Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Podróż Moich Marzeń > AUSTRALIA


Pan Urubamba Pan Urubamba Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie AUSTRALIA / Nothern Teritory / Uluru-Kata Tjuta National Park. / konkursMarzenia z dzieciństwa spełniają się :-) Przeczytajcie relację z podróży do Australii i uwieżcie, że Wam też się uda!

Podróż Moich Marzeń

W końcu roku 2011odbyłem podróż, na którą czekałem od dzieciństwa.

Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej ,w mojej głowie zakwitły marzenia wyjazdu do najbardziej odległej dla mnie części świata leżącej na drugiej półkuli, gdzie wszystko stoi do góry nogami, gdzie jak u nas jest dzień, to tam jest noc, a jak u nas jest zima, to tam jest lato. Marzyłem wtedy o zobaczeniu kangurów, krokodyli i bardzo czarnych ludzi.
Nie pamiętam skąd się wzięły moje marzenia, ale pamiętam jak wiele miejsca zajęły w mojej głowie.

Kiedy miałem 16 lat obejrzałem w kinie film, który je odświeżył i upewnił mnie w przekonaniu, że podróż na wymarzony, odległy ląd kiedyś się ziści.
Bohater filmu Michael J. 'Krokodyl' Dundee traper z australijskiego buszu był przez wiele lat moim idolem. Od tego momentu marzyłem, żeby założyć na głowę kapelusz ze skóry kangura, mieć na swoich spodniach pasek ze skóry krokodyla, buty kowbojki i oczywiście duży, ostry nóż za paskiem.

Żaden film przyrodniczy, program telewizyjny i opowiadania radiowe o Australii nie przeszły mi koło nosa. To przykłady na kształtowanie w mojej głowie obrazu krainy, do której w końcu się udałem.

Zdjęcia: Uluru-Kata Tjuta National Park., Nothern Teritory, konkurs, AUSTRALIA
Uluru-Kata Tjuta National Park., Nothern Teritory, konkurs, AUSTRALIA



Była wiosna 2011 roku. Któregoś dnia: praca, komputer, otwarta poczta, nadchodzi e-mail od kolegi ze studiów. Temat brzmi „ANZ”.
O co chodzi? – pomyślałem. Czym jest ANZ?

Brak czasu w pracy nie przeważył nad ciekawością o zawartości maila. Po chwili czytania wiedziałem: A = Australia, NZ = Nowa Zelandia. Nie musiałem czytać do końca tej propozycji wyjazdu do miejsca moich marzeń - w mojej głowie była już odpowiedź na pytanie postawione na końcu maila: „czy jedziesz z nami?”.
Odpowiedź z miejsca brzmiała: „Tak”.

Kilka miesięcy później pakowałem walizkę i szykowałem sprzęt fotograficzny. Leciałem na Antypody. Niewiele dni przed podróżą kupiłem książkę „Śniadanie z kangurami - australijskie przygody” Billa Bryson’a. W sam raz na wielogodzinną, męczącą podróż. Z wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że nawet najlepsze przewodniki nie dają tyle wiedzy i wyobrażenia, co pierwsza, lepsza książka podróżnicza. Później okazało się, że mój pomysł był strzałem w dziesiątkę.

Podróż trwała 46 godzin. Szczęściem jest, kiedy człowiek będący z dala od domu znajduje się w towarzystwie innych ludzi – najlepiej znajomych. W moim przypadku moimi znajomymi byli „starzy kumple”, z którymi znam się od lat. Wcześniej odbyliśmy razem podróż do Ameryki Południowej. Z taką ekipą nie można czuć się osamotnionym i z pewnością nie jest nudno. W razie czego miałem w rezerwie moją książkę. Jej zadaniem było zapełnić czas w podróży pomiędzy: Warszawą – Londynem – Hong Kongiem – Brisbane i Cairns.
Tak długa podróż jest wręcz wyzwaniem dla psychiki człowieka i dla puchnących podczas lotów nóg. Pomocne okazują się zatyczki do uszu i dobre słuchawki, dające możliwość słuchania muzyki w izolacji od hałasu w samolocie. Dzięki nim łatwiej czyta się książkę lub zażywa snu.

Zdjęcia: Cairns, Queensland, konkurs, AUSTRALIA
Cairns, Queensland, konkurs, AUSTRALIA



Podczas podróży używałem zatyczek, słuchawek, czytałem książkę i spałem oczywiście.

Osoby mające wyobraźnię i szacunek do innych podróżnych pomyśleć musiały również o prysznicu i przebraniu bielizny na międzylądowaniu w Chinach. Jaka to ulga wykąpać się po czternastu godzinach lotu i 7 godzinach zwiedzania parnego Hong Kongu.

Podczas długich przelotów na trasie Europa – Australia moja książka wciągnęła mnie tak mocno, że zrealizowałem założone dla niej i dla mnie zadanie – została przeczytana w całości. Dowiedziałem się z niej o historii Australii. Od pierwszych wypraw badawczych po dzisiejsze czasy. Same podstawowe informacje podane w inny niż w przewodnikach turystycznych sposób. Ile łatwiej było mi znaleźć się w sytuacjach, kiedy miejscowi przewodnicy przekazywali skrótami istotne informacje na temat miejsc, które odwiedzaliśmy. Książka jak zwykle jest dobrym sposobem na pozyskanie informacji o celach podróży. Przewodnik je utrwala, a zdjęcie zatrzymuje na zawsze i to nie tylko w głowie.

W większości dzisiejszych samolotów każdy pasażer ma możliwość śledzenia trasy samolotu i określania jego położenia nad Ziemią. Z jak wielką ciekawością i niecierpliwością patrzy człowiek na mały ekranik umieszczony na poprzedzającym fotelu widząc setki czy tysiące pokonanych kilometrów trasy. Z jaką radością widziany jest punkt trasy, w którym przewidywane jest lądowanie. W końcu będzie można rozprostować nogi, przywrócić poprawne krążenie krwi w żyłach. Taka radość następuje zwłaszcza w sytuacji bardzo długiej podróży. Wylatując z Hong Kongu w kierunku Cairns położonego na północno-wschodnim wybrzeżu Australii nie zdawałem sobie sprawy z tego, co czeka mój zmęczony podróżą organizm. Otóż po około 7 godzinach lotu na obserwowanym przeze mnie ekraniku pojawiła się nazwa Cairns – punkt końcowy trasy. Była około trzydziesta dziewiąta godzina podróży do Australii. Jaka radość!!!
Niebywałą ulgę przyniosła mi ze sobą ta informacja. Za chwilę będzie lądowanie, za około godzinę wyprostuję się i stanę na ziemi.
Tylko kto w czasie tak długiej podróży, z tak wieloma strefami czasowymi orientuje się w czasie? Nikt, poza załogą samolotu!

Zdjęcia: Sydney, Nowa Południowa Walia, konkurs, AUSTRALIA
Sydney, Nowa Południowa Walia, konkurs, AUSTRALIA



Oni nie powinni się pomylić. Moja kolejna myśl - przecież w ciągu godziny tuż przed lądowaniem nie podadzą obiecanego śniadania!!! Co jest? Minęło następnych trzydzieści minut. Samolot na ekraniku jest bardzo blisko Cairns, a my nadal na wysokości 12tys metrów nad poziomem morza. Przecież nie będziemy pikować, aby znaleźć się szybko na ziemi!

Po kolejnych 30 minutach samolot przeleciał nad miejscowością, gdzie planowany był pierwszy nocleg.
Po chwili obsługa samolotu rozpoczęła rozdawać śniadanie. Zapytałem Panią Stewardessę: dlaczego nie wylądowaliśmy? Odpowiedź zwaliłaby mnie z nóg, gdybym nie siedział na moim fotelu. Pani powiedziała, że najpierw wylądujemy w Brisbane - położonym na południe od Cairns - za około 3 godziny, tam wysiądziemy z samolotu, przejdziemy przez odprawę lotów krajowych, wsiądziemy do tego samego samolotu i po kolejnych trzech godzinach wylądujemy w Cairns.
O zgrozo!!! Jeszcze sześć godzin podróży!!!

Tuż przed wylotem z Polski dowiedzieliśmy się, że australijski przewoźnik lotniczy - linie Quantas - planuje strajk w czasie, kiedy my będziemy udawali się z północno-wschodniego wybrzeża do środka kontynentu i później na południe do Sydney.
Dobra wiadomość jak na wymarzoną podróż – pomyślałem. Skoro tyle lat czekają tam na mnie, to nie zrobią mi takiej przykrości ze strajkiem – kolejna myśl. Trzeba lecieć!

Po czterdziestu sześciu godzinach podróży koła samolotu dotknęły powierzchni pasa startowego lotniska w Cairns w stanie Queensland w Australii. Wszyscy pasażerowie z ulgą wstali z miejsc i po chwili byli gotowi do wyjścia z samolotu.

Zdjęcia: Uluru, Nothern Territory, konkurs, AUSTRALIA
Uluru, Nothern Territory, konkurs, AUSTRALIA



Po wyjściu z hali lotniska stanąłem z dala od mojej grupy i w bezruchu upajałem się zielenią, spokojem, ciepłem lekko poruszającego się powietrza i śpiewem ptaków. W oddali po drugiej stronie ulicy dostrzegłem znajomy kształt kwiatów. Wcześniej widziałem je w amazońskiej dżungli. Była późna wiosna. W Polsce późna jesień. Na moim telefonie godzina trzynasta. W moim domu w tym samym momencie pierwsza w nocy. Tutaj faktycznie wszystko stoi do góry nogami – przypomniałem sobie dawne wyobrażenia.
Jak mi dobrze – powiedziałem do siebie półgłosem i wróciłem do grupy stojącej przy bagażach w oczekiwaniu na busa, który z lotniska miał nas dowieźć do miasta oddalonego o około 7 kilometrów.

Uśmiechu na twarzy dodał widok kierowcy siedzącego po prawej stronie pojazdu. Przecież jeździ się tutaj lewą stroną ulicy.

Jadąc przez miasto widziałem niewiele pojazdów na ulicach, a pieszych nie było widać wcale. To około stutysięczne miasto wyglądało w moich oczach wyjątkowo spokojnie jak na południe dnia powszedniego.
Cairns słynie z przemysłu cukrowniczego ze względu na liczne plantacje trzciny cukrowej i jest bazą turystyczną dla ludzi, którzy za cel postawili sobie odwiedzić Wielką Rafę Koralową, na którą można dopłynąć szybką łodzią w około 1,5 godziny.

Kolonialny hotel, do którego przyjechaliśmy powitał nas uśmiechami obsługi. Jak to zwykle bywa po długiej podróży każdy chce skontaktować się z najbliższymi korzystając z internetu. Okazało się, że jest dostęp do tego okna na świat, ale za godzinę przesyłu danych trzeba słono zapłacić. Hotel niczemu nie jest tu winien. W tym rejonie świata internet zapewnia niewielka ilość usługodawców internetowych. Zatem konkurencja jest niewielka, a to powoduje wysoką cenę. Wspólna decyzja grupy o składce, kolejka i każdy po 15 minut przy komputerze wystarczyły na niski koszt i załatwienie najważniejszych spraw przez internet. Tego typu sytuacje towarzyszyły nam przez cały pobyt.
Podobnie zrobiliśmy z sejfem hotelowym. Wysoka indywidualna cena nie zachęcała do zabezpieczania dokumentów i pieniędzy w osobnych schowkach. Podróże kształcą. W naszych hotelach sejf jest na wyposażeniu pokoju. Tutaj był dostępny tylko przy recepcji za opłatą.

W planie na pierwszy dzień pobytu nie było nic zapisane. Jednak każdy chciał wykorzystać wolny czas. Padło hasło o zbiórce przed hotelem o 16.30 celem wyjścia na zwiedzanie miasta. Do tego czasu każdy skorzystał z prysznica i wygodnego łóżka.

Po godzinie 17tej dotarliśmy w okolice wybrzeża. Po drodze mijaliśmy drzewa mango, na których zawieszone ogromne nietoperze urządzały hałaśliwe kłótnie. Wielkością można przyrównać je do polskiego kota. Nie wyobrażam sobie bezpośredniego spotkania z tym zwierzęciem.


Nad samym oceanem zaskoczył mnie widok plaży urządzonej w dużych basenach. Kilkadziesiąt osób korzystało z kąpieli. Ale nikt nie kąpał się w oceanie. Po chwili zauważyłem żółte tablice ostrzegawcze z informacją o zakazie kąpieli na otwartym akwenie ze względu na bezpośrednie zagrożenie atakiem krokodyla. Po takim komunikacie wzrok mi się zaostrzył. Całe szczęście szedłem wzdłuż linii brzegowej drewnianym, wyniesionym nad ziemię pomostem promenady.

Chwilę później znalazłem odpowiedź na swoje pytanie, dlaczego wcześniej nie widziałem nikogo na ulicach miasta. Mnóstwo ludzi odpoczywało w tej chwili wzdłuż plaży na trawnikach. Rodzinne lub towarzyskie pikniki na kocykach lub ręcznikach. Kosze z owocami, jedzeniem i zabawkami stały przy każdej grupce ludzi. Dzieci bawiły się ze sobą, a atmosfera wskazywała na pełnię szczęścia tubylców.
Jeśli to tak wygląda każdego dnia, to już wiem dlaczego w Europie pracujemy tak dużo. Przyroda równoważy w ten sposób nadwyżki i braki – pomyślałem.

W drodze powrotnej do hotelu napotkaliśmy sklep z pamiątkami, gdzie można było kupić kartki pocztowe i znaczki. Każdy skorzystał z okazji. Obok był pub, gdzie usiedliśmy, aby odpocząć, napić się piwa i wypisać na nich pozdrowienia z Australii. Większość z nich przedstawiała rafę koralową, którą każdy z nas miał zobaczyć następnego dnia.
Zmęczeni podróżą i spacerem wróciliśmy do hotelu na kolację.

Kolejnego dnia plan przewidywał wyprawę łodzią turystyczną na rafę.
Wielka Rafa! Kolorowy świat podwodny, ryby, żółwie, a może rekiny.
Zadawałem sobie pytanie: na ile doznań pod wodą pozwoli mi zwykła rurka, maska i płetwy na nogach?
Jak zwykle wziąłem ze sobą aparat. Ba, nawet dwa! Lustrzanka w tym wypadku to za mało. Drugi aparat pozwalał na robienie zdjęć i filmików pod wodą. Całe szczęście, że go zabrałem.
Na przystani od rana wiele grup gromadziło się przy swoich łodziach, motorówkach, katamaranach. Około 9tej jedni po drugich odpływali w obranych wcześniej kierunkach prowadzących do miejsc, gdzie Wielka Rafa pozwalała doznać odrobiny swego potężnego piękna.
Nasz katamaran płynął na północny-wschód w kierunku niewielkiej wysepki oddalonej o prawie dwie godziny drogi od brzegów Cairns.
Słońce świeciło od rana. Jego promienie w miarę oddalania się od brzegu dawały się ludziom coraz mocniej we znaki. Aby uchronić się od ich silnego działania pasażerowie skrywali się w cieniu przygotowanych przez armatora płócien, schodzili pod pokład i używali kremów zabezpieczających. Temperatura około godziny dziewiątej przed południem była bliska dwudziestu pięciu stopniom Celsjusza, a słupek rtęci szedł wyraźnie w górę. Na szczęście wiatr łagodził odczucie gorąca. Podczas rejsu oczy cieszyły się pięknym turkusowym kolorem wody, widokiem ptaków morskich i egzotycznych ryb przeróżnej wielkości i kształtów, malutkich i podłużnych po wielkie i płaskie przypominające kształtem rakiety do tenisa. Ostatnie kilkanaście minut rejsu zajęły sprawy organizacyjne przekazywane przez kapitana statku oraz informacje w kwestii bezpieczeństwa podczas przebywania poza katamaranem w czasie pobytu na wyspie i przy nurkowaniu na rafie.

Dotarcie na samą wyspę odbyło się za pośrednictwem małych dziesięcioosobowych łódek, które mając niewielkie zanurzenie nie były narażone na uszkodzenie kadłubów przez występujące na niewielkiej głębokości części koralowców. Katamaran zatrzymał się w odległości około dwustu metrów od wyspy. Każdy z pasażerów miał niewiele na sobie lub ze sobą. Strój kąpielowy, ręcznik, podstawowy sprzęt do pływania pod wodą, krem z filtrem i aparat były wszystkim, czego potrzebowaliśmy do spędzenia trzech godzin w tej cudownej podwodnej krainie zwierząt i roślin.

Pierwsze, co zapamiętałem po wyjściu z łódki na wyspę to bardzo ciepła woda oceanu. Zapytałem obsługę o temperaturę wody. Zdębiałem na sekundę, gdy usłyszałem odpowiedź: „twenty seven”.
Dwadzieścia siedem stopni nie ma nawet woda w basenie, a tutaj na otwartym oceanie wiosną temperatura jest bardzo wysoka. Zdecydowanie nie był to powód do zmartwienia.
Długo się nie zastanawiałem. Ręcznik i krem zostały na piasku, a cała niewielka reszta ekwipunku wraz ze mną wylądowała w wodzie.
Pierwsze kilkanaście metrów od brzegu obfitowało w obumarłe resztki koralowców. Chyba ze względu na częste wynurzanie z wody podczas pływów oceanu. Za to kilkanaście kroków lub machnięć płetwami dalej wpłynąłem w nieznany dla moich oczu podwodny świat. Na początku nie wiedziałem, co wybrać, gdzie płynąć. Różnorodność kolorów i kształtów na podwodnych ogrodach była tak duża, że można było stać w miejscu i rozglądać się wokół ciesząc oczy zmieniającymi się obrazami.
Pływające blisko ryby prowokowały do pływania ich wodnymi ścieżkami. Ten sposób był najlepszym do zmiany miejsc i pozwalał na odkrywanie coraz to innych podwodnych widoków. Wcześniej takie obrazki widziałem tylko w marzeniach, w gazetach, w telewizji lub internecie. Teraz sam byłem częścią tego wspaniałego, odległego świata. Płynąc równolegle do brzegu zobaczyłem, że piasek na dnie się poruszył. Zatrzymałem się na chwilę wisząc w wodzie przesuwany to w górę, to w dół przez fale. Po chwili spod piasku wypłynęła płaszczka, której ciało miało średnicę około sześćdziesięciu centymetrów. Jej kolor zlewał się z dnem, a skóra przyozdobiona była niebieskimi cętkami. Długi, szpiczasty ogon służył za ster tej pięknej ryby.
Stado małych rybek zabrało mnie na głębszą wodę. Tam znalazłem się wśród falujących wraz z wodą roślin przypominających makaron włoski. Wokół mnie kwitły korale o rozmaitych kształtach i kolorach. Jedne skupiały się w kule inne budowały kształt blatów stołowych, jeszcze inne wyglądały jak drzewa.
Płynąc dalej od plaży widziałem coś w rodzaju ogromnych, lekko otwartych muszli małż wypełnionych jakąś stałą masą, z której wystawało coś w rodzaju rurki, która wypuszczała z - i wpuszczała do muszli wodę. Gdzie indziej potężne jakby skalne narośla z lekko pomarszczoną powierzchnią sprawiające wrażenie obumarłych. Jednak było to tylko złudne wrażenie. Wszystko, co mnie otaczało było żywe, falowało, jakby oddychało. Pływające różnej wielkości, kolorowe ryby robiły gwar w tym czarodziejskim podwodnym ogrodzie.
Byłem już w miejscu, gdzie powierzchnię wody od dna dzieliły 2-3 metry i kątem oka spostrzegłem w oddali powoli przesuwający się znajomy kształt. Podpłynąłem bliżej i zobaczyłem wielkiego żółwia morskiego. Jego skorupa miała średnicę około siedemdziesięciu centymetrów. Postanowiłem, że potowarzyszę jemu w patrolowaniu rafy. Widział mnie i nic sobie z tego nie robił. Po chwili nabrałem w płuca zapas powietrza i dałem nura w kierunku zwierzęcia. Dopłynąłem do niego, pogładziłem kilkakrotnie jego skorupę i wróciłem na powierzchnię złapać powietrze. Żółw jakby mnie nie zauważył. Płynął dalej w obranym przez siebie kierunku.
Jakiś cichy głos mówił mi „nie płyń dalej!” – przypomniałem sobie o ostrzeżeniach przewodników przed obecnymi tutaj rekinami. Nie miałem innego wyjścia jak tylko wrócić w kierunku plaży. Po drodze kolejne odsłony gry podwodnej natury skłaniały mnie do spowalniania prędkości i uważnego patrzenia na boki.

Na plaży piasek palił w stopy. Niedawno minęło południe, a słońce bez skrupułów operowało mocnym światłem. Mądrzy byli ci, którzy skorzystali wcześniej z kremów z mocnym filtrem przeciw nadmiernemu działaniu promieniowania UV. Na szczęście też o to zadbałem.
Powód do radości dał mi aparat fotograficzny, którym mogłem robić zdjęcia z tej podwodnej wycieczki. Zrobione zdjęcia i krótkie filmy pozostaną wieczną pamiątką tego wspaniałego miejsca. Ciężar odbytej kilkanaście godzin wcześniej podróży został zatarty przez doznania wzrokowe na Wielkiej Rafie Koralowej.

W drodze powrotnej niewiele osób zainteresowanych było wyglądaniem za burtę naszego katamaranu. Prawie wszyscy odpoczywali w cieniu, pod pokładem lub na pokładzie. Wiele osób spędziło czas powrotu na spaniu pomijając lunch i lampkę szampana.

Popołudnie tego samego dnia było czasem odpoczynku w hotelu.
Zaraz wieczorem gospodarze zaprosili nas na uroczystą kolację z Aborygenami. Niewielkim autobusem udaliśmy się do Parku Tjapukali. Tam miałem po raz pierwszy zobaczyć Aborygenów. Przy wejściu na teren parku każdy uczestnik miał okazję przejść przez obszar komercyjny, czyli sklep z pamiątkami. Nie można pozostawić takiej okazji bez reakcji. Postanowiłem przywieźć ze sobą do domu jakąś tutejszą rzecz. Najbardziej z Australią kojarzył mi się bumerang. Jednak te wystawione na półki nie powalały na kolana.
Za to zwróciłem uwagę na bardzo prosty instrument złożony z dwóch szlifowanych kijków długości ok. 25cm każdy, wykonanych z twardego, ciężkiego drewna i zdobionych farbą według tutejszej, oryginalnej sztuki zdobienia. Nie wiem jak je nazwać. Po angielsku nazywa się je „Clapsticks”. Uderzane o siebie wydają krótki, ale dość głośny dźwięk, który nadaje rytm do muzyki granej na innych instrumentach, wśród których króluje Didgeridoo – instrument dęty od długości od kilkudziesięciu centymetrów do nawet trzech metrów, wykonany z wydrążonego eukaliptusa. Jego brzmienie potrafi zaczarować słuchających i wprawić ich w niepowtarzalny nastrój.
Wieczór rozpoczął się od spotkania na scenie w dużej sali restauracyjnej. Oczywiście w roli głównej występowali mieszkający w okolicach ludzie, w których płynie krew ich przodków i którzy nazywali siebie Aborygenami. No cóż! Zawsze lepszy nowożytny Aborygen od braku jakiegokolwiek. Nie byli to czarni, kędzierzawi mężczyźni, jak wyobrażałem ich sobie wcześniej. Ich skóra miała kolor ciemnej czekolady, a włosy ścięte na krótko bez widocznych tendencji do sianowacenia. Podczas przedstawienia opowiedzieli historię swoich przodków, opowiedzieli jak znikomą pozycję zajmują w dzisiejszym, australijskim społeczeństwie i opowiedzieli o swoim codziennym życiu. Usłyszałem podobnie jak w przypadku pobytu w Peru historię podbijania przez białego, uzbrojonego, bezlitosnego Europejczyka tubylczych ludów żyjących według schematów układanych przez tysiące lat. Aborygeni zostali sprowadzeni na margines społeczeństwa, stali się niepotrzebni we własnym domu, doczepiono im etykietę narkomanów, pijaków i nierobów. Stanowią dziś niewielki procent społeczeństwa. Są żywym, muzealnym eksponatem. Oczywiście można jeszcze spotkać ich niewielkie osady schowane daleko od skupisk białych ludzi – w rezerwatach.
Wracając do zabawy. Na scenie przy muzyce aborygeńskiej odbywały się tańce z udziałem publiczności. Jako jedna z kilku osób zostałem zaproszony na podest. Przez kilka minut poznawałem nieznane mi kroki tańca. Były to kroki w przód, w tył i na boki. Było klaskanie w dłonie i mnóstwo śmiechu, kiedy stopy nie wiedziały, co mają robić, a ręce klaskały starając się zachować rytm. Na szczęście każdy zaproszony na scenę schodził z niej z otrzymaną pamiątką z oklaskami jako początkujący Aborygen. Ja dostałem niewielki kamień z namalowanym na nim krokodylem. Leży teraz w moim pokoju wśród wielu pamiątek z podróży.
Po występach na scenie goście zostali poczęstowani smaczną, obfitą kolacją, a po niej…
Wszyscy wyszli na zewnątrz – do parku. Tam mieliśmy przejść kilkaset metrów do miejsca kolejnej zabawy. Idąc w ciemnościach część osób trzymała w rekach pochodnie oświetlając drogę i pomalowane w międzyczasie twarze gości. Pozostali trzymali w dłoniach Clapsticki i rytmicznie uderzali kijkami wyznaczając tempo marszu.
Ostatni przystanek w parku mieścił się na dużej trawiastej polanie. Tam w ciszy mieliśmy okazję zobaczyć rozpalanie ognia za pomocą kijka obracanego w dłoniach. Kiedy zapłonął ogień Clapsticki znów zaczęły wyznaczać rytm. Następnie doszły kołatki, zabrzmiały trzy Didgeridoo i słowa aborygeńskich piosenek wznosiły się w górę wraz z ogrzanym przez ogień powietrzem. Niezapomniany wieczór.

Następnego dnia mieliśmy wylecieć do centralnego punktu kontynentu.
Wracając wieczorem do hotelu pełni wrażeń nie myśleliśmy o wspomnianym wcześniej strajku linii lotniczych Quantas, które wozić nas miały po Australii. Całe szczęście nie zawracaliśmy sobie tym głowy, bo jak się okazało strajk został przełożony na inny termin. Widocznie w Quantas dowiedzieli się, że nie mogą sprawić zawodu gościom z odległej Polski.

Kolejnego dnia wczesnym rankiem znalazłem się na lotnisku wraz z moją grupą.
Celem przelotu jest centralnie położone miejsce na kontynencie nazywane Ayers Rock. Rdzenni mieszkańcy Australii nazywają je Uluru.
Przelot z Cairns zajął niecałe trzy godziny, a dystans do pokonania wynosił ponad półtora tysiąca kilometrów (Polska wzdłuż dłuższej przekątnej ma niecałe tysiąc kilometrów). Wylecieliśmy z miejsca, gdzie w południe termometr wskazywał około trzydziestu stopni Celsjusza i zmierzaliśmy tam, gdzie w ciągu dnia temperatura zmierza do czterdziestu. Oj będzie gorąco – pomyślałem.
W miarę oddalania się od Cairns bujna roślinność w strefie sąsiedztwa z oceanem stawała się coraz niższa i rzadsza, a ziemia zmieniała kolor z zielonego przez żółto-beżowy i w końcu zrobiła się czerwona. Z okna samolotu wyglądała jak nieskończone, ceglaste boisko do tenisa z ogromną ilością czarnych piłeczek, którymi w rzeczywistości były krzewy i niewielkie drzewa.

Wylądowaliśmy na niewielkim lotnisku. Tuż po otwarciu drzwi samolotu dało się poczuć gorące, suche powietrze. Zapowiedzi o upale sprawdziły się.
Przy wejściu do mini terminala powitał nas napis „Welcome to Ayers Rock Resort”. To jak w egipskim hotelu all inclusive. Jednak skromny autobusik ze skromnym kierowcą w mocno znoszonym kapeluszu określały standard, z jakim możemy się spotkać w tym miejscu.

Ta ogromna część kontynentu, w której się znalazłem, pokryta pustyniami, oddalona od cywilizacji od dwóch do trzech tysięcy kilometrów nazywa się Outback. Wytrwali i odważni docierają tutaj również samochodami. Jednak do takiej wyprawy należy naprawdę dobrze się przygotować i zaopatrzyć w zapas wody. Na szutrowych trasach działają tylko telefony satelitarne, a zwykła komórka może tutaj służyć za budzik lub kalkulator.
W naszym planie było spędzenie jednej, krótkiej nocy w Outback’u.
Z lotniska dotarliśmy do obozu, gdzie zakwaterowano nas w bungalowach z dwuosobowymi pokojami i życiodajną klimatyzacją. Wspólne toalety i natryski znajdowały się w większych, parterowych budynkach pokrytych płytą falistą. Na terenie obozu znajdował się basen i dość duży bar, gdzie można było zjeść, a wieczorem napić się piwa i porozmawiać z przebywającymi tutaj turystami.
Dziesięć minut piechotą oddalony był taras widokowy, z którego rozlegał się widok na potężną czerwoną równinę, z której wyrastały krzewy, drzewa, a w oddali potężny kamień – góra Uluru.
Trzeba było bardzo uważnie stąpać po ziemi idąc na punkt widokowy. Przeczytana przeze mnie w samolocie książka, przewodniki turystyczne i kierowca z autobusu zwracali uwagę na niebezpieczeństwo czyhające na ziemi - głównie żmije i jadowite pająki. Na szczęście krokodyli tutaj nie było.
Stojąc na tarasie widokowym zamyśliłem się. Przypomniałem sobie, że jestem tu, gdzie od lat chciałem dotrzeć. Stałem i patrzyłem na ogrom powierzchni, która mnie otaczała. Wielka, sucha, czerwona równina i ja na jej środku. Poczułem dreszcz na skórze i przez chwilę poczułem chłód, choć stałem na zalanym słońcem placu. Pomyślałem wtedy o moich rodzicach. W głębi duszy dziękowałem mamie i tacie, że zawsze otwierali przede mną horyzonty i pchali mnie do patrzenia na to, co na pierwszy rzut oka nie jest widzialne. Myślałem też o mojej najbliższej rodzinie – żonie i dwóch synach. Byłem w tym momencie po drugiej stronie świata. U mnie dzień, u nich noc. U mnie upał, a oni zakładają zimowe ubrania.
Spełniło się to, o czym marzyłem – pomyślałem. Jestem w Australii, w jej centralnym punkcie, gdzie krzyżują się ścieżki marzeń i snów. I znów przeleciał mnie dreszcz. Patrzyłem jeszcze kilkanaście minut na otaczający mnie świat. Ta góra Uluru ma coś w sobie.

Wróciłem do obozu. Popołudnie minęło na odkrytym basenie. Około 17tej ja i moi znajomi zaczęliśmy przygotowywać się do kolejnej atrakcji. Wieczorem – tuż przed zachodem słońca mamy rozpocząć kolacyjną ucztę na pustyni pod gołym niebem.
Dojechaliśmy autobusem do jakiegoś miejsca na niewielkim wzniesieniu. Każdy ubrał się odświętnie. Białe koszulki z polskim Orłem, koszulki z napisem „Polska”, ewentualnie „United Europe”, długie spodnie, pełne buty – nawet sprane dżinsy przybrały na wartości.
Na pieszo przeszliśmy kilkaset metrów. Wszyscy stanęliśmy na płaskim, naturalnym tarasie z widokiem na Uluru. Słońce było już blisko horyzontu, ale niskie, niewielkie chmury zasłoniły promienie zachodzącego słońca i przeszkodziły w mającej się odbyć grze świateł na pomarańczowych stokach kamiennego wzniesienia. W tym momencie wielka Uluru miała barwę ciemno-brunatną. Góra sprawiała wrażenie ciężkiego, nasączonego wodą kamienia. Swoją wielkością górowała nad potężną równiną porośniętą krzewami i małej wielkości drzewami. Pomimo braku słońca tuż przed ukryciem się za horyzontem wszyscy z podziwem patrzyli na wyrastającą z ziemi skałę. Ktoś przyniósł skrzynkę z winem musującym nazywając je szampanem i po chwili dało się usłyszeć wystrzały kilku korków. Każdy w międzyczasie otrzymał szklaną lampkę, do której został wlany musujący napój alkoholowy. Zapanowała wspaniała atmosfera. Rozpoczęły się dyskusje, niektórzy robili zdjęcia, jeszcze inni patrzyli z podziwem na otaczającą nas pustynię.
Kilkanaście minut później zeszliśmy w dół za wzniesienie, gdzie czekały na nas zasłane białymi obrusami stoły z dostawionymi do nich krzesłami i na wszelki wypadek piecykami gazowymi, bo jak wiadomo na pustyni nocą może zrobić się bardzo zimno. Na szczęście nikt gazu nie musiał zużywać, a wszyscy byli rozgrzani atmosferą, bardzo obfitą, smaczną kolacją, nieograniczoną ilością piwa i wina.
Kiedy całkowicie zaszło słońce, a niebo nabrało barwy prawie całkiem czarnej nasz plac został oświetlony świecami na stołach, które z godziny na godzinę wypalały się osłabiając moc ich światła, tym samym ukazując naszym oczom niezliczoną ilością gwiazd. Zza chmur na horyzoncie wyjrzał Księżyc i zaczął swoją wędrówkę po niebie. Jego na wpół oświetlony kształt i odbite od niego światło słoneczne dopełniły piękna spektaklowi natury, którego wszyscy byli świadkami. W oddali do późnej nocy widać było kontury góry, do której mieliśmy udać się wczesnym rankiem.


Kolejnego dnia pobudka była trudnym momentem dla nas wszystkich. W planie był wyjazd na wschód słońca przy Uluru, eksploracja Parku Narodowego Uluru, przejazd w rejon skał Olgas/Kata Tjuta i powrót, aby po południu wylecieć z Ayers Rock do Sydney.
Spektakl wschodu słońca przy Uluru odbywa się bardzo wcześnie. Dlatego należało być gotowym do wyjazdu tuż po piątej nad ranem. Cały efekt miał być widoczny z drugiej strony góry. Musieliśmy więc przebyć stosunkowo długą drogę autokarem, aby znaleźć się we właściwym miejscu położonym na wschód od kamienia. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów od obozu wjechaliśmy na teren Parku Narodowego Uluru, a po następnych kilkudziesięciu autokar zatrzymał się na parkingu, skąd powędrowaliśmy na punkt widokowy.
Znowu widok kolorowej ziemi wzbudził we mnie zachwyt. Czerwona kraina widoczna na zdjęciach z satelity, widziana z okien samolotu teraz miała na sobie ślady moich butów.
Za chwilę słońce zacznie wyłaniać się zza horyzontu. Każdy był ciekawy tej gry barw, która miała rozpocząć się niebawem. Jednak takie same chmury jak wieczorem poprzedniego dnia zakłóciły plan spektaklu. Słońce wstawało, ale jego promienie nie padały na Uluru. Świeciły nad kamieniem. Nie nabierał koloru pomarańczowego. Był jak wieczorem - ciemny.
Ach co za strata!!!

Uluru stoi na skrzyżowaniu Dream Times czyli Czasów Snu. Niegdyś było tu miejsce, gdzie spotykali się wędrujący Aborygeni. Ta góra była kierunkowskazem, schronieniem, miejscem świętym. I do dziś tak zostało. Poza jednym – Aborygeni odeszli do rezerwatów, mieszkają na granicach miast zajmując się rolnictwem lub rękodziełem. W wielu miejscach pozostawili ślady swojego życia. Tutaj też. Zbocze góry obfituje w różnego rodzaju jamy, jaskinie, wnęki zasłonięte skalną markizą. W tych miejscach można znaleźć wyrysowane na ścianach obrazy przedstawiające życie pradawnych właścicieli tego lądu. Ponieważ biały człowiek uznał niedawno własność tego miejsca Aborygenom obowiązują tutaj zasady wprowadzone przez nich. W każdym miejscu uznanym i oznakowanym jako święte należy zachować powagę i ciszę. Nie można rysować na skałach, niszczyć pozostałości po przodkach rdzennych mieszkańców i zabierać nawet niewielkiej części skały.

Słońce wzniosło się nad horyzont. Ogrzane chmury rozeszły się, a na niebie pojawił się błękit. Uluru była już oświetlona pełnym słońcem. Góra zrobiła się jaśniejsza, a jej ciemna barwa zmieniła się w brunatno-pomarańczową.
Udaliśmy się w kierunku autokaru, gdzie w rozłożonych na siedzeniach torebkach czekało na nas śniadanie. Odjechaliśmy w kierunku góry.
W miarę zbliżania się do Uluru jej wymiar zdawał się być coraz większy. Przemieszczaliśmy się wzdłuż jej dłuższego boku zatrzymując się w wybranych miejscach, gdzie można było podziwiać ją z bliska. Wyglądała jak nasączona wodą gąbka. Kilka mroźnych zim, a jej wielkość zmieniłaby się istotnie. Liczne szczeliny, pory w skale, zapadliska pełne wody pod wpływem mrozu dałyby katastrofalny efekt. Skała mogłaby zostać rozsadzona. W wielu miejscach można było zauważyć, że z tego ogromnego kamienia wysącza się woda i spływa jego zboczami zostawiając ciemne ślady swego nurtu. Minęło następnych kilkadziesiąt minut, a skała w słońcu nabrała barwy pomarańczowo- czerwonej. Patrząc od strony nieba kolorem zlewałaby się teraz z ziemią.


Po kilku przystankach wjechaliśmy na asfaltową drogę Parku Narodowego Uluru wiodącą w kierunku Olgas Kata Tjuta. Jest to grupa trzydziestu skał. Kata Tjuta w języku aborygenów oznacza trzydzieści głów.
Będąc w sercu Australii nie można zapomnieć o tutejszych zwierzętach. Przy drodze znaki informujące, że należy uważać na kangury. Z przodu autobusu zawieszona silna konstrukcja rurowa potwierdza, że te dosyć duże zwierzęta wyskakują czasem na ulicę i stwarzają zagrożenie sobie i jadącym od czasu do czasu ludziom. Wszyscy wypatrywaliśmy tych zwierząt z uwagą. Jednak nikomu nie udało się dostrzec nawet jednego osobnika. Za to widzieliśmy dziko żyjące wielbłądy. Było to zaskakujące. Nikt z nas nie słyszał wcześniej o wielbłądach w Australii. Kierowca autokaru zwrócił nam uwagę, że wielbłądy występują tutaj licznie i stanowią często powód do bezkrwawych łowów. Nadmiar zwierząt jest bowiem wyłapywany i transportowany do Arabii Saudyjskiej, co jest jeszcze bardziej zaskakującą wiadomością. Wszak wiemy wszyscy, że Arabia kojarzy się z wielbłądem, jak Australia z kangurem.
Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów jadąc z prędkością nie większą niż sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, ze względu na bezpieczeństwo zwierząt i nasze. W oddali pojawił się widok okrągłych skał zebranych jakby piłki w jedno miejsce.
Kiedy zespół skalny był już blisko podziwialiśmy go z kilku miejsc widokowych. Znowu odczuwałem potęgę tego bezkresnego lądu.
Słońce zaczynało stawać się coraz bardziej dokuczliwe. Każdy z nas sięgał po butelkę z wodą uzupełniając płyny w organizmie. Prawie każdy przestał używać kremów ochronnych ze względu na zahartowanie skóry podczas wyprawy na rafę. Zresztą było tyle atrakcji, że nie było czasu na pieszczoty.

Dojechaliśmy w bezpośrednie sąsiedztwo Kata Tjuta. Autokar zatrzymał się na parkingu, a przewodnik oznajmił, że należy założyć wygodne buty, zabrać bluzę lub kurtkę i butelkę wody. Mieliśmy przed sobą dwugodzinną pieszą wycieczkę w głąb zespołu gór, a dokładnie przejście przez Dolinę Wiatrów.
Ruszyliśmy dosyć ostrym tempem. Przed nami dwie duże góry i wznosząca się ścieżka – najpierw piaskowa, później kamienista. W miarę zbliżania się do gór wiatr, którego wcześniej nie było wiał nam coraz mocniej w plecy. Doszliśmy do przełamania spadków na ścieżce. Wchodzenie pod górę było dosyć wyczerpujące. Teraz będzie można schodzić swobodnie w dół. W tym momencie ukazał się przepiękny widok na przełęcz pomiędzy górami i wijąca się w dół ścieżka. Stało się jasne, dlaczego to miejsce nazywane jest Doliną Wiatrów.
Podobnie jak Uluru skały miały zabarwienie pomarańczowe z domieszką brązu. Wyglądały jakby były wygłaskane przez wodę, wiatr i słońce. Nie były niczym porośnięte od podnóża do ich garbów. W oddali widać było dolinę porośniętą zielonymi drzewami, krzewami i trawą. Wzdłuż wił się życiodajny strumień.
Kilkadziesiąt minut później dotarliśmy do platformy widokowej i patrząc w kierunku, skąd doszliśmy, podziwialiśmy błękitne niebo zamknięte po bokach wysokimi skalami. Zwężający się prześwit między nimi powodował wzrost ciśnienia ogrzewanego słońcem powietrza wymuszając w ten sposób szybszy jego przepływ i stąd odczucie silnego wiatru. Byliśmy na dnie Doliny Wiatrów.
Każdy już poczuł, dlaczego zabrał ze sobą kurtkę z długim rękawem.
W drodze powrotnej do autokaru, kiedy byliśmy już niedaleko parkingu zatrzymaliśmy się na kilkanaście minut. Miejscowy przewodnik wyjaśniał nam skąd te skały na bezkresnej równinie. Opowiadał historie usłyszane od Aborygenów i chętnie słuchał nas pytając jak się żyje w Europie.

Powróciliśmy do autokaru. Było już południe i czas na powrót do obozu, wymeldowanie, przejazd na lotnisko i przelot do Sydney.
Kolejne trzy tysiące kilometrów w powietrzu. Niezawodne linie Quantas wiozły nas szlakami powietrznymi bez żadnych zastrzeżeń. Trzy godziny zmieniających się scen za oknem samolotu. Czerwona ziemia w miarę oddalania się od Ayers Rock stawała się najpierw żółtawa, a później zielona. Temperatura powietrza miała wyraźnie spaść. Około trzy tysiące kilometrów na południe w Australii oznacza dokładnie to samo, co u nas w Europie na północ. Za oknami znowu widać było bujną roślinność, zróżnicowanie wysokości terenu i miasta. Późnym popołudniem wylądowaliśmy w Sydney.
Z lotniska przejechaliśmy do hotelu położonego blisko centrum miasta.

Hotel pomimo centralnego położenia w jednej z głównych dzielnic miasta nie zaskoczył nas niczym niezwyczajnym. Podobnie jak wcześniejsze bazy noclegowe charakteryzował się niezbyt nowoczesną architekturą wnętrz, ciasnymi windami i wąskimi, długimi korytarzami. Internet płatny 5 dolarów australijskich za godzinę był dostępny tylko w lobby przy recepcji.

Wieczorny, piątkowy spacer po okolicy pozwolił na zlokalizowanie położonego nieopodal hotelu McDonald'a, a tam był dostęp do darmowej sieci www – ulga dla oszczędnych surferów. Spacerując mijaliśmy liczne grupy ludzi idących w kierunku restauracji i klubów nocnych. Już w samolocie w drodze do Sydney nasz przewodnik poinformował nas, że miasto słynie z pięknych kobiet snujących się ulicami w krótkich spódnicach i w butach na bardzo wysokich obcasach. Podczas spaceru męska część naszej grupy miała możliwość przekonania się, że usłyszane słowa zdecydowanie nie mijały się z prawdą. Poza przyjemnymi widokami dla męskich oczu spotkaliśmy na ulicach wielu pijanych lub naćpanych narkotykami ludzi. Ulice Sydney to mieszanka wszelakich ras, wśród których wiele miejsca zajmują Euroludzie, Azjaci, Aborygeni i Maorysi.

Kolejny dzień spędziliśmy również w mieście. Tuż po śniadaniu pojechaliśmy na słynny most Harbour Bridge. Potęga!!! Kilka pasów ulic zawieszonych na silnej kratownicy łukowej rozpiętości około 400 metrów robi wrażenie.
Z mostu widok na potężne dachy leżącej przy zatoce opery. Niezapomniane na zawsze obrazy.

Zwiedzanie miast, a zwłaszcza tych stosunkowo młodych nie należy do moich ulubionych zajęć. Sydney do takich miast należy. W centrum kilkadziesiąt wieżowców i duży ruch uliczny to widok, jak w każdym innym dużym mieście. Otoczenie ścisłego centrum biznesowego stanowi zabudowa kolonialna. Jeszcze dalej miasto zamienia się w sypialnię, gdzie stoją domy jednorodzinne w dość dużych dzielnicach. Razem w Sydney mieszka ponad cztery miliony ludzi.

Przeszliśmy przez miasto wiele kilometrów. Po drodze zakupy pamiątek. W jednym ze sklepów miałem dylemat: kupić bumerang czy 2-metrowe Didgeridoo? Kupiłem bumerang obawiając się, że długi instrument nie przejdzie bezkosztowej odprawy bagażu na lotniskach. Dzisiaj uważam, że mogłem zaryzykować. Uwielbiam jego dźwięk.

Zwiedzając Sydney zaszliśmy na obiad do restauracji. Powitano nas słowami „dzień dobry”, poczęstowano rosołem i schabowym, a do picia podano polskie piwo. To ci dopiero rarytas! Właścicielami są Polacy – dwie rodziny, które kilkanaście lat wcześniej postanowiły poszukać nowego sposobu na życie.

Jednym z miejsc odwiedzonych w centrum miasta był budynek parlamentu stanu Nowej Południowej Walii. Ponoć mieszkańcy Sydney wstydzą się tego budynku, ponieważ wg nich nie stanowi nic reprezentacyjnego. Według mnie mają rację.

Autokarem podjeżdżaliśmy to tu, to tam. Między innymi odwiedziliśmy historyczną dzielnicę Rocks, ogrody botaniczne, idąc promenadą wzdłuż zatoki podziwialiśmy przepiękne kwiaty i drzewa.

Listopad w Sydney pozwalał na chodzenie w krótkich spodniach i w koszulce. Jednak rekordem doznań na Antypodach był widok Świętego Mikołaja na witrynach sklepów i w holach marketów w panującym wokoło upale. Nie wiedziałem po co tym napotkanym Mikołajom ciepłe ubranko i długa broda. Powinni o tym pomyśleć.

Po całym dniu chodzenia po mieście zasłużyliśmy na odrobinę luksusu. Grupa zebrała się pod wskazanym wcześniej adresem. Byliśmy w jednym z dużych centrów handlowych, gdzie weszliśmy do windy i ktoś wcisnął guzik „up”. Ostre przyspieszenie windy było czuć w żołądku. Po kilkudziesięciu sekundach znajdowaliśmy się 300 metrów nad ziemią wchodząc do obracającej się restauracji wokół osi Sydney Tower. Ze względu na rezerwacje dano nam godzinę czasu na jedzenie i picie bez ograniczeń. Raczyliśmy się głównie owocami morza przyrządzonymi na zimno, na ciepło, na surowo, gotowane, smażone, grillowane, duszone, w zalewach, z sosami, bez sosów. Jedliśmy, piliśmy podziwiając zmieniające się widoki miasta.
Z pełnymi brzuchami wróciliśmy do naszego hotelu. Należało odpocząć, ponieważ następnego dnia czekała nas autokarowa podróż poza aglomerację miejską.

Kolejny poranek zgodnie z zapowiedzią był szybki, śniadanko leżało na siedzeniach w autokarze, a słońce ledwo wyszło nad horyzont. Kierunek podróży nie był byle jaki. Jechaliśmy do znajdującego się na liście Unesco Parku Narodowego Gór Błękitnych.
Kilkadziesiąt kilometrów od granic Sydney zatrzymaliśmy się w Parku Australijskiej fauny. To był wspaniały moment na zaznaczenie, że faktycznie przebywaliśmy w Australii. Po krótkiej kawie przed bramkami wejściowymi znaleźliśmy się w krainie zwierząt i roślin. Dla mnie najważniejszym było to, że w końcu zobaczyłem kangura. Ba, miałem nawet możliwość nakarmienia jednego z będących na otwartym wybiegu! Przysmakiem kangura okazały się waflowe kubeczki do lodów.
Po chwili stałem przy drzewku, na którym odpoczywał miś koala. Był tak leniwy, że wydawał się spać. Na szczęście potrafił poruszyć oczami i szyją. Musiał być na niezłym haju.
Dalej były krokodyle, a w tym jeden podczas śniadania – niezapomniany widok rzucającego się na kurę myśliwego. Błyskawica i wielka siła.
Przy wybiegu kazuara – potężnego nielota – czułem się jak w parku jurajskim. Oczywiście nie zabrakło strusi, wielbłądów, a dalej wielu, wielu innych zwierząt – węże, żmije, pająki, jaszczury, jaszczurki, papugi, zające. Zapomniałbym o dingo - niezbyt szczególny zwierzak, ale za to charakterystyczny dla kraju, w którym byłem.
Gdyby nie ten park, to nie miałbym czym się pochwalić po powrocie z Australii.

Katoomba – miejscowość leżąca w Górach Błękitnych – była kolejnym i jednocześnie ostatnim turystycznym celem w Australii. Ka-toom-ba w lokalnym języku oznacza „błyszcząca spadająca woda”. Aborygeni nazwali tak jeden z pobliskich wodospadów.
Góry Błękitne należą do Parku Narodowego wpisanego na światową listę UNESCO. Swoją nazwę wzięły z barwy unoszącego się nad dolinami powietrza.
Parująca woda z liści bardzo licznie występujących tam drzew eukaliptusa zawiera substancje nadające powietrzu w promieniach słońca delikatny odcień błękitu. Miałem okazję sprawdzić to na własne oczy. Potwierdzam.
Echo Point – tak nazywa się punkt widokowy na Góry Błękitne, potężną dolinę porośniętą wysokimi eukaliptusami oraz Trzy Siostry – szczyt składający się z trzech sterczących skalnych kikutów. Chętni i jednocześnie odważni mogą wykupić bilety na kolejkę linową, z której można podziwiać wspaniałe widoki na góry i posłuchać ciekawostek opowiadanych przez obsługę w trakcie można to nazwać lotu kolejką. Oczywiście nie zrezygnowałem z tej przyjemności i polatałem w międzynarodowym towarzystwie turystów.

Po wyjściu z kolejki spotkałem potężnego Aborygena. Zapytał jak mam na imię i zaprosił do wspólnego zdjęcia.

Po dniu pełnym wrażeń wróciliśmy do Sydney, skąd następnego ranka wylecieliśmy do Nowej Zelandii.

Marzyłem, byłem, widziałem i już planuję kolejną podróż.
Pewnie już wiesz gdzie.
Oczywiście do Australii.
Pozostało mi tam tak wiele do zobaczenia. Wschodnie wybrzeże z lasami zwrotnikowymi, Góry Wododziałowe, wielki Outback, południowe i zachodnie wybrzeże oraz północno-wschodni kraniec kontynentu, gdzie można jeszcze spotkać wioski z Aborygenami, którzy potrafią powiedzieć wiele o swoich przodkach, wspominać czasy przed i po przybyciu białego człowieka, który diametralnie zmienił życie żyjących tu ludzi, wpłynął na faunę i florę nowoodkrytego i zajętego terenu.

Urzeczywistnię swoje marzenie, bo bardzo tego pragnę, bo poczułem jak smakuje jego spełnienie.
Gdy wrócę, napiszę kolejne opowiadanie z wyprawy. Być może dla kogoś, kto zechce przeczytać, co widziałem i przeżyłem, Australia też stanie się również jego marzeniem.


Zdaję sobie sprawę, że napisane przeze mnie opowiadanie nie jest pisane językiem książkowym, ale nie o to chyba tutaj chodzi. Chciałem przedstawić jak można dość od marzeń do ich realizacji. Relację możesz zobaczyć też na moim blogu, gdzie jest różnież link do filmiku spod wody podczas snurkowania na rafie.

Zdjęcia

AUSTRALIA / Nothern Teritory / Uluru-Kata Tjuta National Park. / konkursAUSTRALIA / Queensland / Cairns / konkursAUSTRALIA / Nowa Południowa Walia / Sydney / konkursAUSTRALIA / Nothern Territory / Uluru / konkurs

Dodane komentarze

jack84 dołączył
06.11.2015

jack84 2015-11-06 01:18:51

Pozdrawiam , też bym chciał zwiedzić Australię ....$

iguan007 dołączył
02.01.2012

iguan007 2014-07-28 21:15:37

"Fajna relacja. Zycze kolejnej udanej wycieczki bo w Australii jest jeszcze sporo do zobaczenia "

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl