Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

3500 km po Egipcie cz 10 > EGIPT


dariusznow dariusznow Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie EGIPT / Kair / Al Bahrija / pustynia obozowiskoCzarna i biała pustynia oraz kryształowe skały - niesamowite miejsca. Nocleg na pustyni pod rozgwieżdżonym niebem - bezcenne.

Al BAHRIJA
http://www.fmix.pl/album/133480/1/al-bahrijja.html

Jestem właśnie po dwudniowym wyjeździe na pustynię w okolicy Al Barhija. Samo miasteczko jest cholernie klimatyczne, choć nie pozbawione typowych dla Egiptu niedociągnięć i niedogodności. Zaś główną zaletą, szczególnie o tej porze, plantacje palm daktylowych i bliskość parku narodowego zwanego białą pustynią. Ale po kolei.

O tej wyciecze wspominał mi już po przylocie Mr Ramadan. Bardzo zachwalał to miejsce. Oprócz tego atrakcją nie do odrzucenia jest nocleg pod gołym niebem na pustyni w beduińskim stylu. Pod gołym niebem spałem nie raz nie dwa, ale na pustyni jeszcze nie.
W Dahab widziałem Beduinów nocujących na plaży przy lagunie i kręciło mnie to, ale zabrakło czasu na realizację.
Rozmowa była krotka. Kiedy mogę jechać?. Codziennie. No to może jutro? OK
Tak się załatwia sprawy z Mr Ramadanem.
Porozmawialiśmy jeszcze o tym, co zabrać. Więc tak: kryte buty, ciepłą bluzę, czapkę, długie spodnie i wodę. Wszystko to spakowałem, dodatkowo podkoszulkę z długim rękawem, bo nie wiem jak tam w nocy będzie i duży ręcznik. Nie wspomnę o tak oczywistych rzeczach jak okulary, krem z filtrem, scyzoryk, arafatkę i kilka innych drobiazgów

Wieczorem plan był gotowy Pobudka o 6,00 ( dla mnie nic nowego) o 6,30 śniadanie i wyjazd.


A wyjazd nie byle jaki, jak się okazało. Myślałem, ze przyjedzie bus, albo ja gdzieś dojadę na miejsce zbiórki. Ale to by było za proste i mało ciekawe.
Już w trakcie śniadania widziałem, ze ktoś siedzi u Mr Ramadana. Nie wiedziałem, ze to po mnie, bo bym się sprężył. Dostałem kartkę z imieniem i nazwiskiem gościa który mam nie odebrać na miejscu, a na odwrocie cosik napisane po arabsku i nr telefonu .

Pojechaliśmy taxi. Wpierw ustalali cenę chyba, bo gadali dosyć długo. I rzeczywiście, mimo, ze to biała taksówka, chyba z korporacji, pojechaliśmy bez włączonego licznika. Jeszcze nie mam rozpracowanego tego tematu, bo prawie nie jeżdżę taxi, ale te pomalowane na biało z szachownicą dookoła auta jeżdżą wg wskazań licznika, czyli normalnie, nie po egipsku…

Taxi zawiozła nas do Gizy. Poszło sprawnie bo jeszcze za wiele aut nie było na ulicach. Wysiedliśmy pod wiaduktami, jak się okazało w puncie startowym busów. Mój przewodnik znowu uderzył w gadkę z kierowcą. Pewnie coś targował, bo trzy razy sięgał do kieszeni. Trwało to ze trzy minuty. W naszych warunkach nie do pomyślenia.
Po zakończeniu negocjacji zaginamy do końca placu, a właściwie skrzyżowania parkingu z mini bazarem. Wiadomo skupisko podróżnych czyli potencjalnych klientów. Busy wyjeżdżają stąd w wielu różnych kierunkach, ale który do Al. Bahrij?

Konieczność znalezienia właściwego stało się prawdziwym wyzwaniem dla mojego przewodnika. Popadł w lekki niepokój i zaczął pytać przy prawie każdym busie dokąd jedzie. Jak większość młodych chłopaków tutaj nie grzeszył lotnością umysłu. Znał parę słów po angielsku, ale przecież nie był tu ze mną dla konwersacji.

Nie wiadomo kiedy dotarliśmy do punktu początkowego, czyli ulicy na której wysiedliśmy z taxi. Człowiek zapytany przez niego gdzie są busy do Bahrij pokazał kierunek, z którego przyszliśmy, następny zapytany pokazał kierunek dokładnie przeciwny.

Cóż cały Egipt i ich postawa macho. Żaden szanujący się Egipcjanin nie przyzna się do tego, ze czegoś nie wie. Zapytany o cokolwiek na pewno udzieli odpowiedzi, ale czy właściwej? Nawet jak nie wie, to wydaje mu się, ze wie i tłumaczy to, co mu się wydaje .

W naszym wypadku wybór był prosty i na szczęście po kilku minutach stałem przy właściwym busie z garstką innych ludzi. Musieliśmy poczekać, aż będzie komplet pasażerów. W międzyczasie mój opiekun znowu miał problemy z kasą. Biegał gdzieś ze trzy razy i dyskutował z kierowcą. Może nie miał drobnych, a może próbował urwać kilka funtów dla siebie.

W końcu stwierdził, ze jego misja spełniona pożegnał się, a ja nadal czekałem na zapełnienie busa.

Miałem kolejną okazje poobserwowania życia codziennego tych ludzi. Jedno, co od razu można zauważyć, to brak pośpiechu. Są też cholernie towarzyscy, bo co chwila ktoś się z kimś zatrzymywał i po ceremonii powitania uderzali w gadkę. Na mój widok reagowali albo zdziwieniem albo uśmiechem. Zapewne byłem jedynym turystą w promieniu kilkuset metrów.

Zapełniony bus ruszył w końcu. Kierowca młody chłopak w galabij wziął się do pracy. Za wygodnie nie było, ale źle też nie. Czas mi mijał głównie na przysypianiu i obserwowaniu tego, co za oknem. Wielkiego wyboru nie było.
Ciekawiej się zaczęło na postoju. Wzbudzałem lekkie zainteresowanie nawet u obsługi. Zamówiłem kawę turecką i poszedłem do pomieszczenia, gdzie kierowca już się przyssał do shishy.

Była naturalna, wiec zagadnąłem, że naturalna to dla egipskich strongmenów. Chciał mnie poczęstować, ale podziękowałem i zapytałem, czy chce zobaczyć polskiego strong mena.
Telefon, a raczej zdjęcia w min się znajdujące w ciągu kilku minut przełamują wszelakie lody. Jak zawsze największe wrażenie robi na nich fotka na śniegu i z bryłą lodu w rękach. Ale gdy im odpaliłem film z rekinem to się zaczęło. Co chwila kogoś wołali aby zobaczył rekina.
Dalsza podróż bez niespodzianek. Jedynie, co mnie zastanowiło, to to, że ludzie wysiadają w środku pustyni. Zapewne za wzgórzami były ich lub ich rodzinne domy.

Na pierwszym przystanku w Bahrij zauważyłem małego człowieczka, który zaglądał do busa. Już wiedziałem, ze to po mnie. Mohamed na szczęście zna angielski. Przewiózł mnie przez pół miasta. Liczy ono ok 4,5 tys mieszkańców i wszędzie jakieś przepływy dla wody. Jakieś jezioro mają . Dzięki temu w środku pustyni powstało miasteczko. Po drodze mijaliśmy kilka dużych plantacji daktylowych. Mohamed mówił, ze październik to bdb czas dla daktyli, zbiory. W pewnym momencie zatrzymał się i narwaliśmy świeżutkich owoców prosto z drzewa. Może nie ma wielkiej różnicy z kupionymi, ale działa magia chwili i daktyle smakowały wyśmienicie. Żałuje, ze nie wszedłem w głąb plantacji aby zrobić kilka fotek. Potem nie było już okazji…


W sumie nie wiadomo było jak to będzie zorganizowane. Wyobrażałem sobie, że ten camp w środku miasta będzie, ze poszwendam się po uliczkach, pójdę do gaju palmowego. A tu figa. Wpadliśmy, bo nie byłem tu sam, w papkę turystyczną gdzie będzie teraz wszystko standardowe.
Za dużo razy uczestniczyłem w tego typu wyjazdach. Jak się okazało ta impreza odbiegała trochę od tego, co do tej pory widziałem. Bardziej mi to przypominało organizacyjnie safari nurkowe. Po obiedzie i krótkim zapoznaniu z tym, co nas czeka podzielili nas na max 7 osobowe grupy. Każda grupa do jeepa i w góry, radźcie sobie. Wszystkie manele na dachu auta.

W czasie obiadu zapoznałem się z grupą młodych Koreańczyków. Bardzo mili i sympatyczni. Wszyscy znali angielski. Zaczęli się nawet uczyć słówek po Arabsku. Dzień dobry i dziękuję opanowali. Śmiesznie jedli. Siorbali i mlaskali podobnie jak Chińczycy obok. Wiadomo taka tradycja i ponoć im głośniej siorbają to oznacza że bardziej smakuje.

Na obiad pyszna zupa egipska. Za to na drugie o zgrozo spaghetti i ziemniaki w sosie pomidorowym z cebulką i ziołami. Jadą po kosztach jak się da. Ale wszyscy wcinali aż im się uszy trzęsły. Zapewne głodni po podróży. Chude to ale wcina więcej niż ja. Wymietli wszystko gadając cały czas między sobą. Ale w sumie miło i sympatycznie było. Po tej wycieczce jadą do Luksoru. Fajnie by z nimi było, ale się okazało, że ja jadę z Mohamedem i grupą Chińczyków. OK co zrobić?

Pewnie jak bym się uparł i poprosił o zmianę pewnie by nie odmówili. Ale bardzo polubiłem Mohamed, który też zna angielski. Podobnie jak wszyscy Beduini - kierowcy.

Przy wsiadaniu do auta poszedłem sobie na bok, aby wsiadać ostatni, czyli z przodu, a cała grupa młodych razem z tyłu. Było to naturalne i logiczne. W aucie niespodzianka, bo Chińczycy nie mówią po angielsku. Znają za to arabski i to lepiej niż ja ….. Są studentami arabistyki. Nie wiem tylko czemu nie używają tego języka. W ogóle jacyś dziwni. Jak to młodzi. Telefony cały czas w rękach i o zgrozo, wyciągnęli głośnik zewnętrzny. Muzykę nawet ładną mieli. Czasami sami też śpiewali jakieś ichnie przeboje. Bardzo łagodna ta ich muzyka, ale czasami irytowała, potem powiem czemu.

Póki co, fajnie się zaczęło.

Do Bahrij z Kairu 300 km busem przyjechałem a teraz jeszcze w sumie ponad 100 km do białej pustyni. Na dodatek po wyjechaniu na szeroką, asfaltową drogę złapaliśmy gumę.


Mohamed miał wszystkie sprzęty do wymiany koła, ale okazało się, ze zapasówka z jakichś względów nie nadaje się do wymiany. Musieli nam dowieść koło z campu. Nieźle na początek.
Mohamed bardzo sprawnie zdjął uszkodzone koło i pozostało tylko czekać. Na szczęście wjechaliśmy na teren czarnej pustyni i poszliśmy w okolice najbliższej góry. Beduin schował się w cień i siedział spokojnie, ja robiłem fotki, był czas na eksperymenty, a potem też sobie usiadłem w zacienionej niecce. Natomiast młodzi postanowili zdobyć ten wzgórek. Młodzi sprawni więc czemu nie. Jeden wlazł na sam szczyt.


Przerwa trwała ok 2 godz, ale ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach znowu lekkie drżenie i dziwne odgłosy z tyłu auta. Jak pech to pech, sobie pomyślałem. Na szczęście (?) okazało się, że to tylko (?) niedokręcone koło, które było wymieniane. Z tego co z daleka widziałem to ktoś przywiózł nam koło busem i je założył zanim przyszliśmy z pustyni. Widocznie Mohamed nie sprawdził, a tamten nie dokręcił nakrętek. Luz był od groma, po parę obrotów. Całe szczęście.-, ze w porę. Na tym techniczne problemy się skończyły. Nie liczę oczywiście przypadków zagrzebania się w piasku. Nie przypuszczałem, że tak łatwo można ugrzęznąć w tym piasku. Cholernie sypki jest. Mohamed wjeżdżał w obszary pisakowe czasami celowo, czasami z konieczności. Raz nawet celowo się zakopał w piasku. Powiedziałem mu że zrobił to specjalnie to się śmiał i pytał skąd wiem. No skąd, skoro dookoła kamienie i twarde podłoże, a on wjeżdża prosto w piaskową wyspę na malej prędkości o się zatrzymuje, to po co ? Chińczycy zbytnio takimi drobiazgami się nie przejmowali, mięli swoją muzykę… jedynie jak auto się przechylało, to słychać było z tyłu reakcję.

A jeszcze po drodze zajechaliśmy do jakiejś małej oazy po drewno na ognisko. I tu trafiłem na super towarzystwo. W cieniu drzew siedzieli i ucztowali miejscowi. Ja oczywiście podszedłem bliżej i się przyglądam mówiąc wpierw dzień dobry. Taka lekka sugestia z mojej strony….
Podchwycili ją bardzo szybko i młody chłopak kiwa abym podszedł. Okazało się, że jest to spotkanie przyjacielsko – rodzinne. Chłopak, który mnie zawołał niedawno się ożenił. Oczywiście przedstawiono mi jego matkę, bardzo sympatyczna pani, zresztą oni wszyscy mają wiecznie przyklejonego banana do twarzy. Zostałem poczęstowany herbatą, daktylami, pestkami dyni i przepysznym, starem kozim serem twarogowym, który robiła pani matka. Autentycznie był pyszny, o zapachu wiadomym, ale w smaku super. Chcieli mi go dać na drogę… Cały czas fotki robili.

Ja też pobiegłem po swój aparat i dzięki temu mam z nimi super fotkę. Wszyscy mówili po angielsku, co mnie z lekka dziwiło. W gadce prym wiodła młoda dziewczyna, ubrana jak papużka. Na zdjęciach fajnie wyszło jej kolorowe ubranie.
Właśnie takie spotkania najbardziej lubię. Jest to takie naturalne, prawdziwe i miłe.

A co do języka, to ciekawe ilu ludzi u nas, w dalekiej wsi, na weselnych poprawinach umiałoby się dogadać z przypadkowo spotkanym anglikiem i Niemcem. Zapewne byłby namawiany gestami i słowami „na zdrowie” i drink do picia wody rozmownej, albo olany z komentarzem angol lub szkop czy żabojad, w zależności od nacji.
A tu miło sympatycznie, uprzejmie. W takim miejscu mógłbym zostać kilka dni. Była rozważana taka opcje, ale trochę mi było szkoda tego, co mnie czeka na pustyni. Wymiana kontaktów, tzn ja podawałem swój mail i FB. Fajnie by mieć takich znajomych.


Zaczęło się już zmierzchać więc atrakcja zachodu słońca przed nami. Zajechaliśmy na czas (ci kierowcy doskonale wiedzą gdzie i kiedy podjechać. Naszym oczom ukazała się się niesamowita dolina z różnymi formacjami skalnym przepięknie oświetlona przez zachodzące słońce.



Przystanek na fotki. Koreańczycy też dojechali swoim autem więc zrobiliśmy wspólne fotki. Widać, że ci Chińczycy nie przepadają za ziomalami z Korei. Ja tam polubilem tych Koreańczyków. No i jest jakaś komunikacja z nimi.

Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym Kryształowe skały. Rzeczywiście formacje skalne z mniejszych lub większych kryształów. No i największa atrakcja to łuk, przy którym lub w którym robili wszyscy fotki, no to ja też. Była grupa starszych chyba Japończyków. Poprosiłem jednego, aby mi zrobił fotkę, ale coś poburczał pomachał ręką, że nie i poszedł dale. Drugi był bardziej uczynny. Może mu było wstyd za kolegę i przejął się rolą. Dzięki temu mam fajne fotki.

Naszym celem była biała pustynia i tam miał być nocleg. Na miejsce dojechaliśmy już o zmroku.


Trzeba było szybko robić obóz. Mohamed, z wiadomych względów ma w tym wprawę. Zacząłem mu pomagać, młodzi też i poszło całkiem sprawnie. Beduin wziął się za przygotowanie jedzenia a ja poszedłem do Korei, która rozbiła się jakieś 100 m od nas. Ci wpadli na super pomysł. Było już ciemno i nad nami rozgwieżdżone niebo. Postawili aparat obiektywem do góry ( a mieli fajną lustrzankę) czułość na max długi czas naświetlania i nieruchomo pochylali głowy nad obiektywem. Pomysł super. Twarze na tle rozgwieżdżonego nieba. Zaczęliśmy wspólnie eksperymentować wpierw ze światłem od telefonu, potem z moim fleszem. Kilka fotek całkiem fajnie wyszło. Zabawa była.


Na obiad ryż, pyszny ziemniaki w sosie pomidorowym (pewnie z kuchni gotowiec) i pieczony kurczak. Kurczaki pieczone oczywiście na ognisku. Młodzi, jak to młodzi nie mogli się doczekać i opędzlowali to, co było na deser. Jakieś ciastka, jogurty, owoce, soczki. Ale co tam szczegół.


Przy ognisku siedziałem z naszym Beduinem a młodzi przy stoliku naparzali muzykę na pół pustyni. Nie było sensu im zwracać uwagi, ale mogliby tochę ppodelektować się prawdziwą atmosferą tego magicznego miejsca. Tym bardziej ich to powinno interesować, ze są na arabistyce. Co zrobić.
Mohamed opowiadał mi że ci Chińczycy tacy są. Jedynie jedzenie się liczy, potem fotki w najbardziej znanych miejscach i dalej. Nic ich nie interesuje z takich rzeczy pozamaterialnych. Sam mówił, że na pustyni jest jeszcze piękniej jak jest cisza. Czasami można usłyszeć szczekanie lisa, i jest bardziej nastrojowo niż przy chińskiej muzyce. Mówi, ze teraz najwięcej Japończyków i Chińczyków.
Rosjan miał dosłownie kilka razy. Ci z kolei przyjeżdżali z zapasami whisky i grzali w nocy, potem śpiewali. Jedni mówi, ze nawet ładnie.

O Polaków nie pytałem, bo nas mylą z innymi nacjami. Często pytają w jakim języku się mówi w PL. Jak proszą, abym coś powiedział, to leci tekst o chrząszczu, szeroko otwierają oczy i nikt nie próbuje powtarzać…. Jak mało to poprawiam stołem bez nóg. Sprawdzona strategia.
Wracając do ogniska i plotek z Beduinem, to obleciał mnie komplement, że po raz pierwszy widzi takiego zainteresowanego ich życiem człowieka. Pochwalił, że dużo wiem i dużo pytam i to mu się podoba. Zresztą nie tylko jemu, bo każdy Egipcjanin lubi jak mu okazywać zainteresowanie.

Kurczaki się upiekły, nawet za bardzo, ale przecież to afrykańskie kurczaki więc nie dziwne, ze czarne. Chińczycy znowu wciągali wszystko z ogromnym apetytem, siorbając i mlaskając przy tym. Ja i Mohamed tylko uśmiechaliśmy się do siebie na ten widok.

Rzeczywiście wygląda na to że ma on rację Przyjeżdżają jedynie po to by się najeść, zrobić fotki i wracać. Ale cóż, każdy ma swoje priorytety… Tylko ta ich wszechobecna muzyka była wkurzająca. Osobiście wolę ciszę, szczególnie w tak magicznym miejscu. Rozgwieżdżone niebo, pustynia, ognisko, białe skały no i cisza by się przydała… Trudno, nie można mieć wszystkiego…

Noc była w miarę ciepła, choć spaliśmy pod śpiworami i kocami. Ja miałem koc z wełny wielbłądziej. Ciężki i ze specyficznym zapachem, ale ciepły. Spałem poza parawanem, podobnie jak Mohamed, i było OK. Wiatr trochę głowę mi chłodził, ale arafatka pomogła. Choć były momenty, kiedy zakrywałem całą głowę śpiworem. W sumie nawet się wyspałem.
Mój zegar biologiczny jak zwykle tutaj uruchomił wewnętrzny budzik przed 5,00. W nocy też się budziłem i podziwiałem niebo. No i wreszcie była cisza, czyli tak, jak być powinno. Rozgwieżdżone niebo i spadające gwiazdy. Niezapomniane doznania.


Kolejna atrakcja to wschód słońca i sesja foto. Wschód następuje bardzo szybko. Trochę nawet przegapiłem, gdyż zagadałem się z So (Koreańczyk). Ale fotki wyszły bardzo ładne. Koreańczycy byli zaskoczeni efektem lampy błyskowej. So miał aparat bez lampy.
W międzyczasie Mohamed przygotował śniadanie. Makaron na lekkim rosołku. Idą na łatwiznę, bo widziałem opakowania po zupkach chińskich (sic). Może dlatego im tak smakowało…

Zwijanie obozu poszło całkiem sprawnie. Wszyscy pomagali.


W drodze powrotnej pojechaliśmy jeszcze w jedno miejsce, gdzie była ładna wydma i gdzie mieliśmy spotkanie z policją. Sprawdzanie paszportów, a potem wizyta na komisariacie, gdzie skopiowano wszystkie nasze paszporty. Do dodatkowa atrakcja, za którą później na campie właściciel nas przepraszał.
Sporo czasu zeszło na miejscu, bo czekaliśmy na auto, które miało nas zawieść do Kairu. Pomyszkowałem sobie po obiekcie, a przede wszystkim wziąłem prysznic. Od razu się lepiej poczułem.
Mają tu pokoje dla turystów, nawet sporo, ale ludzi nie za dużo. Przyjechały jakieś dwie grupy. Jeden chłopak z Papui był. Naprawdę jest tu tych różnych nacji sporo.

Droga powrotna dłużyła się jak cholera. Zresztą ze dwie godziny trwało zanim wyjechaliśmy z Bahrij. Tankowanie, kierowca się przebierał, potem wizyta w sklepie i na policji, gdzie ponad pół godziny czekaliśmy. Jakieś zezwolenie musiał kierowca dostać.

Po Kairze też kluczyliśmy, mimo nawigacji, bo Chińczycy mieszkali dosyć daleko. Mnie na koniec podrzucił na Tahrir, a tu jak w domu. Przebrałem się wykąpałem i ok 23 na jedzonko. A tu okazuje się że już nieczynne. Wziąłem sobie za 5LE jakieś gotowane ziarno. Nawet smaczne było i głód trochę oszukałem.

Fajny pokaz fakira, połykacza ognia był. https://www.youtube.com/watch?v=hKJv30EoWsU

więcej fotek tutaj http://dariusznow.fmix.pl/

Zdjęcia

EGIPT / Kair / Al Bahrija / pustynia obozowiskoEGIPT / Kair / Kair / Kairskie śniadanieEGIPT / Kair / Al Bahrija / campEGIPT / Kair / Al Bahrija / AwariaEGIPT / Kair / Al Bahrija / czarna pustyniaEGIPT / Kair / Al Bahrija / obozowiskoEGIPT / Kair / Al Bahrija / pustynia obozowisko1EGIPT / Kair / Al Bahrija / pustynia zachód1EGIPT / Kair / Al Bahrija / pustynia zachódEGIPT / Kair / Al Bahrija / Biała pustynia

Dodane komentarze

senia dołączył
20.06.2008

senia 2018-03-28 23:27:15

Też byłam na takiej imprezie :-) W lutym. Zimno było jak jasna cholera, gwiazd brak, bo w nocy zaczęło padać :-). Ale, co dobrze pamiętam, to zapach koców z wielbłądziej wełny, a raczej ... smród...Ale i tak warto było, bo widok formacji skalnych na Białej Pustyni o zachodzie słońca - bezcenny. Kilka fot w mojej glaerii. Pozdrawiam.

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

03-15
Iran - trzy tygodnie podróżowania samodzielnie lub w towarzystwie miejscowych

W październiku i listopadzie 2017r spędziłem 21 dni podróżując po Iranie. To była moja pierwsza podróż poza Europę samodzielnie. Generalnie pomimo dość napiętego planu i obaw na początku, radziłem sobie dobrze i udało się zrealizować plan prawie w całości.

03-01
A wiatr będzie ci targał włosy

„Varsovia – 14047 km”, informuje drogowskaz, umieszczony wśród wielu podobnych na tarasie widokowym Cerro w Punta Arenas. – No to mnie tym razem wywiało!

03-04
Iran - informacje praktyczne i ci...
03-01
Wakacje na Islandii...
02-03
Wymarzone Filipiny...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl
koniec koniec }); //}); koniec koniec