Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

ALBANIA OD STRONY MORZA > ALBANIA, CZARNOGÓRA, BOśNIA i HERCEGOWINA, CHORWACJA


Leoncjo Leoncjo Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CZARNOGÓRA / Ulcnij / Most na rzece Bojana / Drżyj rybo!Pierwsza część dziennika podróży po Albani. Spisywane "na gorąco" wydarzenia obejmują okres od wyjazdu z Polski, do plaży w okolicach Jale, gdzie utknęliśmy z powodu złej pogody.

Bielsko-Biała, 5 września 2014 – piątek
Obudziłem się po piątej, odwróciłem się na drugi bok i zasnąłem. Około siódmej wyrwał mnie z łóżka dzwonek telefonu. Trzeba się było zbierać. Dopakowałem plecak. Tuż przed jedenastą byłem na miejscu zbiórki i wówczas uświadomiłem sobie, że niepotrzebnie się tak śpieszyłem. Dwadzieścia kilka minut po jedenastej przeniosłem się na słoneczną część przystanku. Chwilę później z impetem wjechał duży nowoczesny autobus a zza jednej szyb machał do mnie kumpel. Trzydzieści pięć minut po jedenastej wjechaliśmy na drogę a na „ślimaku”, autobus ustawił się na pasie w stronę Cieszyna. Nie wiem dlaczego kierowca wybrał taki wariant trasy. Moje zdziwienie pogłębiło się, kiedy zamiast na Ołomuniec i Wiedeń pojechaliśmy wzdłuż polskiej granicy na Słowację. Przejechaliśmy Čadcę, następnie ładną miejscowość Skalka. Kolegę szybko zmorzył sen, (a może moje gadanie?) więc przesiadłem się na wolny fotel, żeby miał wygodniej i zrobiłem pierwszy wpis do dziennika podróży. Przez chwilę pogoda gwałtownie się pogorszyła, ale wkrótce się rozpogodziło. Właśnie przejeżdżaliśmy przez Bańską Bystrzycę. Drogowskazy pokazywały kierunek na Košyce (214km) i Zwoleń. O szesnastej piętnaście wjechaliśmy na nieczynne przejście graniczne z Węgrami. Kierowca zarządził półgodzinną przerwę, co bardzo mnie ucieszyło, bo zaczynałem przysypiać. Do granicy z Serbią pozostało około 260 km. Kierowca włączył kolejną głupkowatą komedię (pierwszą zignorowałem). Tym razem z nudów popatrywałem dziwiąc się, że seksistowskie i prymitywne gagi najbardziej bawią ...panie. Po obu stronach drogi ciągnęły się pola z na wpół suchymi słonecznikami. Za kwadrans osiemnasta słońce wyraźnie skłoniło się ku zachodowi. Pół godziny przed dziewiętnastą przejechaliśmy Dunaj. Zrobiło się zimno bo klimatyzacja "szła" na pełnych obrotach. Kwadrans po dwudziestej pierwszej dotarliśmy do granicy z Chorwacją. Na monitorze pojawił się kolejny, tym razem zdecydowanie lepszy, francuski film pt."Konflikt". Zapytany przez kogoś kierowca powiedział, że pojedziemy przez Zagrzeb i Split. Nadmuchałem "rogala" i układając się na dwóch fotelach poddałem się ogarniającej mnie senności.

6 września 2014 - sobota
Obudziłem się tuż przed granicą bośniacką. Była szósta. Z lewej strony skaliste zbocze. z prawej Adriatyk. Na mijanej tablicy napis Neum. Po drugiej stronie wąskiej zatoki, na zacienionych wzgórzach, na tle różowiącego się nieba pojawił się las "wiatraków". Pół godziny później kolejna granica. Ponownie Chorwacja. Przemyłem twarz, wypiłem kilka łyków wody. Autokar wjechał na wysoko zawieszony most, którym przecięliśmy zatokę upstrzoną maleńkimi wysepkami. Większość z nich bez widocznej zabudowy. Jedynie na największej jest budynek z czerwonym dachem, wystającym ponad zieleń drzew. Szosa wijąc się wbiła się między wzgórza i poprowadziła wprost na wschód. Wokół kamieniste wzgórza porośnięte cyprysami. Od czasu do czasu, pomiędzy stokami gór oddalało się morze. O siódmej wjechaliśmy do Breścine. Na ponownie widocznym, gładkim jak szyba morzu, kolejne wysepki, których skaliste brzegi rozświetlały pierwsze promienie słońca. Kolejny most a pod nim manewrujący, olbrzymi wycieczkowiec. Z tej perspektywy wydawało się, że ustawiając się w poprzek zatoki, całkowicie ją zamknie. Autokar sprawnie wspinał się bardzo krętą drogą, przejechał krótki, zakrzywiony tunel i wjechaliśmy do Dubrownika. Podczas kilkuminutowego postoju wysiadła jedna osoba i pojechaliśmy dalej. Za miastem minęliśmy lotnisko i z góry zobaczyliśmy bardzo rozległą dolinę Caderon, nad którą zawisły poranne mgły. Widok był niezwykły, ponieważ gęste, białe chmury sprawiały wrażenie podwieszonych na niewidocznych linkach. W dolinie temperatura spadła do osiemnastu stopni a widziane wcześniej mgły "połknęły" słońce. O ósmej wjechaliśmy na granicę z Czarnogórą. Tuż za typowymi budynkami rozciągają się zielone wzgórza z bardzo gęsto rosnącymi cyprysami/ a nad tym wszystkim wznosi się nieproporcjonalnie wysoki, skalisty grzbiet. W Biilii, niemal "z marszu" wjechaliśmy na prom. Na pokładzie przenikający do szpiku kości zimny wiatr. Przeprawa przez Zatokę Kotorską zajęła niespełna dziesięć minut i o dziewiątej jechaliśmy do Budvy. Na postoju wdaliśmy się w rozmowę z młodym mężczyzną, który. tak jak my, wybierał się do Albanii z namiotem. Z jego relacji wynikało, że ma spore doświadczenie, szczególnie w podróżach po krajach dawnego ZSRR (Uzbekistan, Kazachstan itp.). Droga nadal wije się wzdłuż pokręconego jak chiński makaron, wybrzeża. Pogoda trochę się poprawiła. lecz daleko jej do "śródziemnego" wzorca. Pięć minut po jedenastej dojechaliśmy do Ulcnij. To był koniec jazdy tym autokarem. Kierowca uprzedził nas, że ze względu na jakieś problemy na granicy, jadący po nas bus spóźni się, więc mamy prawie dwie godziny "dla siebie", z którymi tak naprawdę nie wiadomo co robić. Pomaszerowaliśmy w kierunku, który wskazał pracownik biura. Przechodząc przez most nad śmierdzącą ściekami rzeką dostrzegliśmy kilkadziesiąt sporych, żeby nie powiedzieć, przemysłowych podbieraków do łowienia ryb. Konstrukcje zbite z odpadowych desek i trudnych do zdefiniowania materiałów przypominają slamsy zawieszone nad wodą. Jedynie ramy z sieciami świadczą o specyficznym ich przeznaczeniu. Tuż za mostem przeszliśmy przez bramę jakiegoś ośrodka wczasowego i mijając dosyć nowoczesny budynek doszliśmy do szerokiej plaży. Najwyraźniej sezon zbliżał się ku końcowi, bo plażowiczów było niewielu a obsługa zbierała leżaki i demontowała podesty. Zaczęło robić się duszno i ciepło. Z braku lepszego pomysłu poszliśmy wzdłuż morza. Po przejściu kilometra, może dwóch, zawróciliśmy i ponownie nieśpiesznie wróciliśmy do miejsca, gdzie zaparkował nasz autobus. Około trzynastej podjechał niebieski mikrobus, do którego bagażnika wpakowaliśmy nasze plecaki. Kwadrans przed czternastą, po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów lokalnymi drogami dojechaliśmy do granicy. Ewentualne wątpliwości co do miejsca rozwiewały widoczne betonowe umocnienia i czerwona flaga z dwugłowym, czarnym orłem. To była Albania. Niebo przybrało błękitny odcień a temperatura podskoczyła. W trakcie oczekiwania na odprawę kierowca kiepskawym, ale zrozumiałym polskim oświadczył nam, że jest bardzo zmęczony a czeka go jeszcze powrót do Czarnogóry, więc zawiezie nas jedynie do Durres a stamtąd pojedziemy dalej taksówką, za którą on zapłaci. Towarzyszące nam osoby, dla których Durres było celem podróży żartowały, iż mamy chyba jakieś szczególne "znajomości". Jeszcze bardziej zaskoczyła ich, podobnie jak i nas, kolejna propozycja kierowcy. Oświadczył, że właściwie to sami możemy zdecydować co zrobimy, a pieniądze na taksówkę możemy wykorzystać w dowolny sposób. Zapytaliśmy zaskoczeni o jakiej kwocie rozmawiamy? Kiedy usłyszeliśmy, że możemy dostać po dwadzieścia euro, uznaliśmy to za udany żart. Czarnogórzec był jednak całkowicie poważny. Potwierdził, że tyle kosztuje przejazd taksówką do Vlore, dokąd mamy wykupione bilety. Możemy też pieniądze przeznaczyć na hotel a rano pojechać busem. Zażartowałem, że mam lepszy pomysł - prześpimy się w namiocie, rano pojedziemy autobusem a pieniądze schowamy do kieszeni. Kierowca odparł, że jeśli tylko chcemy, to nic nie stoi na przeszkodzie. Cała ta dyskusja wprawiła wszystkich w dobry humor bo uznali, iż jest to pierwszy przypadek, kiedy turysta "zarabia" na przewoźniku. Kolega, nadal przekonany, że to tylko taka gra, powiedział: "Dobrze, bierzemy kasę." Śmiechy gwałtownie umilkły, gdy kierowca wręczył nam czterdzieści Euro. W trakcie tych"negocjacji" nie zauważyliśmy ponownej zmiany pogody. Deszcz z impetem uderzył o szyby. Pięć minut później znowu się wypogodziło a bus zatrzymał się przy stojącym na poboczu autobusie. Nasz "biznesowy partner" podszedł do jego kierowcy, po chwili wrócił, pożegnał się ze wszystkimi i wsiadł do autobusu. Za kierownicą naszego busa zasiadł jadący z nami młody Albańczyk i pojechaliśmy dalej. Po kilkudziesięciu minutach wjechaliśmy do sporego miasta. Mikrobus zatrzymał się na placu. Byliśmy w Durres. Zabraliśmy bagaże, pożegnaliśmy się z trójką naszych towarzyszy podróży i ... usiedliśmy na najbliższej ławce. Dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, że od tej chwili jesteśmy zdani na siebie a nie mamy żadnego sensownego planu działania. Chcieliśmy jechać dalej , ale do Dhermi czy Vlore nie było już żadnego połączenia. Wokół nas piętrzyły się nowoczesne wieżowce a nie tanie hostele czy pensjonaty. Chcieliśmy wymienić pieniądze, jednak najbliższy bank był już zamknięty. Z trudem znaleźliśmy kantor, w którym zamieniono nam dolary na leki ( 1USD=103LEKI). Zaopatrzeni w miejscową walutę, postanowiliśmy iść nad morze i znaleźć miejsce pod namiot. Ruszyliśmy w kierunku portowych żurawi, zakładając, że tam gdzie port, tam i morze, a co za tym idzie, plaża. Po drodze kupiliśmy butelkę raki za dwieście sześćdziesiąt leków, wodę za pół leka i kolę za dwieście osiemnaście leków. Marsz się przeciągał. Po dwóch, trzech kilometrach dotarliśmy do portu, ale za nim, jak okiem sięgnąć ciągnęły się wielopiętrowe apartamentowce i hotele. Plaża jest tam podzielona na sektory i zagospodarowana, bez szansy na wykrojenie wolnego kawałka pod namiot. Im dalej szliśmy, tym bardziej traciłem nadzieję na spokojny sen. Niezagospodarowane przestrzenie były albo ogrodzone albo tak zagruzowane i zaśmiecone, że nawet nam nie uśmiechało się rozbijanie tam namiotu. Byłem zły na naszą pazerność, towarzysza podróży, który przekonywał do dalszego marszu i całą sytuację. Kiedy dotarliśmy do zadaszonego, ale całkowicie pustego placyku po letniej restauracji, uznałem, że lepszego miejsca nie znajdziemy. Nie zraziło mnie nawet to, iż przy ścianie, na plażowym łóżku leżał jakiś mężczyzna. Przeszliśmy pod sznurkiem zagradzającym przejście i po przywitaniu się z nim, usiłowaliśmy ustalić warunki biwakowania. Niestety, ani mężczyzna, ani towarzyszący mu pies nie mówili w znanych nam językach. My zaś nie mogliśmy się pochwalić znajomością włoskiego, którego znajomość zadeklarował Albańczyk. Powszechnie znana i skuteczna zazwyczaj metoda na mówienie po polsku, głośno i wyraźnie, wspierana wymownymi gestami, także okazała się nieskuteczna. Odniosłem wręcz wrażenie jakby rozmawiał głuchy ze ślepym i to przez grubą szybę. Kiedy byliśmy gotowi zrezygnować, zaświtała jakaś iskra porozumienia. Nawet osiągnęliśmy więcej aniżeli chcieliśmy, choć trzeba to było okupić pieniędzmi, czego wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Zamiast rozbijać namiot, dostaliśmy naprędce wypróżniony plastikowy kontener. Dozorca pozostawił w nim jedynie telewizor zachęcając nas do „skorzystania”, przeciwnie do kilku butelek wina, które wskazując, powtórzył kilkukrotnie: "cappo" i robiąc srogą minę. Jak to w życiu bywa, to z czego mogliśmy „skorzystać” (albańska telewizja) nas nie interesowało. Chętnie natomiast skosztowalibyśmy lokalnego wina, lecz skoro należało do szefa... Dozorca zabrał telewizor i podłączył go przy swoim legowisku, a pozostawił wino powtórzywszy ostrzeżenie. Zagospodarowaliśmy powierzoną nam pakamerę, rozścielając karimaty. Zagotowałem wodę i zjedliśmy nasz pierwszy gorący posiłek. Na migi zaoferowaliśmy go także Albańczykowi, ale dał nam do zrozumienia, że ma kanapki od matki. Przyjął natomiast kubek z raki, choć najwyraźniej obcy był mu polski zwyczaj picia na "drugą nóżkę", bo grzecznie podziękował. Kolega wykorzystując ostatnie przebłyski światła poszedł popływać w morzu, ale sto metrów od brzegu nadal było zbyt płytko, żeby się zanurzyć. Nie wiem czy osiągnął cel, bo straciłem go z oczu, a kiedy wrócił byłem zbyt senny, żeby zapytać. Kiedy on "szukał" morza, umyłem się korzystając z kranu z zimną wodą, wyczyściłem naczynia i ułożyłem się w śpiworze, dziwiąc się twardości podłoża. Wcześniej podłączyłem ładowarkę telefonu do gniazdka i wysłałem kilka SMS-ów. Kiedy zasypiałem o dach zabębniły pierwsze krople deszczu. Miałem wrażenie, że jestem wewnątrz wielkiego garnka, na który ktoś sypie i sypie worki grochu.

Durres, 7 września 2014 - niedziela
Deszcz padał przez całą niemal noc a na dodatek twardość podłoża wyjątkowo dawała mi się we znaki. Wstałem przed szóstą, nastawiłem wodę i zabrałem się za pakowanie. Przed siódmą byliśmy gotowi do wyjścia. Zapłaciliśmy stróżowi umówione siedemset leków, pożegnaliśmy się i szybkim krokiem pomaszerowaliśmy w kierunku centrum. Tam, po raz kolejny przekonaliśmy się, ze brak znajomości albańskiego czy choćby podstaw włoskiego skutecznie utrudnia porozumienie się z Albańczykami. Na dodatek odmienne znaczenie znanych nam gestów wprowadził element wątpliwości do ciężko wypracowanego, ale ciągle śladowego porozumienia. Mimo tych trudności znaleźliśmy właściwy bus i o ósmej jechaliśmy w kierunku Vlore. Durres i jego przedmieścia. To jeden, wielki plac budowy. Przy rzucającym się w oczy bałkańskim nieładzie, widać tempo zmian, w jakim ten kraj nadrabia zaległości rozwoju cywilizacyjnego. Transport publiczny jest tani. Za przejazd na trasie stu dwudziestu sześciu km zapłaciliśmy po pięćset leków (ok. 17 zł). Pogoda, podobnie jak poprzedniego dnia, nieustannie się zmieniała. Za oknami widać było niemal wyłącznie nowe budownictwo. Niestety, nie specjalnie urodziwe. Dominuje pseudo-nowoczesna, prozachodnia stylistyka, całkowicie oderwana od tradycji, co wywołuje wrażenie sztuczności. Starej zabudowy praktycznie nie widać, za to stacji paliwowych jest więcej aniżeli we wszystkich znanych mi krajach. Bardzo rozległa dolina służy uprawom. Dominują gaje oliwne, ale widać też szklarnie, „foljaki”. Po dziesiątej wjechaliśmy na przedmieścia Vlore. Na jednej z pierwszych ulic miła pani pełniąca funkcję bileterki wskazała na stojący po drugiej stronie bus i kilkukrotnie powtórzyła nazwę Himare. Zabraliśmy plecaki i pobiegliśmy. Pośpiech okazał się zbędny. Po upewnieniu się co do kierunku jazdy i zapakowaniu plecaków zapytaliśmy o godzinę odjazdu. Wprawdzie odpowiedź została wyartykułowana po angielsku, lecz wydała nam się na tyle nieprawdopodobna, że podsunęliśmy kierowcy zeszyt i długopis. Wpisane cyfry potwierdziły, iż jeszcze dwie godziny pozostaniemy na miejscu. Nie było sensu siedzieć w rozgrzanym pojeździe. Ruszyliśmy w stronę zabudowań. W pierwszej napotkanej "byrkowni" zjedliśmy po byrku z serem. Podróżując po Gruzji nieustannie wysłuchiwałem od przyjaciela zachwytów nad tym albańskim specjałem. Kiedy go w końcu spróbowałem okazał się być co najwyżej nieco odmienną formą chaczapuri. Kawałek ciasta listkowego, poskładanego w kopertę, napełnioną serowym farszem. Smaczny, choć w niczym nie zaskakujący. Nawet cena, wprawdzie niewygórowana, także nie była tak wyjątkowo atrakcyjna - pięćdziesiąt leków (1,6 zł). Kawałek dalej, w tej samej cenie, zamówiłem kawę. Podano mi maleńką filiżankę z grubego porcelitu, wypełnioną zaledwie do połowy, czarną jak smoła, esencjonalną i pachnącą kawą. W komplecie były dwie torebki cukru i duża szklanka wody, którą barman nalał wprost z kranu. Zazwyczaj nie słodzę, ale wsypałem do filiżanki zawartość jednej z saszetek, niemal podwajając objętość płynu. Zamieszałem i skosztowałem. Ku memu zdziwieniu kawa nie wydała mi się przesłodzona, natomiast jej smak dorównywał niezwykłością aromatowi. Woda niestety zalatywała morzem i zdecydowanie zakłócała doznania smakowe. Kręcąc się po uliczkach natrafiliśmy na kościół. Nie wydał mi się szczególnie interesujący, więc poszedłem dalej zostawiając kolegę, który chciał dopełnić niedzielnego obowiązku. Kiedy wyszedł, kontynuowaliśmy "aktywne zabijanie czasu". W którymś momencie zrodziła się u mojego kolegi wątpliwość, czy to co zinterpretowaliśmy jako pora odjazdu autobusu, w rzeczywistości nie było godziną przyjazdu do celu. Wydawało mi się to mało prawdopodobne, lecz zważywszy na skalę trudności językowych, nie niemożliwe. Skierowaliśmy się w stronę postoju znacznie przyspieszając kroku. Było to bezcelowe, ponieważ jeśli nasze obawy byłyby słuszne, to autobus już dawno by odjechał, jeśli nie, to przez najbliższą godzinę będzie tkwił w tym samym miejscu. W tego typu sytuacjach logika jednak schodzi na dalszy plan. Po kilkunastu minutach marszobiegu dotarliśmy do skrzyżowania skąd było można zobaczyć jak dalece wyobraźnia może być destrukcyjna. Autobus stał jak monument. Uspokojeni zawróciliśmy i ponownie wtopiliśmy się w sieć wąskich uliczek. Przypadkowo natrafiliśmy na ładnie położony, stary meczet Murad (1542-1557). Drzwi były zamknięte, ale uchylone okna pozwalały zajrzeć do środka. Pół godziny przed planowanym odjazdem dotarliśmy ponownie do autobusu. Wraz z innymi pasażerami wsiedliśmy do rozgrzanego pojazdu. Korzystając z okazji uzupełniłem notatki i oczekiwałem rychłego odjazdu. Południe mięło a kierowca wcale nie śpieszył się z uruchomieniem silnika. Spokojnie dyskutował z właścicielem obwoźnego straganu ustawionego tuż przed nami. Po czterdziestu minutach(!) zasiadł za sterami swojej maszyny i ruszył w kierunku widocznych na horyzoncie gór. Pootwierane okna zachłysnęły się świeżym powietrzem wywołując jednocześnie urywające głowy przeciągi, których skutki miałem wkrótce odczuć na własnej skórze. Pojazd szybko przejechał koło widzianego wcześniej meczetu, minął centrum i sunąc wzdłuż morza opuścił miasto. Po kilkunastu kilometrach pozostawiliśmy za sobą morze i krętą wąską drogą zaczęliśmy wspinać się pod stromą górę. W kilka minut atmosfera morskiego kurortu ustąpiła miejsca widokom przypominającym Alpy. Bezchmurne dotychczas niebo zaciągnęło się najpierw delikatną mgiełką, która przeszła w zawiesisty kożuch. Trudno było stwierdzić, czy chmury opadły na autobus, czy tenże wjechał w nie górską drogą. Tak czy inaczej otoczyła nas mgła a wilgoć bezceremonialnie wdarła się do wnętrza autobusu. Stan taki jednak nie trwał długo. Po chwili ponownie zalało nas światło a mlecznobiała otulina bezszelestnie odpłynęła w dół sprawiając wrażenie, jakby droga miała swój początek w przestworzach. Byliśmy na przełęczy Llogara. Jeśli wspinanie się na nią uznać za niezwykłe, to trudno znaleźć adekwatne określenie dla odczuć towarzyszących zjeżdżaniu z niej w kierunku Dhermi. Asfaltowa droga delikatnie przecina niemal gładkie zbocze góry delikatnie opadając w dół. Kilkusetmetrowe, proste jej odcinki kończą ostre zakręty pod kątem niemal 180 stopni i ponownie następuje długi odcinek prostej drogi, pozwalającej napawaniem się widokiem morza i opadających ku niemu osiedli. Rozległość widoków, powolne acz systematyczne opadanie, któremu towarzyszy miarowy pomruk hamującego pojazd silnika, bardziej przypomina podchodzenie do lądowania samolotu pasażerskiego aniżeli jazdę autobusem. Wrażenie to pogłębia pozorny brak kontaktu z podłożem, wynikający z dużego nachylenia i braku punktów odniesienia. Jestem pewien, że te kilkanaście? kilkadziesiąt? minut na zawsze pozostanie w mojej pamięci. No chyba, że "zeżre" go to bydlę Alzheimer ale na to nie ma rady. Po przejechaniu ok. dwóch trzecich wysokości stoku opuściliśmy autobus i resztę drogi, aż do brzegu morza przeszliśmy na piechotę. Przy mijanej cerkwi opłukaliśmy ręce i nabraliśmy wodę a w pierwszym napotkanym sklepiku przyjaciel zarekomendował coś, co w jego wspomnieniach miało być pitnym jogurtem a w rzeczywistości okazało się być serwatką. Chłodny, lekko słonawy napój przyjemnie gasił pragnienie choć jednocześnie budził obawy co do reakcji żołądka. Rozważania na ten właśnie temat zakończył widok plaży, na którą dotarliśmy. Szeroka, niemal biała od otoczaków, które ją pokrywały, łagodnie tonęła w szmaragdowej wodzie. Przeszliśmy nią kilkaset metrów i porzuciwszy plecaki oraz ubrania pobiegliśmy do morza. Kiedy wyszliśmy z wody pomyśleliśmy, że dobrze by było przeprać nasze rzeczy. Ponownie weszliśmy do morza, tym razem trzymając w rękach koszulki i skarpety. Wprawdzie rok wcześniej prałem już ubranie w Morzu Azowskim, lecz stałem wówczas po kolana w wodzie. Po raz pierwszy robiłem to nie czując pod stopami gruntu. Wykręcone ubranie rozłożyliśmy na nagrzanych skałach. Trochę posiedzieliśmy schnąc jednocześnie, ale szybko mi się to znudziło. Postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. W związku z tym, że kumpel był tu wcześniej zadeklarował, że chętnie zostanie i popilnuje dobytku. Ubrałem buty, zabrałem aparat i pomaszerowałem w kierunku widocznych po lewej stronie skał zamykających plażę. Wdrapanie się na nie nie było szczególnie trudne, natomiast zejście z drugiej strony nawet bardzo. Chwytając się zagłębień zszedłem do miejsca, z którego mógłbym zeskoczyć, lecz nie uniknąłbym kontaktu z wodą. Dla aparatu byłoby to zabójcze, więc trzymając go w zębach wspiąłem się z powrotem i znalazłem wąską i ledwo widoczną ścieżkę, którą przedzierając się przez chaszcze dotarłem na sam dół. Byłem na maleńkiej ale urokliwej plaży, z trzech stron otoczonej skałami. Za nimi, z lewej strony wcina się w morze zakrzewiony cypel. Miałem ogromną ochotę tam dotrzeć. Wszedłem na oddzielającą mnie od niego skałę, lecz okazało się, że chcąc iść dalej, musiałbym przedzierać się przez ostrokrzewy. Ubrany jedynie w kąpielówki odczułbym to boleśnie więc z żalem zrezygnowałem i wróciłem do plażującego kolegi. Otworzyłem zeszyt z notatkami a on czekoladę, która błyskawicznie zmieniała konsystencję. Zjedliśmy ją pośpiesznie o sekundy wyprzedzając rozpływanie się. Uzupełniłem notatki, a w tym czasie W. "łazikował". Po siedemnastej zabraliśmy się za rozstawienie namiotu. Przed zmierzchem mieliśmy "dach nad głową", a woda bulgotała na palniku. W menu makaron chiński i bułka. Zjedliśmy je w świetle okrągłego jak moneta księżyca. Przy "czołówce" przebrałem się i włączyłem telefon. Monotonny szum morza przerwały dźwięki SMS-ów. Czytałem wiadomości otoczony dźwiękami. Z jednej strony delikatny plusk fal i chrzęst ocierających się o siebie kamyków. Z drugiej znane, choć w nowej aranżacji, melodie grane przez tysiące świerszczy. Na atramentowym niebie dryfował srebrny cyferblat księżyca, a w oddali rysował się mroczny majestat gór, spowity puszystym szalem chmur. Takim widokiem chciało by się obdzielić wszystkich, lecz jak tego dokonać w stu sześćdziesięciu znakach? Kolega w tym czasie wrócił ze sklepiku oddalonego o prawie kilometr niosąc jakiś kefir i wodę, choć wyszedł po piwo. Kefir okazał się być jogurtem, co go poważnie rozczarowało a ja przyjąłem z radością bo po zostałem nim obdarowany.

8 września 2014 - poniedziałek
Poprzedniego wieczoru mój towarzysz podróży "zarządził" jeden dzień plażowania, co nie specjalnie mnie zachwyciło. Ustaliliśmy zatem, iż on poleniuchuje sobie a ja pokręcę się po okolicznych wzgórzach. Rankiem, nie śpiesząc się wygramoliliśmy się z namiotu i wówczas W. doszedł do wniosku, że może jednak szkoda marnować czas i moglibyśmy przemieścić się do pierwszego z wybranych kanionów, przy ujściu którego też jest plaża. W tej sytuacji musieliśmy trochę przyspieszyć, bo dzień zapowiadał się słoneczny. Na gotowanie nie było czasu, ale dzięki niechęci kolegi do gęstych jogurtów miałem cały kilogram dla siebie. Przez noc nabrał on konsystencji śmietany, więc bez trudu nadpiłem tyle, żeby wolną przestrzeń w butelce można było uzupełnić musli. Całość wymieszałem z wprawnością barmana i zjadłem. Sprawnie pozbierałem swoje rzeczy i poskładałem namiot. W tym czasie kolega "walczył" z plecakiem przepakowując go tak, żeby karimata weszła do środka. Później, kiedy on wiązał i pakował namiot, ja skompletowałem plecak. Było dobrze po ósmej, kiedy wyruszyliśmy. Z mijanych drzew zerwaliśmy kilka dojrzewających cytrusów a przy znanej nam już cerkwi umyliśmy się nie wyłączając włosów. Co więcej, nawet się ogoliłem, dzięki czemu poczułem się bardziej komfortowo. Kilkaset metrów dalej spotkaliśmy parę włoskich nastolatków. Chłopak usiłował się od nas czegoś dowiedzieć na temat kempingu. W związku z tym, że nocowaliśmy na plaży, niewiele mieliśmy do powiedzenia. Nadspodziewanie szybko dotarliśmy do miejsca, w którym wysiedliśmy z autobusu. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu dotarliśmy do pierwszych zabudowań starego Dhermi. Maleńka miejscowość uczepiona stromych skał z potężnymi górami piętrzącymi się tuż za ostatnimi na stoku domami. Przy jednej z posesji, na bardzo stromej skarpie zobaczyliśmy olbrzymią opuncję, pokrytą dojrzewającymi owocami. Przyjaciel postanowił wzbogacić nasze menu i wdrapał się do kolczastej rośliny. Kiedy mocował się z nią luźny grunt osunął mu się spod nóg. Wyglądało to groźnie, ale skończyło się kilkoma zdrapaniami. W ręku pozostał mu jeden soczysty owoc, drugi upadł w chaszcze. Udało się go odnaleźć i na miejscu zjedliśmy je kłując sobie palce i usta. Kawałek dalej dorwaliśmy się do rosnącego przy drodze figowca. Sporo owoców było twardych, na szczęście kilka nadawało się do jedzenia. Zdecydowanie gorzej nam poszło z granatami. Wszystkie wyglądały na dojrzałe, lecz soczyste wnętrze było przeraźliwie cierpkie i z żalem zrezygnowaliśmy z tej darmowej przekąski. W jednym z ostatnich budynków Dhermi mieści się maleńki sklepik. Kolega wszedł do środka a po chwili zawołał, żebym do niego dołączył. Okazało się, że właściciel zaoferował mu domową raki, po sześćset leków za litr. Cena wydała nam się atrakcyjna. W. jednak nie chciał kupować kota w worku i poprosił o możliwość skosztowania trunku. Umoczyliśmy usta w plastikowym kubku. Zarówno zapach jak i smak nie pozostawiały złudzeń. Bimber, choć w bardzo dobrym gatunku. Bez targowania zapłaciliśmy za litr, który został skrupulatnie odmierzony i nalany do dwóch plastikowych butelek po wodzie mineralnej. Zadowoleni z zakupu ruszyliśmy dalej pozostawiając morze i siedziby ludzkie za sobą. Przy stromym podejściu dojechało do nas dwóch rowerzystów. Solidne, całkowicie "opakowane" bagażami rowery sugerowały, że ich właściciele nie są niedzielnymi cyklistami. Pierwszy z nich przywitał się z nami i zapytał skąd jesteśmy. Odpowiadając zrewanżowaliśmy się tym samym pytaniem. Odpowiedź była sporym zaskoczeniem. On i jego kolega przylecieli z Australii. Żegnając się życzyliśmy sobie powodzenia na szlaku. Niedługo po tym jak zniknęli za zakrętem nadjechała następna para na rowerach. Tym razem obaj panowie byli z tej samej co my grupy wiekowej i w przeciwieństwie do Australijczyków nie mieli żadnych bagaży. Zapewne gdzieś w dolinie zostawili swoje kampery i zabrali rowery, żeby trochę się rozruszać. Przywitali się jedynie zwalniając, ale to wystarczyło, żeby się przekonać, iż są Włochami. Trochę zazdrościliśmy jednym i drugim szybkości przemieszczania się. Wprawdzie pod górę nasze i ich tempo było porównywalne, kiedy jednak droga zaczęła opadać błyskawicznie zniknęli nam z oczu. Zaletą pieszej wędrówki, jest możliwość nieśpiesznego podziwiania widoków a było co podziwiać. Z prawej opadające aż do morza pofalowane stoki. Z lewej, skaliste wzgórza, z których wyrastały malownicze, choć miejscami groźne górskie szczyty, których wierzchołki nierzadko chowały się w chmurach. Kilka kilometrów dalej ostrokrzewy i krzaki ustąpiły miejsca gajom oliwnym, w których podzwaniały pasące się owce i kozy. Mijając je dotarliśmy do miejscowości Ilias. Z map Google`a wiedzieliśmy, że tuż za nią rozpoczyna się interesujący nas kanion. Baliśmy się, żeby nie przegapić zejścia do niego. Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Ze wzgórza, na które weszliśmy zobaczyliśmy szeroką panoramę, przeciętą mroczną i głęboką "bruzdą", ciągnącą się aż do morza pobłyskującego w wyraźnie widocznym wcięciu. Ściany kanionu są wysokie i bardzo strome. Musieliśmy dojść drogą do mostu, następnie zejść do jego podstawy i dalej pod nim do koryta niemal całkowicie wyschniętej rzeki. Woda sączyła się jedynie wąską strugą, lecz zalegające wszędzie olbrzymie głazy i powalone drzewa nie pozostawiały wątpliwości, iż w czasie opadów płynie tędy rwąca i głęboka rzeka, gotowa zmieść ze swojej drogi każdą przeszkodę. Szliśmy w dół podziwiając widoki. Co jakiś czas napotykaliśmy głazy i powalone drzewa, które jednak omijaliśmy bez większych problemów. Do czasu. Po kilku kilometrach luźne głazy zastąpiły zwarte bloki skalne, tworzące progi. Na początku metrowej wysokości. Kolejne miały już półtorej do dwóch metrów. Schodzenie z nich zajmowało trochę czasu i dostarczało odrobinę adrenaliny. Niestety, następne były co raz wyższe, aż w końcu dotarliśmy do takiego z którego zejście wymaga użycia liny, o czym dobitnie świadczy zamontowany w skale uchwyt z "karabinkiem". Usiłowaliśmy znaleźć jakiś sposób na pokonanie przeszkody. Kolega rozplótł przyczepioną do plecaka misterną plecionkę, lecz uzyskana w ten sposób cienka linka miała zaledwie dwa-trzy metry, co nie pozwalało nawet opuścić plecaków, nie mówiąc o asekuracji. Rozdrażnieni, musieliśmy się pogodzić z porażką. Nie pozostało nic innego jak wrócić po swoich śladach i zejść nad morze górą kanionu. Przez chwilę miałem nadzieję, iż znajdziemy ścieżkę pozwalającą wejść na jedną ze ścian kanionu, lecz po obu stronach były one zupełnie niedostępne. Po raz drugi pokonywaliśmy te same przeszkody tyle tylko, że tam, gdzie poprzednio schodziliśmy, teraz trzeba się było wspinać. Całą drogę powrotną obaj milczeliśmy przeżuwając gorycz rozczarowania. Wiedzieliśmy, że było to jedyne rozsądne rozwiązanie, lecz ta świadomość wcale nie poprawiała nam humoru. Zmęczeni i źli dotarliśmy do drogi a następnie skrzyżowania, na którym skręciliśmy w wąską odnogę biegnącą wzdłuż kanionu. Po przejściu około dwóch kilometrów weszliśmy na niewielki parking z kilkoma samochodami, w tym jednym z polską rejestracją. Nieduży barak pełni tam jednocześnie funkcję sklepiku jak i punktu poboru opłat. Przyjaciel kupił cztery półlitrowe butelki wody. Zapytał też o drogę do monastyru św. Elijasza. Pani wskazała nam kierunek i pozwoliła zostawić plecaki. Monastyr był na pobliskim wzgórzu, mieliśmy jednak dosyć chodzenia z obciążeniem, więc z ulgą pozbyliśmy się plecaków i poszliśmy brukowaną drogą. Po chwili byliśmy przy pierwszych zabudowaniach. Budynek po prawej był zrujnowany a w pozbawionej okna wnęce wygrzewał się wąż. Zanim jednak podeszliśmy błyskawicznie ześliznął się do wnętrza rudery i zniknął w porastających ją trawach. Reszta budynków nie wyglądała lepiej. Jedynie jeden, wciśnięty w kąt murów, został zaadaptowany do celów mieszkalnych. Pochodziliśmy po obszernym dziedzińcu, zerwaliśmy trochę owoców z rosnących tam drzew i wróciliśmy po plecaki. Oddając je nam,"parkingowa" usiłowała namówić kumpla na kupno żółtawego płynu, o którym mówiła "vodka". Próba tego specjału nie wypadłą jednak zachęcająco. Wysoka cena i trudny do określenia smak a nawet charakter trunku sprawiły, że odmówiliśmy, tłumacząc się ciężarem plecaków. Zarzuciwszy je na grzbiet, poszliśmy wąską, szutrową drogą w kierunku morza. Odległość nie jest zbyt duża, lecz konieczność schodzenia trwersami znacznie ją wydłuża. Na szczęcie roztaczające się wkoło widoki zdecydowanie rekompensują długi marsz. Idąc w dół minęliśmy kilka osób, także mówiących po polsku. Droga wbija się w lewy narożnik rozległej i szerokiej plaży. Z prawej strony kończą ją strome skały. Na całej długości piasek kończy się całkowicie zaniedbanym sadem, częściowo ogrodzonym. Między nim a skałami jest ucie kanionu. Na miejscu zastaliśmy kilku plażowiczów oraz dwa kampery. Stojący bliżej środka, w pobliżu którego zrzuciliśmy plecaki, należał do pary Niemców z sympatycznym, niedużym psem. Właściciele drugiego, stojącego przy pozostałościach jakiś budynków sanitarnych, tuż przy wejściu do kanionu mieli dwa wyjątkowo wredne Yorki, których szczekanie zwielokrotnione echem kanionu dokuczało wszystkim. Porzuciwszy nasze "ciężary", poszliśmy się wykąpać. Tak, jak poprzednio, po spłukaniu z siebie zmęczenia marszem wróciliśmy po ubrania i przepłukaliśmy je w morzu. Rozwiesiliśmy je potem na sznurku rozpiętym na pordzewiałej konstrukcji wieży ratowniczej i zabraliśmy się za rozstawianie namiotu i przygotowywanie posiłku. Tym razem zalaliśmy wrzątkiem musli i "Mleczny start" uzyskując gęstą, brunatną breję. Wygląd nie był zachęcający. W smaku nie było to jednak takie złe, tym bardziej, że byliśmy głodni. Popiliśmy to coś kilkoma łykami grappy a na deser zjedliśmy pomarańcze urwane rano z jednego z mijanych drzew. Przed zmierzchem pozbieraliśmy rozrzucone w nieładzie rzeczy, a ja zabrałem się za uzupełnianie dziennika. Przyjaciel już spał, więc żeby go nie budzić zgasiłem światło i ułożyłem się w śpiworze. Ledwo zasnąłem obudziły mnie odgłosy nawoływań, buksowania kół w żwirze, a moment później przejechało koło naszego namiotu kilka pojazdów. Nie wiem jak blisko były, wewnątrz wydawało się, że niemal ocierają się o linki tropiku.

9 września 2014 (wtorek)
W nocy nie dawała mi spać wizja odlatujących z wiatrem spodni, które rzucone do morza bezpowrotnie tracę. Nie, żebym szczególnie był do nich przywiązany, lecz z braku innych musiałbym resztę Albanii zwiedzać w kąpielówkach. Zagrożenie było realne, choć sam siebie uspokajałem założeniem, że wiatr zazwyczaj wieje od a nie do morza. Od sprawdzenia sytuacji powstrzymywał mnie pragmatyzm. Jeśli bowiem nic się nie stało, to pewnie już się nie stanie. Jeśli natomiast moje pranie "opuściło" sznurek, to i tak w panujących wkoło ciemnościach nic nie znajdę. Kiedy się rozwidniło wyszedłem z namiotu. Mimo, iż wieża ratownicza była oddalona o kilkadziesiąt metrów, łatwo było stwierdzić brak jakichkolwiek podstaw do niepokoju. W przeciwległym końcu plaży stały trzy samochody terenowe, które bezceremonialnie przejechały przez "nasze podwórko" wyrywając nas ze snu. Kiedy przygotowywałem palnik kolega zaproponował, żeby uzupełnić ubytki elektrolitów stosując wodę morską. Notorycznie cierpieliśmy na niedostatek wody do picia, więc pomysł wydał mi się do przyjęcia, tym bardziej, że na Krymie gotowaliśmy w ten sposób kus-kus. Kiedy woda z Adriatyku osiągnęła temperaturę wrzenia, zalałem musli z kaszką w kubku W. Na szczęście dla siebie nie zdążyłem jeszcze przygotować swojego dania. Powstrzymało mnie przed tym przekleństwo skierowane pod adresem zawartości naczynia uzupełnione określeniem "ohyda". Nie namyślając się długo zrezygnowałem z kaszy, ale nie wody. Pomyślałem, ze używając makaronu, który zwykle się soli mniej odczuję skutki tego eksperymentu. Wrzuciłem do menażki chińską zupkę . Smak był... dziwny , ale akceptowalny. Kolega też przemógł swoją niechęć i zjedliśmy swoje porcje odżegnując się od kontynuowania tego typu eksperymentów kulinarnych. Kiedy sprzątałem, przyjaciel poszedł się rozejrzeć. Wrócił z informacją, że znalazł studnię. Wprawdzie widział w niej wodę, ale nie sprawdził jakości, ponieważ nie miał jak jej zaczerpnąć. Myślałem, że od razu wyruszymy do kanionu, lecz W. postanowił wcześniej popływać. Usiadłem zatem do uzupełniania dziennika. Wprawdzie kąpiel nie trwała zbyt długo, lecz wyjście przeciągało się z powodu powolnego kompletowania plecaka. W końcu jednak pozamykaliśmy namiot i ruszyliśmy w stronę kanionu, obszczekiwani przez oba „pokurcze” odleglejszych sąsiadów, z niewiadomych powodów nazywane psami. Wlot a właściwie ujście kanionu ma kształt lejka. Przy plaży bardzo szerokie, zwężające się wraz z wchodzeniem do wewnątrz. Koryto pokryte jest głazami o bardzo różnej wielkości i porośnięte nielicznymi krzewami i małymi drzewkami. Po nachyleniu i zaplątanych w ich gałęziach różnych przedmiotach widać było, że przetrwały już okresy, kiedy płynęła tędy woda. Ściany kanionu niemal od początku są bardzo strome i wysokie na kilkadziesiąt metrów. W miarę wchodzenia "zbliżają" się do siebie sprawiając, iż nawet przy słonecznej pogodzie panuje tu półmrok i wilgoć. Niebawem przyszło nam także doświadczyć innego, dosyć zaskakującego zjawiska. Na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu metrów panowała zupełnie różna pogoda. Z pogodnego i słonecznego poranka na plaży, weszliśmy w pochmurną i wilgotną aurę, typową dla wysokich partii górskich. Luźne i nieduże kamienie niezauważanie przeszły w gęste skupiska głazów, a te w zwarte formacje skalne, wymagające wspinania się. Początkowo nie sprawiało to nam większego kłopotu lecz każdy zakręt odkrywał nowe, wyższe i trudniejsze ścianki. Kiedy zobaczyliśmy przed sobą taką na trzy, cztery metry, miałem wrażenie, iż jesteśmy w miejscu, w którym poprzedniego dnia musieliśmy zawrócić. Podchodząc bliżej stwierdziłem jednak, że się mylę. Po bliższych oględzinach znaleźliśmy sposób na wdrapanie się na górę. Idąc dalej dostrzegliśmy kolejną przeszkodę składającą się z dużych głazów, które utworzyły liczne zagłębienia i niecki wypełnione wodą. Zbliżając się do nich usłyszeliśmy najpierw pojedynczy plusk a po chwili całą serię, których echo odbiło się od wysokich ścian kanionu. Zaintrygowani podeszliśmy do skał. Przed nami była płytka jaskinia z rodzajem obszernej studni, do której raz po razie wskakiwały żaby. Wspięliśmy się na górę, wykorzystując umieszczone tam kawałki lin i zaczepów. Ponownie mieliśmy przed sobą kilkadziesiąt metrów dosyć płaskiego koryta zakończonego ścianą o wysokości czterech, pięciu metrów. Od razu dało się zauważyć, że będziemy mieli z nią problem choć liczyłem, iż bliższe oględziny pozwolą nam znaleźć sposób na jej pokonanie. Rzadkie ale występujące wcześniej uchwyty z lin wzmacniały nasze nadzieje na skorzystanie i z takich sposobów. Niestety, skała była pozbawiona jakichkolwiek przydatnych zagłębień i sztucznych ułatwień. Z przykrością skonstatowaliśmy fakt, iż w tym miejscu kończą się nasze możliwości, a co za tym idzie i zwiedzanie. Zawróciliśmy oglądając się za siebie. W roztrząsaniu kolejnego niepowodzenia przeszkodził nam deszcz, który niespodziewanie zaczął padać, mocząc suche dotąd skały. Te w mgnieniu oka stały się śliskie. Miejsca, które dotąd przechodziliśmy bez najmniejszych problemów stały się trudne w sforsowaniu. Z niepokojem myśleliśmy o czekających nas ściankach. Po drodze kolega znalazł kilkumetrowy odcinek starej rury wodociągowej. Zabrał go ze sobą dzięki czemu zyskaliśmy dodatkową podporę. Przy jej pomocy, z zadziwiającą sprawnością przyjaciel uporał się z najbardziej kłopotliwym skalnym progiem. Wprawdzie mokra od deszczu a dodatkowo ubłocona skała nie dawała mi już żadnego oparcia lecz kumpel nie zważając na nic dociskał wyciągniętymi do granic możliwości rękoma podeszwy moich butów, ułatwiając zejście. Mokrzy i umorusani dobrnęliśmy do ostatnich skał kanionu gdzie deszcz ustał, jak ucięty nożem. Plaża tonęła w słońcu a bezchmurne niebo zadawało kłam temu, czego doświadczyliśmy zaledwie przed kilkoma minutami. Zamiast iść przed siebie skręciliśmy w prawo i weszliśmy do obszernego, choć obecnie całkowicie zaniedbanego sadu. Celem była znaleziona rano przez W. studnia. Po drodze znaleźliśmy kilka figowców z dojrzałymi owocami oraz drzewa cytrusowe. Trudno było określić gatunek, ponieważ większość owoców była zielona. Udało się nam jednak wypatrzyć w gęstwinie kilka żółknących. Zerwaliśmy je odkładając degustację na później. W głębi sadu, tuż obok piętrzącej się skały dostrzegliśmy niewielki, okrągły otwór w czymś w rodzaju betonowej pokrywy wylanej wprost na grunt. Wewnątrz połyskiwała woda. Zaczęliśmy się rozglądać za czymś, dzięki czemu moglibyśmy jej zaczerpnąć. Przy tych poszukiwaniach natrafiliśmy na kolejną studnię wyposażoną w drąg z nawiniętą tekstylną taśmą. Na jej końcu, w czeluściach otworu spodziewałem znaleźć wiaderko. Istotnie, po wyciągnięciu kilku metrów taśmy, na jej końcu zadyndało plastikowe naczynie z chłodną i czystą, wodą. W smaku była całkiem znośna więc postanowiliśmy pójść po butelki. Wróciliśmy do namiotu w asyście zwielokrotnionych głosów zmutowanych myszy udających psy. Przekąsiliśmy coś na szybko. Mimo, iż w międzyczasie niebo trochę się zachmurzyło, na plażę nadciągały kolejne grupki ludzi. Doszliśmy do wniosku, że wyprawę po wodę musimy odłożyć na popołudnie a lekkie ochłodzenie wykorzystać na spenetrowanie wzgórza po prawej stronie. Ponownie zamknąwszy namiot poszliśmy w kierunku szczekających jak pokręcone Yorków. Przed samym kamperem ich właścicieli wdrapaliśmy się na niską skałę i wykorzystując wąską, "kozią" ścieżkę zaczęliśmy wspinaczkę. Dotarliśmy nią do klifu i idąc wzdłuż, z pięknymi widokami maszerowaliśmy na wschód. Obaj łudziliśmy się po cichu, że w ten sposób dotrzemy do miejsca opisywanego w przewodniku jako tego, które odwiedził Odyseusz w swej wędrówce do Itaki. Początkowo szło nam się bardzo dobrze. Wprawdzie ścieżka była wąska i obrośnięta ostrokrzewami, lecz można było nią iść nawet, tak jak to miało w naszym przypadku, w samych kąpielówkach. W pewnym miejscu klif przeszedł w łagodnie schodzące do wody tarasy, co wykorzystaliśmy, żeby popatrzeć na okolicę z innej perspektywy, po czym ponownie wdrapaliśmy się na zbocze. Co kilkadziesiąt metrów, ze skał wyzierały, martwe otwory strzelnicze miniaturowych bunkrów. Powyrywane okucia, zdewastowane wnętrza dobitnie świadczyły, że spuścizna rządów Hodży jest już tylko wspomnieniem słusznie minionych koncepcji strategiczno-politycznych. Niespodziewanie ścieżka urwała się w gęstwinie ostrokrzewów. Raniąc sobie nogi usiłowaliśmy znaleźć dalszy jej bieg - bez efektu. Z za łagodnego wzgórza, tuż nad wysokim klifem dostrzegliśmy piękną plażę z wysoką jaskinią. Miejsce było o tyle intrygujące, co niedostępne. Nigdzie nie dostrzegliśmy miejsca, które pozwoliłoby dotrzeć tam od strony lądu. Zażartowałem, że skoro nie można tam dojść, to należy dopłynąć. Po chwili pomyślałem, iż faktycznie, płynąc z "naszej" plaży, wzdłuż brzegu można tam dotrzeć. Odległość oszacowałem na 300-500 metrów. Wróciliśmy na plażę i zostawiając wszystko co zbędne w namiocie, bez jakichkolwiek ustaleń, weszliśmy do wody. Morze było spokojne, woda ciepła a niewielka fala sprzyjała płynięciu. Klif oglądany wprost z wody wydawał się wyższy, ale i ciekawszy. Jego ściany mają zróżnicowaną strukturę. Miejscami są ostre i chropowate a kawałek dalej wyszlifowane i gładkie. Sporo w nich też zagłębień i jaskiń, których nie sposób dostrzec z brzegu. Dosyć szybko dopłynęliśmy do miejsca, w którym idąc klifem zeszliśmy nad samą wodę. Po kilkuset metrach dostrzegłem kilkumetrową wnękę wypełnioną piaskiem, umożliwiającą odpoczynek. Nie było to potrzebne, choć uznałem za ważne, na wypadek zmęczenia w drodze powrotnej. Zaskoczeniem był widok jaki ukazał nam się po opłynięciu głęboko wcinającej się w morze skały. Zakładałem, że do celu mamy jeszcze spory kawałek do przepłynięcia, a wyłonił się on tuż przed nami. Z wody plaża wydała się jeszcze piękniejsza i gotów byłem uwierzyć, iż to właśnie tu wylądował Odyseusz. Nad niemal białą, od zalegających ją otoczaków, plażą, piętrzy się żółto-brunatna skała z zieloną grzywką roślin na krawędzi klifu. Powyżej łagodne acz wysokie wzgórze. W skale, niemal centralnie, ciemna czeluść bardzo wysokiej i obszernej jaskini, do wnętrza której z trudem wdzierają się promienie słońca odbijane od wody i kamieni. Najwyraźniej oprócz mitycznego podróżnika i nas przypływali tu i inni, o czym świadczyły puszki po piwie i pozostałości ogniska. Po spenetrowaniu jaskini rozłożyliśmy się na plaży i przez kilkadziesiąt minut delektowaliśmy się niczym nie zmąconym szumem fal. Niezauważalnie zapadłem w płytki sen. Ocknąłem się przypiekany słońcem i całkowicie rozleniwiony. Perspektywa płynięcia nie wydała mi się specjalnie atrakcyjna i gdybym miał wybór, to zapewne poważnie bym go rozważył. Niestety, skrzydła nam nie wyrosły ani też nie przybył po nas żaden statek więc weszliśmy do wody i popłynęliśmy na zachód. Woda wydała się zimniejsza, słońce świeciło wprost w oczy a przeciwna fala regularnie zalewała mi oczy powodując irytujące pieczenie. Chciałem jak najszybciej wyjść z wody więc przyspieszyłem. Po chwili zorientowałem się, że kolega został z tyłu. Trochę tym zaniepokojony poczekałem aż zbliżył się na odległość głosu i zapytałem o samopoczucie. Odparł, że wszystko w najlepszym porządku, więc popłynąłem dalej. Kiedy po dwudziestu, może trzydziestu minutach zmęczony wyszedłem na brzeg, on był o sto metrów za mną. Odczekałem, aż dopłynie i zapytałem czemu tak zwolnił. Odpowiedział, że nie lubi się śpieszyć, a pływanie sprawia mu sporą frajdę. Rzeczywiście, wyglądał na zadowolonego. Poszliśmy po wysmarowane w kanionie ubrania i wypraliśmy je w morzu wypracowaną metodą na "pełne zanurzenie". Po ich rozwieszeniu zjedliśmy po misce makaronu o smaku...makaronu. Przyjaciel umył naczynia i po zabraniu do plecaka wszystkich wolnych butelek poszliśmy do studni po wodę. Mieliśmy poważny problem z nabraniem wody, ponieważ plastikowe naczynie za nic nie chciało tonąć. Wypraktykowaną z metalowymi wiadrami metodą udało się po kilku próbach zatopić go, lecz przy okazji doszło do pęknięcia ścianki. Było nam głupio choć stało się tak mimowolnie. Nie mieliśmy jak naprawić szkody, co tylko pogłębiło poczucie winy i osłabiło radość ze zdobycia sporego zapasu wody. Po powrocie do namiotu przygotowałem kawę zbożową dla W. i herbatę miętową dla siebie. Jako dodatek użyłem zielonej pomarańczy, z której wycisnąłem sok. W czerwonawym blasku zachodzącego słońca zasiedliśmy nad mapami, żeby ustalić plan na następny dzień. Przy okazji doczytaliśmy się też, że kanion przy którym biwakujemy utworzyła rzeka Gjipe. Po włączeniu telefonu otrzymałem całą serię SMS-ów. Korzystając z resztek światła przygotowałem sobie posłanie z niechęcią myśląc o konieczności spędzenia prawie dwunastu godzin na leżeniu. Dopisałem ostatnich kilka zdań w dzienniku i umościłem sobie jako takie miejsce w śpiworze.

10 września 2014 (środa)
Nad ranem coś usiłowało wdrapać się na tropik. Nie otwierając oczu potrząsnąłem płótnem odstraszając intruza. Chwilę później usłyszałem odgłosy rozrywania plastikowego worka. Domyśliłem się, że to samo lub inne zwierzę dobrało się do naszych śmieci. Trzeba było wstawać. Nie wiem czemu przez większość nocy marzę, żeby się skończyła, a kiedy nastaje ranek, wstawanie przychodzi mi z trudem, bo właśnie wtedy robię się senny. Sprawnie, niemal mechanicznie, przystąpiliśmy do zwijania obozowiska. W międzyczasie postawiłem wodę na kuchence, osłaniając ją karimatą. Nikły płomyk mozolnie rozgrzewał zawartość menażki pozwalając nam dokończyć pakowanie namiotu. Skompletowanie plecaka trzeba było odłożyć bo na spód zwykłem wkładać kuchenkę i garnki. Buro-szara breja powstała po zalaniu musli i kaszki smakowała tak, jak jej poprzedniczka. Nie o smak jednak w tym przypadku chodziło, więc zjedliśmy ją szybko i po umyciu naczyń dopakowaliśmy plecaki. Nadwyżka wody ze studni posłużyła do mycia i ogolenia, co w tych warunkach zakrawało na ekstrawagancję. Z galanterią pożegnaliśmy się z naszymi niemieckimi sąsiadami i pomaszerowaliśmy rdzawą drogą w górę zbocza. W połowie jej długości minął nas ich kamper. Kawałek dalej zatrzymał się lecz nie po to żeby nam zaproponować podwiezienie a jedynie, żeby uwiecznić na fotografii „trud pokonywania albańskich bezdroży”. Parkingowa pakamera była zamknięta, niwecząc plany zakupu wody. Na szczęście kilometr dalej usłyszałem ciche "ciurkanie". Jego źródłem był źle skręcony wąż doprowadzający gdzieś wodę. Rozkręciłem go jeszcze bardziej dzięki czemu mogliśmy napełnić butelki i przemyć się po wyczerpującym marszu. Kilkaset metrów za miejscem, gdzie wchodziliśmy do kanionu, natrafiliśmy na zakole górskiej rzeki z licznymi i głębokimi nieckami wypełnionymi czystą wodą. Szkoda było nie skorzystać z nadarzającej się okazji, więc tym razem umyliśmy włosy pilnując, żeby licznie pływające tam kijanki nie zostały na nich w charakterze żywych ozdób. Wróciliśmy na drogę, która meandruje między wzgórzami pnąc się pod górę. Idąc poboczem usłyszeliśmy szczekanie i skowyt. Dźwięki dochodziły ze skarpy, co było dosyć dziwne. Po chwili dostrzegliśmy sporego, czarnego psa, który niebezpiecznie balansował na krawędzi urwiska. Początkowo wydawało się to zabawne, kiedy jednak stało się jasne, iż zwierzak usiłuje w ten sposób dostać się na drogę zamarliśmy w przerażeniu. Początkowo szło mu nad podziw dobrze. Po ledwo wystających kamieniach zszedł metr, półtorej, lecz kiedy grunt zaczął mu się usuwać spod nóg, zdecydował się na karkołomny skok. Łapy nie wytrzymały ciężaru ciała i ugięły się powodując, że głowa z impetem uderzyła w asfalt. Byłem pewien, że jeśli nie skończy się to śmiercią, to z pewnością połamaniem kości. Pies nie wydał żadnego dźwięku przy upadku, przetoczył się kilka metrów po czym...wstał i utykając pobiegł w przeciwnym do naszego kierunku, pozostawiając nas z otwartymi ze zdziwienia ustami. Po chwili poszliśmy dalej żywo dyskutując o całym zdarzeniu. Na szczycie wzgórza, tuż za sporym murem okalającym jakieś zabudowania, zobaczyliśmy tarasowo ułożony gaj oliwny. Wzdłuż jego krawędzi biegnie sporej średnicy rura z wodą. Nasze zainteresowanie wzbudził zawór, niestety pozbawiony dźwigni. Weszliśmy miedzy drzewa, żeby odpocząć. Kiedy zrzuciliśmy plecaki usłyszeliśmy dzwonki a chwilę później okrążyły nas kozy. Poniżej, nieśpiesznie szedł starszy pan z zadziwiająco jak na okoliczności czystej koszuli. Kozy przez chwilę popatrywały na nas swoimi diabelskimi oczami, ale szybko im się to znudziło i zabrały się do jedzenia. Kilka z nich bez trudu wskoczyło na drzewa i łażąc po konarach obgryzały gałęzie z liści i niedojrzałych owoców. W tym czasie przy zaworze zatrzymał się samochód, którego kierowca bez najmniejszego problemu odkręcił go i napełnił kilka butelek wodą. Po chwili zatrzymały się w tym miejscu kolejne i wszyscy czerpali wodę do kanistrów i dużych butli. Wykorzystaliśmy okazję i również uzupełniliśmy swoje zapasy przy wypytując kierowców o miejscowość Vuno. Pierwsza zagadnięta osoba mówiła tylko po albańsku, więc z trudem wyłuskaliśmy z wypowiedzianych zdań, że zostało nam do przejścia około dwóch kilometrów. Następny rozmówca potwierdził to po angielsku i dodał, że kolejne trzy dzielą nas od wybrzeża. Istotnie, po krótkim marszu weszliśmy do pięknie położonej miejscowości. Droga miejscami jest tam tak wąska, że ruch odbywa się wahadłowo. Ma to istotne znaczenie ze względu na długie i szerokie autokary. W samym centrum zobaczyliśmy powyżej drogi taras a na nim kilka parasoli. Pokonując kilka stromych stopni znaleźliśmy się w małej knajpce pełniącej równocześnie funkcję klubu, sklepiku a może i inne? Kilku mężczyzn z zapałem ustawiało kostki domina, popijając raki. Negocjacje w sprawie menu nie wyglądały najlepiej. Oferta była bardzo zawężona i nie zawierała znanych nam dań typu "byrek" czy "suflak”. Zamówiliśmy omlet z fetą ponieważ było to jedyne danie, którego nazwa cokolwiek nam mówiła. W lodówce wypatrzyłem litrową butelkę z jogurtem. Wskazaliśmy ją i poprosiliśmy o dwie szklanki. Właścicielka wskazała nam stolik stojący w cieniu wielkiego modrzewia, do którego przyniosła zamówiony jogurt, dwa talerze, łyżki i koszyk z pieczywem. Zabraliśmy się do jedzenia. Schłodzony jogurt smakował wyśmienicie. Zanim go skończyliśmy na stoliku pojawiły się omlety. Trochę odbiegały od mojego wyobrażenia tej potrawy. Bliżej im było do jajecznicy usmażonej na dużej ilości masła. W smaku były całkiem niezłe, a słona feta zaskakująco dobrze się komponowała. Dodatkiem była sałatka z kapusty i pomidorów. Zamawiając jedzenie poprosiłem na migi o możliwość podłączenia ładowarki. Witek swoją podłączył do gniazdka na kamiennej ścianie tarasu, więc teraz nie spieszyliśmy się z jedzeniem dając im szanse na skuteczne podładowanie. Grający obok nas panowie zamówili drugą kolejkę raki, co zainspirowało kolegę i powtarzając ich gesty wzbogacił nasz posiłek o „coś mocniejszego”. Podając nam szklaneczki właścicielka dołożyła nam pieczywa i postawiła małą butelkę wody. Kiedy skończyliśmy jeść, rozłożyliśmy mapę a wówczas dosiadł się do nas mąż właścicielki oferując nocleg, a kiedy wytłumaczyliśmy, że jesteśmy tylko przejazdem, usługi transportowe. Podziękowaliśmy mu tłumacząc, że kochamy piesze wędrówki. Nie wiem, ile zrozumiał ale kiedy dowiedział się skąd przyjechaliśmy, nie omieszkała powiadomić o tym wszystkich obecnych na tarasie, co zostało skwitowane życzliwym uniesieniem szklaneczek. Goście z wolna się wykruszali a my nadal siedzieliśmy w cieniu i rozważaliśmy kolejne warianty podróży. Czas płynął i mimo, że przyjemną odmianą było siedzenie na krześle, to musieliśmy się przemóc i ruszyć w kierunku Jale. Zapłaciliśmy rachunek, który wyniósł tysiąc leków, wypięliśmy ładowarki i żegnając się po polsku, albańsku i włosku opuściliśmy naszą "przystań". Miasteczko skończyło się równie niespodziewanie jak się zaczęło. Kawałek za nim jest skrzyżowanie, na którym skręciliśmy na południe. Po przejściu kilkudziesięciu metrów, wśród bardzo starych drzew oliwnych wypatrzyłem kamienny kościółek. Zrzuciłem plecak i poszedłem go zobaczyć. Niestety, ze wszystkich stron skutecznie odgradzał go wątły płot. Konar jednego z drzew przechodzi ponad siatką. Postanowiłem to wykorzystać. Wdrapanie się na niego i zejście po pniu z drugiej strony nie było trudne. Zrobiłem kilka zdjęć i wlazłem na pochyły pień. Droga w drugą stronę była jednak trudniejsza aniżeli sądziłem. Opierając nogę o słupek płotu o mało go nie zwaliłem plącząc się jednocześnie w drut kolczasty i siatkę. Kiedy znalazłem się po drugiej stronie odszukałem w trawie okulary, które spadły mi w trakcie wchodzenia i pośpiesznie wróciłem po plecak. Ruszyliśmy w dalszą drogę wijącą się pośród gajów oliwnych z drzewami pamiętającymi przynajmniej Imperium Osmańskie a może i starszymi? Z rosnących tam też figowców zrywaliśmy dojrzałe owoce i opychaliśmy się nimi nie przerywając marszu. Minęliśmy też niezbyt starą, ale uroczą w swej prostocie i bezpretensjonalności przydrożną cerkiew. Po przejściu kilometra skończyły się ocienione gaje i wyszliśmy na otwartą przestrzeń skąd roztaczał się widok na odległy brzeg kończący strome wzgórze, z którego musieliśmy zejść. Droga wiła się zakosami powodując znaczne jej wydłużenie. Zaproponowałem pójście na skróty co jednak nie spotkało się z aprobatą przyjaciela. Pomaszerowaliśmy więc dalej drogą, robiąc co jakiś czas przerwy i wypatrując miejsca na rozbicie namiotu. Będąc kilkaset metrów w linii prostej od morza, zobaczyliśmy małą, bardzo ładną plażę. Wszystko wskazywało na to, że z obu stron odcięta jest skałami a od strony wzgórza oddziela ją pasmo krzewów. Postanowiliśmy tam dotrzeć. Tym razem przyjaciel nie oponował przed ścinaniem drogi, ponieważ nie było innej możliwości. Przeszliśmy barierkę i weszliśmy na skarpę powstałą w trakcie budowy drogi. Tworzące ją kamienie okazały się być luźniej osadzone, aniżeli pierwotnie to oceniłem. Nie przeszedłem nawet metra uruchamiając małą lawinę. Co gorsze, w moją stronę ruszyły nie tylko drobne kamienie. Na szczęście największy głaz minął moją stopę o kilka centymetrów i potoczył się w dół wzgórza wyznaczając nam kierunek marszu. Przejście trawiastym fragmentem zbocza było stosunkowo łatwe. Problemy zaczęły się po dotarciu do linii krzewów. To, co z góry wyglądało dosyć niewinnie okazało się w praktyce gęstą plątaniną ostrokrzewów i innych kolczastych badyli wyrastających na wysokość dwóch metrów. Usiłowaliśmy znaleźć jakąś ścieżkę lecz każda kończyła się po kilku metrach. Straciliśmy sporo czasu na wchodzenie i wychodzenie z kolejnych ślepych zaułków. W końcu zdecydowaliśmy się na, jak później się okazało, najgłupsze z możliwych rozwiązań - marsz na przełaj. Po przejściu kilkunastu metrów zabrnęliśmy w miejsce, z którego nie było widać niczego oprócz gęsto splątanych gałęzi. W akcie rozpaczy przeszliśmy "do parteru" i kalecząc sobie twarze i ręce, wyłamując suche odnogi, "na czworakach" posuwaliśmy się mozolnie przed siebie przeklinając brak wyobraźni. Dla kolegi było to szczególnie uciążliwe z powodu wzrostu i kłopotów z kolanem. Kiedy zwątpiłem w skuteczność wybranej techniki, między gałęziami zobaczyłem maleńką niebieską plamkę zwiastującą morze. Odrzucałem myśl, że za chwilę może się okazać, iż dzieli nas od niego klif, którego nie przejdziemy i trzeba się będzie wrócić. Na szczęście skarpa była niska i z poszarpaną karimatą i zakrwawionymi nogami wydostałem się na plażę. Przyjaciel utknął na ostatnich kilku metrach. Jedynym sposobem było uwolnienie się od plecaka i wypchnięcie go przodem. Tak też zrobił i ze zmęczeniem wypisanym na twarzy usiadł w cieniu skały. Na dodatek okazało się, że z boli go brzuch a stosowane zazwyczaj tabletki nie działają. Rozłożyłem matę, ale on przeniósł się i usiadł na żwirze przy skałach. Po godzinie powiedział, że czuje się już lepiej więc rozejrzeliśmy po naszym nowym "gospodarstwie". Zamknięta między dwoma skałami plaża ma czterdzieści, może sześćdziesiąt metrów długości. Z lewej strony, częściowo oparty o zbocze jest obszerny drewniany podest. Zapewne miał służyć jako taras letniej knajpki. Nie sądzę żeby zdążył spełnić swoją rolę. Drewno jest stosunkowo nowe z pozostałościami impregnatu więc podejrzewam, że przed zakończeniem budowy jakiś sztorm zniweczył czyjeś plany. Na środku plaży stoi olbrzymi głaz nakryty prowizorycznym daszkiem, którego przeznaczenia nie byłem w stanie się domyśleć. Zrzuciliśmy ubrania i poszliśmy popływać. Przepraliśmy pobrudzone w trakcie forsowania chaszczy rzeczy i rozwiesiliśmy je na rozciągniętym pod podestem sznurku. Trzeba było zdecydować gdzie rozstawimy namiot. Podest, mimo uszkodzeń i wyłamanych desek wydał się nam najlepszym miejscem. Przenieśliśmy na niego nasze bagaże i wykorzystując kamienie do odciągów postawiliśmy nasz "hotel". Usiedliśmy przed nim i wypiliśmy po kieliszku raki. Witek na żołądek a ja na drapanie w gardle, które od kilku dni czułem wieczorami. Druga kolejka, już bez specjalnych intencji wyzwoliła w towarzyszu podróży skłonności filozoficzno-mentorskie. Z wrodzonym taktem, ale i żarem godnym pierwszych chrześcijan perorował do zmierzchu a ja potakując lub odpowiadając monosylabami uzupełniałem dziennik. Czułem się trochę winny, że jego żarliwość trafiła na tak oporny materiał. W namiocie włączyłem telefon i odebrałem wiadomości. Po dwudziestej pierwszej powyłączałem wszystko i ułożyłem się do snu.

11 września 2014 (czwartek)
Ustaliliśmy wieczorem, że zostaniemy tu na dwie noce więc zgrzytanie zamkami namiotu i głośne stąpanie po podeście odebrałem jako zakamuflowany sygnał, że jest późno i trzeba wstać. Spojrzałem na zegarek, była szósta! Zawinąłem się w śpiwór i usiłowałem zasnąć - bez rezultatu. Po chwili wrócił kolega a z nim wszystkie irytujące dźwięki. Dalsze polegiwanie stało się bezcelowe. Wstałem, nie bez trudu rozprostowałem kości, bo spanie na deskach jest może i zdrowe lecz mało wygodne. Z wprawą "zmontowałem" kuchnię i ustaliłem menu. Wielkich zaskoczeń i „gotowania” nie było. Podwójna porcja niemowlęcej papki, po zalaniu wrzątkiem gotowa do wchłonięcia. Przyjaciel pozbierał naczynia i poszedł je umyć w morzu a ja usiadłem z zeszytem i długopisem. Dopiero teraz, zza grani wyszło słońce. Dzień zapowiadał się pogodny. Skończyłem pisać i nie czekając na powrót kolegi postanowiłem popływać. Woda była całkiem ciepła, mimo to zanurzenie się w niej zajęło mi kilka dobrych minut. Opływając skały, ze zdziwieniem dostrzegłem mojego towarzysza podróży. Wyglądał jak modlący się Inka. Stał na szczycie jednej ze skał z wyciągniętymi w kierunku słońca rękoma, cały w czerwonozłotej poświacie. Zmieniłem kierunek, popływałem jeszcze chwilę i wróciłem na podest. On już tam był. Kiedy mnie zobaczył poprosił, żeby zrobić mu kilka zdjęć w wodzie. Wdrapałem się na skały i stamtąd fotografowałem jego wyczyny pływackie, nie bardzo wiedząc czemu te zdjęcia mają służyć. W tym czasie pogoda gwałtownie się zmieniła. Nad wzgórza, nie wiedzieć skąd napłynęły chmury i całkowicie przysłoniły słońce. Niebo nad morzem przeszło w ultramarynę. Wiatr był umiarkowany a mimo to fale znacznie się podniosły i z wściekłością poczęły uderzać o skały. Stało się oczywiste, że niebawem zacznie padać. Pozbieraliśmy suszące się rzeczy i zabezpieczyliśmy wszystko, co mogło odfrunąć lub zamoknąć. Nasze zapasy wody były na wyczerpaniu, więc kolega postanowił skorzystać z okazji i "nałapać" deszczówki. Pomysł był niezły, gorzej z realizacją. Oprócz kubka i menażki nie mieliśmy żadnych naczyń. Przecięliśmy wzdłuż dwulitrową butelkę, uzyskując dwa długie, choć płytkie korytka. Kiedy pierwsze krople spadły na tropik, podstawiliśmy je i już po chwili nie nadążaliśmy z przelewaniem wypełniającej korytka wody do butelek. Gwałtowny, porywisty wiatr, który niespodziewanie nadszedł od strony morza, szarpał namiotem uniemożliwiając dalsze zbieranie wody. Nie miało to jednak znaczenia, bo wszystkie dotychczas puste butelki zostały już wykorzystane. Siedzieliśmy więc bezczynnie wewnątrz przeciekającego na szwach i łopoczącego jak bandera namiotu. Cały podest trzeszczał i drgał. To, co poprzedniego dnia uznałem za przesadną zapobiegliwość właściciela namiotu, teraz byłem gotowy uznać za jego niezwykły dar przewidywania. Linki uwiązane do słupów, spore kamienie i "szpilki" wbite pomiędzy deski z trudem utrzymywały namiot na miejscu, gdy nad nami szalała burza. Ciemne wnętrze rozświetlane błyskawicami drgało w konwulsjach po każdym ich uderzeniu w otaczające nas wzgórza. Po kilkudziesięciu minutach nawałnica osłabła, lecz deszcz padał nadal. Trzon burzy przesunął się na wschód, choć od czasu do czasu "Gromowładny" sygnalizował, iż nadal ma nas "na oku". Kiedy bębnienie o tropik ustało wyszliśmy ocenić bilans strat i zysków. Z lekka podmoknięty namiot, sporo zmarnowanego czasu po jednej stronie, kilka litrów słodkiej wody i niezwykłe doznania po drugiej. Niebo nadal było złowróżbne. Z braku lepszych pomysłów postanowiliśmy zrobić sobie wczesny a nawet bardzo wczesny obiad. Ledwo jednak zapaliłem gaz pod menażką kiedy ponownie zaczęło padać. Przeniosłem kuchenkę do namiotu i ryzykując oblanie się wrzątkiem lub a może oraz? spalenie jedynego dachu nad głowami, zjedliśmy makaron o smaku... właściwie bez smaku. Naczynia wstawiliśmy do zmywarki czyli na zewnątrz namiotu i popadliśmy w zadumę nad zmiennymi kolejami losu i pogody. Niezauważalnie myśli, nawet te najbardziej wzniosłe, gdzieś uleciały pozostawiając nas w bezmyślnej drzemce. Przerywaliśmy ją jedynie na wycieranie przecieków.
Milknąca i powracająca burza przeciągała się powodując, że uwięzienie na trzech metrach kwadratowych, w niemal całkowitym bezruchu, stało się nużące. Z ulgą wyszliśmy na podest, kiedy około siedemnastej przestało padać. Złaknieni jakiejkolwiek formy ruchu postanowiliśmy powspinać się po okolicznych skałach. Na szczęście ich struktura i ułożenie powodowały, że nawet mokre dają dobre i pewne oparcie dla stóp. Patrząc z boku nasz "wypad" przypominał szkolną wycieczkę po długim i nudnym siedzeniu w klasie. Cieszyło nas wszystko: parujące skały, przechodzenie ponad rozpadlinami, wdrapywanie się i schodzenie po przemoczonych klifach. Trwało to pięćdziesiąt, może czterdziestu minut a potem poszliśmy popływać. Z lekka zmęczeni, lecz bardzo zadowoleni wróciliśmy do namiotu. Kolega zadysponował kolację. Nie byłem głodny, skoro jednak i tak mieliśmy gotować wodę, to postanowiłem wypić kawę zbożową. Ciśnienie gazu musiało być już bardzo nikłe, bo woda podgrzewała się aż do zmroku. Morze szalało jakby w spóźnionej złości po minionej burzy. W nocy było ciepło. Znowu jednak grzmiało i padało.

W drugiej części dziennika znajdziecie Państwo relację z podróży i zwiedzania miejsc o wyjątkowej urodzie: Gjirokaster, Tepelene, Berat, gorące źródła w okolicach Petran, Corovode.

Zdjęcia

CZARNOGÓRA / Ulcnij / Most na rzece Bojana / Drżyj rybo!ALBANIA / Dhermi / Gaj oliwny w okolicach Ilias / Gdzie ta koza?ALBANIA / Dhermi / Widok na Przełęcz Llogara / OtulonaALBANIA / Dhermi / Okolice Ilias / Boża

Dodane komentarze

Awa dołączył
23.09.2014

Awa 2014-11-21 14:57:31

Leoncjo, chętnie bym ten tekst przeczytała, ale w tej formie chyba bym całkiem straciła wzrok. Może byś porobił akapity, podzielił zdania na krótsze bloki, a pomiędzy wplótł trochę zdjęć. Interfejs Globrotera nie jest specjalne przyjazny pisanym tekstom, ale jednak pewną obróbkę da się zrobić, która ułatwi czytanie. Jakby Ci się udało, to daj znać, a z przyjemnością tu powrócę :)

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl