Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

From Badlands with Love > USA


LidiaR LidiaR Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie USA / Południowa Dakota / Park Narodowy Badlands / Punkt widokowy, część północnaBadlands National Park to jeden z najbardziej niedocenianych amerykańskich parków narodowych. Wizyta tam to jak wizyta na innej planecie i nie bez powodu jedną z postulowanych nazw dla tego parku przyrody było „Wonderland National Park”. „Byłem zupełnie nieprzygotowany na rewelację, jaką okazały się Badlands w Południowej Dakocie”, pisał o swojej podróży na te tereny w 1935 r. słynny amerykański architekt Frank Lloyd Wright. „To, co zobaczyłem, dało mi nieopisane poczucie tajemniczości miejsca ‘gdzie indziej’ - odległa architektura, eteryczna… nieskończony nadprzyrodzony świat, bardziej duchowy niż ziemia, ale stworzony z niej.”

Zdjęcia: Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Punkt widokowy, część północna, USA
Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Punkt widokowy, część północna, USA



Wright namawiał też: „Niech do Badlands przybędą rzeźbiarze. Niech przyjadą tu malarze. Ale przede wszystkim, powinien tutaj przybyć prawdziwy architekt. Taki, który potrafiłby zinterpretować ten wielki dar natury (...).

***

Są miejsca, które zobaczone raz – na filmie, pocztówce, reklamie, zdjęciu z Instagrama – osadzą się w nas momentalnie i „na zawsze”, a dopóki nie zobaczymy ich w rzeczywistości - nawet jeśli droga do nich będzie trwać latami - będą do nas wracać, wabić, przyciągać, wołać, podawać w wątpliwość alternatywne trasy i racjonalne argumenty za niepodejmowaniem wyprawy. Albo będą czekać cicho i cierpliwie w kącie duszy, aż zostaną w końcu rozpoznane jako absolutna konieczność, co do której dobrze wiedzą, że nią dla nas są. Może zresztą „osadziły się w nas” na długo przed tym, zanim zobaczyliśmy je na filmie, pocztówce, reklamie, zdjęciu z Instagrama?

Znajoma rzeźbiarka mówi, że zakochujemy się w miejscach tak, jak zakochujemy się w ludziach. Każdy, kto kiedykolwiek był głęboko zakochany, będzie wiedział, o czym mówię, jeśli powiem, że z prawdziwą miłością jest tak, jakbyśmy znali jej obiekt na długo przed naszym z nim spotkaniem (choć jednocześnie zawsze będziemy czuć, że w jakimś sensie zupełnie go nie znamy, bo nikt – może nawet on sam - nie wie, co naprawdę kryje się za jego widzialnymi przejawami). To, co w nim rozpoznajemy jako znane nam od zawsze, jest trudne do uchwycenia w słowach, ale z łatwością wymyka się nazwom takim, jak „umysł”, „duch”, „esencja” (o „charakterze” czy „osobowości” nawet nie wspomnę). Samo rozpoznanie możemy nazwać sobie „przyciąganiem na poziomie podświadomym” (nie mylić z przyciąganiem na poziomie chemii ciała), ale jako że nazywanie z reguły wyjaśnia mniej niż nam się wydaje, możemy też po prostu zobaczyć, że owa kombinacja rezonansu na jakimś głębokim poziomie z zadziwieniem i zaskoczeniem przy poznawaniu przejawów jest piękną grą miłości. Która może przydarzyć nam się nie tylko z człowiekiem, ale także z miejscem.

Która przydarza mi się z Parkiem Narodowym Badlands.

Badlands są mi niewypowiedzianie bliskie i obce jednocześnie. I tak jak z miłością do ludzi – jeśli czegoś w tym uczuciu kompletnie nie rozumiem, to jest to dobry znak. Oznacza to bowiem, że jesteśmy poza terenem zagarniętym przez umysł, na obszarach wolnych od tyranii odpowiedzi. Dobrze jest w takim miejscu pobyć, przystanąć, nie szukać wyjaśnień, trzymać się tylko pytań. Jesteśmy wtedy blisko życia.

Zdjęcia: Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, W drodze przez park, USA
Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, W drodze przez park, USA



Podróżujemy do Parku Narodowego Badlands z Rapid City – naszej cywilizowanej „mety” w Południowej Dakocie, z hotelem z widokiem na pastwiska, na które wychodzimy w nocy, by oglądać gwiazdy. Znaków jest po drodze bardzo dużo, większość ogłasza z czcią „Wall Drug” i podaje dokładną odległość od tej zakupowej świątyni wraz z jakimś nieprawdopodobnym atrybutem tego miejsca, typu „Woda z lodem za darmo” albo przeraźliwe „Steki z bizona. Tylko u nas”. Legendarny sklep „Wall Drug Store” („Number One Roadside Attraction in America”) ma najbardziej na świecie „outdorową” akcję promocyjną, ciągnącą się dziesiątkami kilometrów wśród falujących traw po bezkresnych, bezludnych równinach i zielonych pagórkach Dakoty Południowej. Trawy wzdłuż autostrady połyskują srebrem w słońcu, poruszane mocnym wiatrem, falują partiami, układając się w miękkie wzory. Przydrożny performance hipnotyzuje.

„Nie zapominaj, że wiatr tęskni za zabawą z twoimi włosami” pisał Kahlil Gibran, autor „Proroka” (nomen omen z Bostonu). Wiatr w Południowej Dakocie nie daje mi o tym zapomnieć ani przez chwilę. Pierwszy podmuch, gdy tylko otwieramy hotelowe drzwi prowadzące na parking, przynosi falę gorąca, która oblewa momentalnie całe ciało. Kilka kroków do samochodu (z rejestracją z Minnesoty, krainy tysiąca jezior – co jest ironicznym komentarzem do bezwodnej krainy, którą przemierzamy) i wiatr zamienia się w przyjemny, mocny, odświeżający podmuch chłodniejszego – jeśli można tak powiedzieć – gorąca. Zabawa z włosami już się zaczęła i nigdy się nie skończy, więc po pierwszych kilku minutach zapominam na zawsze o kształcie mojej fryzury. Generalnie zapominam, że mam jakąkolwiek i tylko cieszę się, że wzięłam ze sobą bejsbolówkę, której jako nakrycia głowy nigdy nie potrafiłam pojąć, dopóki nie zamieszkałam w Stanach Zjednoczonych i nie odkryłam jej nieprawdopodobnej wygody.

***

Jak okiem sięgnąć, horyzont. Tak jednak daleki, że niebo, pola, pastwiska i droga wydają się nie mieć końca. Światło w Południowej Dakocie jest oślepiające – pewnie właśnie dlatego, że horyzont jest ze wszystkich stron tak nieskończenie daleko. Choć nie mogłabym żyć w tej krainie bez jezior (prawie, nie licząc pastewnych stawów) i oceanu, czuję już, jak bardzo zatęsknię za tą przestrzenią, gdy wrócimy do Massachusetts. Przestrzenią, która w zamian za sam akt patrzenia daje takie poczucie ekspansji i mocy, jakiego w pewnym sensie dostarcza właśnie ocean. Wizja koni biegnących przez prerię spod moich powiek podczas porannej medytacji materializuje się najpierw w trakcie naszego z mężem wieczoru w kowbojsko-industrialnej restauracji pod mało oryginalną nazwą „Dakota” – pod postacią wielkiego olejnego obrazu w duchu Kossaka, przedstawiającego stado dziko biegnących koni. Dwa dni później widzimy cztery takie dzikie wolne rumaki pędzące przez prerię w stronę drogi, którą wracamy z Parku Stanowego Custer po odwiedzinach u bizonów.

***

Słodki, waniliowy zapach słodkiej trawy żubrowej (bot. turówka wonna) splecionej w cienki warkoczyk i cięższy, bardziej przenikliwy zapach białej szałwii i szałwii z prerii zostają ze mną na długo i zawsze już będą przynosić ze sobą obrazy tych białych, prześwietlonych słońcem wielkich przestrzeni Południowej Dakoty. Te obrazy będą też wracać do mnie w snach albo przesuwać się tuż pod progiem świadomości, jak na taśmie filmowej, w ciągu dnia – wyludnione, skaliste, dzikie, święte przestrzenie. Twarze indiańskich szamanów, wodzów, wojowników, kobiet – ze starych fotografii, które kupuję w nieznanym mi celu w tej świątyni kiczu Dzikiego Zachodu, czyli Wall Drug Store, i które przeglądam po powrocie w internecie i książkach. Sepia nadaje im ton wykwintnej patyny. Twarze Indian mają w sobie surową szlachetność i mądrość nieoddzieloną jeszcze od instynktu i serca. Nieintelektualną, organiczną, bliższą istocie życia. Naturalną dumę zrodzoną z siły stawiania czoła żywiołom i życia w harmonii z ich rytmami, ze świadomości bycia maleńką cząstką znacznie większej całości, wspólnoty. Pokorę zrodzoną z dokładnie tej samej przyczyny. Pozbawiony naiwności idealizm przesiąknięty taką duchowością, jaką przesiąknięty jest naturalny świat wokół nas. Ziemia, woda, ogień, powietrze, drewno, żelazo, eter. Pozbawiony dumy, okrucieństwa i głupoty heroizm. Kiedy na nie patrzę, postaci z fotografii patrzą poza mnie, omijają moje istnienie, a może patrzą przeze mnie, trochę tak, jakbym pozbawiona była substancji, na której mógłby się zatrzymać ich intensywny, przenikliwy wzrok. Ale czuję z nimi niezrozumiałą wspólnotę, pozbawione genetycznych podstaw pokrewieństwo dusz.

„Wszyscy jesteśmy krewnymi i wszystko jest ze sobą powiązane”, mówią Indianie Lakota.

***

Według słowników, „badlands” to po prostu nieurodzajny teren. Geograficzna kraina „rozległych obszarów silnie zerodowanej, nieuprawnej ziemi z małą ilością roślinności” albo „jałowy region płaskowyżu w zachodnich Stanach Zjednoczonych, głównie w południowo-zachodniej Dakocie Południowej i północno-zachodniej Nebrasce, na południe od Black Hills, znany z trudnego terenu”. To nie tylko Park Narodowy Badlands, ale i wszelkie podobne formacje skalne w innych okolicznych miejscach i stanach. W parku jest ich po prostu najwięcej, są najlepiej zachowane i najintensywniejsze. To te właśnie tereny Teton Sioux w XVIII w. nazwali „Mako Sica” (złe ziemie), a traperzy z Francji „les mauvaises terres a traverser”, co znaczyło mniej więcej to samo. Dla pierwszych podróżników była to prawdziwa bariera.

Gorączka złota i niska cena ziemi, przyciągające tam białych osadników, a potem złamane obietnice, traktaty i wojny z lokalnymi plemionami (z kulminacją w postaci masakry Sioux w Wounded Knee), polowania na bizony aż do praktycznego wyginięcia tych ostatnich przed 1890 rokiem na tych terenach i miasta-duchy to kolejny, smutny etap historii regionu. Pod koniec XIX w. zamieszkujący Badlands i okolice nomadzi z plemienia Lakota Sioux zostali zamknięci w rezerwatach z dala od ich świętych Czarnych Wzgórz i uzależnieni od rządowych donacji. Do Dakoty Południowej i w rejony Badlands stopniowo przybywało tymczasem coraz więcej białych osadników, którzy próbowali się tu zadomowić, osiedlać, budować drogi, hodować bydło, uprawiać ziemię, organizować rodea; zajmowali się handlem i przemysłem. Początkowo wielu poddawało się i opuszczało niegościnne obszary, zostawiając je wilkom, antylopom, wężom, bizonom i pieskom preriowym, jednak z czasem powstawało coraz więcej dróg i dobrze prosperujacych osad, takich, jak Interior. Tereny przyszłego parku stawały się też coraz lepiej znaną turystyczną atrakcją.

Zdjęcia: Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Na szlaku, USA
Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Na szlaku, USA



Badlands Loop State Scenic Byway, na której znajdujemy się po przekroczeniu bramy parku w części północnej, to tylko z pozoru zwykła dwupasmowa droga stanowa. W rzeczywistości to 31 mil najniezwyklejszych, księżycowych krajobrazów: klifów, przypominających ruiny starożytnych miast pagórków i formacji skalnych, strasznych serpentyn, wzniesień, przepaści, szlaków, punktów widokowych z zapierającą dech w piersiach panoramą tęczowych pagórków, stromych skał, dalekich prerii i innych niesamowitych przestrzeni tego niegdyś podwodnego świata (dawno, dawno temu cały ten teren pokryty był wewnątrzkontynentalnym morzem). Tym, którzy decydują się opuścić wnętrze samochodu, planeta Badlands oferuje kilka krótszych pieszych tras o niewielkim lub średnim stopniu trudności i jeden szlak dziesięciomilowy (z wartych zatrzymania się wymieniłabym The Fossil Exhibit Trail, Window Trail, Notch Trail, Castle Trail, Cliff Shelf, Saddle Pass). Jeden z pierwszych szlaków, na które wchodzimy, pod nazwą Door Trail, kończy się bezładnie nieoznakowanym spacerem pomiędzy porowatymi skalnymi kraterami, pagórkami, wieżami i innymi nieoczekiwanymi kształtami, które ciągną się aż po horyzont. Daje rzeczywiście nieziemskie poczucie inności tego miejsca. Dalej wyznaczamy już własną trasę, bawiąc się w kosmicznych odkrywców.

Zdjęcia: Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Przy Centrum Turystycznym, USA
Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Przy Centrum Turystycznym, USA



W Ben Reifel Visitor Center długo przyglądam się indiańskim ozdobom, biżuterii, pióropuszom. Jest tu spora sekcja z literaturą i muzyką Native Americans. Wychodzę z książką „The Spirit of Indian Women”, nagrodzonym zbiorem niepublikowanych wcześniej fotografii, wypowiedzi, opowieści, modlitw kobiet z różnych plemion Wielkich Równin. Choć podział ról i prac w tradycyjnych indiańskich społecznościach był raczej równy, a kobiety cieszyły się szacunkiem i poważaniem, w amerykańskim czy generalnie zachodnim popularnym ujęciu historii Indian obecność i rola kobiet są z reguły marginalizowane, a ich stereotypowe postrzeganie redukuje je wręcz do ról „służących” mężczyzn. W rzeczywistości kobiety były siłą podtrzymującą kultury plemion poprzez naukę o ich przeszłości, zapamiętywanie, kolekcjonowanie i opowiadanie historii, poprzez rytualne błogosławienie nowych posiadłości i ziem uprawnych, tworzenie ceramiki, szycie, wychowywanie i nauczanie dzieci, poprzez pieśni, tradycje, ceremonie. Wspierały mężczyznę na różne, nie do końca zrozumiałe w naszej kulturze sposoby, na przykład, tak jak u Dakota, poprzez bycie prawowitą posiadaczką dóbr rodzinnych i domostwa (by uchronić mężczyznę od „zabijającego męską duszę materializmu posiadania”). Nie czuły się „niżej” od mężczyzn dlatego, że zajmowały się domem i dziećmi. Kobiety odgrywają też istotną i honorową rolę w indiańskich rytuałach, takich jak na przykład Lakota Sun Dance, a obecne tam pojęcie Matki-Ziemi przekłada się na szacunek dla kobiety i jej świętej mocy dawania życia. Indiańskie historie stworzenia świata nie mają odpowiednika biblijnego stworzenia Ewy z żebra Adama – indiańska kobieta stworzona została w tym samym czasie i z tego samego materiału, co mężczyzna.

***

Wizyta w Badlands zajmuje nam dobrych kilka godzin. Spieszymy się: każdy szlak, na który wchodzimy, okupiony jest jakimś punktem widokowym, przy którym się nie zatrzymamy. Jeden dzień to dla nas za mało. Zachwyt nie maleje z upływem czasu – Badlands zmieniają się wraz ze zmianą pogody, oświetlenia, pory dnia. Praktycznie w każdym momencie rozpościera się przed nami zupełnie nowy krajobraz, który jednocześnie jest tak nieprawdopodobnie stary – liczy sobie przecież kilkanaście milionów lat. Oczywiście co roku wiatr i deszcze przyczyniają się do erozji miękkich skał i zmieniają nieznacznie kształt formacji, ale to czyni Badlands miejscem jeszcze bardziej fascynującym. Piękny kontrast z surowością skał tworzą falujące rude trawy i kwitnące tu - jak i w całej Dakocie o tej porze roku na potęgę - słoneczniki.

Lee Ann Roripaugh, nagradzana poetka japońskiego pochodzenia z Południowej Dakoty, pisze w swoim poemacie „Badlands”, że to nie jest miejsce nie z tego świata – że to jest miejsce z wewnętrznego świata. Bo jest tak zmienne i jednocześnie tak pierwotne.

Zdjęcia: Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Po drodze, USA
Park Narodowy Badlands, Południowa Dakota, Po drodze, USA



Niektóre miłości zostają z nami na zawsze (w moim monogamicznym świecie tylko jedna). Inne zostają w nas - na zawsze, na jakiś czas, albo zostawiają swoje ślady. A w jeszcze innych my zostawiamy część nas samych, której nigdzie indziej już nie ma i nie będzie. O której może nawet zupełnie zapominamy, a która czasem wraca do nas, kiedy my do nich wracamy. Nawet jeśli wracamy tylko po to, by się z nimi pożegnać. Jak wtedy, gdy totalnie zmęczeni po powrocie z Custer State Park, po wszystkich intensywnych dniach spędzonych w Dakocie i Wyoming, w ostatnim momencie decydujemy, że jeszcze raz podjedziemy na chwilę do Badlands. Dosłownie tylko na chwilę. To tylko niecałe 100 mil. Jeszcze raz przekroczyć bramę parku i odetchnąć niesamowitą przestrzenią Badlands Wall i sennych fraktalnych różowych pagórków za nią, niknących w świeżej zieleni prerii, jak na bezkresnych i pełnych detali tłach w renesansowych obrazach, z miniaturowymi sylwetkami górskich antylop w ostatnich promieniach sierpniowego światła, tuż przed zmrokiem i niesamowitą nocną elektryczną burzą bez deszczu; przed porankiem na pustym lotnisku, w samolocie do Bostonu.

Do zobaczenia, Badlands.


Unikalne walory Badlands Amerykanie z Dakoty Południowej dostrzegli już w 1909 r., apelując do Kongresu o rejestrację parku narodowego. Pomysł długo czekał na pełną realizację – w 1939 r. znany z miłości do natury i proekologicznych decyzji prezydent Roosevelt ustanowił ten region Pomnikiem Narodowym. Parkiem narodowym Badlands zostały jednak dopiero w 1978 r.

Część parku należy do rezerwatu Lakota Sioux (Pine Ridge Indian Reservation, który jest jednym z największych i najbiedniejszych rezerwatów w USA) i Oglala Lakota od 1976 r. zarządzają tymi terenami parku wspólnie z National Park Service. Mówi się o planach ustanowienia południowej części parku pierwszym parkiem narodowym Indian.

https://www.nps.gov/badl/index.htm

Zdjęcia

USA / Południowa Dakota / Park Narodowy Badlands / Punkt widokowy, część północnaUSA / Południowa Dakota / Park Narodowy Badlands / Na szlakuUSA / Południowa Dakota / Park Narodowy Badlands / Po drodzeUSA / Południowa Dakota / Park Narodowy Badlands / Przy Centrum TurystycznymUSA / Południowa Dakota / Park Narodowy Badlands / W drodze przez park

Dodane komentarze

Majla1 dołączył
20.07.2021

Majla1 2021-07-20 08:09:53

Dziękuję za to. Dobrze się czyta☺

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2021 Globtroter.pl