jedziemy powoli, rozglądając się. Pojawiają się nerwy. Nagle Ania krzyczy- jest namiot!!! Co za szczęście- dzikie pole namiotowe. Wjeżdżamy i rozbijamy namioty w świetle reflektorów. Zmęczeni i brudni, padamy z nóg. Idziemy spać i nie wiemy, jakie widoki czekają na nas nad ranem.
Ranek. Wychodzimy z namiotów… i w oddali widzimy morze Czarne. Szybkie śniadanie na kocu i higiena samochodu. Obok nas stoi samochód terenowy na oko wart ok. 250 000 zł. a przy aucie mały namiot z lat 70- tych., przykryty folią. Takich widoczków w przyszłości, będziemy mieli więcej.
Dzisiaj dojedziemy przez Illicziwsk do Odessy i tam chwilę odetchniemy. Coraz trudniej nam wstawać, musimy trochę wytchnąć. Ruszamy po 8. Do Odessy dojeżdżamy przed 12. Wielkie miasto
i wielkie problemy z poruszaniem się po nim. Prawie na każdym skrzyżowaniu samochód, reklamujący i realizujący ubezpieczenia. Tu wyprzedzają Cię po prawej stronie, jeżdżąc po chodniku. Nikt się tym nie przejmuje. Dobrze, że mamy duży samochód! Kierujemy się na Dworzec Główny. Tam podobno są osoby, które oferują tanie kwatery.
Po niespokojnej i trochę niebezpiecznej rundzie wokół Dworca, odszukaliśmy płatny parking. Tam zostawiamy samochód i idziemy już na piechotę na Główny szukać ofert. Na Dworcu szybko otaczają nas kobiety i mężczyźni, którzy oferują nam pokoje i mieszkania. Jest ich coraz więcej. Wybieramy jedną z ofert: dwie doby, dwa pokoje, niedaleko morza za 1800 hrywien. Ceny nas nie zachwycają, ale i tak nie mamy wyjścia. Kobieta wsiada z nami do samochodu i kieruje nas na kwaterę. Nareszcie pokoje, prysznic, kuchnia. Standard może nie jest za wysoki, ale nie jest też źle. Rozpakowaliśmy się i hop po kolei pod prysznic. Odświeżeni i przebrani ruszamy na miasto. Do centrum jedziemy tramwajem, gdzie bilety sprzedaje nam konduktorka (tak jest we wszystkich tramwajach w Odessie). Zwiedzamy stare miasto, port, słynne schody Patiomkina. Jemy w pięknych (i jak się szybko okazało drogich) restauracjach, słuchamy w kawiarni na wolnym powietrzu jazzowych kanonów. Tam też zastaje nas noc. To miasto ma coś w sobie. O 24 wracamy taksówką (doprawdy śmiesznie tanią) do naszej kwatery a jutro nad morze!
Budzi nas upał. Jest dopiero 8, ale powietrze już nagrzało się do temperatury 28 stopni. Na plażę, na plażę! Dziewczyny są w siódmym niebie. Koniec z poceniem się w samochodzie, koniec
z brudem i lepieniem się. Bierzemy ręczniki, stroje i w drogę. Po 30 min. spaceru, dochodzimy do plaży. Szukamy miejsca dla siebie, trudno jest znaleźć coś wolnego. Jest! Szybko się rozkładamy. Wchodzimy do morza. Jest cudownie! Cieplutka woda! Nie chce się wychodzić zwłaszcza, że na plaży jest brudno i hałaśliwie. Po godzinie mamy z Maćkiem dość leżenia. Idziemy (w ramach ucieczki przed leżeniem bez sensu) szukać lepszego miejsca, ale najpierw do toalety. Maciek wszedł… i wybiegł. Toaleta to murowana buda a w środku dziury i nic więcej. Smród, bród i muchy (jak się okaże, będzie to naturalne we wszystkich publicznych toaletach męskich i damskich). Szukamy lepszego miejsca do plażowania. Kawałek za naszym miejscem, zaczęły się betonowe płyty (porozbijane, porozrzucane, bez składu i ładu- tak jakby przed chwilą wysadzono tu jakiś budynek) na których ludzie się opalali, żadnego dojścia do morza tylko płyty, lub ich fragmenty. Idziemy dalej, coraz mniej osób. Widzimy nagie kobiety, zaraz potem nagich mężczyzn… i ogromny mur przed nami - ZONA. Dalej iść nie można, więc zawracamy. Idziemy teraz w drugą stronę. Jest nieźle, dużo ludzi, ale jest piasek a nie kamienie. Pojawiły się wtedy wielkie tablice, które informowały nas, że jest to strefa wyłącznie dla kombatantów, lub dla weteranów wojennych, lub dla przodowników pracy
- innym wstęp wzbroniony! Miejsca lepszego niestety nie znaleźliśmy, ale przynajmniej trafiliśmy na tanie piwo.
Wieczorem idziemy na romantyczną kolację w cudownej restauracji, tuż nad morzem Czarnym. Maciek może mniej dobrze to wspomina, ponieważ po 20 min. od zamówienia pizzy
z owocami morza dowiedział się, że „u nas pizzy niet”. Wracamy taksówką grubo po północy. Jutro ruszamy na Krym!
Rano jesteśmy już spakowani i punkt 8 wyruszamy. Ja prowadzę, Maciek mnie pilotuje
(z wykształcenia jest nawigatorem). Z jego pomocą płynnie przejeżdżamy przez Odessę, chociaż i tak zajmuje to nam godzinę. Jedziemy przez Chersoń, Krasnoperekopsk w kierunku Symferopola.
Na liczniku mam przejechanych prawie 600 km, oczy zaczynają mi się lepić. Jesteśmy już na Krymie. Wielkie przestrzenie i proste, dobre drogi. Zaczynamy szukać miejsca na spanie. Wjechaliśmy w południową, górzystą część Krymu. Problem w tym, że nie mamy dobrej mapy. Pogubiliśmy się w górskich drogach nieoznaczonych na mapie. Nie wiemy, gdzie jechać. Słońce zaczyna zachodzić a my jesteśmy na nieznanych górskich drogach. Przełączamy napęd na cztery koła. Czasami jest niebezpiecznie. Jadę w dół (z tyłu dziewczyny krzyczą- o Boże, wywrócimy się!), nachylenie 45 stopni. Powoli na jedynce, na silniku, delikatny hamulec- ciężko zatrzymać 2, 5 tony ciężaru na kamienistej drodze. Prawie 30 stopni C na zewnątrz. Zaraz potem pod górę. Nic nie widzę, tylko zachodzące czerwone słońce. Pot leje mi się po plecach. Maciek wychyla się i mówi jak mam jechać. W lewo, lewo! Odbijaj! Prawo! Lewo! Prosto, prosto! W końcu wjeżdżamy w jakąś zagubioną wioskę. Pytamy się o normalną drogę przypadkową parę. Widać, że są już po dobrym litrze czystej, bo kobieta mówi ze szczerym uśmiechem- w pizdu, priamo! Jedziemy dalej. Wpadliśmy w jakiś nurt rzeczny, ale Patrol daje radę, pomimo prawie półmetrowego zanurzenia. No, w końcu wyjechaliśmy! Szukamy nadal miejsca na spanie. Godzina 22. Znowu pod górę. Dobra droga się kończy, zaczyna żwirowa potem już tylko las i kamienie. Mijamy jakąś wioskę, pełno tutaj pijanych osób. Coraz gorzej się jedzie. Nic nie widać. Nikt z nas nie wie, gdzie jesteśmy. Auto ciągnie pod górę na jedynce i dwójce. Nagle koniec drogi! Słyszę w samochodzie- zabiją nas tutaj i nikt się nie dowie! Zawracamy. Godz. 23. Jakimś cudem trafiliśmy na drogę do Ałuszty. Tam przypadkowo spotkany mężczyzna, kieruje nas na miejscowość Rybacze. Po ok. 40 min. dojeżdżamy. Jest nawet camping samochodowy i tam się kierujemy. Płacę 200 hrywien za noc, niezbyt trzeźwemu parkingowemu i rozbijamy się o godz. 24.
Spać, spać! Nic więcej!
Godzina 7 i jesteśmy już na nogach. 35 stopni C. Ania wraca z toalety. Ona tu nie zostanie! Toaleta to dziura w podłodze (z muchami) a prysznic to wystająca rura z zimną wodą (później usłyszeliśmy, że autokemping to „eto koszmar”). Dobra, zastanowimy się za chwilę. Najpierw śniadanie a później plaża. Tak też zrobiliśmy. Plaża nas oniemiała! Można rozbijać się z namiotem tuż przy brzegu (tylko, proszę pamiętać, że są to kamieniste plażę a nie piaszczyste) i ta woda! Błękitna, czysta i taka cieplutka! Można leżeć w tej wodzie i nie wychodzić godzinami. Pewnie rozbilibyśmy się nad samym morzem, gdyby nie te straszne toalety.
Po godzinie leżenia, wyruszamy z Maćkiem na poszukiwanie lepszego miejsca do nocowania. Po wielu rozmowach i negocjacjach znaleźliśmy pokój w wersji Lux ( czyli średnia europejska)
w pensjonacie „Raj”. Dwa pokoje na 3 doby, kosztuje nas 2800 hrywien. Ceny lekko zabójcze, zwłaszcza za takie warunki. No ale cóż, nie samym chlebem, człowiek żyje.
Rozkoszujemy się ciepłem (ponad 40 stopni C) i cudowną wodą. Po południu jedziemy do Sudaka i Nowego Świata. Niezapomniane widoki!
Drugi dzień, to ponad 300 km przejażdżka po południowym Krymie, zwiedzamy m.in. jaskinie krymskie, Bakczysaraj, Wielki Kanion Krymski i Jałtę (miasto wiecznej zabawy, świateł, muzyki i tłoku). A wieczór znowu nad morzem. Kąpiemy się o 1- szej w nocy, przy temperaturze prawie 30 stopni C. Trzeci dzień, to plaża. Rybacze, malutka miejscowość, która posiada 5 dyskotek a życie tam zamiera ok. 5 nad ranem. Dobre, tanie jedzenie i gwarantowana pogoda. Cóż musimy wracać do swoich pokoi. Jutro czeka nas bardzo długa jazda.
Z żalem żegnamy się z pięknym morzem Czarnym. Rano o 8 wyjeżdżamy. Jedziemy cały dzień i noc, non stop. Przez Lucziste, Symferopol, Krasnoperekopsk, Chersoń, Mikołajów, Domaniwke, Perwomajsk, Humań (tam robimy postój na obiadokolację), Tarnopol.
Zmieniamy się w czasie jazdy. Każdy jedzie po 3-4 godziny. Nad ranem ok. godz. 7, dojeżdżamy do Lwowa. Szukamy hostelu i w końcu znajdujemy tanie pokoje. Lwów… cudowne
i piękne miasto! Miasto wielu kultur i zawiłej historii. Perła Ukrainy. Czujemy się tu swobodnie, tak jakbyśmy byli w Krakowie. Dobrze nam tutaj. Miasto legenda, miasto inteligencji polskiej i ukraińskiej.
Wynajmujemy tutaj przewodniczkę, która w piękny sposób (recytując i śpiewając) oprowadza nas po tajemnicach Lwowa. Polecam z całego serca- Teresa Panowa.
Wieczorem robimy sobie piwkoszał. Poznajemy w nocy ciekawych ludzi i śpiewamy
z nimi po polsku i ukraińsku do 4 nad ranem. Idziemy spać zmęczeni i szczęśliwi. Rano powrót do Polski.
Ostatni dzień. Ze Lwowa jedziemy do granicy. Na przejściu stoimy 5 godzin. To powoduje, że z Anią nie zdążę na pociąg w Przemyślu. Po przejechaniu granicy jesteśmy w końcu w Polsce! Maciek i Ania dowożą nas do Sanoka. Tam się serdecznie żegnamy, bo
i stamtąd mamy połączenie z Pomorzem. Tak zakończyła się nasza podróż, nasze spotkanie
z egzotyką blisko nas.

Zdjęcia

UKRAINA / - / Zakarpacie / Droga T0722UKRAINA / - / Odessa / OdessaUKRAINA / - / Krym / Piękne widokiUKRAINA / - / Za miejscowością Użok / Zakarpacka dolinaUKRAINA / - / Sudok / Twierdza w SudokuRUMUNIA / - / Vadu Izei / Na drodze w RumuniiUKRAINA / - / Niedaleko Zatoki / Alternatywna drogaUKRAINA / - / Bakczysaraj / BakczysarajUKRAINA / - / Za Użokiem / Konie na drodze T0722UKRAINA / - / Obwodnica Renii / Szalony traktorzystaUKRAINA / - / Sudok / Sudok

Dodane komentarze

haman dołączył
16.03.2013

haman 2013-03-17 14:12:05

"bardzo ciekawe tym bardziej ,że jechaliście przez Mołdawię i Ukrainę od południowej strony. Byłem w Kiszyniowie i przejechałem Mołdawię i drogi główne dobre ale momenty były a boczne to zgroza! Mam ochotę wracać przez Bolhrad ?do Galty."

enzu dołączył
14.09.2012

enzu 2012-09-16 22:14:46

"Winieta nie dużo kosztowała i na wszelki wypadek lepiej ją mieć. Pozdrawiam:)"

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2012-09-15 10:09:01

Bo akurat podobny wymóg jest w Bułgarii, i takową winietę sprawdzają przy opuszczaniu granicy bułgarskiej. W Rumunii byłem 2006-2007 wymóg winietowy niby też był, ale wtedy nikt tego nie sprawdzał ... Pozdrawiam

enzu dołączył
14.09.2012

enzu 2012-09-14 19:39:47

"Nie, nie sprawdzał, ale podobno przy wykupie nr winiety zostaje wpisany w rejestr i przy kontroli policja to sprawdza."

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2012-09-14 18:31:33

Sprawdzał wam ktoś te winiety rumuńskie ?

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl