Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Kaindy -akwamaryn w koronie gór > KAZACHSTAN


Leoncjo Leoncjo Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie KAZACHSTAN / Południowy-wschód / Okolice wsi Saty / Był lasTrzy tygodnie z namiotem w Kazachstanie i Kirgizji. Łącznie 14000 km, z tego połowa lokalnymi środkami transportu, autostopem i na piechotę. Upalne stepy, malownicze kaniony, szafirowe jeziora i jurty pośród ośnieżonych szczytów. Nie sposób zawrzeć to w jednej relacji, więc zainteresowanym proponuję lekturę w odcinkach. W tym o niezwykle urokliwych jeziorach wysokogórskich. Dzisiaj zjawiskowe jezioro Kaindy

Szukając informacji o Kazachstanie nie sposób nie natknąć się na zdjęcia poszarzałych pni sosnowego lasu, wystających z tafli wody o niesamowitym kolorze. Przeglądając kolejne obrazki pomyślałem, że jest to nie tyle efektowne co efekciarskie i grafik przesadził bawiąc się suwakami Photoshop`a. Zastanawiające było to, iż kolorystyka materiałów z różnych źródeł miała zróżnicowaną tonację lecz w każdej barwa wody przypominała karaibskie płycizny a nie górskie jezioro. Po zlokalizowaniu jeziora w okolicach miejscowości do której mieliśmy pojechać, wpisałem go na listę miejsc do zobaczenia.
Na górskie trasy w parku Kolsai przeznaczyłem dwa dni. Znane powiedzenie mówi „ jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”. Z moich musiał mieć niezły ubaw bo już pierwszego dnia rozłożył mnie solidnym bólem, kierując moje myśli ku kazachskim medykom a nie urokom gór. Zabrany z Polski antybiotyk, plus silny środek przeciwbólowy pozwoliły mi na uniknięcie sprawdzenia skuteczności polisy ubezpieczeniowej lecz o wspinaniu się powyżej „jedynki” nie było mowy. Następnego dnia wdrapaliśmy do „dwójki” w spędziliśmy tam noc. Nadchodząca burza zmusiła nas do rezygnacji z podchodzenia pod „trójkę” i powrotu do Sat. Gdybyśmy wówczas znaleźli transport w kierunku granicy zapewne Kaindy pozostałoby w mojej świadomości jedynie jako przerysowany obrazek i punkt na mapie. Szczęśliwie, jak już teraz wiem lecz wówczas wręcz przeciwnie, burza zmusiła nas do rozbicia namiotu u wylotu z miasteczka. Uziemieni w namiocie przeklinaliśmy Saty, ulewę, interesownych kierowców i brak transportu publicznego. W nocy okazało się, że upstrzona krowimi plackami łąka za pozornie opuszczoną stacją benzynową jest placem manewrowym dla cystern dowożących paliwo. Perspektywa zadeptania przez krowy sprzed trzech dni była niczym wobec możliwości dostania się pod koła wielotonowej ciężarówki. Wprawdzie potężne reflektory rozświetliły wnętrze namiotu jak chiński lampion ale czy dla siedzącego dwa metry wyżej kierowcy samochodu i patrzącego przez zalewaną deszczem szybę zielona, wypukła płachta, będzie widoczna? Tego wcale nie byliśmy pewni. Po kilku minutach ogłuszającego warkotu silnika, jak nam się zdawało tuż nad głowami, nagle zapadła cisza. Trzasnęły drzwi pojazdu, plasnęło od ciężaru zeskakującego ze schodków mężczyzny i usłyszeliśmy wołanie: „Ej, wy tam w pałatkie. Priwiet!” W półkolu rozpiętego wejścia pojawiła się umorusana twarz młodego mężczyzny. Spodziewałem się pretensji, polecenia zbierania namiotu a usłyszeliśmy: „Wy chotietje pojechat na ozjero Kaindy? U mienia jest dwa miesta w maszynie”. „Kakda? Ja nie dumuju szto siejczas” odpowiedziałem zaskoczony. „ Niet, zawtra utrom. W diesiat” padła odpowiedź. Ustaliliśmy jeszcze gdzie mamy się spotkać i gość odjechał ponownie czyniąc ogłuszający hałas. Zdążając na miejsce spotkania już z daleka było widać, że los ponownie postanowił sobie zakpić. Stary UAZ, który miał nas zawieźć stał na podnośniku a nasz wczorajszy gość, z rękami umazanymi smarem walił młotkiem w piastę koła. Ustaliliśmy, że jeśli znajdzie się, ktoś, kto nas wywiezie z tej pechowej okolicy, to nie czekamy. Jedyny samochód jaki się przy nas zatrzymał, przywiózł pozostałych uczestników wypadu. Przy udziale kilku przypadkowych osób, nie wiedzieć kiedy, koło trafiło na miejsce a my do pojazdu. Przyjacielowi przypadło miejsce w bagażniku, mnie koło sympatycznej dwudziestokilkulatki. W szóstkę, pięcioosobowym gruchotem wyjechaliśmy z Sat, żeby po chwili wjechać na wyboistą, porytą przez spływającą wodę drogę. Telepało strasznie ale to dodawało uroku jeździe, Znacznie mniej przyjemne były kłęby spalin, które wpadały do kabiny. Jeśli pierwszy odcinek drogi zaliczyłem do przyzwoitego doświadczenia w jeździe „off road”, to wjeżdżając w rwący strumień odruchowo podniosłem nogi i położyłem rękę na klamce. Kilkudziesięcioletni pojazd, w którego wnętrzu pozostały jako-tako sprawne tylko absolutnie niezbędne elementy, radziło sobie niezwykle dobrze. Początkowo usiłowałem zrobić jakąś dokumentację trasy lecz później skupiłem się na utrzymaniu siedzenia na fotelu a żołądka wewnątrz organizmu. Widok budki kontrolnej przyjąłem z ulgą. Pojazd zatrzymał się na małej łące graniczącej z małym jeziorkiem. „To ma być Kaindy?!” Spodziewałem się manipulacji w kolorystyce ale to co zobaczyłem w niczym nie przypominało widzianych w sieci widoczków. „Gdzie u licha, te pnie? Drewno nie jest zbyt trwałe w wodzie ale nie mogły wszystkie się zawalić” - myślałem nerwowo. Na domiar złego, pogoda po nocnej ulewie nie była najlepsza. Chmury wisiały nisko czyniąc wszystko w wokół przygasłe, wypłowiałe. „ Jak pech, to pech. Jezioro zjawiskowo ...nijakie, podobnie jak aura.” - żułem niezwerbalizowane pretensje. Kierowca pokazał na zegarku czternastą a ręką słabo widoczną wyrwę w niskich krzakach. „Jeszcze tego brakowało” wkurzyłem się nie na żarty. Była mowa o czterdziestu minutach, godzinie a nie trzech. „Co my tu mamy robić tyle czasu?” myślałem zdziwiony, że naszych przypadkowych współtowarzyszy podróży wcale to nie zmartwiło. Co było robić? Wyjazdy łączone są tańsze lecz mają też i wady. Większość decyduje kiedy się wraca. Zniechęcony powlokłem się we wskazanym kierunku. Krzaki były gęste, więc akwamarynowa tafla wody uderzyła mnie swoim dziwacznym kolorem zupełnie znienacka. Z wody wystrzeliwują ku niebu nagie, poszarzałe pnie potężnych sosen. Wokół każdego z nich, tuż pod powierzchnią wody, widać ciemniejszy pierścień, jakby gęsto rosnące gałęzie ze świeżymi igłami okalały słupy martwego drewna. Stałem oniemiały, zaskoczony. Spektakl dopiero się rozpoczynał. Po uwerturze, niebiański reżyser rozsunął kurtyny chmur i włączył główny reflektor. Wszystko wokół stało się wyrazistsze, barwy się nasyciły, zapachy zintensyfikowały. Wystające pnie zajaśniały a woda przybrała jeszcze bardziej nierzeczywisty kolor. Gdyby obok zarżał jednorożec a nad taflą jeziora zawisłyby elfy, nie czułbym się bardziej zdziwiony. Jak bajka, to bajka. Dostępnego brzegu w tym miejscu jest niewiele. Może kilkadziesiąt metrów. Po lewej stronie, w głębokiej wyrwie jest ujście wody, która grzmiąc stacza się strumieniem w dół wzgórza. Z prawej jest kilka dopływów a dalej stroma skarpa. Na przeciwległym, bliższym brzegu jezioro łączy się z urwiskiem. Mniej dociekliwi po ochłonięciu wrócą usatysfakcjonowani. Dla tych, którzy słusznie dojdą do wniosku, że tak piękne miejsce musi trzymać coś w zanadrzu właściwym kierunkiem będzie gruntowa droga po prawej stronie. Przecinając strumień i wspinając się w górę, trzeba wypatrzeć niepozorne, choć strome zejście w lewo. Przedzierając się przez podmokły grunt i gęste krzewy można (choć nie jest to oczywiste) dojść do kamienistej „plaży”. Kończą ją dwie wysokie skały, przez które przeciska się płytka w tym miejscu rzeka. Za skalnym zakrętem ponownie roztacza się widok na widziane wcześniej drzewa. Są jednak w zasięgu ręki. Woda jest koszmarnie zimna, co nie odstrasza śmiałków od kąpieli. Ku zaskoczeniu chyba wszystkich tam obecnych, jadący z nami samochodem mężczyzna zdjął ubranie i ...popłyną w stronę pni. Na sam widok krew ścięła mi się w żyłach. Trzy godziny minęły nie wiedzieć kiedy. Trzeba było wracać. Jazda w dół wcale nie jest mniej emocjonująca. Tym razem strumień pokonywaliśmy mostkiem którego szerokość była niemal identyczna z rozstawem kół samochodu. Opatrzność uśmiechnęła się z wyrozumiałością. Po rozliczeniu się z kierowcą, gryząc kupioną w sklepiku lepioszkę „złapaliśmy” taką samą ciężarówkę, jaką tu przejechaliśmy kilka dni wcześniej i „popędziliśmy” ku przeznaczeniu.










Na tym kończy się pierwszy pobyt w Kazachstanie. Wprawdzie dojazd do granicy z Kirgistanem zajęła nam jeszcze prawie dobę i obfitowała w zaskakujące wydarzenia ale to co zobaczyliśmy w Karakol i okolicznych górach jest zdecydowanie ciekawsze. Zatem kolejny artykuł będzie dotyczył Kirgizji. Do Kazachstanu powrócę, zgodnie z chronologią wydarzeń, po objechaniu Kirgistanu.

Zdjęcia

KAZACHSTAN / Południowy-wschód / Okolice wsi Saty / Był lasKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Okolice wsi Saty / Zatopiony lasKAZACHSTAN / Południowy-wschód / Okolice wsi Saty / Daremny opór

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl