Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Ośla wędrówka cz.III > PERU


Expedition-madidi Expedition-madidi Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie PERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / Nasz osiołek Paks (zdjęcie do artykułu)Dla fanów osiołka Paksa mamy dobrą wiadomość - pora na kolejną część "oślej historii" :-)

Witajcie w Culipampie, w końcu wita nas upragniony napis. Tylko czemu jest tak ciemno??? No tak, nie ma elektryczności. Żegnaj ciepła wodo, żegnajcie naładowane baterie. Niektóre domki mają światło dzięki panelom słonecznym. Pukamy do jakiejś chałupy, bo widzimy na niej napis „hospedaje”. Pani zaprowadza nas do naszego pokoju. Mają panele, więc mamy światło. Ale to wszystko. Nie ma żadnej łazienki, nie ma bieżącej wody, jest tylko latryna na zewnątrz. Chociaż nie jest jeszcze tak późno, wszystkie sklepy, restauracja są zamknięte. Głodówki ciąg dalszy. Jest niesamowicie zimno! Wioska jest na ok 4700 m n.p.m. Jak ludzie tutaj żyją bez ogrzewania? Na czym gotują jeśli nie ma tu drewna?
Mamy wrażenie, że nigdy nie zaśniemy bo pod tyloma kocami telepiemy się z zimna. A tak bardzo chcemy szybko zasnąć, marzymy już o śniadaniu!

Zdjęcia: Peruwiańskie Andy, Arequipa, Nasz osiołek Paks (zdjęcie do artykułu), PERU
Peruwiańskie Andy, Arequipa, Nasz osiołek Paks (zdjęcie do artykułu), PERU



DZIEŃ 9

Mamy pecha.
Kupujemy bułki, jajka i kakao. Ślinka cieknie na myśl o jajecznicy. Co się dzieje? Jeden z najważniejszych sprzętów w naszym ekwipunku – kuchenka – się zepsuła. Krzysiek cały ranek majstruje przy niej, ale bezskutecznie. Jemy suche bułki i kakao w proszku. Ja w tym czasie odpalam komputer, próbując uratować zdjęcia. Chyba zepsuła nam się jedyna karta z aparatu. Masa zdjęć jest jakaś pocięta i nie do odczytania. Nie jestem w stanie sprawdzić tych zdjęć na kompie bo psuje nam się czytnik. Dlaczego wszystko naraz?

Straszna bieda tu z jedzeniem dla Paksa. Pustynia. Coś tam skubie, ale podejrzewamy że to za mało dla pracującego osła. Na szczęście w sklepie są marchewki. Przed nami nadal kawał drogi do miejsca w którym chcemy sprzedać Paksa, czyli do Oropesy. To jest ponad 100 km. Nie chcemy go sprzedawać tutaj, bo noce na prawie 5 tyś są strasznie zimne, Paks nie jest do tego przyzwyczajony.

Zostajemy dzisiaj w Culipampie. Bardzo boli mnie kostka u stopy. Spuchła, boli tak mocno że ciężko mi siedzieć, nie mówiąc już o chodzeniu.

Zdjęcia: Culipampa, Arequipa, Culipampa (zdjęcie do art), PERU
Culipampa, Arequipa, Culipampa (zdjęcie do art), PERU



Babulka, właścicielka hostelu w którym śpimy, przychodzi zapytać nas czy zostajemy dłużej. Pyta skąd jesteśmy, mówi że ma mapę świata i zaraz pobiegnie zobaczyć gdzie jest Polska. Ludziom się wydaje, że w całej Europie mówi się po angielsku. Jak rozmawiamy po polsku ze sobą to nam mówią, że nic nas nie rozumieją bo nie znają angielskiego, dziwią się gdy im mówimy że rozmawiamy po polsku . Udaje mi się stargować cenę i początkowa cena za osobę za noc staje się ceną za dwie osoby. Płacimy grosze.
Popołudniu idziemy do jedynej restauracji tutaj i cieszymy się jak dzieci, że jest obiad! Przepyszna zupa z quinua. U nas praktycznie ta kasza jest niedostępna lub bardzo droga. Tutaj jest strasznie popularna. Pani przynosi nam wielki termos z gorącą wodą, opijamy się herbatą i kawą. Rozpiera nas szczęście
Później przychodzi do nas znów właścicielka hotelu i proponuje nam, że możemy kupić u niej jedzenie dla Paksa. Paks dostaje więc owies i jakieś resztki warzyw.

Pan sklepikarz opowiada nam, że maksimum raz do roku zagląda tu jakiś turysta, przede wszystkim na rowerze. Pierwszy raz goszczą turystów którzy przyszli na piechotę i z osiołkiem.

Jutro wyruszamy do wioski Huacullo, położenej 100 metrów niżej niż Culipampa. Tam chcemy zasięgnąć informacji co robimy dalej, jedyne mapy jakie mamy to mapy amerykańskiego rowerzysty. Ale on dalej pojechał drogą którą my nie chcemy, musimy więc dopytać ludzi jak wygląda ścieżka w kierunku Oropesy którą chcemy iść. Czy w ogóle jakaś jest.

DZIEŃ 10

Wszystko się komplikuje.
Mieliśmy plan iść do wioski Huacullo, a później do Oropesy.

Problem 1 – przez 100 km nie ma żadnych wiosek, a nie działa nam kuchenka, co więc mamy jesć.
Problem 2 – Moja kostka mocno napuchła, nie jest lepiej, jest jeszcze gorzej.

Wpadamy na pomysł, że pojedziemy busem do Antabamby, miasteczka położonego ok 100 km stąd. Spróbujemy naprawić tam kuchenkę i moją nogę, bo ponoć jest tam szpital. Właścicielka mówi nam, że jeżdżą stąd busy do Antabamby. Pakujemy więc część rzeczy, resztę zostawiamy tutaj. Osiołek zostaje pod opieką właścicielki, kupujemy mu wyżywienie na dwa dni, które ma mu dawać babulka. Siedzimy więc na krawężniku i czekamy na busa. Nieznana jest godzina jego przyjazdu. Podchodzi do nas sklepikarz, o imieniu Pio. Mówimy mu że czekamy na busa „na busa? Możecie czekać nawet i rok i i tak nie przyjedzie. Tutaj nie ma żadnych busów”. Cholera jasna! Co teraz z nami? W obecnej sytuacji mam problem przejść kilka kroków, nie dam rady iść dalej. Pio mówi, że możemy pytać kierowców ciężarówek, ponoć jeżdżą, a właścicielka twierdzi że wszyscy jadą w innym kierunku. Ale widać, że jest słabo zorientowana, skoro myślała że jeżdżą tu busy.

Cieszymy się, że tu trafiliśmy bo dzisiaj mieliśmy unikalną okazję dowiedzieć się gdzie jest piekło i jaka temperatura tam panuje. Wbrew pozorom to nie jest Culipampa, a miejsce 14 km pod powierzchnią ziemi o temperaturze 2 tys stopni C, gdzie słychać lamenty i krzyki :D:D:D. Właścicielka nie wiedząc czemu, obdarowała nas ulotką na ten temat .

Jesteśmy zaskoczeni tutejszą restauracją. Ta wiocha jest straszną dziurą, a jednak mogliśmy dzisiaj zjeść tak pyszny obiad jakiego od dawna nie jedliśmy: smażony pstrąg z ryżem, surówką, puree ziemniaczanym i batatami.
Właścicielka hospedaje za każdym razem gdy osioł zawyje, biegnie do niego i przepina go w inne miejsce. Twierdzi, że osioł jest głodny, a tej trawki jeść nie chce. Hmm my mamy teorię że po 2 wielkich workach owsu, 1kg marchewek, pół kilo ciastek w kształcie zwierzątek i kilku bułkach stwierdził, że w dupie ma obryzanie tej biednej trawki, poczeka aż my przyjdziemy i damy mu coś konkretnego

Przez cały dzień przyjeżdżają tylko dwie ciężarówki i w odwrotnym kierunku. Chyba utknęliśmy w tej andyjskiej wiosce już na zawsze...

DZIEŃ 11

Idziemy z rana do Paksa, zobaczyć czy wszystko ok. Właścicielka właśnie szła przepiąć go w inne miejsce Podejrzewamy, że robi to bo ma jakąś misje i boi się piekła. No nieważne, myśli o nim to dobrze. Wracamy do pokoju, a przed nim stoi ciężarówka z ludźmi na pace. Kierowca jedzie do wioski Huacullo, czyli tej oddalonej o jakieś 8 km stąd do której chcieliśmy początkowo dotrzeć.

Dobrze, że jesteśmy spakowani, wskakujemy na pakę. Tam 4 ludzi poprzykrywana kocami. Chyba jechali całą noc. Kobieta z dzieckiem, które patrzy na nas całą drogę, dwie babuleńki i dziadek w czapce z napisem Peru, który gdy tylko nie patrzymy to nie spuszcza z nas wzroku. Ciężko tutaj o darmowy stop, musimy zapłacić. Niewiele jednak, grosze jakieś. Huacullo jest nieco większa od Culipampy. Pytamy ludzi o ciężarówki do Antabamby, każą nam iść do jakiegoś budynku u wylotu z wioski. Nie wiemy co to jest, ale coś związane z futrem alpak. Są jakieś wagi i worki z futrem. W środku stoi motocykl z którego strasznie głośno gra muzyka, mimo to przebija się dziecięcy płacz. Wygląda to wszystko na punkt kontroli, biuro, sklep, dom, magazyn w jednym. Idę do sklepu w głębi, a tam oprócz lady z produktami spożywczymi jest piętrowe łóżko na którym płaczą dzieci i jedno łóżko w którym jest niemowlak. W końcu z zewnątrz przychodzi jakiś facet i pozbawia nas złudzeń „nie ma żadnych ciężarówek do Antabamby, czasami jakaś jedzie, ale bardzo rzadko”.

Dowiadujemy się, że będzie nam dużo prościej znaleźć ciężarówkę do Qunioty. Nie nasz kierunek, ale chyba nie mamy wyjścia. Siadamy na placu głównym i jemy śniadanie. Nie kończymy już bo facet który nas tu przywiózł krzyczy do nas „ta ciężarówka jedzie do Antabamby!”. Zatrzymuje ją i gada z kierowcą. „Wskakujcie!” krzyczy do nas kierowca. Co za szczęście! W dodatku zamiast na pace jedziemy wygodnie w kabinie. Załamujemy się trochę gdy kierowca Rodolfo mówi nam że do Antabamby mamy 7 godzin drogi (100 km!). Dowiadujemy się od kierowcy, że alpaki są cenniejsze niż lamy. Futro lam na niewiele się zdaje. Generalnie te zwierzęta prowadzą tu sielskie życie, biegając na wolności i skubiąc trawkę całymi dniami. W końcu przychodzi ich właściciel z nożem, który rozpoznaje je po kolorowych wstążkach na uszach i podcina im gardła... taki żywot.

Pytamy go jak oni ogrzewają swoje domy „no mamy koce” brzmi odpowiedź, no tak, myślałam, że może jednak jakoś... Jednak nie wydaje się być nieszczęśliwy że tutaj mieszka. Wręcz przeciwnie. Po drodze Rodolfo zasypia nam prawie za kierownicą. Prosi Krzyśka, żeby poprowadził. Tak oto Krzysiek staje się na kilka godzin kierowcą peruwiańskiej ciężarówki . Rodolfo siada koło mnie, zakrywa się kowbojskim kapeluszem i idzie spać. Droga jest w koszmarnym stanie, czasami brakuje jej kawałków i jest przepaść. Jedziemy 10-15 km/h. W przypływie szaleństwa Krzysiek wbija 3 bieg. Mimo to prowadzi mu się całkiem dobrze. Po paru godzinach zmiana. Pod koniec Rodolfo bierze jeszcze paru miejscowych na pakę. Zastanawiamy się ile nas skasuje za taką długą jazdę, nie mamy złudzeń że nic.

Pod koniec Rodolfo zasypia i prawie zjeżdża z drogi. „mówcie do mnie, mówcie coś” prosi nas. Po 7 godzinach tematy się skończyły. Gadamy straszne pierdoły. Krzysiek opowiada o tym, że psy w Polsce pracują z policją, a świnie znajdują grzyby. Docieramy cało i zdrowo. Antabamba w porównaniu z wioskami które ostatnio widujemy to całkiem spore miasteczko. Ludzie z paki płacą kierowcy i my też musimy. I to wcale nie mało. Tyle samo albo troszkę mniej niż taryfa autobusowa na podobnej trasie.

Znajdujemy hotel zaraz koło szpitala i najpierw kierujemy się do niego. Wszystkim cieszą się japy gdy słuchają naszej historii. Nie możemy odejść od rejestracji bo ciągle nas zagadują. Później wizyta u pielęgniarki, mierzenie temperatury i ciśnienia i znów masa pytań, opowiadanie skąd idziemy gdzie co jak. W kolejce do lekarza poznajemy uroczą babcie. Mówi nam że średnio zna hiszpański, jej język to quechua. Opowiada nam że 4 miesiące temu zmarł jej mąż. Cały czas nas żałuje, że tacy biedni jesteśmy. Że ja taka biedna, że noga mnie boli, że tacy biedni że tyle chodzimy i tacy biedni że do Culipampy jedziemy, a tam tak zimno. Jakbym słyszała moją Babcie :)

Młody lekarz ma również uśmiech od ucha do ucha. Najpierw gdy wychodzi i próbuje przywołać mnie mówiąc moje imię i nazwisk. Trzyma nas w gabinecie i każe opowiadać sobie wszystko.Jest strasznie sympatyczny. Mówi że z moją nogą to nic poważnego, ale muszę dzisiaj przyjąć zastrzyk, później przez 4 dni brać tabletki, założyć bandaż i nie chodzić!

Po zastrzyku jest mi zdecydowanie lepiej. Nie wiemy jednak co robić dalej, bo na drugi dzień Rodolfo wraca do Huacullo. Nastawiamy się na niezbyt przyjemną opcję, że ja zostaje tutaj z większością naszych rzeczy. Krzysiek wraca z Rodolfo, bierze osiołka z Culipampy i na piechotę z małym tylko bagażem wraca do mnie.

Póki co korzystamy z uroków cywilizacji. Prysznic z ciepłą wodą, ładowanie baterii, internet, telefon. Na necie tłumy, wszystko oczy skierowane w nas gdy wchodzimy. Szlag mnie trafia, bo siedzę na necie i czuję jak mi ktoś sapie do uszu. Odwracam się, a tam dwóch gówniarzy, prawie nam mnie włazi żeby zaglądać co robię. Niektóre dziewczynki perfidnie wpychały głowy między mnie a komputer, masakra.

Zasypiamy z głowami pełnymi myśli co robić jutro.

DZIEŃ 12

Decyduje się pojechać z Krzyśkiem i kontynuować wędrówkę. Czuję dużą poprawę jeśli chodzi o nogę i nastawiam się pozytywnie. Nie udało nam się naprawić kuchenki, kupujemy więc trochę suchego prowiantu. Rodolfo miał wracać po 12, czekamy na niego i na obiad, bo w jednej knajpie podają dzisiaj mięso z alpaki które chcemy spróbować. W międzyczasie przybiega do nas jakaś kobieta i mówi, żebyśmy przyszli do niej na obiad, że idzie właśnie robić. Mówimy jej że nie mamy zbytnio czasu bo zaraz południe i ma być ciężarówka, „tak szybciutko, tylko ziemniaczki chociaż, poczekajcie!” krzyczy już w biegu do domu. Później co chwila zagląda na nas czy czekamy. W tym czasie słyszmy trąbienie, Krzysiek biegnie zobaczyć czy to Rodolfo. Uff przyjechał, jedziemy za godzinę.

Wizyta u kobiety na ziemniakach jest co najmniej dziwna. Siadamy przed jej chałupą, ona daje nam dzbanek gorącej rumiankowej herbaty i garnek ziemniaków. Najdziwniejsze jest to, że podczas gdy my jemy i pijemy ona siedzi w środku w domu, zamiast z nami. Zjedliśmy, wypiliśmy, zaglądamy do środka a ona siedzi przy stole. Dziękujemy jej za poczęstunek i się z nią żegnamy. Kobieta wygląda na szczęśliwą, prosi nas że jak będziemy znowu w Antabambie (zostawiliśmy tutaj sporo rzeczy w hotelu, żeby mieć lżejsze plecaki, musimy więc wrócić) to żebyśmy koniecznie do niej przyszli. Kobieta gada jak nakręcona „ale proszę przyjdźcie na pewno, ale przyjdziecie tak? Proszę przyjdźcie!”. Dziwacznie:D

Idziemy jeszcze szybko spróbować tego mięsa z alpaki chociaż jesteśmy strasznie najedzeni tymi ziemniakami. Mięso jak na ich sposób podawania (kawał kości) i przyrządzania (średnio wysmażone) jest bardzo dobre. Najedzeni i napojeni biegniemy do ciężarówki. Cała pełna jest paczek z owsem, a na samiutkiej górze siedzą ludzie „szybko, wskakujcie na górę!”krzyczy do nas Rodolfo.

Zdjęcia: w drodze z Antabamby, Arequipa, właścicielka "zasranych kurczakółw" (wyjaśnienie w artykule Ośla wędrówka), PERU
w drodze z Antabamby, Arequipa, właścicielka "zasranych kurczakółw" (wyjaśnienie w artykule Ośla wędrówka), PERU


Zdjęcia: Cahuana, Arequipa, stop na sianku (zdjęcie do artykułu), PERU
Cahuana, Arequipa, stop na sianku (zdjęcie do artykułu), PERU



Dobrze, że z moją nogą trochę lepiej, chociaż i tak ciężko mi tam wejść.
9 dorosłych, 2-3 letnie dziecko, 3 miesięczne niemowlę i dwa kurczaki. Tyle nas było na górze. Rodolfo krzyczy do nas że mamy przejść do przodu, tam z paczek owsu ułożona jest dziura w kształcie kwadratu. Krzyczy że mamy wejść do środka co generalnie jest niemożliwe, bo nie jest tak duże, a w środku siedzą już dwie spore kobiety, dziecko i jedna młoda dziewczyna z niemowlakiem na plecach (chociaż o tym dowiedzieliśmy się dopiero po którejś godzinie jazdy, wcześniej myśleliśmy że jakiś bagaż jej tam wisi). Ja najpierw jakoś wciskam się do środka, ale boli mnie noga, siadam więc na skraju trzymając się Krzyśka i sznurów. Ruszamy!

Kobiety rozmawiają ze sobą w quechua więc nic nie rozumiemy. Na początku jedzie się całkiem dobrze, bo i owies trzyma się nieźle, słońce świeci, jest ciepło, a widoki...zapierają dech. Z tej perspektywy każdy zakręt wywołuje szybsze bicie serca. Po jakiejś godzinie wszystko się zaczyna luzować, co chwile spada jakaś paczka z owsem, trzęsie jak cholera. W końcu jedna z kobiet wysiada i robi się więcej miejsca w „kwadracie” z owsu. Starsza baba prosi Krzyśka żeby przeszedł do tyłu tam gdzie siedzą faceci, po to by za chwile wcisnąć tam karton z kurczakami. Wysiadają faceci, szybko więc wykorzystujemy okazję żeby skoczyć w krzako-toaletę. Ledwo wspinam się na górę, a kierowca rusza, nie czekają aż wrócę na swoje miejsce. On więc rusza, a ja przyjmuję pozycję pająka trzymając się kurczowo wszystkiego by nie spaść! Jakoś doczołguje się do kwadratu i depcze trochę po kurczakach które teraz zajmują tutaj sporo miejsca. Baba się na mnie drze, że mam uważać na jej kurczaki, ja się na nią drę że mam je gdzieś, że i tak zamierza je zabić a ja chcę żyć! Jest ciężko, rzuca nas na wszystkie strony, owies ledwo się trzyma. Przyjęłam jakąś pozycję w kwadracie, ale wszystkie mięśnie napięte, muszę się mocno trzymać żeby nie wylecieć, nie ma miejsca bo zasrane kurczaki muszą być w kwadracie! Wbijam się w nie kolanem, baba na chama pcha moje kolano bo przecież trzeba uważać na te jej kurczaki, ja się na nią drę że cholera jasna nie mogę się ruszyć przez te jej zasrane kurczaki! Mało brakowało, a bym je po prostu stąd wywaliła. Krzysiek krzyczy do baby, czemu te kurczaki nie mogą być z bagażami, „nie, bo one wypadną” piszczy baba, Krzysiek zabiera karton i przywiązuje je na górze. Jest spokój. Płaczemy ze śmiechu na wspomnienie tej historii :)

Robi się zimno. Nie możemy dojść do tego, czemu mężczyźni siedzą w ciepłej kabinie, a kobiety z dziećmi na górze, gdzie jest niewygodnie, niebezpiecznie, zimno, wieje...chyba tylko nas to dziwi...

Kobiety czasami coś do nas zagadują, przede wszystkim ta młoda. Pyta nas gdzie jedziemy , „do Huacullo? Ale ta ciężarówka tam dzisiaj nie jedzie. On jedzie rozładować samochód jakieś 2 h drogi od Huacullo i dopiero jutro wraca” tłumaczy nam ta młoda o imieniu Elizabet. Krew w nas buzuje. Czy to prawda?

Gdy zatrzymujemy się bo znów ktoś wysiada pytamy Rodolfa czy jedziemy do Huacullo.
Rodolfo: tak, jedziemy do Huacullo
My: ale dzisiaj tak?
R: Nie wydaje mi się. Trzeba rozładować samochód. Raczej jutro rano pojedziemy.

W tym momencie obydwoje zaczynamy się do niego drzeć, że nic nie mówił że dzisiaj tam nie dotrzemy, że co z nami, gdzie mamy spać.

R: w samochodzie – brzmi jego odpowiedź
My drzemy się nadal, że jest zimno, ze nie mamy żadnych koców, że chyba go, za przeproszeniem, posrało!

W końcu nie wiemy dalej nic. Kolejne osoby wysiadają po drodze, między innymi zasrane kurczaki. Przez chwilę jedziemy już tylko my dwoje z Elizabet i jej córeczką. W końcu zwalnia się dla niej miejsce w kabinie, więc już tylko my telepiemy się z zimna, przytuleni, wciśnięci w owies i poprzykrywani jakimiś workami żeby było cieplej. Jest już ciemno, jedziemy dobrych 6 godzin. W końcu ciężarówka się zatrzymuje. Rodolfo mówi nam żebyśmy poszli teraz z Elizabet do jej domu się zagrzać, a oni pojadą rozładować ciężarówkę niedaleko stąd, wrócą po nas i jedziemy jeszcze dzisiaj do Huacullo. Czyżby się przestraszył że mu nie zapłacimy? Oj nie dałabym mu ani sola.

Elizabet prosi nas o pomoc w przenoszeniu jej rzeczy. Daje nam 2 leciutkie torebki, a sama pakuje wielki wór, chyba z cukrem do chusty, dziecko przerzuca do przodu, wór ładuje na plecy i idziemy. A my stoimy z opuszczonymi szczękami. Ok 100 metrów od drogi jest dom Elizabet. Generalnie ona mieszka w Antabambie, ale tutaj mają zwierzęta i przyjeżdżają tu na kilka dni je doglądać. Raz ona, raz któreś z jej licznego rodzeństwa. Chata zbudowana jest z kamienia i ma maluśkie drzwi jakby dla liliputów. Otwiera je i buchają w nas kłęby dymu. „Co to? pożar?” myślimy sobie, ale ona spokojna zaprasza nas do środka. Po prostu w środku pali się ogień. Ogrzewa chatę i służy za kuchenkę. Jest jeden problem, nie ma komina. Dusimy się od tego dymu, oczy łzawią, ciężko oddychać. Nie możemy pojąć jak ona może tu siedzieć z 3 miesięcznym dzieckiem??? To nic że siedzieć, to dziecko będzie w tym dymie spało i mieszkało przez kolejne dni! Pytamy co to jest to co wygląda jak węgiel i daje ogień, „kupy alpaki”- odpowiada dziewczyna.

Nachodzi nas genialna myśl, że my też będziemy gotować na kupach alpaki! Bo wszędzie jej pełno, a nie mamy kuchenki. Eli pokazuje nam także jak uzyskać światło (oczywiście nie ma w chacie światła, prądu, wody, nawet kibla na zewnątrz). Na talerzyku ma tłuszcz alpaki. Wyciąga z ognia kawałek zbitej kupy alpaki, wsadza do tłuszczu i podpala. No i mamy świeczkę! Wsadza czajnik z herbatą do żaru z kup i za chwilę pijemy gorącą herbatę rumiankową.

Niezwykła wizyta. Bardzo miło się rozmawia pomimo duszącego dymu. Pół godziny później słyszmy klakson, Rodolfo po nas wrócił. Zwolniło się miejsce w kabinie, jedno wprawdzie, więc siedzę Krzyśkowi na kolanach i co chwilę walę głową w dach. Nieważne, jest ciepło. Rodolfo zaśmiewa się z nas, że pojechaliśmy do Antabamby na jedną noc, musimy wrócić do Culipampy bo zostawiliśmy tam rzeczy i osła, potem chcemy iść na piechotę do Oropesy, stamtąd musimy pojechać do Abancay, bo do Antabamby autobusów nie ma i wrócić się do Antabamby bo tam też zostawiliśmy rzeczy. No cóż, jak tak głębiej pomyśleć to faktycznie brzmi to jak dobra komedia ;). Głupi, Głupszy i ich samochód pies, czyli my i osioł... Po ok 2 godzinach docieramy do Huacullo. Jest już 22:30. Wysiadamy pod jakimś hotelikiem (jedynym tutaj), wychodzi właścicielka. Podaje nam cenę 13 soli za łóżko co jest mega drogo! W Culipampie płaciliśmy 3 sole za łóżko, a w Antabambie 15. Tyle, że w Antabambie mieliśmy prąd, światło, ciepłą wodą, a tutaj nie ma nic! Baba nie chce spuścić ceny, pomimo tego że mówimy jej że wiemy że nas oszukuje i że to nie jest fair. Zastanawiamy się czy dać jej ulotkę mówiącą że piekło istnieje. Nie mamy zbytnio wyjścia. Jesteśmy zmęczeni podróżą, jest ciemno, zimno, a to jedyny hotel tutaj!

MY: no dobra, bierzemy jedno łóżko
Baba: ale w pokoju są dwa łóżka, musicie zapłacić za dwa

Co za cholerny babsztyl! Już nie mamy siły, bierzemy, chcemy spać. W pokoju kartka, że światło tylko przez godzinę. I to godzinę ustaloną przez nich i nie wiadomo jaka to jest. Po 15 minutach więc światło gaśnie, dobrze że chociaż jest świeczka. Okazuje się, że zostawiliśmy czołówkę w Antabambie. Jesteśmy więc bez żadnej latarki, nie możemy pojąć jak to się stało. Owies mamy wszędzie, kłuje, ciężko się go pozbyć. Zasypiamy jak dzieci nie mogąc się już doczekać jutrzejszego uściskania Paksa!

Część Pierwsza: http://www.globtroter.pl/artykuly/2779,peru,osla,wedrowka.html
Część Druga: http://www.globtroter.pl/artykuly/2792,peru,osla,wedrowka,czesc,ii.html

O naszym projekcie w Boliwii: http://www.globtroter.pl/artykuly/2802,boliwia,expedition,madidi.html

Zdjęcia

PERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / Nasz osiołek Paks (zdjęcie do artykułu)PERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / Paks! (zdjęcie do art.)PERU / Arequipa / w drodze z Antabamby / właścicielka PERU / Arequipa / Cahuana / stop na sianku (zdjęcie do artykułu)PERU / Arequipa / Huacullo / Andy (zdj. do art)PERU / Arequipa / Culipampa / Culipampa (zdjęcie do art)PERU / Arequipa / Culipampa / Culipampa 2(zdjęcie do art)PERU / Arequipa / Culipampa / Culipampa. Paks i jego przysmak. (zdj. do art)PERU / Arequipa / Culipampa / Hotel Culipampa (zdj. do art)PERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / 1. Andy. PeruPERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / 2. Andy. PeruPERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / 3. Andy. Peru. CulipampaPERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / 4. Andy. Peru. CulipampaPERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / Zbieracz kup alpak ;) (wyjaśnienie w artykule Ośla wędrówka)

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl