Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

FRA LI MONTI czyli Droga Przez Góry dzień 12 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_1Etap d'Usciolu-d'Asinau

Etap XI d’Usciolu - d’Asinau
Chyba nam się dobrze spało, ponieważ gdy się budzimy, wokół jest już pusto. Widzimy ekipy wspinające się na grań, zboczem, niedaleko schroniska. Dziwi nas to, bo nie jest wcale tak późno. O godzinie 6.00 byliśmy już gotowi do wymarszu. Widocznie większość ekip, również miała na uwadze trudy etapu, w tym jego długość i wolała wyjść jak najwcześniej. Według przewodnika czeka nas dzisiaj 7 godzin solidnego marszu, a w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności, nas osobiście jeszcze więcej, ale po kolei.
Na grań, o której już wspomniałem, wdrapujemy się bardzo szybko, pomimo, że wejście jest dosyć strome. Grań, którą będziemy teraz szli, nosi nazwę Arete a Monda (fr. Arete des Statues), czyli „Grań Posągów”. Nie mam zdjęć z grani, ponieważ trasa jest dość trudna, co chwilę trzeba przechodzić z jednej strony góry na drugą po bardzo stromych wejściach i zejściach, na których trzeba używać rąk. Marek nie wyciągał więc aparatu w tak trudnym terenie. Nazwa „Grań Posągów” wzięła się z dziwacznych kształtów skał, wyrzeźbionych przez erozję, przypominających postacie, pomiędzy którymi przychodzi się tu przeciskać. Dochodzimy do szczytu Punta di a Scaddatta (1834 m) skąd szlak prowadzi dalej zejściem do przełęczy Bocca di l’Agnone (1570 m). Po zejściu z grani trasa jest bardzo łatwa. Dochodzimy do źródła, napełniamy butelki i dalej bardzo przyjemną trasą idziemy przez las. Trasa jest tak przyjemna, że rozmawiamy po drodze i na przełęczy, bez zastanowienia, skręcamy w prawo za biało-czerwonymi znakami. To był błąd. Od tego roku szlak GR20 został przedłużony o jeden etap. Powstało nowe schronisko Matalza i właśnie na tej przełęczy szlak został przekierowany do tego nowego schroniska. Myśmy chcieli iść starym szlakiem i wiedzieliśmy o tej zmianie, jednak tak się zagadaliśmy, że bezmyślnie poszliśmy nową trasą. Dopiero po dwóch kilometrach popatrzyłem na GPS i zorientowałem się, że coś jest nie tak. Wyciągnąłem papierową mapę i rzeczywiście czeka nas powrót, albo dodatkowy etap. Oczywiście wracamy, 2 km w jedną, 2 km w drugą, to 4 km nadrobionej trasy. Szlak też ma to do siebie, że jak w jedną stronę idzie się lekko, to w drugą jest to podejście i trzeba się mordować. Przy sprawdzaniu mapy doszła do nas para, która podobnie jak my pomyliła drogę. Para nieco dziwna. On, rasy białej, z malutkim plecaczkiem, Ona ciemnoskóra z tobołem na plecach jak szafa trzydrzwiowa. On goni biegiem do przodu, a ona za nim i co dziwniejsze, daje radę. Skojarzenie z najgorszym okresem XVII-wiecznego niewolnictwa jest nieuniknione.
Zawracamy my i oni. Marek zły, daje pod tą górę „ile fabryka dała”, ja też nic nie mówię, bo czuję się odpowiedzialny za tą pomyłkę. To ja organizowałem wszystko od strony merytorycznej i wiedziałem o tym przekierowaniu, mówiłem o nim w czasie marszu, a jednak pomyliłem drogę. W każdym razie idziemy pełną parą i nie możemy dotrzymać im kroku. Oddalają się od nas coraz bardziej. Dogonimy ich dopiero na przełęczy, gdzie odpoczywali. Dwa kilometry podejścia to, „nie w kij dmuchał”. Marek odzywa się wreszcie całą winę przypisując…. gardienowi nowego schroniska. To na pewno on przemalował znaki - mówi - żeby miał klientów. Tutaj następuje taka masa epitetów, że niektórych to nawet nie znałem, chociaż żyję prawie 50 lat i wiele rzeczy słyszałem. Najłagodniejszy to „padalec”. Wziął się stąd, że nazwa schroniska Matalza my wymawiamy jako matalca i rym do padalca sam się narzuca. Tak więc „padalec” jest odmieniany przez wszystkie przypadki, co umila nam nieco drogę. Po drodze, w ramach rewanżu na „padalcu”, pytamy wszystkie spotkane osoby, czy aby na pewno chcą iść do Matalza, czy nie pomylili drogi. 50 proc. ekip zawraca, to taka nasza mała satysfakcja. Spotykamy też „Kanadyjczyka w słomkowym kapeluszu”. Skąd się tutaj wziął?, jakoś w ostatnich schroniskach nie rzucił mi się w oczy. Kanadyjczyk potwierdza, że idzie dobrą drogą, ale za jakiś czas nas dogania i mówi, że jednak nie, idzie do d’Asinau. Cieszymy się, to kolejny „nawrócony” na naszym koncie. Moje zdenerwowanie rośnie wprost proporcjonalnie do zmęczenia, jakie nas dopada na tej powrotnej drodze. Jak mogłem tak przegapić stary szlak, wystarczyło spojrzeć na GPS, tyle wysiłku by to zaoszczędziło, wyrzucam sobie. Dochodzimy wreszcie do tego rozwidlenia szlaków i oczywiście z daleka widać, że znaki starego szlaku są zamalowane, ale tego należało się spodziewać. Spotykamy „naszą” parę, odpoczywają. My ruszamy od razu właściwą drogą. Znaki jeszcze przez długi odcinek są zamalowane i pomstujemy na „padalca”, że też mu się chciało tyle pracy w to włożyć. To oczywiście pracownicy PNRC czyli Parku Przyrody na terenie którego znajduje się cały szlak, zajmują się takimi rzeczami, ale na kimś musieliśmy wyładować frustrację.
Trasa za przełęczą pozwala odpocząć, przechodzimy przez strumienie i łąki. Dochodzimy do wiszącej kładki, ale akurat jest remontowana i musimy potok Forcinchesi przechodzić po kamieniach. Dzisiaj nie mamy coś szczęścia. Za potokiem szlak zaczyna prowadzić stromo w górę. Już od początku czuję, że plecak mi ciąży niemiłosiernie. Dochodzimy do źródła gdzie mamy chwilę odpoczynku. Uzupełniamy wodę i dalej w górę. Prawdziwa wspinaczka, dopiero się zaczyna. W pełnym słońcu, stromo pod górę i z dodatkowymi kilometrami w nogach czuję się wykończony. Idziemy do góry noga za nogą, ale czuję przy każdym kroku, że następnego już nie dam rady zrobić. Przypominam sobie mój plan z łamaniem nogi i wzywaniem helikoptera. Szybko go ulepszam, przecież zamiast łamać sobie nogę, mogę kamieniem zdzielić przez łeb Marka. Wezwać helikopter i polecieć z nimi jako tłumacz. Plan wydaje mi się świetny, co dowodzi, że w sytuacjach stresowych i pomimo zmęczenia nie tracę głowy, co daję pod rozwagę moim przełożonym przy podwyżce lub ewentualnym awansie. Sprawdzam dyskretnie na komórce czy jest zasięg, żeby wezwać helikopter. Jest, no to rozglądam się za odpowiednim kamieniem. Ten mój idealny plan jakby mi dodał sił. W planie znajduję jednak słaby punkt, co też dowodzi jasności myślenia. Chodzi o siłę uderzenia, nie mogę go za mocno palnąć, bo mogę go zabić. Nie, żeby mi go było szkoda, ale trupa mogą nie wziąć, a już na pewno tłumacz im nie będzie potrzebny. Za lekko też nie mogę, bo jak zacznie się bronić, to ja jestem taki słaby, że mnie tu zatłucze. Zresztą wszystko mi jedno, ja już dalej nie mogę. Kamieni tu nie brakuje, więc resztką sił się schylam po niego, gdy słyszę: to chyba koniec, krzyż na górze już widać! Ostatnim wysiłkiem podnoszę głowę i rzeczywiście, wygląda na to, że to prawie szczyt tej góry o słusznym przydomku „góra przeklęta”.
Mojego planu całkiem nie porzucam, pamiętając, że trzeba jeszcze zejść z tej góry do schroniska, a zejście jest paskudne i długie. Na razie tylko go odkładam. Mam nadzieję, że z mojego wyrazu twarzy nie da się rozpoznać co przed chwilą planowałem. Odpoczywamy chwilę, ale jak na mój gust za krótko. Podnoszę się jednak, ponieważ idziemy już ponad 7 godzin, a do schroniska jeszcze daleko. Zejście jest rzeczywiście okropne. Przy każdym kroku czuję kłucie w kolanach. Nogi trzeba stawiać ostrożnie, bo skały są strome i można znaleźć się na dole szybko i oszczędzając siły, ale niekoniecznie jest to sposób odpowiedni dla naszego zdrowia. Dobrze, że chociaż to trudne zejście nie pozwala szybko iść. Można więc złapać oddech po tej wspinaczce. Idziemy długo, ale wreszcie dochodzimy. Stephane już jest i oczom nie wierzę, ale Jean-Michel też. Nie widzę tylko Mimi. Gdy pytam o nią dowiaduję się co postanowiła wczoraj żona Jean-Michela. Na zdjęciu z początku tego etapu jest drogowskaz wskazujący szlak do wsi Cozzano. Mirelle zadzwoniła do córki, która spędza wakacje na Korsyce, żeby przyjechała do Cozzano i tym właśnie szlakiem w ciągu 2 godzin zeszła do tej wsi. O możliwości zejścia do Cozzano wyczytała w przewodniku. A mi się wydawało, że to ja jestem sprytny. Jean-Michel, już bez żony, szedł ze Stephanem tylko się kurzyło no i nie pomylili drogi. Miejsca pod namioty jest mało, my przyszliśmy późno, więc mamy jeszcze utrudnione zadanie żeby coś znaleźć. Udaje się nam jednak wcisnąć między kamienie i zaczynamy pomału dochodzić do siebie. Po kąpieli jest już całkiem dobrze. Jeszcze tylko pranie i zapraszamy Francuzów na obiecane drinki. Drinki to dużo powiedziane, w sklepiku jest tylko piwo i cola, ale za to z lodówki. Opowiadamy im o naszej pomyłce dodając, że to był jeden z naszych najgorszych etapów. Stephane jest zmuszony jutro zdublować etapy, żeby zdążyć na prom do Marsylii. Jean-Michel oczywiście idzie z nim, tym bardziej, że mu się spieszy do rodziny wypoczywającej w Porto-Vecchio oddalonego o dwadzieścia kilometrów od Conca, końcowej miejscowości na szlaku. W tym momencie, zgodnie z Markiem, kategorycznie stwierdzamy, że my nic nie dublujemy. Pokazuję też mojego małego palca, który spuchł, zrobił się czarny i w ogóle nie wiem jak buta jutro ubiorę. Stephane stwierdził, że mam problem. Poszedł do swojego namiotu i przyniósł apteczkę. Z apteczki wyjął igły i wybierając staranie niczym chirurg jedną z nich pcha się do mojej nogi. Zaraz, pomału. Pytam go czy wie, co robi. Mówi, że wie, bo był w wojsku. Byłeś w wojsku sanitariuszem? Nie. Ot bretońska logika. Ale co mi tam. Upewniam się tylko, że nie będzie mnie usypiał. Przekłuł pęcherz, z którego wylała się ropa pomieszana z krwią. Potem posmarował jodyną i mówił, że będzie piekło (to znaczy, nie takie piekło z diabłami, tylko że szczypać będzie). Mówię, że nie czuję pieczenia. Wyciągnął jakieś chusteczki odkażające z alkoholem i teraz już szczypało. Dał mi też plastry „Compeed”, bo nam się skończyły, ale kazał przylepić dopiero rano. Jak rana przyschnie. Widzę po Stephanie, że już się cieszy na spotkanie z rodziną. Nie może usiedzieć w miejscu. Jean-Michel też jakiś pobudzony. Może oni coś biorą? Nie, to tylko świadomość, że jutro kończą, tak na nich wpływa. Ciekawe, jak my się będziemy czuli przed ostatnim etapem? Po spotkaniu z Francuzami, przygotowujemy wreszcie coś do jedzenia. Chińskie zupy nam się kończą, chleb się kończy, kiełbasa się kończy. Jak nie kupimy czegoś, to czeka nas głód. Gardien w sklepiku, oprócz piwa niewiele tu ma. Na razie jednak jeszcze mamy co jeść, a potem jakoś to będzie.
Korzystamy z jadalni w schronisku. Przy stole siedziały dwie dziewczyny. Jedna ma takie jakieś świdrujące oczy, że mam wrażenie, że zagląda mi do środka głowy. Odezwały się wreszcie do siebie i okazało się, że to Niemki. Marek mówi, że na pewno dopiero zaczynają, bo nie widać na nich opalenizny. Jutro się okaże, czy miał rację. Po kolacji, gdy wracamy z jadalni, słyszę jak to małżeństwo, o którym pisałem, w 8 odcinku, że się poznamy, pyta Stephana, dlaczego Polacy tak późno przyszli. Stephane im tłumaczy, że pomyliliśmy drogę i musieliśmy nadrobić 4 km. To małżeństwo spotykamy często na trasie. Są sympatyczni, ale bliżej się poznamy dopiero po zakończeniu GR20. Po wyczerpującym dniu postanawiamy się wcześniej położyć i jutro długo spać. Etap według przewodnika jest łatwy, ale ten przewodnik już nam nie jedną niespodziankę sprawił. Cdn.

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_1FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_2FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_3FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_4FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_5FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_6FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_7FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_8FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_9FRANCJA / Korsyka / Usciolu-Asinau / Na szlaku_12_10

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2020 Globtroter.pl