Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

20 000 km bez prawka (część 4) > AUSTRALIA


xmaori xmaori Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie AUSTRALIA / New South Wales / Blue Mountains / FoggyZapraszamy do lektury czwartej i ostatniej część relacji z Czerwonego Kontynentu. Czy Wam także zamarzyła się podróż w tym kierunku? :-)

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy...Ostatnie sprawozdanie z naszej wyprawy na czerwony kontynent.

BLUE MOUNTAINS

Dzień 37 - 08/05/12

Wstaliśmy wcześnie rano, złożyliśmy namiot i ruszyliśmy na szlak. Dotarcie na szlak zajęło nam jakieś 2 godziny, bo niestety nie można było się tam dostać żadnym środkiem komunikacji miejskiej. Po dotarciu na szlak, gdy zaczęliśmy schodzić wzdłuż wąwozu ukazał nam się niesamowity widok. Z samego szczytu wąwozu spływał cieniutki strumień rzeczki tworząc niesamowicie skromny a zarazem zapierający dech w piersiach wodospad. Widok w głąb wąwozu spowodował, że opadły nam szczęki a włosy na rękach zaczęły się jeżyć.

Schodząc w dół wąwozu, coraz to bardziej zbliżaliśmy się do wodospadu a grunt pod butami robił się coraz bardziej mokry i śliski. Gdy dotarliśmy do podnóża wodospadu otoczenie niebieskiego lasu i spadającej wody sprawiało, iż znaleźliśmy się w elfickim lesie.

Było tu tak pięknie, że zdecydowaliśmy się zrobić wcześniejszy lunch i nacieszyć oczy wspaniałością tego miejsca.

Dotarcie do Junction Rock zajęło nam parę godzin, ale szlak był pełen małych strumyczków, ciekawej roślinności i zwierzyny, co sprawiało, że nie odczuwaliśmy zmęczenia i pragnienia. Z Junction rock odbiliśmy do Blue Gum Forest, droga też zajęła nam kilka godzin, bo już nie była taka przyjemna i musieliśmy podążać wąską ścieżką, która była bardzo zarośnięta i co chwile gubiliśmy trop. Udało nam się jednak dotrzeć przed zmrokiem. Rozbiliśmy, więc nasze przenośne domostwo i upichciliśmy gulasz z puszki.

Zdjęcia: Blue Mountains, New South Wales, Foggy, AUSTRALIA
Blue Mountains, New South Wales, Foggy, AUSTRALIA



Dzień 38 - 09/05/12

Dzień zaczęliśmy wcześnie rano, bo mieliśmy w planach nie mały kawałek do pokonania. Cudowne to uczucie, gdy wychodząc z namiotu można zaczerpnąć świeżego powietrza a otaczająca cię przyroda napawa cię takim optymizmem, że daje ci kopa energii na cały nadchodzący dzień. Spakowaliśmy, więc nasze domostwo do plecaków i nie patrząc za siebie ruszyliśmy do przodu. Zaczerpnęliśmy jeszcze wody z pobliskiego strumienia, bo nasze zapasy kończyły się dość szybko. Na szczęście na większości dzisiejszego szlaku będą nam towarzyszyły różne potoczki i strumienie, także nie musimy się martwić o noszenie na plecach zbędnych kilogramów.

Po 2 godzinkach dość szybkiego marszu zatrzymaliśmy się koło przepływającego obok strumyczka i wzięliśmy szybki prysznic. Lodowata woda od razu sprawiła, że nasze zmęczone mięśnie od razu poczuły się rześko i wypełniły się energią.

Sielanka skończyła się, gdy droga przez las zmieniła się wspinaczkę pod gorę a mokre skały, po których przyszło nam si wspinać nie ułatwiały zadania także zgięci w pół pod ciężarami plecaków, niemal na czworaka wspinaliśmy się na szczyt wąwozu. Gdy znaleźliśmy się mniej więcej w połowie drogi pod górę musieliśmy przejść paręset metrów stromym urwiskiem, co było dość ryzykowne ze względu na mokre skały. Daliśmy sobie jednak rade i po parunastu kolejnych kilometrach znaleźliśmy się na szczycie wąwozu skąd wychodził niesamowity widok na 'Blue Mountains'.

Zdjęcia: Blue Mountains, New South Wales, Góry Błękitne, AUSTRALIA
Blue Mountains, New South Wales, Góry Błękitne, AUSTRALIA



Spotkaliśmy jeszcze po drodze dwójkę podróżników z Argentyny, którzy po parunastu minutach rozmowy zaproponowali nam podwiezienie do Katoomby, z którego bardzo chętnie skorzystaliśmy.
Tak, więc znaleźliśmy się Katoombie - największym miasteczku, w Blue Mountains, z liczbą mieszkańców nieco ponad 8,000 leżącego 110 km na zachód od Sydney.

Uprzejmi Argentyńczycy zawieźli nas aż na pole namiotowe, gdzie życzyliśmy sobie ciekawych podróży i rozstaliśmy się w bardzo przyjemnej atmosferze. Rozbiliśmy namiot i rozpaliliśmy grilla, który znajdował się nieopodal naszego namiotu. Napiliśmy się jeszcze piwka z parą francuzów, zaczynających dopiero swoją podróż po Australii, daliśmy im kilka dobrych rad dotyczących ciekawych miejsc, po czym zniknęliśmy w ciemnościach naszego namiotu.

Dzień 39 - 10/05/12

Parę minut po 24.00 zaczęło się oberwanie chmury, które trwało do samego rana. Nasz namiocik po paru mocniejszych doświadczeniach nie był już tak odporny jak na początku. Właściwie można by rzec, że chłonął każdą możliwą krople wody. Obudziliśmy się, więc przemoczeni do suchej nitki. Zaczynając od śpiworów po karimat i plecaków a kończąc na mapach, kanapkach i skarpetkach. Wybiegliśmy, więc jak najszybciej i przenieśliśmy wszystko po małe zadaszenie, gdzie wczoraj rozmawialiśmy z francuzami. Mieliśmy dziś w planach przejść jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, po czym wrócić do Sydney. Postanowiliśmy, więc pozbyć się zbędnych mokrych kilogramów i pożegnać się z naszym domem a także dwoma łóżkami. Wyrzuciliśmy, więc namiot na śmietnik a karimaty złożyliśmy i zostawiliśmy pod ławką, z nadzieją, że jeszcze się komuś przydadzą. Zjedliśmy kanapki z tuńczykiem i ruszyliśmy w drogę. Przemoczeni, strudzeni, bez dachu nad głową, bez hondzinki i już praktycznie bez grosza przy duszy zmierzaliśmy na spotkanie z 'trzema siostrami".
Schodząc w dół Jamison Valley w lesie otaczała nas niesamowita mgła, ograniczająca widoczność do kilku metrów.

Gdy maszerowaliśmy już w głąb doliny zaczęło się wypogadzać, aż w końcu, gdy znaleźliśmy się znów na szczycie na Echo Point była już piękna pogoda. Co umożliwiło nam zobaczenie 'trzech sióstr'.

Zdjęcia: Blue Mountains, New South Wales, Majestic , AUSTRALIA
Blue Mountains, New South Wales, Majestic , AUSTRALIA



Aborygeńska legenda opowiada o trzech siostrach: 'Meehni', 'Wimlah' i 'Gunnedoo', żyjących w dolinie Jamison, gdzie należały do plemienia Katoomba. Owe trzy piękne siostry zakochały się w trójce braci z plemienia Nepean. Niestety Aborygeńskie prawo zakazywało małżeństw między tymi dwoma plemionami. Rozwścieczeni bracia postanowili, więc porwać siostry, czym zaczęli krwawą wojnę między plemionami. Życie sióstr było zagrożone także szaman z plemienia Katoomba, by je ochronić postanowił zamienić je w skały. Chciał odwrócić zaklęcie, gdy tylko wojna dobiegnie końca, niestety zginął w walce a siostry na zawsze pozostały wielkimi kamieniami tworząc pomnik przypominający o tejże wojnie.
Piękna i smutna historia, ale zapierająca dech w piersiach sceneria pozwoliła nam się rozmarzyć na kilkanaście minut i sprawić, iż legenda stała się prawdziwa.
Nasza legenda też się zdawała zbliżać ku końcowi, ale nie byliśmy jeszcze pewni czy zakończy się happy endem czy tak jak trzy siostry zostaniemy skazani na wieczny pobyt w Australii. Gdy zapłaciliśmy za bilety do Sydney, zostało nam 36 dolarów.
Na szczęście wracając do Sydney zadzwonił telefon ze świetnymi informacjami, na które czekaliśmy już od kilku dni, a mianowicie Sokrates przyjedzie jutro rano naszą Hondzinką do Sydney i będziemy mogli znów spotkać się z naszym tosterkiem, a przynajmniej będziemy mieli gdzie spać, bo jeżeli chodzi o dzisiejszą noc to nie byliśmy niczego pewni. Gdy dotarliśmy do Sydney było już dawno po zmroku a my nie mieliśmy gdzie spędzić dzisiejszej nocy. Zamówiliśmy sobie po hot-dogu bo kiszki już nam grały marsza i zdecydowaliśmy wydać ostatnie dolary na bilet autobusowy na Bondi Beach. Po godzinie znaleźliśmy się na Bondi, poszliśmy na plażę i rozbiliśmy małe obozowisko na plaży, gdzie długo rozmawiając i wspominając naszą podróż, spędziliśmy resztę nocy.

SYDNEY

Dzień 40 - 11/05/12

Podziwiając wschód słońca na Bondi Beach z oczami na zapałkach, głową śpiącej żony na kolanach i uśmiechem od ucha do ucha zdałem sobie sprawę jak bardzo kocham życie, świat, naturę i przygodę, którą jak sobie dziś w nocy poprzysiągłem będzie mi towarzyszyć do końca moich dni. Zdałem sobie sprawę z tego jak bardzo kocham tą kobietę, która rzuciła wszystko i pojechała ze mną w świat. Wiem już, że jest ona moją połówką, moją podróżniczką nie tylko przez Australię, ale przez całe życie.
Koło 9 spotkaliśmy się z Sokratesem, który przywiózł nam naszą hondzine. Troszkę przykurzoną, ale w całości i w jak najlepszym stanie. Spędziliśmy jakieś dwie godzinki opowiadając mu nasze przygody, po czym pojechał odwiedzić swoją mamę. Umówiliśmy się, że jutro pokaże nam Sydney. My zaś wypakowaliśmy cały nasz dobytek z auta i rozłożyliśmy mały kram na plaży. Musieliśmy jakoś zarobić pieniądze na jedzenie i miejsce do spania na kilka następnych dni. Zrobiliśmy kilka zdjęć naszemu tosterkowi i wydrukowaliśmy ogłoszenia FOR SALE, po czym Kasia zaczęła roznosić je po hostelach a ja sprzedawałem nasz dobytek. Sprzedaż poszła dość dobrze, bo za dwa rozkładane fotele, kanister, latarkę, śpiwory i dwa zestawy do, snoreklingu, które sprzedałem dwóm wesołym serferom zarobiłem ponad 200 dolarów. To spokojnie wystarczy na przeżycie kilku następnych dni. Mam tylko nadzieje, że sprzedaż naszej Hondziny pójdzie równie dobrze, bo musimy jak najszybciej kupić bilety lotnicze. Po powrocie Kasi pojechaliśmy do taniego hostelu i zasnęliśmy w zimowy sen.

Dzień 41 - 12/05/12

Z samego rana odebraliśmy Sokratesa z domu jego mamusi i rzuciliśmy się w wir zwiedzania. Sydney Harbour Bridge, Ogrody Botaniczne, Luna Park, Darling Harbour no i oczywiście Opera zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Piękne, olbrzymie miasto z mnóstwem ludzi. Dobrze, że mieliśmy przewodnika, bo pewnie sami szybko byśmy się zgubili i zwiedzanie nie poszłoby tak szybko a tak spędziliśmy świetny dzień z naszym przyjacielem Sokratesem i przy okazji zwiedziliśmy wszystkie główne atrakcje. Popołudniu pojechaliśmy do Harry's Cafe de Wheels w dzielnicy Woolloomooloo do słynnej budy z hot ddogami, w którejjadały takie osobistości jak Frank Sinatra, Robert Mitchum czy Marlene Dietrich. Zamówiliśmy po hot dog de wheels i rozkoszowaliśmy się widokiem na Sydney. Chwilę później zadzwonił ktoś zainteresowany kupnem naszej hondziny, pięknie się wszystko układa, umówiliśmy się, więc na jutro a sami ruszyliśmy na podbój Sydneyowskich barów i pubów.

Dzień 42 - 13/05/12

Obudził nas kolejny telefon w sprawie naszego wehikułu. O 10.00 spotkaliśmy z dwoma dziwnie wyglądającymi niemieckimi turystami, którzy dzwonili wczoraj, nie chcieli jednak zaoferować więcej niż 2,000 dolarów, także nie doszliśmy do porozumienia i czekaliśmy na kolejnych potencjalnych kupców. Godzinę później pojawiła się para Australijczyków, z którymi od razu znaleźliśmy wspólny język i ubiliśmy targu - 2,300 dolarów. Z łzami w oczach oddawaliśmy kluczyki do naszej Hondziny, naszego zielonego tostera, naszego wspaniałego wehikułu, którym przejechaliśmy prawie 15,000 kilometrów. Zrobiliśmy jeszcze pożegnalne kółeczko dookoła hostelu i oddaliśmy ją nowym właścicielom a Ci dali słowo, że zaopiekują się nim najlepiej jak będą potrafić. Dowidzenia Hondziu.
Dobrą nowiną było, iż na naszym koncie pojawiło się 2,300 dolarów a to powinno spokojnie wystarczyć na powrót do domu. Resztę dnia spędziliśmy w kafejce internetowej szukając lotów do Polski. W końcu udało się znaleźć coś ciekawego. 16/05/12 Sydney-Bangkok-Guanghzou-Londyn-Kraków, cena 2,100, czas podróży-prawie pięć dni...hahaha...ale to jedyny lot na jaki nas stać.

Dzień 43, 44 - 14,15/05/12

Ostatnie 2 dni spędziliśmy zwiedzając największe miasto Australii. Na spokojnie odwiedziliśmy jeszcze raz operę i Sydney Bridge bo są to niewątpliwie dwie największe atrakcje Sydney. Porobiliśmy kilka zdjęć, odwiedziliśmy kilka pubów i wróciliśmy na Bondi bo ta, chociaż pełna ludzi najbardziej przypadła nam do gustu.

Dzień 45 - 16/05/12

No i stało się, siedzimy w samolocie do Bangkoku. Nasza podróż dobiegła końca, chociaż w Krakowie będziemy dopiero za 5 dni to już za kilka minut pożegnamy się z fascynującą, tajemniczą, nieznaną i jedyną w swoim rodzaju Australią.
Jesteśmy zrelaksowani i w dobrych nastrojach. Nie płaczemy, że nasza podróż dobiegła końca, jesteśmy bardzo szczęśliwi, że trwała tak długo.
Jesteśmy dumni z naszego osiągnięcia. Z postawienia tego pierwszego, najtrudniejszego kroku w nieznane. Chociaż kolejne nie zawsze były łatwe to z nimi też sobie całkiem nieźle poradziliśmy. Uzależniliśmy się od Australii, uzależniliśmy się od podróżowania. Te 45 dni zmieniły nasze DNA, zmieniły nasze życie i sposób, w jaki patrzymy na świat i na naszą przyszłość. Były to najpiękniejsze 45 dni w naszym życiu, które na zawsze pozostaną w naszej pamięci i nikt nie może już nam ich zabrać. Podróżowanie jest jedyną rzeczą, za którą płacąc, stajesz się bogatszy.
Ludzie dzielą się na tych, którzy mówią o podróżach i na tych, którzy mimo wielu poświęceń, podróżują. My już wiemy jak to jest, wiemy także jak będzie wyglądać nasze przyszłe życie, także z dużym uśmiechem patrzymy w przyszłość. Bo jak mawiał Św. Augustyn " Świat jest jak książka, a Ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę".



















Zdjęcia

AUSTRALIA / New South Wales / Blue Mountains / FoggyAUSTRALIA / New South Wales / Blue Mountains / Góry BłękitneAUSTRALIA / New South Wales / Blue Mountains / Majestic

Dodane komentarze

xmaori dołączył
25.02.2014

xmaori 2014-03-14 00:42:08

Dzięki wielkie za obszarny komentarz...patrząc na to z przestrzeni czasu...to naprawde mogłobyć niebezpieczne w niektórych momentach...ale jak się ma ducha przygody w sercu to się nie zwarza na niebezpieczeństwa tylko mknie się do przodu w poszukiwaniu przygód i nowych wyzwań....pozdrawiam gorąco

fotodrab dołączył
11.02.2012

fotodrab 2014-03-13 07:47:51

Przeczytalem caly cykl z ogromnym zainteresowaniem. Poczatkowo bylem na Was wrecz zly...ale o tym za chwile, ale pozniej przypomnialem sobie siebie samego w Waszym wieku i troszke sie rozesmialem. Bylem tak strasznie podobny :) Zly bylem natomiast, gdyz z Waszego tekstu wynikalo, ze troche przed ta podroza w Australii juz posiedzieliscie, a na wyjazd wybraliscie ( mam tu na mysli poczatkowy odcinek) wrecz najgorszy sezon, ktory mogl sie dla Was okazac wrecz niebezpieczny. Czasem jedna ulewa potrafi odciac mozliwosc powrotu na wiele miesiecy. Nie wspominam juz o temperaturach i tym jak bardzo w takich warunkach wykanczaja soie wszystkie samochodowe podzespoly. Gdy przeczytalem o tym jak wjechaliscie na barke w Rainbow Beach bylem juz pewny co nastapi dalej. Jesli mieliscie tak miekki piasek, to znaczy, ze dlugo nie padalo tak, lub jeszcze gorzej beda wygladaly wszystkie szlaki na wyspie. Dziwie sie, ze w ogole wzieli Wam SUV-a na Fraser. Raz mialem tam podobne warunki do Waszych, ale solidny , wysoko zawieszony , terenowy 4x4, a nie carb worrior jakim tak naprawde jest ta Honda i pamietam, ze co chwila sie zakopywalem. Ciesze sie bardzo, ze podobala sie Wam Australia - ja wrecz jestem w tym kraju zakochany - zwlaszcza w outbacku i jeszcze bardziej sie ciesze, ze wyszliscie z tego zywo i mozecie teraz o swojej wyprawie opowiadac.
Pozdrawiam!
Marek

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl