Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

20 000 km bez prawka (część 3) > AUSTRALIA


xmaori xmaori Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie AUSTRALIA / Queensland / Hillsbourough National Park / butterflyPora na trzecią część wyprawy Xmaori, która przebiegała głównie przez Queensland i trwała 3 miesiące.

ALICE SPRINGS

Dzień 26 – 07/03/12

Zdjęcia: Hillsbourough National Park, Queensland, butterfly, AUSTRALIA
Hillsbourough National Park, Queensland, butterfly, AUSTRALIA



Czas opuścić majestyczną krainę i ruszyć dalej w drogę. Po około 200 kilometrach w drodze powrotnej do Alice Springs, byliśmy świadkami jednej z najdziwniejszych scen, jakiej dotychczas doświadczyliśmy na całym szlaku. Pędząc przez pustynie nagle na środku drogi wyrosło coś wielkiego, Z daleka wyglądało jak zabity kangur, ale z każdym przejechanym metrem upewnialiśmy się, iż jest to coś większego. Gdy dojechaliśmy do dziwnego czegoś leżącego na środku drogi, ku naszemu zdziwieniu okazało się, iż było to ciało martwego konia. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyż nie było to pierwsze martwe zwierze napotkane na trasie, ale martwe ciało konia nie miało łba. Łeb znajdował się parędziesiąt metrów za koniem.

Zdjęcia: Day Dream Island, Queensland, DayDream Island, AUSTRALIA
Day Dream Island, Queensland, DayDream Island, AUSTRALIA



Najdziwniejsze było to, iż łeb był idealnie odcięty od reszty ciała. Jakby ktoś użył piły mechanicznej. Tylko, po co odcinać koniowi łeb piłą mechaniczną, po czym porzucić go na środku drogi w środku niczego?? Po kilku domysłach, stwierdziliśmy, iż lepiej nie wiedzieć, co si stało, wsiedliśmy, więc z powrotem do auta i odjechaliśmy a rozwiązanie tej zagadki pozostawiliśmy pustyni.

Około godziny 15 dotarliśmy do Alice. Po szybkim znalezieniu apteki i zakupieniu leków na moje chore tropikalne ucho udaliśmy się do Alice Lodge, gdzie zatrzymaliśmy się parę dni temu. Nie mieli jednak wolnych pokoi i przetransferowali nas do motelu. Recepcjonista popatrzał się na nas krzywym wzrokiem i powiedział, że będzie nam się podobało. Gdy dotarliśmy do motelu okazało się, że w pokoju mamy prysznic i wielkie łóżko a przed drzwiami wielki basen z lodowatą wodą. Iście królewskie warunki. Resztę dnia odpoczywaliśmy przy basenie a moje ucho po zakropleniu pomału zaczynało wracać do stanu używalności.

Zdjęcia: Hillsbourough National Park, Queensland, Liść, AUSTRALIA
Hillsbourough National Park, Queensland, Liść, AUSTRALIA



Dzień 27 – 08/03/13

Nazajutrz, wyspani i zrelaksowani postanowiliśmy zwiedzić miasto. Parę dni temu wydawało się dużo większe, lecz teraz, gdy przeszliśmy je wzdłuż i wszerz okazało się być małym miasteczkiem. Przed południem zwiedziliśmy najważniejsze atrakcje, czyli reptile park i anzac hill, po czym wróciliśmy do motelu na lunch i krótka drzemkę. Po południu wybraliśmy się, do BOJANGLE miejscowego Pubu, który ze względu na wystrój jest swego rodzaju ikoną Alice Springs. Skóry krokodylów na ścianach, kolekcja noży nad barem, zbroja Neda Kelly'ego na ścianie, olbrzymi pyton w olbrzymim akwarium, superowe krzesła w kształcie konia z siodłami na grzbiecie i australijskie country puszczane ze starego, zakurzonego radia -tak to jest zdecydowanie miejsce, którego szukaliśmy. Po paru lokalnych drinkach z tutejszym rumem, paru piwkach VB i kilku ciekawych konwersacjach z lokalnymi opryszkami wróciliśmy do naszego komfortowego pokoju.

Alice Springs jest dość specyficznym miasteczkiem totalnie innym od reszty australijskich miast. Chociaż znajduje się w samym centrum Australii jest jakby na poboczu, trochę przykurzone i ciche, ale zdecydowanie ma swój klimat i będąc na czerwonym lądzie trzeba je zobaczyć, bo jest ikona prawdziwej dzikiej Australii.

Zdjęcia: Hamilton Island, Queensland, Lunch time, AUSTRALIA
Hamilton Island, Queensland, Lunch time, AUSTRALIA



QUEENSLAND

Dzień 28,29 – 09/03/12, 10/03/12

Po dwóch dniach siesty byliśmy gotowi do dalszej drogi. Moje ucho się już zagoiło i po infekcji nie było ani śladu. Silnik naszej hondzinki też zdążył się wychłodzić i był już gotów do pokonania kolejnych kilometrów. Założyliśmy dziś przejechać mniej więcej 800 km i dotrzeć do granicy stanowej z Queensland. Zapowiadał się, więc nudny dzień w rozgrzanym już od słońca aucie.

Tak jak się spodziewaliśmy nic się dziś nie wydarzyło, połowę drogi znaliśmy już dobrze, bo musieliśmy się wrócić do Tennant's Creek skąd wjechaliśmy na drogę stanową do Queensland.

Przenocowaliśmy w Camooweal jakieś 10 km za granicą ( liczba mieszkańców 310). Zatrzymaliśmy się w przydrożnym karawanie, gdzie właściciel z wielkim uśmiechem na twarzy i jointem w ręku powitał nas swojskim ooowwyyaagoinn mate (aust. How are you) ,just u n your sheila?? no worries...Miejsce było dość dziwne być może, dlatego że byliśmy tam zupełnie sami. W większości Caravan Park, w których się zatrzymywaliśmy byli jacyś ludzie a tu nic – nikogo. Tylko przypalony właściciel i skomlący gdzieś w oddali pies dingo.

O 7 nad ranem byliśmy już gotowi do drogi. Ambitnie postanowiliśmy przejechać 1200 km i dotrzeć na wschodnie wybrzeże już dziś. Po tych paru gorących dniach na pustyni fajnie będzie znów poczuć morską bryzę tym razem wiejąca znad Pacyfiku. Przejechaliśmy Mt. Isa – małe miasteczko górnicze, w którym zatankowaliśmy do pełna. Ucieszyła nas cena paliwa, bo to tylko $1.45, przez ostatnie parę dni płaciliśmy wszędzie ponad 2 dolary. Więc taka mała ulga dla naszego i tak już wybiedniałego
portfela.

Zdjęcia: Brisbane, Queensland, Mieszczuch, AUSTRALIA
Brisbane, Queensland, Mieszczuch, AUSTRALIA



Po kolejnych 700 kilometrach ze zmęczonymi głowami dojechaliśmy do Townsville. Po tym jak wczoraj wjechaliśmy do Queensland, znów zmienił się krajobraz. Queensland bardziej przypomina Europę a nawet Polskę. Miejsce czerwonego lądu zastąpiły pola uprawne z licznymi farmami. A miejsce kangurów- krowy I konie.

Townsville jest stolicą północnego Queensland ale nie należy do wielkich aglomeracji. Jest to kolejne górnicze miasto z populacją prawie 200,000 co na Australijskie warunki i tak robi wrażenie. Nie zatrzymaliśmy się tu jednak na długo, bo bardzo chcieliśmy dziś dojechać do mekki podróżników po Australii – Airlie Beach. Więc szybko wrzuciliśmy coś na ząb i ruszyliśmy dalej. Bo jeszcze ponad 300km a już zaczynało się ściemniać.

Zapadła już ciemna noc jak dotarliśmy do Airlie. Ale oto jesteśmy na wschodnim wybrzeżu Australii, w rejonie Whitsundays, punkcie wypadowym na Great Barrier Reef. Jak już mówiłem wcześniej mekka podróżników. Przejechanie na drugą stronę Australii zajęło nam 29 dni I dokładnie 12.124 Kilometry. Ale jesteśmy, cali i zdrowi a w dodatku, jacy szczęśliwi.

Zdjęcia: Sea world/Brisbane, Queensland, Rekin, AUSTRALIA
Sea world/Brisbane, Queensland, Rekin, AUSTRALIA



AIRLIE BEACH

Kilka tygodni później...

Gdy przebudziliśmy się następnego dnia, przywitała nas spóźniona pora deszczowa, którą chyba przyciągnęliśmy z Northern Territory. Gdy się obudziliśmy, nasz namiot był cały przemoczony i wcale nie zanosiło się, iż ma przestać padać. Złożyliśmy, więc nasz dobytek i powiesiliśmy go na pobliskim drzewie, aby go, choć trochę wysuszyć. Sami udaliśmy się do centrum Airlie Beach, aby skorzystać z internetu i rozejrzeć się po tej małej mieścince. Gdy weszliśmy na skrzynkę mailowa okazało się, iż dostaliśmy nową wizę, więc to była dobra wiadomość gdyż możemy kontynuować naszą podróż, po sprawdzeniu stanu konta już nie byliśmy tacy szczęśliwi. Okazało się, że zostało nam na koncie 137 dolarów i 42 centy. Troszkę zaskoczeni tym stanem rzeczy postanowiliśmy pójść na piwo i w spokoju przedyskutować, co robimy dalej. Naszym głównym planem, który podczas naszej podróży parę razy już ewoluował było dostanie się do Sydney skąd mieliśmy wracać do Polski. Po wysnuciu paru hipotez skąd wziąć pieniądze na dalszą podróż postanowiliśmy sprzedać nasza hondzinke. Nie była to łatwa decyzja, bo przecież tyle razem już przeżyliśmy i mieliśmy nadzieję, że dojedziemy razem do końca. Ze smutnymi minami wyszliśmy z baru i ruszyliśmy w stronę parkingu. Przechodząc koło irlandzkiego baru zauważyliśmy jednak kartkę w oknie, która oznajmiała: WANNA JOIN SHENANIGANS?? WE RE CURRENTLY LOOKING FOR A BAR STAFF!! Popatrzyliśmy sobie w oczy i stwierdziliśmy, iż jest to znak i to jeszcze nie jest pora na pozbycie się naszego tosterka. Weszliśmy do środka Paddy Shenanigans i po krótkim interview dostaliśmy pracę. Ja jako barman a Kasia miała sprzedawać bilety i robić selekcje, czyli po queenslandzku – door bitch. Ucieszyliśmy się niesamowicie, bo oznaczało to, iż będziemy mieli okazje podreperować budżet i za kilka tygodni ruszyć dalej. Prace mieliśmy zacząć za dwa dni, więc postanowiliśmy znaleźć jakieś lokum, bo nie wyobrażaliśmy sobie zostawać w przemoczonym namiocie przez kilka następnych tygodni. Niestety nie było to takie proste gdyż w porze deszczowej, która jak się okazało była teraz w pełni, nikt nie wynajmował mieszkań. Byliśmy, więc zmuszeni zostać w namiocie przez kolejne parę dni.

Po 3 dniach deszczu, nasz namiot nie dawał się już do spania, więc spaliśmy w aucie, ale w końcu szczęście się do nas uśmiechnęło i znaleźliśmy domek położony prawie na plaży w Cannonvale znajdującym się 3km od Airlie Beach. Czym prędzej się wprowadziliśmy i zaczęliśmy zarabiać pieniądze.

Po paru dniach wprowadził się do nas dziwny gość z dziwnym imieniem-Sokratis. Okazało się, że jest Australijskim Grekiem albo, jak kto woli Greckim Australijczykiem, który miał dość życia w wielkim mieście – Sydney i wyprowadził się do Queensland. Szybko znaleźliśmy wspólny język i zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi. Dni w pracy też leciały szybko a Airlie, Beach, do którego na początku nie byliśmy przekonani z każdym dniem wciągało nas coraz bardziej. Pora deszczowa nareszcie się skończyła i wyjrzało słońce, przypadkowo w pubie, w którym pracowaliśmy poznaliśmy przemiłą parę Polaków z Łodzi, Marka i Magdę. Od razu się polubiliśmy i umówiliśmy na imprezę następnego dnia. Bo Airlie Beach jak mówią widokówki w każdym sklepiku to 'Drinking town with the sailing problem' i życie tutaj opiera się głównie na imprezowaniu i żeglowaniu. Toteż po udanej imprezie postanowiliśmy wyruszyć na South Molle Island. Spędziliśmy razem 3 przemiłe dni na bezludnej wyspie i wróciliśmy do Airlie bo termin naszego wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami. Uzbieraliśmy już wystarczająco dużo żeby ruszyć dalej. Zrobiliśmy pożegnalną imprezę, bo poznaliśmy tu mnóstwo przemiłych, otwartych i pomocnych ludzi, z którymi żal było się rozstawać. Nazajutrz byliśmy gotowi do dalszej drogi. Nareszcie.

Zdjęcia: Sea world/Brisbane, Queensland, Ray, AUSTRALIA
Sea world/Brisbane, Queensland, Ray, AUSTRALIA



FRASER ISLAND

Dzień 30 – 01/05/12

Wstaliśmy wcześnie rano i pojechaliśmy jeszcze kupić parę widokówek, zrobić pamiątkowe zdjęcie i pożegnać się z tym zwariowanym miasteczkiem.
Po 3 godzinkach przejechaliśmy Mackay i wjechaliśmy na autostradę – Bruce Highway. Australijskie autostrady różnią się jednak od tych europejskich. Nie spotkaliśmy jeszcze typowej dwupasmówki a nazwa autostrada oznacza zwyczajną drogę asfaltową tyle że trochę szerszą. Na noc zatrzymaliśmy się nieopodal Rockhampton. Rozłożyliśmy namiot i rozpaliliśmy małe ognisko. Po sytej kolacji weszliśmy do namiotu i ku naszemu zaskoczeniu coś pod nami zaczęło się ruszać. Trochę spanikowani wyskoczyliśmy z namiotu i zaczęliśmy sprawdzać, co to...Gdy z pod naszego namiotu wyczołgała się półtora metrowa oburzona goana, nie wiedzieliśmy jak zareagować...zaczęliśmy się, więc śmiać w niebogłosy a oburzony jaszczur schował się w pobliskim buszu. Jak ja za tym tęskniłem.

Zdjęcia: Gold Coast, Queensland, Surfers Paradise, AUSTRALIA
Gold Coast, Queensland, Surfers Paradise, AUSTRALIA



Dzień 31 – 02/05/12

Gdy słońce wychodziło zza zenitu my już pędziliśmy w kierunku Bundaberg. Mieliśmy dziś w planach zwiedzić Dystylarnię najbardziej popularnego rumu w Australii – Bundy. Tysiące Australijczyków, co wieczór po ciężkim dniu pracy wychodzi przed swój domek gdzieś w buszu, rozkłada się na werandzie, nalewa sobie szklaneczkę tego zacnego trunku i wsłuchując się w wycie psów dingo obserwuje zachód słońca nad czerwoną ziemią. My mieliśmy podobne plany na dzisiejszy wieczór tyle tylko, że nie w buszu a na jednej z cudownych plaż Fraser Island. Zrobiliśmy, więc zapasy rumu i ruszyliśmy dalej. Po paru kolejnych godzinkach w aucie dotarliśmy do malutkiego miasteczka Rainbow Beach skąd, co parę godzin kursowały barki na naszą wyspę. Ściemniało się dość szybko a ostatnia dziś barka już czekała na przyjezdnych. Samo dostanie się na barkę okazało się nie lada wyczynem, gdyż musieliśmy przejechać jakieś 3 km plażą. A że piasek był miękki jak mąka a nasza hondzinka ciężka jak słonica to parę razy się zakopaliśmy. Udało się jednak dotrzeć do barki na czas. Gdy barka dowiozła nas na Fraser Island rozpoczął się najczarniejszy wieczór w naszej dotychczasowej podróży. Po tym jak odpaliliśmy naszą Hondzinkę i zjechaliśmy na plażę coś dziwnie zaczęło pachnieć w naszym aucie...jakby spalenizną. Przejechaliśmy jeszcze jakieś 100 metrów plaża, po czym silnik zgasł. Spaliłem sprzęgło. Jakby tego było mało w samym środku przypływu, a znajdowaliśmy się jakieś 5 metrów od oceanu. Co parę minut fale były coraz bliżej a my nie wiedzieliśmy, co zrobić. Kasia zaczęła się modlić a nasza Hondzinka z całym naszym ekwipunkiem znalazła si na skraju życia i śmierci...ale za to jakiej?? nie każde auto może się pochwalić, że zostało porwane przez ocean. Gdy po paru jeszcze próbach zapalenia silnika nie dało zrobić się absolutnie nic tylko czekać i obserwować aż nasz Hondi zostanie pochłonięty przez czerń oceanu. Gdy zaczęliśmy wypakowywać wszystko z auta zobaczyliśmy światełku w tunelu. Jakieś 3 km od nas w głąb plaży ktoś zapalił reflektor. Kasia ruszyła, więc szukać pomocy a ja próbowałem coś jeszcze pokombinować pod maską, ale wiedziałem już wtedy, na 100% że to było sprzęgło, także nie byłem w stanie nic zrobić. Za jakieś 10 minut Kasia przyjechała z pomocą. Na nasze szczęście, ktoś nieopodal rozbił camping i na nasze szczęście miał linę holowniczą. Po paru próbach wyciągnięcia nas już praktycznie z oceanu, w końcu udało się ruszyć i odciągnąć nas trochę głębiej na brzeg. Po drodze niestety dość solidnie się zakopaliśmy w piasku i nic więcej nie dało się zrobić. Podziękowaliśmy bardzo panu, który był tak uprzejmy żeby nas odholować i zaczęliśmy zastanawiać się, co robimy dalej. Najpierw musieliśmy sprawdzić czy jesteśmy bezpieczni. Ja, więc pooznaczałem miejsca, dokąd sięgała woda żeby śledzić przypływ. Bo chociaż znajdowaliśmy się jakieś 10 metrów od brzegu to fale i tak zbliżały się coraz szybciej. Kasia zaś szukała jakiś numerów, gdzie ewentualnie mogliśmy zadzwonić po pomoc i jakieś informacje. Pierwszym znalezionym numerem był numer do jakiegoś hotelu na Rainbow Beach. Dzięki Bogu mieliśmy zasięg i mogliśmy używać telefonu. Zadzwoniliśmy, więc do hotelu, gdzie recepcjonistka nie znała żadnych telefonów awaryjnych a gdy spytaliśmy się o godzinę, w której jest szczyt przypływu to powiedziała, że dopiero się zaczął a szczyt będzie około 3 w nocy. No to dalej byliśmy w głębokiej du... bo dopiero 22.00 więc jeszcze jakieś 5 godzin przypływu. W dodatku dookoła naszego podkopanego auta zaczęło krążyć wygłodzone stadko psów dingo. To wiązało się z tym, iż nie możemy rozbić namiotu i musimy zostać w aucie. Kasia zaczęła płakać. Na szczęście w plecaku mieliśmy butelkę rumu kupionego przed paroma godzinami. Otworzyliśmy, więc ją niezwłocznie, bo zaczynało robić się nie miło i nie byliśmy w stanie uporać się z tym na trzeźwo. Napiliśmy się, więc po szklaneczce, uspokoiliśmy nerwy, Kasia przestała płakać i zaczęła się znowu modlić. Zaczęliśmy znów wertować kartki różnych map w poszukiwaniu jakiegoś telefonu do pobliskiego rangera, ale wszystko na nic. Zdecydowaliśmy w końcu zadzwonić na policje. Mogliśmy zrobić tak od samego początku, bo bardzo miła pani po drugiej stronie, uspokoiła nas i podała numery do lokalnego rangera na wyspie. Zadzwoniliśmy, więc do, Rangera, który powiedział ze przypływ kończy się o 23.00, uff kamień spadł nam z serca. Powiedział także, że jutro nad ranem zadzwoni do kogoś, aby nas odholować z powrotem na Rainbow Beach. Kasia się przeżegnała i przestała modlić a ja nalałem po jeszcze jednej szklaneczce rumu. Emocje opadły, Kasia usnęła a ja stwierdziłem, że przytrzymam warte i napije się jeszcze jednej szklaneczki bundyego.

Zdjęcia: South Molle Island, Queensland, Wyspa skarbów, AUSTRALIA
South Molle Island, Queensland, Wyspa skarbów, AUSTRALIA



Dzień 32 - 03/05/12

Nazajutrz obudziło nas wschodzące słońce. Chociaż przespaliśmy kilka godzin to i tak byliśmy bardzo zmęczeni i niezbyt pozytywnie nastawieni, zdawaliśmy sobie sprawę, iż dzisiejszy dzień nie będzie należał do łatwych i przyjemnych. Gdy wyszliśmy z samochodu, pierwsza barka zbliżała się do brzegu wyspy. Zza burty widać było, że transportuje coś większego, coś jakby nasz ratunek. Gdy dobiła do brzegu, na plaże wywlokła się wielka ciężarówka holownicza z ogromnymi oponami i bardzo wysoko podniesionym podwoziem. Mieliśmy wrażenie, że to nie była jej pierwsza wizyta na Fraser Island. Nie zajęło kierowcy dużo czasu, aby nas znaleźć i dość szybko uwinął się z wrzuceniem naszego tosterka na pakę. My zasiedliśmy z przodu obok kierowcy i ze smutnymi minami opuszczaliśmy Fraser Island. Szkoda. Po jakiejś godzince dojechaliśmy z powrotem do Rainbow Beach, do lokalnego Auto Serwisu. Na dzień dobry dostaliśmy rachunek za holowanie 300 $, auua najdroższa taxi w naszym życiu, lecz to nie była ostatnia zła wiadomość, mechanicy potwierdzili, że spaliliśmy sprzęgło i wymiana będzie nas kosztować koło 2,000 $ a z okazji zbliżającego się długiego weekendu, będziemy musieli czekać 5,6 dni. Ładnie się załatwiliśmy, bo po opłaceniu holowania zostało nam 2,100 $. Nagle jednak zapaliła się lampka nad naszymi głowami i przypomnieliśmy sobie jedną rozmowę z Sokratesem, gdy wspominał, że ma dobrego znajomego mechanika w Brisbane.

Wybraliśmy więc numer do Sokratesa a on zajął się resztą. Okazało się także, iż ma znajomego pracującego w firmie holowniczej i załatwił nam rabat. Najwcześniej jednak mógł odholować naszą hondzine do Brisbane za 4 dni. Pokrzepieni tymi informacjami spakowaliśmy 2 plecaki i ruszyliśmy przed siebie zostawiając cały nasz dobytek za plecami. Udaliśmy się do centrum Rainbow Beach a przechodząc koło dworca autobusowego, zauważyliśmy, że następny autobus do Brisbane odjeżdża za parę godzin. Kupiliśmy, więc bez zastanowienia bilety i po paru godzinkach koczowania na dworcu, byliśmy w nocnym autobusie do Brisbane.


BRISBANE

Dzień 33 - 04 /05/12

Do Brisbane dojechaliśmy o 6 rano. Wypakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w miasto. Dość szybko znaleźliśmy drogę do centrum, poszliśmy do pobliskiego supermarketu żeby kupić coś do jedzenia, następnie rozsiedliśmy się w parku i zjedliśmy śniadanie. Po śniadanku ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś schronienia na najbliższe 2 lub 3 dni. Zatrzymaliśmy się w środku miasta w hostelu, 30 baksów za nocleg to nie taki koszmar. Wrzuciliśmy, więc plecaki do pokoju i ruszyliśmy zwiedzać miasto. Po wyjściu na ulice poczuliśmy się trochę zagubieni, jakbyśmy nagle znaleźli się w dzikiej dżungli pełnej zwierząt, gdzie zewsząd grozi Ci niebezpieczeństwo. Mnóstwo ludzi wybiegło nagle na ulice i pędzili nie wiadomo gdzie. Azjaci, Hindusi, Biali i wiele wiele innych nacji zaczęło wielki wyścig szczurów. Światła, hałas, tysiące samochodów w korkach, rozentuzjazmowany tłum niezwracający uwagi na nikogo. Tu nie ma miejsca na błąd lub choćby potknięcie, bo możesz zostać stratowany i nikt nie poda Ci ręki, nikt nawet tego nie zauważy. Przyczepiliśmy się, więc do śmiesznie wyglądającej grupki azjatów w krawatach i białych koszulach. Każdy był bardzo zestresowany i rozmawiał przez telefon. Dziwnie tylko na nas spojrzeli i weszli do wielkiego świecącego biurowca. My zaś dalej szliśmy przed siebie. Mijaliśmy kolejnych ludzi w krawatach i kolejne biurowce aż w końcu przechodząc przez malutki park zobaczyliśmy jaszczurkę wygrzewającą się na słońcu. Widać jednak, że to miasto posiada jakąś zwierzynę oprócz szczurów oczywiście. Wyciągnąłem aparat a jaszczur chętnie zapozował do zdjęcia.

Dotarliśmy w końcu do rzeki, przy której stał wielki 'diabelski młyn'. Zwał się Brisbane Wheel i wcale nie był taki diabelski. Ten rejon miasta przy Brisbane River przypominał nam Tamize i London Eye. Niedaleko znajdował się ogród botaniczny, pośpieszyliśmy, więc tam, czym prędzej, bo nasze oczy potrzebowały trochę zieleni. W ogrodzie znajdowała się Nepalska Pagoda z wielkim posągiem Konfucjusza nieopodal.

Znaleźliśmy chwile na medytacje i zebranie myśli. Po chwili relaksu dostaliśmy jednak telefon od Sokratesa, że cała operacja z holowaniem auta do Brisbane nie wypali, bo znajomego Sokratesa nie będzie w mieście przez kilka następnych dni. Ta wiadomość nas trochę dobiła, bo zmusi nas do kolejnej zmiany planów. Resztę dnia spędziliśmy w browarze XXXX, gdzie przy zimnym piwku i bezstresowej atmosferze planowaliśmy dalszą podróż.

GOLD COAST

Dzień 34 - 05/05/2012

Postanowiliśmy nie przejmować się przeciwnościami losu, jakich ostatnio doświadczyliśmy i ruszyć dalej w drogę. Niespodziewane zdarzenia są przecież najważniejszą częścią podróżowania i ciekawych przygód. To one odróżniają te wspaniałe dni od tych długich, szarych i monotonnych, w których nic się nie dzieje i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Brisbane nie zrobiło na nas większego wrażenia także z samego rana dotarliśmy do dworca autobusowego i ruszyliśmy dalej. Zmierzając do Gold Coast zatrzymaliśmy się w Warner Bros Movie World, gdzie Bugs, Duffy i wiewiór z epoki lodowcowej wprowadzili nas w świat bajki i poczuliśmy się przez chwile jak 10-cio latki. Popołudniu dojechaliśmy do Gold Coast. Najpiękniejszego miasta w Australii, w którym po krótkim spacerze, zakochaliśmy się na zabój. Gold Coast jest totalną przeciwnością Brisbane. Tutaj nikt się nie śpieszy, nie przeklina za kierownicą swojego auta, każdy jest szczęśliwy i wyluzowany a w powietrzu panuje sielankowa aura, trwająca przez cały rok. Jedną z największych dzielnic miasta nazwano Surfers Paradise, bo jest to miasto surferów, których nie sposób nie zauważyć. Centrum miasta znajduje się na cudownej plaży, gdzie odbywają się wszystkie atrakcje kulturalne a tysiące ludzi wygrzewają się na słońcu. Każdy jest miły i zadowolony z życia a przechodząc obok uśmiecha się i pyta howyaagoin mate?? Amazing mate, amazing. Spacerując główną promenadą, wcieniu drapaczy chmur wyrastających prosto z plaży, rzucają się w oczy nowoczesne dekoracje a toalety i przebieralnie na n plaży poobklejane są zdjęciami miasta z minionych epok z ludźmi poubieranymi w śmieszne stroje kąpielowe, jednak z tym samym szczerym uśmiechem, który zagościł teraz i na naszych twarzach.

Dzień 35, 36 - 06,07/05/12

Zaraz po śniadaniu, zarezerwowaliśmy bilety nocne do Sydney. Ponieważ nasz autobus odjeżdża dopiero o 20.00 postanowiliśmy spędzić cały dzień na plaży a ponieważ pogoda dopisywała spakowaliśmy ręczniki, krem do opalania i ruszyliśmy nad Pacyfik. Dzień minął bardzo szybko, w szczególności, że wygrzewając się na plaży zasnęliśmy na parę godzin i troszkę nam przysmażyło nosy. Wracając do hostelu po plecaki zahaczyliśmy jeszcze o pobliską budę z owocami morza. Zajadaliśmy się lokalnymi kalmarami i krewetkami z myślą, że już jutro będziemy w Sydney skąd od razu wyruszamy w tajemnicze Blue Mountains. Zabraliśmy, więc plecaki, doszliśmy na dworzec i wsiedliśmy do autobusu.

Całą noc i pół dnia zajęło nam dotarcie do Sydney, skąd nie wychodząc nawet z dworca zmieniliśmy środek transportu na pociąg. Po paru godzinkach w pociągu dotarliśmy w końcu do Blackheath skąd mieliśmy rozpocząć kilkudniową wyprawę w głąb Niebieskich gór. Rozbiliśmy namiot na pobliskim polu namiotowym, zjedliśmy kawałek konserwy i poszliśmy spać, bo oczy nam się same zamykały.





























Zdjęcia

AUSTRALIA / Queensland / Hillsbourough National Park / butterflyAUSTRALIA / Queensland / Day Dream Island / DayDream IslandAUSTRALIA / Queensland / Hillsbourough National Park / LiśćAUSTRALIA / Queensland / Hamilton Island / Lunch timeAUSTRALIA / Queensland / Brisbane / MieszczuchAUSTRALIA / Queensland / Sea world/Brisbane / RekinAUSTRALIA / Queensland / Sea world/Brisbane / RayAUSTRALIA / Queensland / Gold Coast / Surfers ParadiseAUSTRALIA / Queensland / South Molle Island / Wyspa skarbów

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl