Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Ośla wędrówka część IV i ostatnia > PERU


Expedition-madidi Expedition-madidi Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie PERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / Paks! (zdjęcie do art.)Tuż przed świętami mamy dla Was ostatnią część wędrówki z osiołkiem. Po cichu liczyliśmy na to, że ekipa Expedition- madidi nie rozstanie się z Paksem, ale to jednak nie bajka ;-)

DZIEŃ 13

Rano siadamy przy ulicy i czekamy na jakiś samochód do Culipampy, chcemy już z powrotem do naszego osiołka. Przychodzi jakiś koleś sobie pogadać, a 5 minut później wraca na motocyklu i krzyczy do nas „wskakujcie! Zawiozę was do Culipampy!”. Jedziemy więc w trójkę na jednym motocyklu i przez całą drogę gadamy. Eriberto pochodzi z Abancay, miasta o jakieś 250 km stąd, a tutaj od 10 lat zajmuje się jakimś projektem wolontariackim. Pomagają hodowcom alpak. Po drodze mijamy laguny z flamingami. O dziwo koleś nie chce od nas ani sola za podwiezienie (piszę „o dziwo” bo w Peru nie łatwo o darmowego stopa).
W Culipampie najpierw biegniemy do sklepu po marchewki. Właścicielka znów przepięła Paksa w cholerę daleko i właśnie po niego poszła. Mamy tylko nadzieję, że kasa, którą jej daliśmy na owies, naprawdę na to poszła. Właścicielka nie omieszkała powiedzieć, że dała mu jeść też dziś rano, więc musimy jeszcze dopłacić. Niech jej będzie.
Idziemy do naszego ulubionego sklepikarza Pio po kolejne marchewki i siadamy razem z nim, Paksem i dwoma kolesiami przed sklepem i gadamy. W końcu ruszamy w drogę z Paksem do Huacullo. Tylko 8 km i po płaskim lub lekko w dół. W Huacullo znów dzięki pomocy Eriberta kupujemy 20 kilo owsu dla Paksa! Szaleństwo! Paks piszczy jak szalony, gdy widzi Krzyśka idącego do niego z tą ogromną paką. Okazuje się, że właścicielka sporo sobie liczyła za ten swój owies, bo tą wielką pakę kupujemy za grosze. Paks ma całą noc jedzenia. Jutro ruszamy do Oropesy.
My z kolei zajadamy się tutaj specjalnościami regionu, czyli pstrągami i alpakami. W Antabambie specjalnie czekaliśmy, żeby spróbować mięsa alpaki, a to mięso jest tutaj bardziej popularne niż każde inne i za grosze. Kupujemy jakąś badziewną czołówkę za 10 zł, bo jakoś nie wyobrażamy sobie trekkingu bez światła.
Wszyscy już nas tutaj znają. Jakiś facet pyta Krzyśka idącego z owsem jak tam z Marzeny nogą. Śmieszne,bo Krzysiek nawet nie wie kto to :)

Zdjęcia: Peruwiańskie Andy, Arequipa, Paks! (zdjęcie do art.), PERU
Peruwiańskie Andy, Arequipa, Paks! (zdjęcie do art.), PERU



DZIEŃ 14

Zostajemy jeszcze jedną noc w Huacullo. Powód? Moja noga po wczorajszych 8 km znów napuchła i boli. Krzysiek zarządził dzień odpoczynku. Po drugie nawet taki żarłok jak Paks nie był w stanie przejeść tego owsu, dajemy mu więc jeszcze trochę czasu, żeby tego później nie nosić.
Dzisiaj przeprowadziliśmy test gotowania na kupach alpak. Poszliśmy na łąkę i tak jak przypuszczaliśmy, ze znalezieniem kup nie ma żadnych problemów. Na szczęście alpaki chodzą w grupach i kupę też robią razem w jednym miejscu. Pozbieraliśmy je do woreczka i poszliśmy z nimi koło hotelu. Ponoć ciężko je rozpalić, ale za pomocą benzyny poszło błyskawicznie. Gotujemy jajka na twardo. Idzie nam szybko i sprawnie jak na pierwszy raz. Oczywiście towarzyszą nam dzieciaki, które zawsze są wtedy, kiedy ich najmniej chcemy i dają milion rad typu: czemu nie dodamy kartonów, żeby się lepiej paliło. Tylko skąd my, drogie dzieci, weźmiemy później w trasie kartony?
Po południu idę nad strumyk zrobić pranie. Przychodzą tutaj prać wszystkie kobiety z wioski. Zaraz jakaś się do mnie przyczepia i muszę opowiadać wszystko po raz milionowy.
Jutro wyruszamy. Jesteśmy pełni obaw jak dam sobie radę z tą nogą. Czy nie utkniemy gdzieś przez to pośrodku niczego? Ciągle puchnie, ciągle boli, a do przejścia ok 100 km...

DZIEŃ 15
Wyruszamy.
Krzysiek znalazł mi jakiś metalowy pręt, więc podtrzymuje się nim. Jakoś daje radę. Kostka boli, ale jest lepiej. Muszę tylko bardzo uważać jak i gdzie stawiam stopę. Obniżamy się o 400 metrów, oddycha się zdecydowanie lepiej. Dochodzimy do jakiejś wioski (w sumie ciężko to nazwać wioską, 3 domy na krzyż) o nazwie Yumire. Pytamy o wody termalne, bo słyszeliśmy, że tutaj są i czy można gdzieś kupić ziemniaki. Pani daje nam siateczkę za darmo. Pięć minut od domów są wody termalne. Jeden basen na świeżym powietrzu wyłożony cementem, dookoła mnóstwo gorących strumyków. Rozbijamy tam namiot, ziemia jest gorąca. Pierwszy raz w życiu mamy podgrzewaną podłogę w namiocie, dzięki czemu w środku mamy gorąco jak w lecie na nizinach! Zamierzamy się wykąpać z rana, już nie możemy się doczekać.

DZIEŃ 16
Takie piękne miejsce, szkoda by było nie zostać tu jeden dzień. Napełniamy basen termalną wodą i korzystamy z uroków gorącej wody. Gotujemy wodę i makaron na odchodach alpak. Strasznie to czasochłonne i trzeba dmuchać co chwile jak nie ma wiatru. Wpadamy na inny pomysł i wrzucamy ziemniaki i jajka do wody termalnej, a nuż się ugotują.
Cały ranek mieliśmy termy tylko dla siebie. Później przyszła para z dzieckiem i koniem i siedzieli tam dobrych parę godzin. Myli się, prali itp. (no może oprócz konia ;) ). Przegoniło ich dopiero dwóch kolesi z wiochy nieopodal. Najpierw jednak podeszli do nas sobie pogadać. Jeden z nich powiedział nam, że dalej droga jest bardzo niebezpieczna, a ponadto musimy uważać na dzikie ludy, które mogą dmuchać w nas zatrutymi strzałkami. On oczywiście może zostać naszym przewodnikiem. Dawno już nie słyszeliśmy takich bzdur, obydwoje go wyśmiewamy. Stwierdzili również, że do Oropesy to zajdziemy w 2 dni. Zastanawiamy się, czy któryś z tych cwaniaków co tak mówią, kiedykolwiek poszli tą drogą na piechotę. To jest ponad 100 km, a to oznacza według nich 50 km dziennie. Oczywiście mogło to by być możliwe, ale musielibyśmy naprawdę zapieprzać, iść w nocy, bez osła, bez bagaży, ze zdrową nogą. I tak już nikomu nie wierzymy z czasami przejść. No więc oni przeganiają z basenu rodzinę. Też przyszli się tu umyć i wyprać rzeczy. Wszyscy tu po to przychodzą. Jeśli mają w domu wodę, to tylko zimną. Rodzina odchodząc, daje nam siateczkę ciepłych jeszcze ziemniaków. Nie wiemy o co chodzi z tym obdarowywaniem nas ziemniakami, ale się cieszymy :). Przy okazji dowiadujemy się, że w tej 3 domowej wiosce jest sklep! A my dobrych parę godzin gotujemy wodę, żeby mieć co pić na drugi dzień! W końcu basen pustoszeje. Krzysiek idzie do sklepu ja opróżniam basen z brudnej wody. Cholera jasna ! W oddali widzę idącą tu babuleńkę, podchodzi do mnie i pyta czy zamierzam się kąpać „tak, opróżniam basen. żeby napełnić jeszcze raz i idziemy się kąpać” odpowiadam jej. Przychodzi Krzysiek z zakupami i świeżą dostawą odchodów alpaki . Odchodzę do niego, babuleńka już się rozbiera. Wchodzi do wody z piersiami na wierchu i rozłożystej zielonej spódnicy. Za chwilę dołącza do niej prawdopodobnie jej wnuk. Słońce zachodzi. Chyba wykąpiemy się dopiero jutro rano. W końcu sobie idą. Znów opróżniamy basen i zatykamy, żeby napełnił się na rano. A tutaj … Jakiś facet z babą naubierani jak bałwany. Facet krzyczy:”kąpiemy się!” i ściągają ciuchy. Ma ze sobą przenośne radyjko. Za chwile widzimy, jak z góry schodzą 3 osoby, za nimi kolejne 3. Nie wiemy ile w końcu zebrało się ludzi nad basenem, ale głosów w cholerę. Dzieci i dorośli, wszyscy się drą. Muzyka gra na fula. I to nasza ulubiona peruwiańska gwiazda, która wszystkie piosenki ma takie same. Ta muzyka doprowadza nas do szału. Chyba wszyscy siedzą w tym basenie i imprezują. Na zewnątrz jest zimno. Paks jest gdzieś koło nich, nie jesteśmy zbyt zadowoleni. Jak długo to potrwa?
Na szczęście w końcu wszystko milknie, sprawdzamy czy nic nam nie zginęło i czy Paks ma się ok i w końcu możemy zasnąć.

DZIEŃ 17
Budzimy się z samego rana. Krzysiek idzie szybko zatkać kurek od basenu, żebyśmy mieli wodę na dzień dobry i na do widzenia. Wskakujemy do cudownej, gorącej wody i zamierzamy wyjść gdy słońce wyjdzie zza gór. Po jakimś czasie otacza nas chyba ta sama wczorajsza imprezowa ekipa. Między innymi gościu, który chciał zostać naszym przewodnikiem. Jedni się gapią, inni chichrają, a pan przewodnik coś do nas gada. Jestem tak wściekła na nich, że szybko kończę z nim gadkę i zaczynam rozmawiać z Krzyśkiem. Chwile jeszcze stoją i się gapią, w końcu odchodzą. Słońce już się pojawiło, więc wychodzimy i idziemy składać namiot. Za jakiś czas przychodzi do nas „pan przewodnik” i mówi, że musimy zapłacić po solu, że to jest opłata za wstęp dla wioski, bo oni jutro tu przyjdą sprzątać. O nie! Źle koleś trafił! Mówię mu że tu nie ma żadnych wstępów, żeby nie wymyślał bzdur i że my po sobie posprzątaliśmy. Nie omieszkał więc powiedzieć, że nasz osioł tutaj sra i oni będą musieli to sprzątać. Ależ mnie wkurzył! To jest wolny teren, przychodzą tu i srają stada alpak, lam, krów, psów i wszystkiego! Zresztą sami posprzątaliśmy kupy alpak dookoła basenu na których gotowaliśmy :P. Nie chodziło o tego sola, bo to mało, ale o sam fakt. Gościu od początku nam nie podpasił. Zobaczyli gringos i nagle wymyślili, że będą brali opłaty za wstęp. W dodatku widzieliśmy, jaki syf zostawili kąpiący się tu ludzie (w tym oni), a my naprawdę po sobie posprzątaliśmy. W końcu kolesie widzą że nic nie wskórają i sobie idą, a my pakujemy osiołka i idziemy dalej, mijając się z całym stadem lam i alpak, które właśnie wtargnęły na termy się, za przeproszeniem, wysrać!
Dzisiejsza droga nas nie rozpieszczała. Najpierw dwie rzeki do przejścia, zgubiona droga dwa razy. Później zaczął padać grad i walić pioruny akurat wtedy, kiedy byliśmy na szczycie góry. Szybko próbowaliśmy zbiec na dół, adrenalina zatrzymała ból nogi. Na dole szybkie rozkładanie namiotu, wszystko już i tak mamy mokre.

DZIEŃ 18
Krzysiek ma najcięższy plecak z całej naszej trójki, ciągle mówi że musi coś oddać osłowi, a efekt jest taki że znów coś od Paksa zabiera. Dzisiaj stosunkowo rzadko gubimy drogę. Naprawdę
ciężko się w tym połapać. Czasami ścieżka jest mocno wyraźna, czasami nie widać jej wcale, czasami jest ich kilka. Często prowadzi do rzeki, a tam nie ma oczywiście żadnego mostku który powie Ci „tak, to jest właściwa droga, masz przejść przez rzekę”. Musimy więc wybrać: albo przez nią przechodzimy, albo musimy wspiąć się na górę. Dzisiaj przytrafiła nam się miła niespodzianka, zrobiliśmy sobie krótką przerwę po drodze przy jakiejś chatce. Krzysiek znalazł dla Paksa piękny kawałek zielonej trawy. Zauważyliśmy po 2 stronie rzeki unoszącą się parę – termy!
A co tam, otwieramy druciany płot i wchodzimy. Okazuje się że chatka jest kompletnie pusta, a obok basenu, w kamiennej zagrodzie są 2 wanny! Szaleństwo! Ucinamy sobie szybką gorącą kąpiel! Jak cudownie! Tym bardziej że pogoda nas nie rozpieszcza. Nie pada, ale całe niebo zachmurzone i jest zimno. Za termami wspaniała, szeroka, wyraźna ścieżka. Jednak na tym koniec niespodzianek. Szeroka ścieżka ciągnie się cały czas do góry. Zamiast się obniżać (Oropesa jest na 3300 m .n.p.m.) wychodzimy 200 metrów powyżej 4 tysiące, w dodatku zaczyna lać. Idziemy w deszczu totalnie już przemoczeni. Mistrz znajdowania miejsca na namiot znów staje na wysokości zadania i trochę wyżej nad drogą znajduje suchą miejscówkę pod skalnym okapem. Jesteśmy źli bo mamy siłę iść dalej, ale pogoda znów nam to uniemożliwiła. Powoli kończy nam się suchy prowiant, nie mamy też nic do picia wykorzystujemy więc czas na gotowanie makaronu i wody, oczywiście na alpakowych kupach. Ciekawe ile km mamy jeszcze do Oropesy? Na pewno ok 900 metrów obniżenia. Stopa ciągle boli i puchnie, ale daje radę. Rozwala mi się but, odpada podeszwa, but prawdopodobnie nie przetrwa.

DZIEŃ 19

Naszą wędrówkę w najwyższym punkcie zaczęliśmy od Culipampy na 4700 i mieliśmy dojść na 3300. Zeszliśmy na 4 tysiące, a dzisiaj musieliśmy znów wejść na 4700. Długi dzień, zaczęliśmy iść bardzo wcześnie, a skończyliśmy po ciemku. Po drodze była wioska (malutka osada raczej) o nazwie Kilkata, okazało się że jest sklep! Tyle że nie ma właściciela i nie wiadomo kiedy wróci. Nauczyciel z tutejszej szkółki daje nam w prezencie, o dziwo nie ziemniaki a krakersy i dwie bułki. Proponuje, że może coś dla nas ugotować. Nam jednak trochę się spieszy, chcemy przejść przełęcz jak najszybciej, bo chmury wciąż nad nami. Na 4700 docieramy po ciemku i kontynuujemy wędrówkę, bo w końcu zaczęliśmy się obniżać. Chcemy zejść choć trochę niżej żeby było cieplej. Schodzimy na ok 4400 i mamy problem, bo połamał nam się namiot, ale McGaywer daje radę - namiot przeżywa noc. Krzysiek pyta mnie czy nadal nie mogę napatrzeć się na lamy i alpaki, a ja żartuje sobie, że chyba na talerzu. Alpak i Lam widzieliśmy miliony. Przeróżne wiekiem, kolorem, sierścią, wszystkim. Dalej mi się podobają, ale przy ośle nie mają żadnych szans :)
Paks zadziwia nas, jak łatwo przystosowuje się do jedzenia, jakie tutaj ma. Na dużych wysokościach, roślinność jest surowa, twarda, ostra, z kolcami. Przez pół godziny obserwujemy, jak PAKS zajada się takim krzaczkiem. Bez żadnych liści, z kolcami,a jemu najwyraźniej to smakuje. Jak odporny musi być, że go to nie rani...

DZIEŃ 20 . Dzień 29 od kiedy mamy PAKSA

Ciągle w dół, w dół, w dół. Serpentynami, skrótami, jakkolwiek ale w dół. My się obniżamy, temperatura rośnie. W końcu docieramy do celu – 3300 m n.p.m. Totora. Miała być Oropesa ale jak się okazuje to praktycznie jedno i to samo tylko po dwóch różnych stronach rzeki. Znajdujemy nocleg i czeka nas przykry spacer – w poszukiwaniu kupca na PAKSA. Nie wiemy do końca jak się za to zabrać, od czego zacząć. Wszystko jednak odbywa się dość naturalnie. Ludzie sami nas zaczepiają i pytają, skąd idziemy i dokąd. Gdy się dowiadują, że chcemy sprzedać osła, pytają jeden drugiego i wieść się rozchodzi. Jednak okazuje się, że wystarczy kupić marchewki, usiąść na krawężniku i zacząć karmić Paksa, a już nie trzeba chodzić po wiosce, wioska przychodzi do nas. Każdego bawiło to, że karmimy osła marchewkami. Oczywiście jeden „znawca” zagląda na Paksa i ogłasza wszystkim, że jest stary. Mówimy mu, że możemy pójść wszyscy do weterynarza i niech prawdziwy znawca to oceni. Nikt tutaj na szczęście nie mówi, że stary osioł to tylko na mięso. Jakaś kobieta jest zainteresowana, ale krzywi się że nie jest wykastrowany. Wszyscy się śmieją gdy mówię im, że to chyba dobrze bo jest silniejszy, 100 % macho. Rozmowy trochę trwają, cały tłumek stoi dookoła nas, oglądają Paksa, próbują negocjować cenę. Na jego korzyść wpływa to że przeszedł z nami przez Andy taki kawał drogi. W końcu jedna kobieta mówi, że jeśli spuścimy cenę ona go weźmie. Jej córeczka z miłością głaszcze Paksa i robi mu warkoczyki. Widać zresztą, że ludzie tutaj mają całkiem inne podejście. Nie ma tu dużo osłów. Głaszczą go, odnoszą się do niego z czułością, patrzą na niego z zaciekawieniem. Chcemy już mieć do za sobą. Obniżamy cenę i sprzedajemy Paksa . I tak sprzedaliśmy go drożej niż go kupiliśmy. Myślałam, że dam radę, ale nie daję. Łzy ciurkiem spływają mi po twarzy gdy się z nim żegnam. Krzysiek ma szczęście, bo przez to jego świeczki w oczach uchodzą uwadze. Teraz wszyscy mnie żałują „pobresita” (biedniutka) „nie martw się, będzie miał tu dobrze”. Kupujemy mu jeszcze marchewki, część zjada, część pakujemy do torebki i dajemy nowej właścicielce. Jest trochę przerażona, że nauczyliśmy osła jeść marchewki i ona teraz będzie musiała mu kupować, bo nic innego nie będzie chciał jeść. Córeczka odchodzi z Paksem, a my ze smutkiem odprowadzamy go wzrokiem...
Nowa właścicielka Paksa zabiera do siebie, naciągnąć nas na zakup jej rękodzieł. Przynosi nam całe pudło maskotek zrobionych z futra alpak. Misie, alpaki, pieski, foczki, cały zwierzyniec. Są piękne, ale dużo sobie za nie liczy. Okazuje się, że one słyszały już o nas. Eriberto, motocyklista z Huacullo opowiadał nam o kobietach robiących rękodzieła z alpak. W międzyczasie był w Totorze i tym kobietom opowiadał o nas.
Żegnamy się z nimi szybko, chcemy już w samotności smucić się rozstaniem z Paksem. Po drodze jeszcze dwie osoby pytają zainteresowane kupnem osiołka. Jest nam strasznie smutno, ale nie było wyjścia, od początku wiedzieliśmy, że w końcu będziemy musieli go sprzedać. Tu się urodził i tutaj musi zostać. Szukaliśmy jedynie jakiegoś miłego miejsca dla niego. To była piękna przygoda i NIGDY Paksa nie zapomnimy. Ja płaczę już do końca dnia. Kupujemy bilety do Abancay i wyjeżdżamy na północ Peru nocnym mikrobusem.
Nasza ośla wędrówka dobiegła końca.

Pierwsza część: http://www.globtroter.pl/artykuly/2779,peru,osla,wedrowka.html
Druga część:http://www.globtroter.pl/artykuly/2792,peru,osla,wedrowka,czesc,ii.html
Trzecie część: http://www.globtroter.pl/artykuly/2803,peru,osla,wedrowkla,cz,iii.html

Zdjęcia

PERU / Arequipa / Peruwiańskie Andy / Paks! (zdjęcie do art.)

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl