Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Wielka Vilcabamba cz.2 >Choquequirao> PERU > PERU


Ed Bochnak Ed Bochnak Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie PERU / Cusco / Choquequirao / Kanion  rzeki Apurimac.Opis wyprawy do ostatniej stolicy Inków,Wielkiej Vilcabamby.Pobyt w Choquequirao.


O drugiej rano opuściliśmy zaspane Cusco. Czekało nas pięć godzin jazdy samochodem do celu, choć w linii prostej to mniej więcej 120 kilometrów.
Ze wschodem słońca, w rytmie płynącego z radia zespołu Eagles, „Hotel California”, dotarliśmy do Capuliyoc, małej osady, leżącej na krawędzi głębokiego urwiska na wysokości 2800 metrów n.p.m. Tu po raz pierwszy spotkałem mojego arrielo, mulnika o imieniu Uriel.
Choquequirao określa się mianem „świętej siostry Machu Picchu “. W XIX wieku mylnie uważano je również za ostatnią stolicę Inków. A to ze względu na tłumaczenie z quechua i oznaczające „Kolebka Złota” i legendarne skarby, które miały być ukryte w Wielkiej Vilcabambie.

Zaplanowałem, że do ruin dotrę następnego poranka. Zadanie, jakie sobie postawiłem, to nie tylko przejście około trzydziestu kilometrów w ciężkim terenie, ale i pokonanie przewyższeń o łącznej sumie trzech tysięcy metrów i to w ciągu dwóch dni. Nie czekając na mulnika, który zajęty był kulbaczeniem mułów, ruszyłem z przewodnikiem na szlak.
Oprócz sprzętu foto-video niosłem w plecaku trzy litry wody. Na początku trawersem przecięliśmy olbrzymi trawiasty stok, skąd rozpościerał się cudowny widok na drugą stronę doliny, gdzie oblepiony chmurami stał wyniosły sześciotysięcznik Salkantay. Jego strome zbocza opadały setki metrów w dół, wprost do kanionu Apurimac. Od jego przełomu dzieliło nas ponad 1500 metrów w pionie. Było coś metafizycznego w widoku jego śnieżnych grani odcinających się ostro od błękitu nieba. Idąc chłonąłem nie tylko widoki, ale i wodę i to w zastraszającym tempie.

Spragniony, wielkimi haustami wlewałem ją w siebie.
Przez pierwsze kilometry towarzyszył nam żółty pył, pokrywający szlak, który przy każdym kroku unosił się i wciskał do nosa i oczu. Po zejściu niżej zakrólowała wiosna. Nasłoneczniony stok miał swoisty mikroklimat. Kwitły drzewa, a na poboczu górskie kwiaty wystawiały kielichy do słońca. Było pięknie. Szlak utwardził się i prowadził przez zacienione małe zielone gaje, ale tu wpadliśmy w rój wszechobecnych gryzących muszek. Jakakolwiek przerwa w marszu groziła pojawieniem się dziesiątek bolesnych czerwonych punktów na skórze. Szlak kilometr za kilometrem opadał w dół.
Około południa, gdy słońce zbliżało się do zenitu, zrobiło się gorąco, a przepocona koszula khaki zmieniła kolor na ciemniejszy. Coraz częściej zacząłem wypatrywać mostu na rzece, gdzie mieliśmy zaplanowany popas. Z każdym pokonanym metrem wyraźniejszy szum „Wielkiego Mówcy”, jak nazywali rzekę Apurimac Inkowie, kojarzył mi się z upragnionym odpoczynkiem.
Po pięciu godzinach marszu spragnieni i zmęczeni słońcem, doszliśmy do mostu nad rwącym nurtem Apurimac, na wysokości 1470 metrów n.p.m. W cieniu wysokich zalesionych górskich ścian, w obozowisku la Playa Rosalina mój przewodnik przygotował wyśmienite jedzonko. Ja korzystając z chwili wolnego czasu zdjąłem buty i obolałe stopy po długim marszu zamoczyłem w zimnym bajorku.
Większość turystów zostaje tu na noc. My jednak po godzinnym odpoczynku, trzymając się planu postanowiliśmy iść dalej, tym razem pod górę. Napełniłem bidony wodą i po metalowym moście z optymizmem przekroczyłem huczący Apurimac.

Czekało nas kolejne dziesięć kilometrów marszu i ponad 1300 metrów przewyższenia do nocnego obozowiska. Rozpoczęliśmy mozolne kilkugodzinne podejście. Na zalesionym stoku temperatura powietrza utrzymywała się w granicach 30 stopni C. Nie ukrywam, było ciężko.
Wyczerpany podchodzeniem, arriero wsiadł na muła i zniknął nam z oczu za krawędzią cypla. Ścieżka ostrymi zakosami pięła się do góry. Tylko cudowne widoki wynagradzały mi zmęczenie. W połowie stoku napotkałem dużą karawanę mułów, schodzącą w dół. Była częścią grupy Francuzów, którzy dwa dni wcześniej odwiedzili ruiny. Na kolejnym postoju znalazłem między kamieniami podkowę. Ucieszyłem się, bo z każdej wyprawy staram się przywieź choć jedną, by powiększyć kolekcję. Podkowa to nie tylko symbol szczęścia, ale i ochrony, to dwa kryteria, które przydadzą mi się podczas tej wyprawy. Pchany już tylko wewnętrzną motywacją, ostatnie kilkaset metrów zygzakowanego stromego podejścia do wioski Marapaty pokonałem o zmroku.
Następnego dnia obolały, ale zadowolony wstałem o brzasku. Do ruin mieliśmy zaledwie dwie godziny marszu. Byliśmy wysoko, powyżej trzech kilometrów. Poranne słońce przyjemnie ogrzewało twarze. W głębokich dolinach pod nami płynęły dywany chmur. Fantastyczny widok. Przechodziliśmy małe zielone gaje, o krystalicznych strumieniach, brzęczących kolibrach i orchideach uczepionych starych konarów. W jednym z nich, wśród krzewów zauważyłem dużą ćmę; była jeszcze w letargu po chłodnej nocy. Z obawą ująłem ją delikatnie w dłonie. Była to Cecropia, rozpoznałem ją po charakterystycznych przeźroczystych półksiężycach na skrzydłach imitujących oczy. Motyl ten u Inków uchodził za pośrednika między światem żywych i zmarłych.

Gdy dochodziliśmy do obozu, słońce oświetliło zarysy kamiennego miasta. Po wykupieniu obowiązkowych karnetów wstępu u strażnika parku, na małej polanie, niemal na rogatkach Choquequirao, ustawiliśmy namioty. Podekscytowany, popędzałem Pabla, aby jak najszybciej wyruszyć do ruin.
Choquequirao było dużym, większym od Machu Picchu inkaskim miastem, rozlokowanym po obu stronach przełęczy, naturalnie ufortyfikowanym przez trudno dostępne górskie zbocza i głębokie kaniony po obu stronach stoku. W ruinach byliśmy sami. Podziwiałem w ciszy stare kamienne mury pałacu Pachacuteca, przeciskałem się wąskimi korytarzami, od których bił przyjemny chłód. Brukowaną ścieżką biegnącą za pałacem wspiąłem się na pięćdziesięciometrową sztuczną platformę, otoczoną niskim kamiennym murem. Inkowie wyrównali tu wierzchołek szczytu, by zrobić plac ceremonialny, skąd rozpościerał się wspaniały widok na ośnieżone szczyty gór. Dla nich byli to milczący bogowie mieszkający w niedostępnych turniach, bogowie, apus Ampay, Panta i Quishuar spoglądali z wysokości na miasto bogobojnych dzieci Słońca.

Słowo "apu" ma kilka znaczeń, w zależności od kontekstu. Oznacza opiekuna, protektora regionu. W naszym przypadku termin ten dotyczy ducha góry i jego świątyni, czyli wierzchołka.

Obszedłem kilka dużych świątyń z klasycznymi trapezoidalnymi oknami, niszami, wewnętrznymi czworobocznymi dziedzińcami i z fontannami, które kiedyś pełniły funkcje ceremonialne. Minąłem pokryte zielenią uprawne tarasy, nawadniane wciąż czynnymi kanałami, które zaprowadziły mnie na kamienne schodkowe platformy, prowadzące na stromy stok z grupą kolejnych budowli. Uwiedziony, zatrzymałem się w bramie o kształcie trapezu.
Rozciągający się stąd widok oszałamiał – olbrzymi barwny kanion, przecięty połyskującą strugą rzeki Apurimac.
Przeszedłem rozległy trawiasty plac, rozdzielający kolejne kompleksy ruin. Wokół panowała cisza i spokój. Rozjarzone słońce, które kiedyś tu było bogiem, wyjrzało za rozstrzępionych chmur. Zmęczeni, usiedliśmy w cieniu drzewa, które wyrosły na różowych murach, otaczających Choquequirao, i zjedliśmy przyniesiony obiad, po czym powoli wąską ścieżką między murami zeszliśmy na drugą stronę przełęczy. Wzrok uciekł gdzieś daleko poza granatowy horyzont. W dole ostry przełom rzeki niknął za ciemną kreską nieznanej doliny. Ogrom przestrzeni robi wrażenie. Ostrożnie, stromizną zbocza zeszliśmy w dół. Po przejściu około kilometra stanęliśmy na małej drewnianej platformie, skąd rozciągał się widok na kompleks ponad osiemdziesięciu tarasów, ozdobionych sylwetkami lam i geometrycznych figur, wyłożonych białym kamieniem. Kiedyś na tych tarasach, wypełnionych żyzną glebą, uprawiano ziemniaki, kukurydzę, fasolę, pomidory i bataty.


Poniżej tarasów ciągnęła się wkomponowana w stok kamienna ścieżka. Biegła ku kotlinie, by po chwili znów piąć się schodami na przełęcz, starannie ułożona wyróżniała się w górskiej trawie, prowadziła na północ, w kierunku Wielkiej Vilcabamby.


Czas w kamiennym mieście szybko mijał i gdy opuszczone budowle zaczęły rzucać długie popołudniowe cienie, ruszyliśmy w kierunku naszego obozu. Od ośnieżonych szczytów i z głębi andyjskich dolin płynęły na nas szare obłoki. Postanowiłem, że wrócę tu na sentymentalne nocne ujęcia. Los jednak postanowił za mnie. Tuż przy namiotach zobaczyłem pierwszy jasny błysk na horyzoncie, był to zwiastun nadciagającej wieczornej burzy.


Cdn.


Zdjęcia

PERU / Cusco / Choquequirao / Kanion  rzeki Apurimac.PERU / Cusco / Choquequirao / Autor  na szlaku do ChoquequiraoPERU / Cusco / Choquequirao / Nasłoneczniony stok posiadał swoisty mikroklimatPERU / Cusco / Choquequirao / Autor trzymający ćmę  CecropiePERU / Cusco / Choquequirao / Na rogatkach Choquequirao, ustawiliśmy nasze namioty.PERU / Cusco / Choquequirao / Pałac PachacutecaPERU / Cusco / Choquequirao / Tarasy w Choquequirao ozdobione sylwetkami lam iPERU / Cusco / Choquequirao / Droga InkówPERU / Cusco / Choquequirao / Burzowe chmury nad twierdzą

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

08-07
Prezent dla Podróżnika - 5 obłędnych pomysłów!

Niezależnie od kierunku, który obierzecie w tym roku, zachęcamy Was do odkrycia najlepszych globtroterskich akcesoriów i stylowych gadżetów, które w piękny sposób uzupełnią podróżniczy ekwipunek.

08-05
Dobry smartfon wody się nie boi, czyli o telefonach wodoszczelnych.

Jeśli nie nam samym, to z pewnością któremuś z naszych bliższych czy dalszych znajomych przydarzyła się feralna sytuacja, kiedy trzeba było łowić smartfon w wodzie niczym ryby. Ktoś inny z kolei mógł zapomnieć wyciągnąć go ze spodni przy gorączkowym nastawianiu pralki. Nie mówiąc o naglącej potrzebie skorzystania z jakiejś aplikacji pod strugami lejącego deszczu.

07-29
Do Charkowa na piwo i nie tylko...
07-28
Nie tylko Lofoty i Nordkapp...
07-25
Przejażdżka rowerowa z widokiem n...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl