Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

ALBANIA - GÓRY I ZABYTKOWE MIASTA > ALBANIA


Leoncjo Leoncjo Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie ALBANIA / Berat / Wzgórze zamkowe / ...z rozległym widokiemDruga część dziennika podróży po Albani dotycząca podróży od Sarande, przez Gjirokaster, Tepelene, Kelcyre, Permet, gorące źródła w okolicach Petran, Berat, Corovode, Oricum do Vlore.

12 września 2014 (piątek). Drugi tydzień podróży
Obudziliśmy się tuż przed szóstą. Panował mrok, jedynie kilka różowych pasemek na krawędziach atramentowych chmur sygnalizowało zbliżający się dzień. W pośpiechu uporządkowaliśmy nasze rzeczy. To, co można było spakować, zostało spakowane. Pozostałe zgromadziliśmy w jednym miejscu. Wraz ze świtem nadciągnęła burza. Widok był niezwykły: na wschodzie radosna tarcza słońca, a po zachodniej części nieboskłonu granatowa kipiel przecinana błyskawicami, którym towarzyszyły grzmoty. Pomiędzy walczącymi tytanami szarpiące się w bezsilności szmaragdowe morze. Gaz w kuchence, skończył się niespodziewanie. Wymieniłem nabój i przezornie przeniosłem całą kuchenkę pod tropik. Chwilę potem pierwsze krople deszczu zadudniły o deski podestu. Śniadanie zjedliśmy w namiocie rozświetlanym na ułamki sekund kolejnymi błyskawicami. Uderzenia gromów zwielokrotniane ścianami kanionu łączyły się w groźnie brzmiący pomruk czającej się w ciemnościach bestii. Kiedy ulewa przeszła w mżawkę kolega poszedł umyć naczynia. Wrócił przemoczony dając się zaskoczyć fali, która rozbiła się o skałę, tuż obok niego. Zmienił ubranie i zabrał się do rozkręcania swojego norweskiego kija, bez rezultatu. Ja wydobyłem zeszyt i uzupełniałem zapiski. Minęła ósma a my nadal tkwiliśmy w mknącym namiocie opierając się o częściowo spakowane plecaki, co jeszcze bardziej ograniczało i tak skąpą przestrzeń. Włączyłem telefon. Po chwili nadeszły dwie wiadomości. Nadawcy domagali się kontaktu. Odpisałem coś uspokajającego, bo w istocie, nie było powodu do obaw. Wprawdzie tkwiliśmy osaczeni przez burzę na chyboczących się deskach, lecz jedynym poważnym zagrożeniem była śmierć z nudów. Kiepsko rozpoczął się drugi tydzień podróży. Zaczęliśmy podejrzewać, iż w jakiś niezrozumiały sposób przyciągamy anomalia pogodowe i to bez względu na kraj czy porę roku. Doświadczyliśmy tego na Krymie, w Gruzji a teraz w Albanii. Na domiar złego, drapanie w gardle stawało się co raz bardziej uciążliwe. Miałem nadzieję, że wygrzanie się w śpiworze zmieni ten niepokojący trend lecz z trudem powstrzymywałem się od odkasływania. Kiedy deszcz ustał postanowiliśmy bez względu na konsekwencje opuścić plażę. Błyskawicznie pozbieraliśmy resztę rzeczy, spakowaliśmy namiot i ruszyliśmy w kierunku otaczających nas skał. Zanim do nich dotarliśmy znowu zaczęło kropić. Było za późno na zmianę decyzji więc ignorując deszcz szybko wspięliśmy się na oddzielającą nas od zbocza przeszkodę. Porośnięte moknącymi ziołami wydzielało oszałamiający zapach. Pięliśmy się w górę, ślizgając się na kamieniach, wymijając kępy ostrokrzewów i większe głazy. Po dwudziestu minutach dotarliśmy do drogi. Mimo kłopotów nogą przyjaciel zgodził się iść na przełaj, skracając w ten sposób dystans, choć wymagało to sporego wysiłku ponieważ kolejny odcinek zbocza był stromy a na dodatek gęsto pokryty większymi od poprzednich, głazami. Przedzierając się przez chaszcze i kamienie wcale nie byłem już taki pewien argumentów, którymi przed chwilą przekonałem go do wyboru drogi. Zdyszani jak konie węglarza dobrnęliśmy do skarpy oddzielającej nas od krawędzi szosy. Te pięć, może sześć metrów okazało się trudniejsze aniżeli poprzednie sto. Usypujący się spod nóg luźny gruz skutecznie utrudniał dotarcie do barierki. Kiedy tam dobrnęliśmy zobaczyliśmy niewielkie stado kóz podzwaniających dzwonkami. Dalej musieliśmy się trzymać drogi. Minęliśmy ostry zakręt wykuty w skałach i weszliśmy pomiędzy gaje oliwne. Pomiędzy stareńkim drzewami z dojrzewającymi oliwkami rosną tam figowce. W głębi natrafiliśmy na kilka takich, na których w zasięgu rąk, były owoce. Zjedliśmy je brudząc ręce lepkim sokiem. Kawałek dalej natrafiliśmy na figowe "El Dorado". Po chwili nie byliśmy w stanie zjeść tego, co udało sie nam zgromadzić. Spakowaliśmy więc aromatyczne figi do woreczka i opłukawszy w deszczówce ręce pomaszerowaliśmy dalej. Kiedy dochodziliśmy do skrzyżowania za Vuno, dostrzegliśmy nadjeżdżający minibus. Jego kierowca też musiał nas zauważyć ponieważ zatrzymał się a jego pomocnik otworzył drzwi i wskazał ręką kierunek. Odmachnęliśmy twierdząco. Chwilę później jechaliśmy, jak nam się wydawało, do Sarande. W Himare jednak okazało się, że musimy się przesiąść. Zapłaciliśmy po pięćdziesiąt Leków i wysiedliśmy w centrum miasteczka. Sprawdzoną metodą dowiedzieliśmy się, że za czterdzieści minut, w tym samym miejscu będzie bus w interesującym nas kierunku. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i rozejrzeć się za informacją turystyczną i salonem jakiegoś operatora telefonicznego. Zadziwiająco łatwo znaleźliśmy i jedno i drugie. Niestety, w obu miejscach czekało nas rozczarowanie. Informacja turystyczna, anonsowana dużą tablicą, okazała się być biurkiem w restauracji a jedyna wyświechtana i podarta mapa Albanii była znacznie gorsza od tej, którą mieliśmy w plecaku. W małym punkcie Vodafon`u siedziała miła dziewczyna, z którą moglibyśmy porozmawiać, ... gdybyśmy znali albański lub włoski. Niestety żaden z nas nie mówi w tych językach, więc ustalenie, iż kupowanie albańskiej karty SIM jest zupełnie nieopłacalne, zajęło nam sporo czasu. Wprost stamtąd wróciliśmy na przystanek i zajęliśmy ostatnie dwa miejsca w minibusie. Po nas wsiadła jeszcze para Francuzów ale musieli się zadowolić rozkładanymi taborecikami z plastiku. Wyjechaliśmy z miasteczka. Kolega zwrócił moją uwagę na mijane zatoczki. Betonowe umocnienia i stalowe wrota wymownie świadczyły, iż w nie tak odległych czasach, wśród a raczej wewnątrz tych malowniczych wzgórz stacjonowały okręty podwodne. Kilka kilometrów dalej pojazd oddalił się od wybrzeża i wjechał w góry. Po pokonaniu niewysokiej przełęczy wjechaliśmy do Sarande. Wysiadając zapytaliśmy o transport do Gjirokaster. Kierowca wskazał stojący przed nami minibus. Oparty o niego mężczyzna potwierdził kierunek i pokazał nam na tarczy swojego zegarka godzinę odjazdu. Wstawiliśmy do brudnawego bagażnika plecaki i mając prawie pięćdziesiąt minut do odjazdu weszliśmy do sąsiadującego z przystankiem baru. Przyjaciel zamówił dla nas dwa suflaki, które okazały sie być chlebkiem pita wypełnionym mieszanką kilku warzyw, kawałków mięsa i frytek. Całość obficie była polana jogurtem i keczupem. Jakkolwiek dziwnym wydał mi się ten zestaw, zjadłem go ze smakiem. Popiłem szklanką wody, która była w zestawie i zagryzłem kilkoma figami, które nie wiedzieć czemu wywoływały żywe zainteresowanie i uśmiechy Albańczyków. Po posiłku poszliśmy do pobliskiego sklepu gdzie kupiliśmy butelkę brandy i wsiedliśmy do autobusu. Kolega odkręcił nakrętkę i zrobił spory łyk słomkowego trunku. Zapach alkoholu błyskawicznie rozszedł się po wnętrzu pojazdu, który po przejechaniu kilku kilometrów wzdłuż plaż wjechał na krętą górską drogę. Drodze towarzyszy głęboki i szeroki kanał z zadziwiająco czystą wodą. Jej pochodzenie wyjaśnił widok elektrowni szczytowo-pompowej. Po przejechaniu kolejnej przełęczy pojazd zaczął zjeżdżać w kierunku bardzo rozległej doliny. Podobnie, choć nie tak spektakularnie jak na przełęczy Llogara, towarzyszyły mu widoki jakby z lądującego samolotu. Tym razem jednak na horyzoncie nie było morza a jedynie różowawe, bardzo odległe pasmo gór, które kończyły obszerna dolinę. Po drodze minęliśmy kilka uzbrojonych patroli policyjnych a jeden z nich długo kontrolował "naszego" kierowcę. W końcu pojechaliśmy dalej i po kilkunastu minutach dotarliśmy do Gjirokaster. Z daleka było widać, że jest to bardzo interesujące miejsce. Widoczna stara jego część malowniczo rozsiadła się na wzgórzach po lewej stronie drogi. Nad wszystkim góruje rozległy zamek z wieżą zegarową. Po prawej stronie drogi za wąskim pasem współczesnych, brzydkich budynków płynie rzeka. Po opuszczeniu autobusu podeszliśmy wprost na most, za którym jest działka Illyr`a. Młody Albańczyk, absolwent uczelni ekonomicznej hoduje kozy i produkuje bimber. Mój towarzysz podróży poznał go będąc tu poprzednio, a teraz chciał go odwiedzić i przy okazji poprosić o umożliwienie postawienia namiotu przy będącym ciągle w stanie budowy domu. Podeszliśmy do zadrutowanej konstrukcji, którą przy dużej dozie wyobraźni można by określić mianem bramki. Przyjaciel z wprawą uporał się z zabezpieczeniem i poszedł w kierunku domu. Ja zostałem czekając na efekt. Po chwili wrócił i oświadczył, że gospodarz jest w domu i cieszy się z tej nieoczekiwanej wizyty. Weszliśmy na posesję, na której panował trudny do opisania bałagan. Niski, z lekka kulejący mężczyzna przywitał się ze mną po angielsku. Zostawiliśmy w domu plecaki i poszliśmy we trzech w kierunku zamku. Po drodze wstąpiliśmy do małej kawiarni znajomego Illyr`a. Nieśpiesznie wypiliśmy kawę i rakiję, z zainteresowaniem przyglądając się jak skręca on sobie papierosy na udostępnianej klientom maszynce. Poznaliśmy też kuzyna Illyr`a, prawnika, który wstąpił tu na kawę. Po prawie godzinie poszliśmy dalej. Pora była już późna, lecz nasz przewodnik prowadził nas zakamarkami starego miasta. Zaskoczyło mnie, że wszystkie budynki, również współcześnie budowane, kryte są łupkiem. Duże, relatywnie grube kamienne płyty podtrzymują wątłe krokwie. Całość sprawia wrażenie, jakby powszechnie znane prawa fizyki tutaj nie obowiązywały. Wstąpiliśmy do muzeum etnograficznego. Zapłaciliśmy po dwieście leków i na tym zakończył się kontakt z pracownikami placówki. Illyr oprowadzał nas po obszernym budynku, niegdyś należącym do jednego z bogatszych mieszkańców miasta, który w czasie wojny stał się bohaterem narodowym. Kiedy wychodziliśmy zmierzchało. Zjedliśmy chyba najdroższe w całej Albanii byrki i kontynuowaliśmy zwiedzanie. W mijanych sklepach jubilerskich oglądałem kolczyki szukając czegoś oryginalnego dla dziewcząt, lecz wszystkie były bez wyrazu. Przypominały znane mi z Polski wzory. Korzystając z pomocy Illyr`a prosiłem o pokazanie mi czegoś opartego na miejscowym wzornictwie, czym wzbudziłem konsternację, ponieważ okazało się, że w sprzedaży są jedynie modne, europejskie modele. Przy trzecim czy czwartym jubilerze, dałem sobie spokój, tym bardziej, że wszyscy na mnie czekali a na dodatek traciłem głos. Kaszel stał się na tyle uciążliwy, że musiałem wstąpić do apteki. Farmaceutka mówiła wprawdzie po angielsku, lecz ja już prawie nie mówiłem w żadnym, nawet własnym, języku. Wyręczył mnie Illyr. Dostałem jakieś tabletki do ssania za sześćset Leków. Droga do domu naszego gospodarza przeciągała się ponieważ co chwilę spotykaliśmy jak nie kuzynów, to jego znajomych, z którymi wypadało zamienić kilka słów. Było już całkiem ciemno kiedy dotarliśmy na miejsce. Korzystając z "czołówek" rozstawiliśmy namiot i poszliśmy do mieszkania, żeby skorzystać z łazienki. Prysznic w gorącej wodzie był tak przyjemny, że jedynie świadomość kolejki oczekujących zmusiła mnie do zakręcenia kranu. Kiedy kolega korzystał z dobrodziejstw cywilizacji ja rozmawiałem z Illyr`em. Opowiedział mi intrygująca historię swojego imienia. Płynnie przeszedł na kwestie języka albańskiego. Ogromnym zaskoczeniem było podobieństwo tez i sposobów ich udowodnienia z tymi, które kilka miesięcy wcześniej wygłosił w Gruzji Michno. Oczywiście na temat języka ormiańskiego. Niestety, mój "zachrypnięty" angielski nie pozwolił mi na poważniejszą dyskusję, tym bardziej, iż z każde kolejne zdanie Illyr wypowiadał co raz bardziej emocjonalnie. Na szczęście powrót przyjaciela spowodowała zmianę tematu. Przeszliśmy na produkowane przez Illyr`a sery i alkohole. Przy okazji usłyszeliśmy, co już nie było takie miłe, że Rosjanie, ale i Polacy mają w Albanii opinię "pijusów". Pewnie nie bez powodu. Jakby na potwierdzenie tej opinii wyciągnęliśmy z plecaka butelkę koniaku, a gospodarz poczęstował nas raki swojego wyrobu Degustacja trochę sie przeciągała, więc zasugerowałem jej zakończenie. Kiedy już wychodziliśmy, wszedł ojciec Illyr`a. Nastąpiła prezentacja i przez chwilę prowadziliśmy kurtuazyjną rozmowę o urokach odwiedzonych miejsc, życzliwości Albańczyków i dalszych planach podróży. Wypiliśmy kilka kieliszków koniaku i poszliśmy do namiotu gdzie kolega uznał za konieczne porozmawianie z żoną a ja w tym czasie uzupełniłem zapiski. Szczekanie psów i odgłosy świerszczy towarzyszyły końcowi tego niezwykłego dnia.

Gjirokaster, 13 września 2014 (sobota)
Nad ranem, kiedy Witek zauważył, że nie śpię zapytał jak się czuję. Zgodnie z przekonaniem odparłem, iż całkiem dobrze i niemal natychmiast dostałem napadu kaszlu, którego przez dłuższą chwilę nie mogłem powstrzymać. O śnie nie mogło już być mowy. Przed szóstą wyszliśmy z namiotu. Wszystko było mokre od rosy, dzień jednak zapowiadał się pogodny. Dopiero teraz zobaczyliśmy gdzie ulokowaliśmy namiot. Nie był to budujący widok, choć zważywszy na okoliczności... Pomiędzy budową a płotem, we wiacie z rupieciami, znalazłem prowizoryczną toaletę i wąż z kranem. Skorzystaliśmy obaj z tej zaimprowizowanej łazienki i przystąpiliśmy do zwijania namiotu. Już wcześniej uzgodniliśmy, że po południu ruszymy w dalszą drogę. Zjedliśmy śniadanie a kiedy Illyr wyszedł się z nami przywitać, poprosiliśmy o zaopiekowanie się naszymi bagażami i poszliśmy zobaczyć miejsca, do których nie dotarliśmy poprzedniego dnia. Kościół interesujący kolegę był zamknięty. Pokręciliśmy się po malowniczych uliczkach starego miasta. Obchodząc zamek natrafiliśmy na otwartą bramę za którą ciągnie się mroczny tunel. Z ciekawości weszliśmy tam. Niespodziewanie znaleźliśmy po drugiej stronie wzgórza. Idąc wzdłuż murów dotarliśmy do drogi, którą przeszliśmy most i wspięliśmy się na sąsiednie wzniesienie pokryte starą zabudową. Zerwaliśmy kilka fig z gałęzi zwisających nad chodnikiem a w maleńkim sklepiku kupiliśmy dużego melona za sto trzydzieści Leków. Zeszliśmy w kierunku zamku, obeszliśmy go i weszliśmy na dziedziniec zewnętrzny. Korzystając z reklamówki i małego scyzoryka pokroiliśmy melona i zjedliśmy go, co zważywszy na wielkość było sporym wyczynem. Na tablicy informacyjnej przy kasie zobaczyliśmy dziewiętnastowieczną rycinę przedstawiającą piękny, osmański most. Zapytaliśmy kasjerkę, gdzie się on znajduje. Z tego, co udało się nam zrozumieć, wynikało, iż jest on w górach, oddalony o kilka kilometrów od miasta. Mieliśmy wielką ochotę go zobaczyć choć było to równoznaczne z koniecznością odłożenia o kilka godzin wyjazdu. Uznaliśmy jednak, że jest tego wart i opierając sie na kilku wskazówkach pomaszerowaliśmy kamienną uliczką stromo wspinającą się na wzgórze. Po drodze pytaliśmy napotykane osoby o most Ali Paszy lecz albo nie byliśmy rozumiani albo pytani nic na ten temat nie wiedzieli. Dopiero na wzgórzu, gdzie dotarliśmy z lekka zdyszani, kilkuletni chłopczyk zdecydowanie wskazał sąsiednie wzniesienie, kiedy wymieniliśmy nazwę mostu. Trochę niedowierzając zeszliśmy kawałek w dół i ponowiliśmy poszukiwania. Kolejne osoby udzielały nam sprzecznych wskazówek. Straciliśmy pół godziny niczego nie dowiadując się. Postanowiliśmy wrócić do zamku i spisać z tablicy nazwę obiektu w języku albańskim. Dzięki temu zabiegowi, udało nam się w końcu poznać właściwy kierunek i wbrew zapewnieniom taksówkarza, że piechota się tam nie dostaniemy, po niespełna pół godzinnym marszu zobaczyliśmy osiemnastowieczny, osmański most Ali Paszy Tepelene. Z daleka wydawał się niepozorny, lecz z bliska robi spore wrażenie. Obfotografowaliśmy go i skrótami wróciliśmy do miasta objadając się figami. Na starym mieście kolega zjadł kilka byrków a ja uzupełniłem zapiski. Kiedy wróciliśmy po plecaki Illyr i jego ojciec zajmowali sie pszczołami. Rozdrażnione owady latały wokół gotowe zaatakować każdego, więc przezornie obeszliśmy ule szerokim łukiem i weszliśmy do budynku. Przy naszych plecakach stały małe butelki po wodzie mineralnej. Po sprawdzeniu okazało się, iż zawierają raki, którą degustowaliśmy poprzedniego wieczora. Kiedy gospodarze wrócili do mieszkania i potwierdzili, że jest to prezent na pożegnanie, podziękowaliśmy za gościnę i prezenty. Przyjaciel dał Illyrowi dziesięć dolarów i ...etui na telefon. Gospodarz zapytał nas o plany. Zdziwił się, że chcemy specjalnie pojechać do Tepelene, żeby zobaczyć zamek, lecz nie odwodził nas od tego pomysłu. Zadeklarował, że nas odprowadzi. Zabrał rower z uśmiechem dodając, iż jest ...kradziony. Natychmiast dodał, że nie przez niego. Kupił go bowiem za czterdzieści Euro od "importerów" z nieodległej Grecji. Przy głównej drodze, w centrum, zobaczyliśmy stojący autobus z napisem "Tirana". Illyr porozmawiał z kierowcą, po czym wrócił do nas i potwierdzał, że możemy wsiąść. Pożegnaliśmy się jeszcze raz dziękując za wszystko i zajęliśmy miejsca. Przyjaciel zauważył, że pojazd wyposażony jest w polskie opony "Kormoran". Prawie pusty autobus zatrzymał się na sąsiednim skrzyżowaniu, gdzie wszystkie wolne miejsca zostały zapełnione. Chwilę później jechaliśmy przez szeroką dolinę. Czterdziesto-kilku kilometrowy odcinek przejechaliśmy w godzinę. Tepelene jest opisywane w przewodniku jako jedno z większych miast Albanii. Kiedy się tam znaleźliśmy odniosłem zgoła odwrotne wrażenie. Ryneczek z pomnikiem Ali Paszy Tepelene był wyludniony i senny. Weszliśmy do najbliższego sklepu i kupiliśmy wodę oraz biały ser (550 leków/kg). Rozglądaliśmy się za zamkiem, który miał być cenną pozostałością burzliwej przeszłości miasta. Kierując się bardziej intuicją aniżeli wiedzą poszliśmy wzdłuż głównej ulicy. Po chwili doszliśmy do ładnej cerkwi. Tuż obok zobaczyliśmy coś, co przypominało mury obronne z flankami. Nigdzie jednak nie było widać typowych dla budowli obronnych wież, strzelnic. Kiedy tak rozglądaliśmy się zdezorientowani podszedł do nas kilkuletni chłopczyk o rysach romskich i kilkukrotnie powtórzył słowo "kalaja". Przypomniałem sobie, że tak, po albańsku, nazywa się zamek. Poszliśmy wzdłuż murów a dzieciak za nami. Budowla jest rozległa, lecz kończy się na pierwszej kondygnacji, co sprawia, iż trudno się w niej dopatrzyć pierwotnej funkcji. Zamek, a właściwie to, co z niego zostało jest pocięty przejściami i ogródkami. Idąc wzdłuż jednego z nich, dotarliśmy do jakiejś bramy, za którą było widać wysoką skarpę, rzekę i zadziwiająco długi, wiszący most. Skierowaliśmy sie w tamtą stronę. Chłopak, utrzymując kilkumetrowy dystans, szedł za nami. Nie chcieliśmy go przeganiać, lecz jego towarzystwo mogło być kłopotliwe. Za bramą zrobiliśmy sobie przerwę na napicie się wody. Daliśmy małemu lizaka i ruszyliśmy w dół skarpy oglądając się za siebie. Mały Rom długo stał tam, gdzie go zostawiliśmy. Przecięliśmy szosę i zeszliśmy nad brzeg rzeki, idąc w górę jej nurtu, dotarliśmy do mostu. Dziwaczna, choć solidna konstrukcja składa się z trzech niezależnych kładek. Pomiędzy nimi betonowe słupy dają oparcie linom. Idąc po nim wyraźnie odczuwa się "falowanie". Na drugim brzegu, w zakolu rzeki znaleźliśmy w miarę ustronne miejsce pod namiot. Zwlekaliśmy z jego rozstawieniem, żeby nie "rzucać się w oczy" jednak po kilkudziesięciu minutach doszliśmy do wniosku, że jeżeli ktoś miałby mieć pretensje, to lepiej wcześniej aniżeli później. Kiedy nasza "sypialnia" była gotowa, nastawiłem wodę do gotowania i zasiedliśmy nad mapami. Kiedy dyskutowaliśmy o trasie nadszedł mężczyzna i po przywitaniu się przystąpił do tłumaczenia nam czegoś, co z oczywistych powodów nie byliśmy w stanie zrozumieć. Widząc bezefektywność swoich starań nasz gość głośno powiedział "probljema" i dodał: "hał, hał", jednocześnie dłonią wykonując znaczący gest łapania. Stało się jasne, że sugeruje nam możliwość bliższego kontaktu z jakimiś psami. Kolega tą samą metodą usiłował dociec czy owe "probljema" dotyczą nas, jako potencjalne ofiary, czy mężczyzny jako gospodarza terenu. Jeśli właściwie zrozumieliśmy odpowiedź, to chodziło o to, iż przepędzane tędy krowy mogą nam wyrządzić szkody, a wypuszczona wieczorami psy stanowią spore zagrożenie. Podziękowaliśmy za ostrzeżenie, zapewniając że damy sobie radę, choć wcale nie byliśmy o tym przekonani. W maju, kiedy obozowaliśmy w Ananuri kilkadziesiąt krów, bez psów było dla nas poważnym problemem, gdyż duże, ciężkie i bezmyślnie napierające zwierzęta mogą zdeptać nie tylko wątły namiocik, ale i człowieka, który nieopatrznie znajdzie się w zasięgu kopyt. Wierzyliśmy w skuteczność gazu pieprzowego, mając jednocześnie nadzieję, iż nie dojdzie do weryfikacji tego przekonania w praktyce. Zjedliśmy kupiony ser, żałując iż nie mamy żadnego wina, szczególnie tak dobrego jak to, które kupowaliśmy na targu w Tbilisi. Mieliśmy raki, którego jednak nie chciałem pić ze względu na bolące gardło. Musieliśmy się zadowolić wodą, której też nie było w nadmiarze. Na okolicznych drzewach rozsiadły się ptaki, których głośny świergot towarzyszył nam aż do zmroku. Od strony wsi dochodziło pianie kogutów, porykiwania osła i szczekanie psów. Tych ostatnich słuchaliśmy z niepokojem zastanawiając się, czy aby nie zbliżają się w naszą stronę. Uspokajająco szumiała rzeka. W krwawej poświacie dogorywał trzynasty września, ósmy dzień podróży.

Telepene, 14 września 2014 r. (niedziela)
Podobnie jak poprzedniego ranka obudził mnie trudny do opanowania kaszel. Wygrzebałem z kieszeni tabletki, było jednak jasne, iż to koniec spania. Dochodziła szósta. Zaczęliśmy zbierać rzeczy i przygotowywać śniadanie. Kiedy woda się zagotowała przerwaliśmy pakowanie i szybko zjedliśmy podwójną kaszkę. Kolega poszedł umyć naczynia a ja kontynuowałem pakowanie. Wówczas od strony mostu nadszedł uśmiechnięty od ucha do ucha staruszek. Podchodząc do mnie klepał się po udach, głośno śmiał i mówił coś. Oczywiście, słów nie rozumiałem, choć z gestów wynikało, iż ucieszył go nasz widok . Poklepywał mnie po ramionach i nie przestawał się głośno, choć życzliwie śmiać. Kiedy nadszedł mój towarzysz podróży, uścisnął mu rękę, poklepał po plecach i nie przestając się śmiać poszedł dalej. Spotkaliśmy go jeszcze raz, kiedy zmierzaliśmy w stronę mostu. Pilnował stadka owiec, lecz widząc nas podszedł i wyściskał jak starych znajomych. Tym razem z tego, co mówił, udało się nam wyłowić jedno znane słowo "brawo". Cała jego postawa świadczyła, iż z jakiegoś powodu wzbudziliśmy jego sympatię, a może nawet podziw. O ósmej byliśmy już na moście i idąc za miejscowymi dotarliśmy na zamek skrótami, na które sami byśmy nie wpadli. Chcieliśmy wymienić pieniądze, co w niedzielę wydawało się zupełnie nierealne. Odradzałem koledze pytanie ludzi o kantor czy bank, jak się okazało niesłusznie. Wprawdzie banki były oczywiście zamknięte, ale zwróciliśmy na siebie uwagę. Ciemny Mercedes, który nas wolno minął zatrzymał się, a jego kierowca zagadnął nas po albańsku. Wyglądało na to, że jest zainteresowany wymianą pieniędzy. Zamiast leków wyjął jednak telefon i dając nam dłonią znak, żebyśmy poczekali, z kimś chwilę rozmawiał. Kiedy skończył, powtórzył poprzedni gest, więc usiedliśmy na krawężniku. Kilka minut później podszedł do nas postawny, dobrze ubrany jegomość. Po przywitaniu wyciągnął z kieszeni gruby rulon banknotów. Kolega napisał na okładce dziennika jeden dolar i znak równości a nasz "bankier" dopisał sto cztery leki. Witek przekreślił czwórkę i w jej miejsce wpisał piątkę. "Cinkciarz" uśmiechnął się, pokręcił na boki głową, co tu oznacza potwierdzenie i odliczył równowartość pięćdziesięciu "zielonych". Podałem mu banknot z Franklinem a on skrzywił się i coś powiedział. Myślałem, że chodzi mu o mniejsze nominały, ale Witek domyślił się, iż problemem jest starsza seria dolarów z "małą głową". Wręczył mu dwa swoje banknoty z "dużymi głowami" i odebrał leki, które niewiele uszczupliły rulon właściciela sygnetów. Pożegnaliśmy się serdecznie i pomaszerowaliśmy w stronę pomnika, gdzie stoją mikrobusy. Z otwartą mapą chodziliśmy od kierowcy, do kierowcy pytając o transport do Permetu. Wszyscy kiwali głowami i wzruszali ramionami, co odczytywaliśmy, iż albo nie rozumieją, o co nam chodzi, ewentualnie nie ma interesującego nas połączenia. Kiedy wyczerpaliśmy wszystkie możliwości i stanęliśmy bezradni pomiędzy samochodami, podszedł do nas kierowca pierwszego pojazdu, poklepał mnie po ramieniu i wskazał swój bagażnik. Byliśmy zaskoczeni. Powtórzyliśmy pantomimę z mapą, a on tym razem potwierdził i bezceremonialnie wepchnął nasze bagaże oraz nas do środka. Po przejechaniu około pięciu kilometrów w stronę Gjirokaster pojazd skręcił w lewo na pordzewiały most, a po jego drugiej stronie, na drogę prowadzącą pomiędzy góry. Droga, pełna dziur i garbów biegnie tak wąską dolina, iż ma się wrażenie, że zalesione zbocza są w zasięgu ręki. Wysiadając w Kelcyre zapłaciliśmy po dwieście leków i weszliśmy do pierwszego z brzegu sklepu. Kupiliśmy chleb, dwu i pół litrowe piwo oraz nabój do kuchenki, płacąc trzysta sześćdziesiąt leków. Dwuosobowy personel był bardzo młody, a chłopak, który przyjmował należność, sprawnie rozmawiał po angielsku. Zapytaliśmy o autobus do Permet`u i możliwość nabycia byrków. Już po drugim zdaniu chłopak doszedł do wniosku, że prościej będzie nam pokazać aniżeli tłumaczyć drogę. Poprowadził nas na zaplecze sklepu, następnie przeszliśmy przez kilka ciemnych zaułków i wyszliśmy na zalany słońcem plac przy cerkwi. Na wprost nas zobaczyliśmy "byrkarnię" a we wskazanym przez przewodnika kierunku, kilka mikrobusów. Uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie i pomaszerowaliśmy do piekarni. Wokół było sporo ludzi a po byrki stała kilkuosobowa kolejka. Witek stanął w ogonku a ja pozostawiwszy plecak, poszedłem się rozejrzeć po okolicy. Najwyraźniej trafiliśmy na dzień targowy. Od cerkwi, aż do odległego mostu na peryferiach miasteczka panował gwar i rozgardiasz. Na prowizorycznych straganach lub na rozłożonych gazetach oferowano niemal wszystko. Blisko rynku dominowały owoce i warzywa, dalej drobne artykuły przemysłowe i sprzęt AGD a na końcu nowe i używane ubrania, tekstylia i buty. Tu królowali Romowie. Jak zawsze głośni i barwni. Wróciłem bogatszy o kilka zdjęć. Zabraliśmy plecaki i poszliśmy w stronę postoju mikrobusów. Tym razem bez trudu dopytaliśmy się o właściwy i chwilę później jechaliśmy do Permet`u. Włączyłem telefon i odebrałem serię wiadomości. Odpisałem, starając się zawrzeć jak najwięcej treści w ograniczonej znakami przestrzeni SMS`a. Po wyłączeniu telefonu otworzyłem zeszyt, lecz droga była tak wyboista, że pisanie było nierealne. Wysiedliśmy na peryferiach Permet`u. Do Gjinkar Petran nie ma, a przynajmniej tak nam powiedziano, linii autobusowej. Mogliśmy iść pieszo lub wynająć taksówkę. Po krótkich negocjacjach wpakowaliśmy plecaki do wiśniowego Mercedesa, który zapewne zdążył już przejechać więcej kilometrów aniżeli mogli wyśnić sobie jego konstruktorzy. Kierowca, zadowolony ze znalezienia klientów od razu zadeklarował sympatię do Polaków i wykazał się znajomością polskich piłkarzy czym my nie bardzo mogliśmy się pochwalić. Mijając most nad szeroko rozlaną rzeką, kolega poprosił o zatrzymanie samochodu i popędził zrobić zdjęcie. Podskakując na wybojach dojechaliśmy w końcu do skrzyżowania. Na wprost było miasteczko, w lewo źródła termalne i kanion. Przyjaciel, nie wiedzieć czemu, nie dowierzał w skuteczność naszych pierwotnych ustaleń cenowych i teraz rysując palcem na zakurzonej desce rozdzielczej cyfry i po wielokroć powtarzając nazwy usiłował upewnić się, że za dojazd do Petran zapłacimy pięćset a za dowiezienie nas do źródeł siedemset Leków. Bawiła mnie ta sytuacja przypominająca zapętlony kawałek filmu. Niczym nie zrażony kierowca z uśmiechem na twarzy potwierdzał po angielsku i przecząco (dla nas) kiwał głową co wywoływało ponowienie pytań: Petran - 500?, Uru (most) - 700? Yes, odpowiadał kierowca i kiwał na boki głową. Przy czwartej a może piątej turze przypomniałem koledze, że Albńczycy i Bułgarzy tak potwierdzają i poprosiłem żeby dał już spokój. Wskazaliśmy na drogę w lewo. Kilka kilometrów dalej skończył się asfalt i kierowca oświadczył, że jesteśmy w Bani. Istotnie, w oddali zobaczyliśmy wylot kanionu a jego stóp piękny, łukowaty most. Zapłaciliśmy siedemset leków i pomaszerowaliśmy w jego stronę. Idąc wzdłuż rzeki, której woda przypomina kolorem kawę z mlekiem, dotarliśmy do mostu. Z bliska wydawał się większy i bardziej masywny. Na drugim brzegu, po prawej stronie zobaczyliśmy spory, obmurowany kamieniami krąg z niemal krystaliczną wodą, w której moczyło się kilka osób. U wejścia na most, przy jego filarze z lewej strony jest naturalna, choć podwyższona betonową ścianką niecka. Woda w niej także jest idealnie przeźroczysta. Przeszliśmy po moście i zrzuciliśmy plecaki przy kamiennym kręgu. Woda ma wyraźny zapach siarkowodoru, ale jest czysta i bardzo ciepła. Z przyjemnością zanurzyliśmy się w niej. Wydawało się, że końmi nas stamtąd nie wyciągną, lecz po odmoczeniu wróciliśmy do rzeczywistości. Zostawiwszy wszystkie rzeczy, poszliśmy poszukać miejsca pod namiot. Przeszliśmy spory odcinek wzdłuż biegu rzeki. Kiedy wróciliśmy, zaproponowałem że przejdę się sam w górę rzeki. Ubrany jedynie w kąpielówki i buty przeszedłem most i trzymając się lewego brzegu wspiąłem się na niewysoką skałę. Po chwili musiałem z niej zejść i iść kamienistym korytem. Po drodze minąłem kilka mniejszych brodzików ze źródlaną, gorącą wodą. Przy trzecim zakolu rzeki stwierdziłem, iż żeby iść dalej muszę przejść na drugą stronę. Żeby jednak to zrobić trzeba było zdjąć buty i przeprawić się, co jak się później okazało, wcale nie było proste. Mętna woda, nieprzewidywalne dno, wartki nurt i obawa przed zamoczeniem aparatu trzymanego w zębach podbijały poziom adrenaliny. Na drugim brzegu zwlekałem z ubraniem butów, nie chcąc ich wkładać na mokre stopy. Po przejściu kilkudziesięciu metrów okazało się to słuszne, ponieważ ponownie musiałem przejść rzekę w poprzek. Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Kanion wokół stawał się co raz wyższy i piękniejszy, lecz szanse na znalezienie miejsca pod namiot spadły do zera. Kusiło mnie jednak, żeby iść dalej. Czas płynął nieubłaganie. Wiedziałem też, iż wracając będę musiał pokonać te same przeszkody, więc z żalem zawróciłem. Kolegę zastałem przy kamiennym kręgu. Pokrótce zrelacjonowałem mu rekonesans, co wywołało u niego chęć zobaczenia tego na własne oczy. Zjedliśmy po byrku kupionym w Kelcyre, popiliśmy wodą ze źródła i teraz ja zostałem z dobytkiem a on wyruszył w górę rzeki. Wykorzystałem ten czas na pisanie, a kiedy skończyłem, wskoczyłem do ciepłej wody. Kiedy wrócił poszliśmy w wybrane wcześniej miejsce pod skarpą. Rozstawienie namiotu i przygotowanie posiłku poszło nam bardzo sprawnie. Po umyciu naczyń postanowiliśmy zrobić pranie. Poszliśmy za most, gdzie nie było już nikogo i zamoczyliśmy rzeczy w czystej, choć specyficznie zalatującej wodzie. Nie mogłem wyzbyć się wrażenia, iż piorę ubrania w ...szambie. Przezornie zabraliśmy też ze sobą puste butelki, które postanowiliśmy napełnić źródlaną choć siarkową wodą. Najlepszym miejscem do tego celu wydał nam się mały basenik przy podstawie mostu. Żeby jednak to zrobić trzeba było do niego wejść. Skoro trzeba było, to weszliśmy. Nie tylko napełniliśmy butelki, ale korzystając z ciepłej wody umyliśmy się nie wyłączając włosów, a ja nawet się ogoliłem. Było to kolejne, nowe doświadczenie, ponieważ goliłem się bez lusterka za to niemal całkowicie pod wodą, wystawiwszy jak hipopotam jedynie nos ponad lustro wody. Po powrocie do obozowiska powiesiliśmy wyprane rzeczy i poszliśmy zbierać chrust na ognisko. Musieliśmy się śpieszyć, ponieważ o tej porze zapadał już zmrok, a na dodatek bliskość wysokich wzniesień powodował, że i tak byliśmy w ich cieniu. Ze zgromadzonych kamieni ustawiłem wysoki krąg w formie studni i rozpaliliśmy ogień. Miłą odmianą było robienie czegokolwiek poza spaniem, do którego zazwyczaj zmuszał nas zmrok. Siedzieliśmy przy ognisku, popijając piwo, zagryzając go chlebem i rozmawiając. Nad nami błyszczały niezliczone konstelacje a w oddali widoczne były zarysy pięknego mostu, który łączy tu oba brzegi od 1760 roku. Nic, szczególnie przyjemne chwile, nie trwa długo. Nadpłynęła niewielka chmura, z której spadł obfity deszcz, zmuszając nas do porzucenia ognia i skrycia się w namiocie. Przy latarce dokończyłem uzupełnianie dziennika, a kiedy przestało padać wróciłem i z trudem roznieciłem ogień. Przyjaciel w międzyczasie usnął, więc sam zasiadłem przy kamiennym kręgu, który żarząc się i wysypując iskry zdawał się być okiem piekła pośrodku czarnej czeluści otaczających nas gór.

Bania, 15 września 2014 roku (poniedziałek)
Ból gardła był znacznie mniejszy, a że mieliśmy zostać w tym miejscu jeszcze jeden dzień, nie śpieszyłem się ze wstawaniem. Kiedy jednak to zrobiłem, na zegarku było kilka minut do siódmej. Nastawiłem wodę i uprzątnąłem swoją część namiotu. Po śniadaniu starannie spakowaliśmy swoje "kosztowności" w foliowe woreczki i skrupulatnie zamknęliśmy namiot. Ubrani jedynie w kąpielówki i buty wyruszyliśmy w kierunku kanionu. Tak jak poprzedniego dnia, przy trzecim zakolu trzeba było zdjąć buty, choć tym razem zamiast trzymać je w rękach, mogłem włożyć je do plecaka. Szybko dotarliśmy do miejsca, w którym poprzednio zawróciłem. Na lewym brzegu widoczna była bardzo wysoka jaskinia. Wszedłem do wody, żeby się tam przedostać. Dotychczas, w najgłębszym miejscu woda sięgała mi do kolan. Tym razem zanurzyłem się do pasa i wszystko wskazywało na to, że będzie jeszcze głębiej. Zabezpieczyłem plecak i kontynuowałem przeprawę. Kiedy woda sięgnęła mi klatki piersiowej poczułem, że dno się podnosi. Kolega wykazał się lepszą znajomością rzeki i znalazł miejsce, w którym woda była znacznie płytsza. Przez kolejne półtorej godziny przechodziliśmy przez rzekę kilkanaście, może kilkadziesiąt razy. Za każdym razem, kiedy wchodziłem do mętnej wody zastanawiałem się czy mnogość żab nie jest jednoznaczna z obecnością węży. Teoretycznie tak powinno być, lecz jak dotąd (na szczęście) żadnego nie widzieliśmy. Kanion ma bardzo wysokie ściany, które powodują, iż nawet w południe promienie słońca tam nie docierają. Wprawdzie dzięki ciepłym źródłom temperatura jest stosunkowo wysoka, to nieustanne brodzenie w wodzie i przeciągi sprawiły, iż zrobiło się nam chłodno. Pokonując kolejne zakole doszliśmy do wniosku, że powinniśmy wracać. Oglądanie miejsc w których już byliśmy, ale z drugiej strony, dostarczało nowych a nie rzadko zaskakujących wrażeń, ponieważ zmieniło się oświetlenie i punkt patrzenia. Wracanie po własnych śladach wcale nie ułatwiało zadania. Przyjaciel dwukrotnie pośliznął się na kamieniach i boleśnie stłukł sobie kość ogonową i okolice. Po jedenastej dotarliśmy do mostu. Miałem poczucie niedosytu, więc zaproponowałem, żeby obejrzeć kanion, idąc jego grzbietem. Niestety, przyjaciel kategorycznie odmówił. Ustaliliśmy zatem, iż ja wybiorę się sam, a on poczeka na mnie przy gorących źródłach. Zakładałem, że zrobię kilka zdjęć i wrócę po godzinie, półtorej. Szybko wspiąłem się wąską ścieżką z lewej strony kanionu i wyszedłem na obszerną, zalaną słońcem polanę zarośniętą jeżynami. Znalazłem tam też spory figowiec oblepiony owocami. Niestety, większość była popękana i przesuszona. Kilkanaście owoców jednak nadawało się do zjedzenia z czego skwapliwie skorzystałem. Kiedy skończyłem przeciąłem polanę, idąc ledwo widoczną ścieżką i doszedłem do miejsca dobrze widocznego z mostu. Wysoka, teraz oświetlona promieniami słońca skalna ściana, a w niej obetonowane wejścia i pozostałości niskich budynków. Nie trudno było się domyślić wojskowego pochodzenia obiektu. Wszedłem przez uchylone, masywne drzwi. Za nimi zobaczyłem wysoki, półkolisto zwieńczony tunel. Jego koniec tonął w mroku. Podłoga była zawalona dziwnymi, półkolistymi płytami, ni to z gipsu, ni to z betonu. Płyt było tak dużo, że znacznie utrudniały poruszanie się w tunelu. Przeszedłem kilkadziesiąt metrów, lecz zrobiło się ciemno i musiałem zawrócić. Wyszedłem na zewnątrz i posuwając się wzdłuż skalnej ściany, wspinałem się w górę. Miejscami urwana skała, tworzy tam rodzaj niewysokich stopni. Pomiędzy ścieżką, a krawędzią kanionu jest od kilkudziesięciu centymetrów do kilku metrów. Nieustannie słychać szum płynącej w dole rzeki. Słońce przyjemnie grzało w plecy. Trasa wydawała się łatwa i choć momentami bardzo zbliżała się do urwiska, także bezpieczna. W kilku miejscach ścieżka wchodzi pomiędzy krzewy, a nawet zanika na skalistym gruncie, lecz nawet wówczas wydawała mi się oczywista. Podziwiając widoki, robiąc zdjęcia i ciesząc się ciepłą aurą wczesnego popołudnia długo nie zwracałem uwagi na upływający czas. Za każdym razem kiedy pomyślałem o powrocie, szedłem "tylko do następnego zakrętu". Za nim był następny (także ostatni) i następny. Po prawie trzech godzinach z żalem zawróciłem. Nie wiem, w którym momencie pomyliłem drogę. Mogę jedynie domniemywać, iż stało się to na jednym z zakrzewionych odcinków. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że gęste krzewy uniemożliwiają mi dalszy marsz. Zawróciłem kawałek i wybrałem inny kierunek. Sytuacja się powtórzyła. Kolejny również okazał się niewłaściwym. Tym razem postanowiłem nie wracać, tyko przedzierać się do, jak miałem nadzieję, bliskiej ścieżki, którą chwilę wcześniej szedłem. Jak w znanym powiedzeniu, okazałem się głupcem. Osłaniając się małym plecakiem, łamiąc suche gałęzie i odginając pozostałe, z trudem pokonałem kilkanaście metrów. Poszukiwanej drogi nie tylko nie znalazłem, ale zupełnie straciłem orientację. Jedynie odległy szum rzeki powodował, iż domyślałem się gdzie jestem. Brnąłem dalej. Czasami gałęzie rzedły, stwarzając złudne wrażenie, że natrafiłem na ścieżkę. Wówczas już było mi obojętne, czy jest to ta sama czy inna. Zależało mi tylko, żeby trafić na taką, która gdzieś prowadzi. Niestety, za każdym razem stawałem przed "ścianą" zieleni i kolców. Zdeterminowany parłem naprzód, a tam, gdzie musiałem, szedłem podpierając się rękoma. Czas płynął, a ja tkwiłem w gęstwinie. Zdecydowałem się iść w kierunku szumu rzeki. Wiedziałem, iż natrafię na krawędź urwiska, liczyłem jednak, iż właśnie tam będzie łatwiej iść. Istotnie, tuż przed przepaścią krzewów było znacznie mniej, lecz w niczym te miejsca nie przypominały tego, co zapamiętałem idąc do góry. Przyspieszyłem kroku lecz po chwili natrafiłem na załom, który musiałem obejść wchodząc ponownie w chaszcze. Przedzierając się przez nie natrafiłem na suche koryto jakiejś sezonowej rzeczki. Ruszyłem nim w górę. Po chwili znalazłem wąską ścieżkę, która przecinając kamienną rynnę, ukośnie schodziła w dół. Poszedłem nią licząc, że doprowadzi mnie do rzeki. Zamiast tego stanąłem nad kilkumetrowym, skalnym urwiskiem. Nie była to krawędź kanionu a jedynie wysoka skała, z której jednak mogłem się rozejrzeć. W dole zobaczyłem ścieżkę, która wijąc się pośród karłowatych drzew wyraźnie zmierzała w stronę rzeki. Odszukałem zejście ze skały i pomaszerowałem wypatrzonym z góry szlakiem. Kilkanaście minut później zobaczyłem most. Wyszedłem w najmniej spodziewanym miejscu, lecz nie miało to żadnego znaczenia. Poszedłem w umówione miejsce, niestety przyjaciela tam nie znalazłem. Wskoczyłem do niecki z gorącą wodą, żeby spłukać z siebie igliwie, suche liście i gałązki. Sprawiło mi to ogromną przyjemność. Miałem ochotę zostać tam jak najdłużej, trzeba było jednak dać znać, że żyję. Wyszedłem z wody i poszedłem w kierunku namiotu. Z daleka zobaczyłem kolegę, który na mój widok pokręcił głową i oświadczył, że właśnie wrócił po telefon, żeby za mną dzwonić. Wytłumaczyłem mu pokrótce co się stało. Obaj byliśmy głodni więc bezzwłocznie zabraliśmy się za przygotowanie obiadu. Po zjedzeniu makaronu i wypiciu herbaty miętowej W. poszedł umyć naczynia a ja postanowiłem nakłonić obsługę małego baru na podładowanie akumulatora mojego telefonu. Pod parasolami nikogo nie było, wewnątrz stały jakieś pudła. Na moje "hallo" wyszła kobieta z miotłą w ręku. Przywitałem się i pokazałem wtyczkę ładowarki. Najwyraźniej przekaz był wystarczająco czytelny, ponieważ pani pokazała mi ręką żarówkę a następnie kilkukrotnie "pstryknęła" wyłącznikiem. Bez żadnego efektu. Zrozumiałem, że prąd został już wyłączony a bar jest porządkowany przed zamknięciem. Ukłoniłem się z wyszedłem. Zanim dotarłem do furtki usłyszałem wołanie. Odwróciłem się z nadzieją, że w jakiś sposób będę mógł podłączyć ładowarkę. Niestety, pani z którą "rozmawiałem" jedynie chciała mi osłodzić rozczarowanie i gestem zachęciła mnie do skorzystania z ćwiartki arbuza leżącej na talerzu. Ukroiłem mały kawałek, lecz pani wskazała, żebym zabrał wszystko. Ukroiłem drugi kawałek, podziękowałem i poszedłem do namiotu. Podałem "zdobycz" zdziwionemu koledze, tłumacząc jej pochodzenie. Słońce chyliło się ku zachodowi a my chcieliśmy jeszcze skorzystać z ciepłej wody. Zabraliśmy wszystko, co niezbędne i szybkim krokiem poszliśmy w stronę mostu. W dużym zbiorniku moczyła się para Niemców. Witek poszedł do mniejszego a ja z premedytacją dołączyłem do Niemców, licząc, że w ten sposób nakłonię ich do wyjścia. Trochę moczyliśmy się we troje, w końcu wyszli a ja mogłem umyć włosy i ogolić się korzystając z ostatnich promieni znikającego za górą słońca. W cieniu robiło się chłodno więc dygocząc wróciliśmy do namiotu. Po drodze minęliśmy psa, który leżał tam gdzie zawsze, lecz poprzednio stały tam też dwa kampery na niemieckich rejestracjach, po których pozostały jedynie śmieci. Kiedy go mijaliśmy psiak podniósł się i klucząc poszedł za nami. Kiedy my się przebieraliśmy on położył się kilkanaście metrów od namiotu. Rozpaliłem ognisko i zabrałem się do pisania. Kolega przysiadł opodal z butelką raki w ręku i co chwila mnie zagadywał. Ogień pięknie wypełnił kamienną studnię, pomyślałem więc że wykorzystując duży płaski kamień jako pokrywę, stworzę namiastkę pieca, na którym będzie można zagotować wodę. |Nałożyłem kamień i postawiłem na nim menażkę z wodą. Usiłowałem kontynuować pisanie kiedy coś strzeliło w moim piecyku. Zauważyłem, iż kawałek kamiennej pokrywy odpadła. Wróciłem do pisania. Po chwili nastąpił następny huk i następna warstwa spadła w palenisko. Poprawiłem ogień i ledwo odszedłem kamienna płyta z głośnym trzaskiem uniosła się kilkanaście milimetrów w górę i opadła rozsypują w koło tumany iskier, dymu i kawałków drewna. Uznałem za konieczne zakończenie eksperymentu. Zabrałem menażkę i przygasiłem ogień. W namiocie dopisałem ostatnie zdania, wziąłem tabletkę na ból gardła i zgasiłem światło.

16 września 2014 roku (wtorek)
W Albanii wakacje kończą się piętnastego września i musi to mieć jakieś odniesienie do pogody, a przynajmniej tak się złożyło, że ta noc była już chłodna. Pierwszy raz podczas całego wyjazdu musiałem skrupulatnie pozapinać śpiwór a i tak nie było mi zbyt ciepło. Nad ranem "nasza przybłęda" dostała małpiego rozumu. Pies cwałował wokół namiotu i szczekał jak opętany. Za pięć szósta zadzwonił zegarek. Było to zbędne, bo przez kundla już nie spaliśmy ale był to sygnał do zbierania się. Paradoksalnie, zazwyczaj świt witałem z radością ponieważ "uwalniał" mnie od przymusowego leżenia na twardym podłożu. Tym razem wolałbym jeszcze trochę poleżeć w cieple, które z takim trudem zgromadziłem wokół siebie. Chcieć to jedno, a musieć, to drugie. Przed nami był długi marsz i konieczność "złapania" okazji a to zawsze niesie ze sobą sporą dozę niepewności. Wygarnąłem wszystko z namiotu i nastawiłem wodę osłaniając palnik rulonem z karimatą. Resztkami chleba nakarmiłem psa, którego zastaliśmy tuż przy namiocie. Kiedy zalewałem wrzątkiem kaszki psiak stał się tak namolny, że z trudem udawało mi się utrzymać menażkę w ręce. Kolega, który permanentnie jest głodny, postanowił podzielić się swoją porcją z "głodomorem". Nie mieliśmy żadnej miski. W. przeciął dużą butelkę wzdłuż a uzyskane w ten sposób korytko ustabilizował kładąc pomiędzy kamienie. "Hund" z zapałem zabrał się do jedzenia. W mgnieniu oka wchłonął zawartość korytka, a następnie starannie go wylizał. Patrząc na to, nie miałem wyboru, wlałem mu resztę swojej kaszy i to co zostało po przepłukaniu naczyń. Wszystko zniknęło w czeluściach "uśmiechniętego" pyska. Jak łatwo było przewidzieć, kiedy odchodziliśmy pies ruszył za nami. Długo zamykał nasz "ogonek". Nie wiedzieliśmy co z nim począć. Ucieszyliśmy się kiedy przyłączył się do swojego pobratymca, który minął nas towarzysząc mężczyźnie jadącemu na mule. Radość był krótka, ponieważ chwilę później usłyszeliśmy znajomy tętent i zobaczyliśmy wielki ozór zwisający z zadowolonej mordy kundla. Pies kilkukrotnie znikał i pojawiał się za nami. Kiedy z jednego z mijanych domostw wypadł na nas spieniony ze złości mieszaniec, pomyślałem, że teraz przydałby się nasz "obrońca" a jak na złość nigdzie go nie było i nie pojawił się już więcej zwalniając nas z troski o jego przyszłość. Po niespełna dwugodzinnym marszu dotarliśmy do skrzyżowania. Ukłoniliśmy się koszącemu trawę staruszkowi i zrzuciwszy plecaki, stanęliśmy na skraju dziurawej drogi, wypatrując "okazji". Pierwszy zatrzymany kierowca wprawdzie nie zabrał nas ze sobą, ale wytłumaczył nam, iż krótka droga do Corovode, wyraźnie widoczna na mapie, jest nieprzejezdna i musimy wybrać znacznie dłuższą przez Berat. Kilkadziesiąt minut później, po zignorowaniu naszego machania przez kilka przejeżdżających samochodów, zatrzymał się wzniecając tumany kurzu, wysłużony Opel. Wewnątrz było dwóch mężczyzn. Kierowca potwierdził poprzednio uzyskane informacje i zgodził się zabrać nas do Permet`u, skąd odjeżdżają autobusy. Skwapliwie skorzystaliśmy z propozycji. Podskakując na wybojach dojechaliśmy do miasta. Wysiedliśmy w miejscu postoju minibusów. Kierowca uścisnął nam dłonie i nie biorąc żadnej zapłaty odjechał. Po oddaniu swojej kaszy psu, kolega był głodny a do odjazdu autobusu mieliśmy prawie dwie a później się okazało, że nawet ponad trzy godziny czasu. Poszliśmy do pierwszego z brzegu sklepiku, skąd wyszliśmy z informacją o godzinach połączeń i lokalizacji najbliższej "byrkarni". Znaleźliśmy ją tuż za rogiem. Przyjaciel kupił trzy byrki. Z przyjemnością zjadłem jeden. W. tak smakowały, że po uporaniu się z dwoma, poszedł po następne. Kiedy oddawał się konsumpcji wydobyłem z bagażu ładowarkę i poszedłem do dziewczyny sprzedającej byrki z prośbą o podłączenie jej do prądu. Niestety, podobnie jak w barze przy gorących źródłach, prosty test na wyłączniku światła udowodnił, że nie mam na co liczyć. Zgodziła się natomiast przechować nasze plecaki, dzięki czemu mogliśmy bez zbędnego bagażu rozejrzeć się po mieście. W przewodniku opisano Permet jako miasto nieciekawe turystycznie ale zapomniano dodać, iż jest wyjątkowo czyste. Z całą pewnością Permet był najczystszym miejscem w całej oglądanej przez nas Albanii. Chodząc na "chybił-trafił", znaleźliśmy się na targowisku, gdzie kupiliśmy kilogram tanich i smacznych winogron. Łażąc pomiędzy straganami jedliśmy słodkie i lepkie owoce nie zwracając większej uwagi na to, że były przeraźliwie brudne. Na wielu straganach stały większe i mniejsze butelki z płynem wyglądającym jak wino. Sprzedawcy jednak kiwali przecząco głową, choć nie potrafili wytłumaczyć co to jest. Z opisu dowiedziałem się jedynie, iż ma zastosowanie do sałatek. W końcu trafiliśmy na dziewczynę mówiącą trochę po angielsku. Wyjaśniła nam, że jest to ocet winny. Zdziwiłem się, że używa się go w takich ilościach, skoro niemal wszyscy mieli go w ofercie. Tej samej dziewczyny zapytałem, gdzie możemy kupi domowe wino. Zamiast odpowiedzi poleciła nam poczekać i gdzieś pobiegła. Wróciła chwilę później niosąc pięciolitrową plastikową butelkę po wodzie. Jak sommelier w wykwintnej restauracji, nalała odrobinę wina do ...plastikowej nakrętki a kiedy kiwnąłem z aprobatą głową, odmierzyła półtorej litra trunku. Próba wypadła pozytywnie, choć daleko było temu winu do nektaru "babuszki" z targu w Tbilisi. Zapłaciliśmy czterysta pięćdziesiąt leków, przyjaciel z pełną powagą podziękował po albańsku ( co zawsze wywoływało pozytywne reakcje) i poszliśmy dalej. Pokręciliśmy się jeszcze trochę i kilka minut po jedenastej stawiliśmy się w "byrkarni" po plecaki. Do planowanego odjazdu mieliśmy jeszcze prawie dwadzieścia minut, więc usiedliśmy na marmurowych schodach sklepu. Natychmiast pojawił się jego właściciel i podsunął nam dwie poduszki. Kiedy minęła jedenasta trzydzieści zaczęliśmy się nerwowo rozglądać za autobusem. Za piętnaście dwunasta podjechał mikrobus. W rzeczy samej, jechał w interesującym nas kierunku, lecz dopiero o dwunastej czterdzieści. Nie udało nam się dowiedzieć co się z stało z wcześniejszym, na który czekaliśmy. Włożyliśmy plecaki do bagażnika i wróciliśmy na schody. Mając w perspektywie dłuższe czekanie podjąłem kolejną próbę podładowania akumulatora, lecz i tym razem wszystko skończyło się na bezowocnym pstrykaniu przełącznikiem światła. O wyznaczonej porze wrócił kierowca busa, więc oddaliśmy poduszki i przenieśliśmy się do pojazdu, który wolno okrążył całe centrum miasteczka, jakby na coś lub na kogoś czekał. Dopiero po tej rundzie kierowca wjechał na drogę i pojechaliśmy w stronę Tepelene. Mimo, iż ten odcinek drogi znaliśmy już, z przyjemnością przyglądaliśmy się mijanym widokom. W Tepelene autobus się zapełnił. Dalsza droga, aż do Fier, znacznie odbiega jakością od dotychczasowych. Równy asfalt wydał nam się czymś absolutnie niezwykłym. Po kilkunastu kilometrach kierowca zjechał do przydrożnej restauracji i ogłosił przerwę. On i jego dwaj pomocnicy zjedli po misce jogurtu, następnie ryż z jakimś sosem i jarzynami. Ja wypiłem kawę, a kolega wodę. Kiedy ponownie ruszyliśmy w drogę, za oknami nastąpiły wyraźne zmiany w krajobrazie. Strome, skaliste góry zastąpiły niskie, o łagodnych zalesionych zboczach. Za Fier skończyła się dobra droga i wróciły wyboje. Przez otwarte drzwi wraz z nieco chłodniejszym powietrzem wpadały tumany kurzu i zapach nafty. Ten rejon Albanii jest swoistym zagłębiem naftowym, choć nie wiem jak surowiec jest pozyskiwany, ponieważ nigdzie nie było widać pomp i zwykle towarzyszących im konstrukcji. Wszędzie natomiast są widoczne zbiorniki o typowym kształcie. Około siedemnastej wjechaliśmy na terminal na przedmieściach Beratu. Kierowca na nasze zdziwione miny odpowiedział szerokim uśmiechem i wyjaśnił, iż to też Berat tyle, że odległy a on ma zakaz wjazdu do miasta. Zapłaciliśmy po pięćset leków i przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Uprzejmy, mówiący po angielsku konduktor wydając nam bilety po trzydzieści leków obiecał wskazać miejsce, gdzie najwygodniej będzie nam się przesiąść i poinstruował, jak rozpoznać minibus jadący do Corovode. Kiedy mijaliśmy centrum podszedł do nas i uprzedził, że na następnym przystanku powinniśmy wysiąść. Tak też uczyniliśmy. Obok nas stały dwie młode kobiety a kawałek dalej, na postoju taksówek, odbywał się handel częściami i dopieszczanie żółtych Mercedesów. Autobus, który miał przyjechać po dziesięciu minutach nie pojawił się. Pół godziny później podjechał jakiś. Nie zareagowaliśmy, ponieważ opisany był zupełnie inaczej, aniżeli wynikało to z informacji, których udzielił nam konduktor. Czarnowłosa dziewczyna wsiadając do niego zwróciła się do nas po angielsku, pytając, gdzie się wybieramy. Kiedy powiedziałem, iż do Corovode machnęła ręką, żebyśmy wsiadali. Chwyciliśmy plecaki i wskoczyliśmy do ruszającego pojazdu. Dziewczyna powiedziała, że w miejscowości, do której jedzie ten mikrobus, będziemy mogli "złapać" inny, który zawiezie nas do celu. Podziękowałem i mocniej chwyciłem za poręcze, gdyż pojazd wjechał na wąską, dziurawą, górską drogę. Kierowca, jakby tego nie zauważył, prowadził szybko, a na dodatek więcej uwagi poświęcał bawieniu pasażerów wesołymi opowieściami, aniżeli drodze. Wszyscy, oprócz nas, zaśmiewali się z jego historyjek, które on wzbogacał o wymowną gestykulację, puszczając kierownicę. Często też odwracał się lub utrzymywał kontakt wzrokowy patrząc w lusterko. Cała ta sytuacja wydała mi się na tyle zabawna, że włączyłem tryb filmowania w aparacie, co nie uszło uwadze głównego bohatera spektaklu. Natychmiast głośno to skomentował, wzbudzając kolejną fale śmiechu. Domyśliłem się, że spodziewa się zobaczyć siebie na You Toube, ponieważ jedynie to wyłowiłem z potoku albańskich słów. Dziewczyna, która zadbała żebyśmy wsiedli do autobusu, wysiadała wcześniej, lecz nie zapomniała o nas. W trakcie jazdy wyjaśniła wszystkim skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Znalazła też chłopaka, który jechał także do Corovode i mówił trochę po angielsku. Uzgodniła z nim,
że zaopiekuje się nami w Polican. Kiedy wysiadała, wskazała go i powiedziała żebyśmy się go trzymali. Do Polican dojechaliśmy wraz z zachodzącym słońcem. Chłopak wziął sobie do serca narzuconą mu rolę ponieważ pilnował nas jak owczarek stado baranów. Doprowadził na przystanek, poinformował, kiedy podjedzie autobus, a później bawił nas rozmową w gorszym od mojego angielskim. Czekanie się przeciągało, co w nikim, nas nie wyłączając, nie dziwiło. W Albanii rozkład jazdy, jest pojęciem czysto umownym. Ubraliśmy bluzy, bo zrobiło się chłodno. Kolega wyskoczył do sklepu po chleb i ser na kolację. Przy okazji ponownie było nam dane zobaczyć zadziwiający zwyczaj Albańczyków. Tak jak w Gjirokaster, po zachodzie słońca, całe miasto nie wyłączając niemowlęta i staruszków, spaceruje po głównym deptaku. Robią to z takim namaszczeniem, iż odnosi się wrażenie, jakby uczestniczyli w jakiejś ceremonii. W końcu doczekaliśmy się autobusu. Wsiedliśmy do niego pilnowani przez "opiekuna". Tuż za miastem rozpoczęły się serpentyny i ciągnęły się przez kilkadziesiąt kilometrów, do samego Corovode. Na dodatek droga jest wąska i bardzo dziurawa więc autobus jechał bardzo wolno i każdy zakręt sygnalizował klaksonem, żeby uprzedzić nadjeżdżających z naprzeciwka. Jeszcze w Polican, czekając na autobus, wypytywałem naszego opiekuna o możliwość rozbicia namiotu przy kanionie i sposoby dotarcia do niego. Kiedy wysiedliśmy w Corovode, chłopak nadal poczuwał się w obowiązku zadbania o nas. Znalazł taksówkarza, który miał nas zawieźć do miejsca przy kanionie, gdzie moglibyśmy rozstawić namiot. Kłopot polegał na tym, że było bardzo późno i ciemno więc pomysł z namiotem trzeba było zweryfikować. Kiedy mu to powiedziałem, natychmiast przystąpił do organizowania nam noclegu w hotelu. Byliśmy mu wdzięczni choć z drugiej strony zaczynaliśmy tracić kontrolę. Dyskutując między sobą jak wybrnąć z tej sytuacji, nie urażając nikogo, weszliśmy do sklepu, który jednocześnie pełnił funkcję recepcji hotelu. Właściciel poprowadził nas przez zaplecze na klatkę schodową, którą przeszliśmy przez piętro, będące budową w stanie surowym i weszliśmy na następne, które było schludnym hotelem. Wprowadzono nas do pokoju, którego nie powstydziłby się każdy pensjonat, czy mały hotelik na zachodzie Europy. Nie było wyjścia. Zapytałem o cenę, a kiedy nasz nadgorliwy opiekun powiedział, że dziesięć dolarów za osobę, zdecydowaliśmy się zostać. Nawet wówczas chłopak stał zastanawiając się czy nie mógłby się na coś przydać. Pomogliśmy mu, dziękując wylewnie, zapewniając, że bardzo nam pomógł i damy sobie radę. Kiedy zostaliśmy sami w ustalonej na szybko kolejności skorzystaliśmy z dobrodziejstw cywilizacji: prysznic, prąd i wi-fi. Zwieńczeniem dnia stała się kolacja w bałkańskim stylu: chleb, ser i wino. Na koniec, czyści najedzeni weszliśmy do łóżek. Przyjaciel natychmiast zasnął a ja po napisaniu kilku maili jeszcze przez godzinę uzupełniałem dziennik, który zakończyłem wpisując ostatnie zdania na okładce drugiego i ostatniego z zabranych zeszytów.

Corovode, 17 września 2014 (środa)
Obudził mnie szum wody. Za oknami panowała ciemność. Pomyślałem, że to irytujące dotrzeć do celu i nie móc obejrzeć tego, po co się przyjechało z powodu deszczu. Nie ruszyłem się z łóżka wiedząc, iż i tak nie mam wpływu na pogodę. Usiłowałem zasnąć licząc, że może do rana pogoda się poprawi. Niestety, pluskanie wydawało się co raz głośniejsze. Po kilkunastu minutach mimowolnego nasłuchiwania odrzuciłem kołdrę i nerwowo otworzyłem okno. Placyk przed hotelem rozświetlało kilka latarni. Przy murze bezgłośnie przemknął cień kota. Wokół ani śladu deszczu. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, że szum, który wziąłem za deszcz, to odgłosy rzeki. Nie mam pojęcia dlaczego nie zwróciłem na to wcześniej uwagi. Uspokojony wróciłem do łóżka lecz do szóstej, kiedy zadzwonił budzik, już tylko drzemałem. Z zestawów śniadaniowych została mi już tylko jedna owsianka. Zaproponowałem ją koledze, lecz dla niego było to trochę za mało. Solidarnie też z niej zrezygnowałem. Wersja obiadowa chińskiej zupy nie wzbudziła mojego entuzjazmu, więc zalałem wrzątkiem sam makaron, a w miejsce „chemii smakowej” posypałem go odrobiną cukru. Smak nie był porywający, dało się to jednak zjeść. Po siódmej byliśmy gotowi do wyjścia. Przyjaciel wysunął teorię, iż skoro poprzedniego wieczoru taksówkarz zażyczył sobie za przejazd do kanionu dziesięć dolarów, to zapewne będzie dzisiaj skłonny do obniżenia stawki i dodał: "...pomachamy mu pięcioma dolarami i też będzie zadowolony". Nie podzielałem jego optymizmu, choć z oczywistych powodów życzyłem mu sukcesów negocjacyjnych. Sklep-recepcja był zamknięty, więc zabraliśmy klucz ze sobą i poszliśmy na plac. Na nasz widok wysiadł z samochodu młody taksówkarz i w kiepskim angielskim zapytał czy to my pytaliśmy o kanion. Najwyraźniej już wszyscy w miasteczku zostali o nas poinformowani. Kiedy potwierdziliśmy i zapytaliśmy o cenę, ten odparł, że w sezonie bierze piętnaście euro, ale jest skłonny pojechać za dziesięć. Widziałem rozczarowanie na twarzy Witka, lecz nadal usiłował "walczyć". Stanowczo oświadczył, iż możemy zapłacić pięć dolarów. Wywołało to jedynie pobłażliwy uśmiech kierowcy. Powiedział, że tyle to on wyda na paliwo. Zakwestionowaliśmy taki sposób liczenia, ponieważ do kanionu nie było dalej, aniżeli pięć, osiem kilometrów. Taksówkarz powiedział, że jest dwanaście a on nas zawiezie na drugi koniec, dokąd jest znacznie dalej. Dyskusja się przeciągała niczego nie wnosząc. Stawiając wszystko na jedną kartę, powiedzieliśmy, że w takim razie poradzimy sobie bez niego i odwróciliśmy się, szukając wzrokiem innego środka transportu. To trochę zmiękczyło taksówkarza. Powiedział, że wyjątkowo zgodzi się na osiem, pod warunkiem, iż potem po nas przyjedzie, za co zapłacimy drugie tyle. Zgodziliśmy się zakładając, iż wrócimy na piechotę. Przypieczętowaliśmy zawartą umowę prezentacją imion, uściskiem dłoni i na wszelki wypadek zapisaliśmy numer telefonu. Wsiedliśmy do kremowego Mercedesa i wyruszyliśmy w drogę. Teo zatrzymał samochód dwa, trzy kilometry dalej i kiwając na nas ręką poprowadził nas w kierunku prywatnego domu. Obeszliśmy go z prawej strony i przechodząc przez podwórko przypominające miejskie wysypisko śmieci dotarliśmy do skalistej krawędzi kanionu. Pomijając zwały śmieci, które wiatr spychał w przepaść, widok był imponujący. Kierowca zachęcał nas do zrobienia zdjęć, lecz ze względu na wczesną porę wnętrze kanionu ginęło w głębokim cieniu, nie dając żadnych szans na udane ujęcie. Po kilku minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Zadziwiająco, jak na albańskie realia, przyzwoita szosa doprowadziła nas do miejsca, w którym kanion z jednej strony ma zaledwie kilka metrów wysokości, z drugiej zaś zanika zupełnie. Teo od razu chciał nam narzucić miejsce i godzinę powrotu, co kategorycznie odrzuciliśmy. Poleciliśmy mu czekać na SMS. Kiedy odjechał, zeszliśmy nad brzeg rzeki o przejrzystej, czystej wodzie. W porannym słońcu jeszcze niewysoki, skalisty brzeg kanionu odcinał się żółcieniami od intensywnej zieleni krzewów porastających jego górę. Idąc wzdłuż kamienistego koryta zagłębiliśmy się pomiędzy skały. Powykręcane drzewa świadczyły o tym, że płynąca teraz spokojnie rzeka, ma także swoje groźniejsze oblicze. Po kilkuset metrach możliwość marszu zakończyła pionowo opadająca do wody skała. Brodzenie rzeką nie wchodziło w grę, w tym miejscu jest zbyt głęboka. Nie pozostało nic innego jak wejść na klif. Niestety, żeby to uczynić, musieliśmy się trochę wrócić, ponieważ ułożenie skał uniemożliwiało wspinaczkę. Ostrokrzewy porastające zbocze aż do urwiska są gęste, wysokie i trudne do pokonania. Przecina je siatka ścieżek, jednak większość z nich prowadzi do nikąd. Klucząc nimi czasami podchodziliśmy do krawędzi, innym razem oddalaliśmy się od niej. Przypadkowo natrafiliśmy na ukrytą wśród krzewów gruntową drogę, która doprowadziła nas do stalowo-drewnianego mostu, łączącego oba brzegi kanionu. Solidna, choć przerdzewiała konstrukcja obita jest mocno zużytymi i niekompletnymi deskami, pomiędzy którymi pobłyskuje rzeka. W tym miejscu kanion jest bardzo wysoki i stąpanie po tak niepewnym podłożu znacznie podwyższył mi poziom adrenaliny. Po drugiej stronie zrobiliśmy sobie przerwę w marszu. Zjedliśmy trochę chleba, popiliśmy wodą po czym zrobiliśmy kilka zdjęć. Miałem wielką ochotę kontynuować marsz tą stroną kanionu lecz przyjaciel słusznie zauważył, iż jeśli nie znajdziemy kolejnego mostu, to możemy mieć problem z dotarciem do miasta. Przeszliśmy zatem na prawą stronę kanionu i ruszyliśmy dalej. Na tym odcinku podejścia do krawędzi są tylko możliwe w kilkunastu miejscach, które od biedy można uznać za "punkty widokowe". Oczywiście nie maja żadnej infrastruktury. Nawet barierka z lichych kawałków drewna i porwanej siatki występuje tylko na ogrodzonym kempingu. Minęliśmy spory plac ze zgromadzonym opałem, pastwisko, oraz pawilon obudowujący skałę ze zagłębieniami wyglądającymi jak ślady stóp, stanowiący coś w rodzaju sanktuarium i po prawie trzech godzinach dotarliśmy do śmietniska, gdzie Teo pokazał nam kanion. Teraz słońce docierało znacznie głębiej lecz nie na tyle, żeby wydobyć wszystkie zakamarki wysokich urwisk. Zrobiliśmy kilkanaście zdjęć i przedzierając się przez zwały odpadów weszliśmy na drogę. Nałożyliśmy niesione dotychczas w rękach koszulki i zagłębiliśmy się pomiędzy zabudowane niskimi domkami przedmieście Corovode. Przyspieszyliśmy kroku i wkrótce byliśmy przed sklepo-hotelem. Weszliśmy do "recepcji" żeby przywitać się z właścicielami i zapłacić za nocleg. Poinformowaliśmy również, że jeszcze wracamy do pokoju po plecaki i za chwilę oddamy klucze. Nie wiem ile z tego wywodu zostało zrozumiane. Z uśmiechu wywnioskowaliśmy, iż nie ma pośpiechu więc wykorzystaliśmy okazję i przed opuszczeniem pokoju zrobiliśmy sobie szybki prysznic. Kiedy ponownie stanęliśmy przed właścicielem, W. wykonał swój popisowy numer z podziękowaniami w stylu „albańskim”, co jak zawsze wywoływało oczekiwany efekt i poszliśmy na plac poszukać transportu do Beratu. Tam natknęliśmy się na policjanta,. przyjaciel skorzystał z okazji i zapytał go postój mikrobusów. Przedstawiciel władzy uśmiechnął się szeroko, po czym zapytał czy mówimy po włosku. Szybko ustaliliśmy, że musimy sobie radzić poza werbalnie. Proste gesty, mapa i kilka nazw stały się płaszczyzną porozumienia. W policyjnej asyście przeszliśmy kilkadziesiąt metrów. Zostaliśmy przedstawieni kierowcy odpowiedniego pojazdu, zapakowaliśmy plecaki do bagażnika i w bardzo miłej atmosferze czekaliśmy na odjazd, do którego zostało około czterdziestu minut. Ponownie znaleźliśmy się na dziurawej drodze składającej się niemal wyłącznie z zakrętów. Poprzednio pokonywaliśmy ją po zmierzchu. Teraz, w pełnym słońcu robiła jeszcze większe wrażenie, niestety także na moim błędniku i żołądku. Fantastyczne widoki nie były stanie zagłuszyć protestów wnętrzności przeciwko ciągłym przechyłom. Wysiadając w Beracie czułem się senny, rozbity i z trudem przemieściłem żołądek na właściwe miejsce. Wstąpiliśmy do cerkwi. Wewnątrz było chłodno i cicho. Usiedliśmy w ławkach. Kiedy pomału dochodziłem do siebie podszedł do nas ośmio, dziesięcioletni dzieciak o nieokreślonej płci. Zaskakująco dobrym angielskim nakłaniał do złożenia datku a kiedy grzecznie odmówiliśmy, zaczął zachwalać jakiś hotel. Początkowo go słuchałem, po dłuższej chwili jednak stał się irytująco namolny. Poprosiłem, żeby dał nam spokój. Kiedy wychodząc kolega wrzucił do skarbonki kilka monet ponownie się "uczepił". Po kilkudziesięciu metrach dreptania przy nas, trochę mniej grzecznie poradziłem, żeby poszukał sobie inne ofiary. Z nie do końca znanych mi powodów przyjaciel koniecznie chciał mnie zaciągnąć do kafejki na uniwersytecie. Miałem ochotę na kawę, ale nie koniecznie w odległym, gigantycznym i pretensjonalnym budynku przywodzącym na myśl parodię kongresu Stanów Zjednoczonych. Szliśmy zaułkami i uliczkami tylko po to, żeby się przekonać, iż lokal został zlikwidowany. Prosto stamtąd poprowadził nas nad rzekę, gdzie jak twierdził, są dobre miejsca pod namiot. Kolejne rozczarowanie. Po obfitych opadach cały teren był podmokły i kompletnie nieprzydatny. Miałem serdecznie dosyć. Teraz ja prowadziłem wprost, do najbliższej kawiarni, gdzie zamówiłem dwie kawy po turecku. Mimo, iż lokal jest przy głównym deptaku i wygląda na elegancki zapłaciłem raptem sto leków. Odrobina kofeiny poprawiła mi nastrój a i żołądek przestał dawać znać o sobie, więc poszliśmy zobaczyć meczet. Właśnie go zamykano, uprosiliśmy żeby pozwolono nam wejść choćby na chwilę. Kiedy rozległo się śpiewne nawoływanie muezina zrozumieliśmy nerwowość osoby, która nas wpuściła. Tuż obok jest meczet derwiszy. Albański islam jest bardzo tolerancyjny, a ten jego odłam szczególnie. Nawet nie wymaga zdejmowania obuwia, za to preferuje bogatą ornamentykę w żywych kolorach. Przewodnik mówił jedynie po włosku bardzo się jednak starając, żebyśmy zrozumieli. Wypowiadane zdania powtarzał dwu, trzykrotnie i co chwilę pytał: "capito?" Potwierdzaliśmy, choć rozumieliśmy piąte przez dziesiąte. Z meczetu poszliśmy bardzo stromą, brukowaną drogą, na wzgórze zamkowe. Pod mury obronne dotarliśmy zasapani, jak para astmatyków. Pogłoski o kempingu na zamku okazały się równie prawdziwe, jak anegdota o Radiu Erywań. Wrzuciliśmy na siebie plecaki i ruszyliśmy wzdłuż murów. Zamek jest bardzo rozległy, mury ciągną się kilometrami. Kiedy już traciliśmy nadzieję na znalezienie kawałka równego gruntu pod namiot, natknęliśmy się na boczną, niestrzeż

Albania jest krajem o niezwykłych walorach turystycznych a przy tym otwarta i przyjazna. W przeciwieństwie do innych państw bałkańskich, dla Polaków jest stosunkowo tania. Dla osób bez znajomości choćby podstaw języka włoskiego, porozumiewanie się jest pewnym problemem ale zawsze i wszędzie można liczyć na dużo dobrej woli autochtonów.

Zdjęcia

ALBANIA / Berat / Wzgórze zamkowe / ...z rozległym widokiemALBANIA / Berat / Centrum / Buty jak noweALBANIA / Kelcyre / Targ w centrum miasteczka / CygankaALBANIA / Gjirokaster / Wzgórza na miastem / MocarzALBANIA / Okolice wsi Benje / Prawy brzeg Rruga e Benjes / OtulinaALBANIA / Kelcyre / Targ w centrum miasteczka / PrzezornaALBANIA / Okolice wsi Benje / Wlot kanonu rzeki Rruga e Benjes / SynergiaALBANIA / Skrapar (Corovode) / Kanion rzeki Osum / Uff! Wysoko.ALBANIA / Gjirokastra / Widok na minaret ze wzgórza zamkowego / Wieczorny śpiew muezinaALBANIA / Wschodnia część pasma Mali i Gjere / Gjirokater / Wtopiony w góryALBANIA / Oricum / Baza wojskowa / Smutny koniec marzenia HodżyALBANIA / Berat / Dziedziniec

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl