Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Jak się wdrapać na ponad 6000 metrów? > PERU


Sylwia Perkowska Sylwia Perkowska Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie PERU / Huaraz / Cordillera Blanca  / Co widzisz na tym zdjęciu. Zejście ze szczytu TocllarajuWarto spełniać marzenia! Poczytajcie o wrażeniach ze zdobycia szczytu Tocllaraju (6034 m n.p.m.) w Cordillera Blanca, Peru.

Poniżej moje wrażenia ze zdobycia szczytu Tocllaraju (6034 m n.p.m.) w Cordillera Blanca, Peru. Łatwo nie było, ale uczucia i satysfakcja z bycia tak wysoko, zdecydowanie należą do tych, które pamięta się do końca życia.

Tocllaraju to jeden z wielu szczytów powyżej 6000 metrów w Cordillera Blanca (pasmo górskie w peruwiańskich Andach). Jest jednak coś, co szczyt ten znacznie od innych różni. Chodzi mianowicie o to, że jest on stosunkowo łatwy do zdobycia. Stosunkowo znaczy tu tyle, że jest w zasięgu ręki każdego, kto będzie w stanie znieść nawet około kilkanaście godzin wędrówki w ciągu 24 godzin; głównie w śniegu, przy zaledwie odrobinie snu, o ile w ogóle; kto się bardzo dobrze zaaklimatyzuje do wysokości i kto chociaż trochę wiedzy praktycznej we wspinaniu się już posiada. Atakowanie tego szczytu wymaga pewnej przynajmniej minimalnej praktyki w używaniu raków oraz w posługiwaniu się dwoma czekanami.
Droga na szczyt jest nie tylko dość daleka, ale dodatkowo do pokonania są, co prawda w miarę krótkie, ale jednak techniczne podejścia. Pierwsza nieco wymagająca ściana ma około 50-55 stopni nachylenia, kolejna tuż przed szczytem około 50-60 stopni. Dla wprawionych to nic, ale dla kogoś kto przygodę ze wspinaczką dopiero rozpoczyna (czyli ja), to jednak pewne wyzwanie, szczególnie, że nie chodzi tylko o “wdrapanie” się na jakąś tam ściankę, ale na ściankę na wysokości pomiędzy 5500 - 6000 m n.p.m. – co chcąc nie chcąc poprzeczkę bardzo wysoko podnosi.
Dostęp do Tocllaraju możliwy jest z doliny Ishinca, jednej z najbardziej znanych miejsc w Cordillera Blanca. To w niej początek mają wysokogórskie przygody, w tym m.in. podejścia na szczyty takie, jak Ishinca i Urus.

Co zrobić by było zdecydowanie ciężej niż być powinno?

Są na tym świcie tacy, którzy od czasu do czasu z czymś przesadzą. No i jakby nie było, czasem i ja w tej grupie ląduję. Tym razem stało się to za sprawą mojego pomysłu by Tocllaraju zrobić w dni 3, zamiast w dni 4. Dla jasności, co do zasady każda firma oferuje wyprawę na ten konkretny szczyt w 4 dni. Ja z uwagi na szereg okoliczności chciałam ją skrócić do dni 3 i w sumie mi się udało, ale przy okazcji, bardzo delikatnie powiedziawszy, było ciężko. Trzeci, ostatni dzień owej wyprawy zaliczam do najtrudniejszych ze wszystkich, jakie dotychczas przyszło mi w górach spędzić. I z tej okazji, niech się ten dzeń nazywa istna mordęga!
Jak to się wszystko zaczęło?

Dzień 1

Wczesnym rankiem udaliśmy się samochodem do miejsca zwanego Pashpa (3700 m n.p.m.). Stąd rozpoczęliśmy trekking, przez dolinę Ishinca, w kierunku pierwszej bazy mieszczącej się na wysokości około 4250 m n.p.m. Trasa w większości płaska, żadnych ciężkich podejść. Zrealizowana w niecałe 6 godzin. W bazie czekała na nas pyszna kolacja, a potem odpoczynek z widokiem na nasz cel – szczyt Tocllaraju! Dzień lekki, łatwy i przyjemny. Żeby jednak zachować pewną jasność, był to pierwszy i ostatni dzień, kiedy mieliśmy lekko.

Dzień 2

Dzień drugi rozpoczęliśmy wyjątkowo późno, bo około godziny 9 rano. Tym razem dla odmiany cały czas pod górkę, czyli ciężkawo, a nawet bardzo ciężkawo. Na szczęście trzy pierwsze godziny dało się pokonać z pomocą koni, więc nie trzeba było dźwigać całego sprzętu. Owa końska pomoc była, jak skarb. Dzięki niej zaoszczędziłam trochę dodatkowej energii nie tylko na nocny atak szczytu, ale przede wszytkim na dzień trzeci, czyli ostatni, który był dla mnie o wiele dłuższy niż dla pozostałych członków grupy. Po owych w miarę znośnych 3 godzinach, nadszedł moment, by “odziać” raki, zarzucić na plecy około 15-kilogramowy plecak i ruszyć po raz kolejny pod górę – przy tym tym razem, dla odmiany, już po śniegu.

Do drugiej bazy (5320 m n.p.m.) dotarliśmy około godziny 15:00. Tu po raz pierwszy dała o sobie znać wysokość. Zaczął się duży ból głowy, więc bezpośrednio po rozłożeniu namiotu, trza było zaopatrzyć się w podwójną dawkę ibuprofenu. Ciepły posiłek w przepięknej scenerii, kliknięcie paru fotek, niestety z nasilającym się bólem głowy i reszta wieczoru w namiocie – oto bilans drugiej połowy dnia drugiego.

Po około 3 godzinach poczułem się znacznie lepiej, nawet jakimś cudem zasnęłam, a jak się obudziłam o 1 w nocy, na szczęście po bólu nie było już śladu. Po półgodzinnym przygotowaniu, lekkim posiłku, około godziny 1:30 w nocy wyruszyliśmy w drogę, na nasz upragniony szczyt. W trakcie drogi z każdym kolejnym metram, coraz ciężej, zimniej, no i lekki starch przeplatany z radością, że ciągle są siły, by iść w górę.

Zdjęcia: Cordillera Blanca , Huaraz, W drodze na szczyt Tocllaraju 6034 m.n.p.m., PERU
Cordillera Blanca , Huaraz, W drodze na szczyt Tocllaraju 6034 m.n.p.m., PERU



Na szczycie!

Po kilkugodzinnej wędrówce, około 9:30 rano byliśmy, tam gdzie wstrzymuje się oddech. Bo trudno go nie wstrzymać, jak się jest ponad chmurami i wieloma innymi, niższymi niż nasza góra, szczytami. Trudno opisać w słowach, co człowiek czuje, gdy się tak wysoko znajduje. We mnie na zmianę pojawiało się uczucie dumy, siły, bo było owej siły wystarczająco dużo, by się tu znaleźć. Jednocześnie jednak poczucie wielkiej bezradności, maleńkości, przed tym ogromem i potęgą natury, która mnie z każdej strony otaczała. Piękna jest ona, wręcz przepiękna, ale jednocześnie taka nieprzewidywalna, niebezpieczna, taka ogromnie ogromna. Jednym dosłownie słowem, a raczej dwoma, trzeba to skwitować tak: brak słów!

Zdjęcia: Tocllaraju Cordillera Blanca, Huaraz, Na szczycie Tocllaraju 6034 m, PERU
Tocllaraju Cordillera Blanca, Huaraz, Na szczycie Tocllaraju 6034 m, PERU



Trzeba też przyznać, że owa wspinaczka na szczyt, dość sporo czasu nam zajęła. Nikt się tego raczej nie spodziewał. Plan był taki by być tam około 7-7:30 rano, a tu proszę dwugodzinny poślizg. Liczby nie kłamią, wygląda na to, że byliśmy zwyczajnie wolniejsi. I żeby nie było, wpłynęło na to kilka czynników, ale to temat na odrębny, obszerny, artykuł.

Wracając do naszego szczytu, nie było nam dane rozkoszować się tą niecodzienną chwilą zbyt długo. A wszystko za sprawą towarzyszącej nam pogody. Ta, jak kobieta, zmienną jest, i tym razem udowodniła to z premedytacją. Już kilka minut po zdobyciu szczytu zaczęła się tak drastycznie psuć, że o dalszym podziwianiu górskiego piękna mowy nie było. Z żalem w sercu, trza było planować zejście i to w tempie ekspresowym.

Już w tym momencie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że będzie ono utrudnione z uwagi na mgłę, zakrywającą z minuty na minutę coraz to większe przestrzenie wokół nas. Podczas schodzenia w dół, po pewnym czasie warunki pogodowe zmieniły się tak bardzo, że ciężko było się zorientować, w którym kierunku podążać. Były momenty, że zwyczajnie trzeba było przystać na kilkanaście minut lub dłużej i poczekać na przejaśnienia. I te właśnie momenty, wówczas trwające jak wieczność, uświadomiły mi, a raczej przypomniały bardzo dosadnie, że z górami nie ma żartów i nawet te pozornie łatwiejsze do zdobycia, w cale łatwe być nie muszą.

Zdjęcia: Cordillera Blanca , Huaraz, Co widzisz na tym zdjęciu. Zejście ze szczytu Tocllaraju, PERU
Cordillera Blanca , Huaraz, Co widzisz na tym zdjęciu. Zejście ze szczytu Tocllaraju, PERU



Do drugiej bazy wróciliśmy około 15:00, czyli po około 14 godzinach od rozpoczęcia ataku. Śnieg, który zaczął pruszyć, utrudnił nam i zjedzenie posiłku i spakowanie rzeczy. Nikt jednak nie chciał nocować na tej wysokości, i przy tej pogodzie, więc jakoś w miarę szybko, ostatkiem sił, wszystko ogarnęliśmy i ruszyliśmy w kierunku bazy pierwszej. Dla mnie była to dopeiro połowa drogi, bo tego samego dnia chciałam jeszcze wrócić do Huaraz. Najpierw jednak trzeba było przedostać się do bazy pierwszej. Sprawa nie łatwa, bo odcinek składał się z kamieni, a te przy pruszącym śniegu, nie tylko śliskie były, ale i zakrywały znaczne połacie terenu, przez co trudno było wyczuć, czy na dany akurat kamień można bezpiecznie stąpnąć, czy też nie. Sprawy nie ułatwiał też nadchodzący w tempie ekspresowym zmrok. Nieco, a nawet bardzo już wyczerpani, z około piętnastoma kilogramami na plecach, które wydały nam się o niebo cięższe niż dnia poprzedniego, wędrowaliśmy jednak do przodu, uciekając przed śnieżną zawieruchą. Na szczęście cały czas było z górki, chociaż to w przypadku warunków, w jakich przyszło nam schodzić, sprawy też nie ułatwiało. O skręcenie, czy złamanie kostki było łatwiej niż kiedykolwiek.

Po tej kilkugodzinnej męczarni, udało się nam wreszcie dotrzeć do pierwszego obozu. Godzina -około 18:30. Nasza grupa uradowana, że wreszcie sobie odpocznie, została tu na noc, a ja wraz z kolegą oraz kucharzem, tak jak wcześniej planowałam, zdecydowałam się na powrót do Huaraz. Czasu zatem na odpoczynek, jakby przybrakło. Trzeba było szybko ruszać dalej, by przynajmniej przed północą w domu się znaleźć. Do pokonania pozostało nam kolejne 3 godziny trekkingu – dokładnie do miejsca, z którego całą przygodę zaczęliśmy, czyli do Pashpa. Tu czekała na nas taksówka, która zabrała nas do miasta. Do Huaraz, wyczerpani i jednocześnie przeszczęśliwi, dotarliśmy przed północą.

Co się robi po zejściu z 6000 metrów?

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wyjściu z taksówki było zakupienie potrójnej porcji frytek i coca coli. Zdecydowanie nie było to najzdrowsze menu, ale w owej chwili byłam tak głodna i zmęczona, że postanowiłam sięgnąć po najprostrze danie, którego na co dzień unikam, jak ognia, ale którego po tym przeogromnym wysiłku, tym razem nie potrafiłam sobie odmówić.


Z całej tej wyprawy, którą zapamiętam w szczegółach do końca życia, wniosków jest co najmniej kilka. Skupię się jednak na jednym, tj. na czasie, który na wyprawę przeznaczyć trzeba. Niech Wam do głowy nie przychodzi, by zobywać Tocllaraju w 3 dni. Zdecydowanie odradzam, bo to jednak duży, bardzo duży wysiłek. Szczególnie, gdy warunki pogodowe nie są sprzyjające, jak sprzyjają, da się odcinek ataku szczytowego pokonać w 8-9 godzin. Dla porównania, nam zajęło to godzin 14. Podejrzewam, że dla doświadczonych wspinaczy, nie byłoby to jakimś ogromnym problemem, ale dla ludzi, którzy robią to od czasu do czasu, albo jeszcze rzadziej, to już nie lada wyczyn.

Poza tym to jak najbardziej wyprawę na Tocllaraju polecam i to bardzo. Gwarancja wzrostu adrenaliny, bezcennych wrażeń, niesamowitych widoków, wspaniałych trekkingów oraz kilku stromych, technicznych podejść GWARANTOWANA!


Zdjęcia: Cordillera Blanca, Huaraz, W drodze na szczyt Tocllaraju , PERU
Cordillera Blanca, Huaraz, W drodze na szczyt Tocllaraju , PERU



O innych moich wyprawach możecie poczytać na blogu www.sylwiatravel.com :-)

Zdjęcia

PERU / Huaraz / Cordillera Blanca  / Co widzisz na tym zdjęciu. Zejście ze szczytu TocllarajuPERU / Huaraz / Tocllaraju Cordillera Blanca / Na szczycie Tocllaraju 6034 mPERU / Huaraz / Cordillera Blanca  / W drodze na szczyt Tocllaraju 6034 m.n.p.m.PERU / Huaraz / Cordillera Blanca / W drodze na szczyt Tocllaraju PERU / Huaraz / Cordillera Blanca  / Blisko szczytu Tocllaraju

Dodane komentarze

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2015-03-20 09:12:08

Manu polecam (oczywiście zdecydowanie na dłużej niż mi się udało) - szczególnie jakbyś miała okazję oglądać te lizawki papug. Co do gór - w moim przypadku wysokość jednak ma znaczenie (ok. 3500 zaczyna przytykać), następnym razem jednak muszę Huayna Potosi spróbować ....Pozdrawiam,

Sylwia Perkowska dołączył
14.01.2015

Sylwia Perkowska 2015-03-16 21:24:57

Co do wysokich szczytów to lepiej sięzaaklimatyzować. Są ludzie którzy po 2 dniach aklimatyzacji dają radę, ale kilka które ja spotkałam, po takim krótkim czasie odpadały, szczytu nie zdobywały i kasę traciły. Ale ogólnie warto choć raz w życiu coś takiego przeżyć, bo to niesamowite doświadczenie.

Jezeli chodzi o dzungle, to tak - byłam tydzień w Iquitos, ale mnie jakoś dżungla nie specjalnie ciągnie. Te “insekty” i duchota to jednak wyzwanie, nie każdy to lubi i ja chyba do tej grupy się nie zaliczam. Fajnie było zobaczyć, jak to wygląda i bardzo się ciesę, że miałam okazję być w Iquitos. Zwyczajnie uwielbiam wszystkie nowe doświadczenia. Niemniej jednak dla mnie góry są zdecydowanie atrakcyjniejsze  Może niedługo wybiorę się do dżungli znajdującej się bliżej Cusco – Manu. Co do Boliwii to masz rację, wszystko jest tam tańsze . Dla przykładu Ekwador, znacznie droższy i od Peru i od Boliwii. Innych krajów jeszcze nie znam, to nie mogę powiedzieć. Pozdrawiam gorąco!

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2015-03-16 20:51:48

Nigdy jeszcze nie miałem tyle czasu żeby sobie pozwolić na aklimatyzację, stąp pewnie z gruntu te atrakcje sobie odpuszczam - pewnie szkoda. Właśnie Boliwia znacznie tańsza jeśli chodzi o większość porównywalnych atrakcji. A byłaś w dżungli ?

Sylwia Perkowska dołączył
14.01.2015

Sylwia Perkowska 2015-03-14 01:52:53

Hej, hej. Najpierw wspinałam się na 6000 tysięcznik w Boliwii – Huayna Potosi niedaleko La Paz, bo jest zupełnie nie techniczny, i warto zobaczyć, jak ciało zareaguje na takie wysokości właśnie na szczytach zupełnie nie technicznych. Na moim bogu znajdziesz z tej wyprawy krótką relację.
http://sylwiatravel.com/pl/jak-zdobyc-boliwijski-szczyt-huayna-potosi-6088-m/
Ten szczyt w Boliwii był stosunkowo bardzo tani, chyba około 200$. W Peru niestety taka przyjeność to co najmniej 600 $, ale w słabszych firmach. Czylii często ze złej jakości sprzętem i słabymi, niedoświadczonymi przewodnikami. Ja już na własnej skórze doświadczylam tego,jak to jest być pod opieką tych niedoświadczonych i teraz zato bezpieczeństwo wolę płacić podwójnie. Swój sprzęt mam, więc zawsze mam ze 100 $ taniej. Szczyty nie techniczne, powyżej 5000 m. ale mniej niż 6000 można nawet za 200 -300 $ zaliczyć. Co do wysokości, to jestem w Peru już dość długo, więc z wysokością jako tako nie mam problemu. Ale przy ponad 5300 metrów zawsze mam te same objawy, czyli kilkugodzinny ból głowy. Herbatka z koki raczej za wiele przy takim bólu nie pomoże, ale pić trzeba, bo chodzi o dostarczanie jak największej ilości płynów. Lepiej zaś pomaga ibuprofen – przynajmniej dla mnie i rzucie koki – dzięki temu ogólnie się na te 6000 metrów w miarę bez problemów wdrapuję :-) Ogólnie, zawsze trzeba się zaaklimatyzować, przynajmniej kilka dni pochodzić po górach do mínimum 5000 m, by się potem wdrapywać na te 6000 – tysięczne. Jak masz więcej pytań, daj znać. Pozdrówka serdeczne :-)

Smok-1 dołączył
09.03.2010

Smok-1 2015-03-13 18:32:03

Sylwia, daj znać, ile taka przyjemność kosztuje ? Zaczynałaś z Huaraz ? I na chorobę wysokościową lepsza chyba herbatka z koki, a nie ibuprofen ...

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl