Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

FRA LI MONTI czyli Droga Przez Góry dzień 15 > FRANCJA


yansza yansza Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie FRANCJA / Korsyka / Porto Veccio / Porto VeccioPorto Veccio i Bonifacio

Porto-Vecchio i Bonifacio
Po nocnej imprezie wstaliśmy stosunkowo wcześnie, bo o godzinie 7.00, chociaż ja obudziłem się jeszcze wcześniej. Mycie, składanie namiotu zajmuje nam niewiele czasu. Z pewnością to kwestia nabytej wprawy. Niewiele po 7.30 siedzimy już gotowi czekając na busa, który o 9.00 ma nas zawieźć do Porto-Vecchio. Przypominam sobie o wodzie, którą zostawiliśmy w schronisku w zamrażalniku lodówki. Idę po nią. Oczywiście, zamarznięta na „kamień”. Dobrze, że w plastikowej butelce, to jej nie rozsadziło. Stawiam ją w pierwszych promieniach słońca, z nadzieją, że przed wyjazdem jeszcze się napijemy. Patrick i Sylvie też już wstali i idą do restauracji na śniadanie. Byłem się wcześniej dowiedzieć, co proponują na śniadanie i jak można się było spodziewać, w ofercie jest jedynie typowo ranny francuski posiłek. Kawa i słodki rogalik (croissant). To nie dla nas. Postanawiamy, że zjemy w Porto-Vecchio. To tylko 20 minut drogi stąd. Camping powoli się budzi. Dwójka Niemców (ojciec i syn), którzy dziś zaczynają wędrówkę na szlaku GR20, prosi mnie o zrobienie im zdjęcia. Wybierają się jak sójka za morze. Już przed 6.00 słyszałem jak się tłukli garami. Teraz jest godzina prawie 8.00, a oni jeszcze nie mają plecaków na plecach. Niepokoję się czy „Chłopak z dziewczyną i psem” zdążą na busa, bo śpią jeszcze w najlepsze. Mówię Markowi, że może ich pójdę obudzić? Marek nie wykazuje specjalnego entuzjazmu dla tego pomysłu. Obrażony, rezygnuję i niezręczną ciszę zapijam łykiem wody z roztopionego lodu. Czy tylko ja mam wrażenie, że to Marek dominuje w naszych relacjach? Jak się później okazało, miał rację. Ja miałem tylko informację od tego chłopaka, że chce rano jechać, ale że go nie zapisali z powodu braku miejsca, to już mi nie powiedział. Ruch na campingu, coraz większy. Znajome („znajome” to dużo powiedziane, ale nie wiem jak mam je inaczej określić) Niemki też już przywlekły plecaki pod restaurację, skąd ma odjeżdżać bus. Czekając na transport obserwujemy parę składającą swój dobytek, która przyszła wczoraj na camping bardzo późnym wieczorem. Nie pamiętam o której to było dokładnie godzinie, ale trwała już druga połowa meczu. Zainteresowaliśmy się nimi, ponieważ i chłopak i dziewczyna mieli plecaki, których wielkość przewyższała wszystkie, które dotychczas widzieliśmy. Ciężar też musiał być ogromny, bo chłopak jak ubierał swój, to siadał na ziemi, zakładał szelki, obracał się na kolana i dopiero wstawał. Bardzo nas interesuje gdzie to się oni wybierają, bo jeśli na GR20, to chociaż każde z nich byłoby silne jak nie przymierzając Pudzianowski, to i tak nie ma szans na pokonanie nawet jednego etapu. Nie wytrzymuję i jak już się spakowali pytam chłopaka o ciężar plecaka. Ponad 30 kg - odpowiada. Pytam go czy chce z tym iść w góry, mówi, że tak. Chyba spostrzegł po mojej minie, że mam poważne wątpliwości co do sukcesu tej wyprawy, bo wyjaśnia, że razem z dziewczyną uprawiają wspinaczkę skałkową. Muszą tylko dojść do jakieś góry z pionową ścianą i tam będą się wspinać już bez plecaków. Pokazuje mi liny i inne „szpeja” do takiej wspinaczki. W okolicy, najpopularniejszą górą do takiej wspinaczki jest „Szczyt Potępionej Duszy”, o którym pisałem w ostatnim odcinku relacji z GR20. Życzę im powodzenia i myślę sobie, że jeśli właśnie tam idą, to będzie im ono potrzebne, bo to kawał drogi. Bus wreszcie przyjeżdża, ładujemy się do niego zgodnie z listą, którą kierowca skrupulatnie sprawdza. Jadą z nami Niemki, Sylvie i Patrick, oraz goście ze schroniska, których nie znamy. Droga trwa krótko. Po drodze mijamy jeszcze małe miejscowości jak Saint-Lucie de Porto-Vecchio i Luccie, której nazwa mi się przypomniała z ogłoszenia na kościele. To tutaj odprawiana była wczorajsza msza. Sylvie i Patrick chcą zostać na jedną noc w Porto-Vecchio. My natomiast, mamy dzisiaj w planach jeszcze dalszą podróż do Bonifacio. Autobus mamy o godzinie 12.00. Tak ma zapisane w swoim notesie Sylvie. Bus zawozi nas na dworzec. Dworzec, to określenie zdecydowanie na wyrost. Jest to kawałek placyku z kolorowym rozkładem jazdy. Ten rozkład jazdy chyba powoduje, że to miejsce jest nazywane szumnie autobusowym dworcem, ponieważ na Korsyce to „rzadka rzadkość”, jak mawiał klasyk. Sprawdzamy na rozkładzie, czy zapiski Sylvie są aktualne i oczywiście są. Żegnamy się z Francuzami i każdy idzie w swoją stronę. My idziemy wzdłuż mariny podziwiając przycumowane jachty. Dochodzimy do miejsca gdzie jest znak pokazujący drogę do cytadeli, którą Sylvie miała zapisaną jako wartą zwiedzenia, ale jest też duża reklama sklepu Leclerc, obiecująca, że za 100 m ujrzymy sklep. Idziemy za głosem żołądka tłumacząc się przed sobą: Cytadela jak cytadela, jedną już widzieliśmy w Bretanii to wystarczy. Całkowicie usprawiedliwieni wchodzimy do sklepu. Plecaki zostawiamy przy wejściu. Po GR20, to dziwne uczucie, zobaczyć pełne półki towaru w rozsądnych cenach. Postanawiamy kupić prowiant tylko na śniadanie, bo przecież zaraz jedziemy do Bonifacio, gdzie ponownie będziemy mieli możliwość robienia zakupów. Ja jednak dostaję amoku. Biorę do koszyka wszystko, na czym mój wzrok zatrzymuje się dłużej niż sekundę. Ładuję: mleko, kiełbasę (wszystkie rodzaje), ser żółty, ser biały, masło, pasztet, owoce, bagietkę, kilkukilogramową mrożoną gęś, dętkę do roweru, sekator, który zaraz zamieniam na nożyce elektryczne do strzyżenia żywopłotu oraz nawóz do kaktusów. Przed kasą trochę ochłonąłem. Wykonuję kolejny kurs po sklepie i w koszu zostały tylko bagietka, mleko, sery i owoce. Najtrudniej było mi rozstać się z mrożoną gęsią, ale jakoś mi Marek przetłumaczył, że zanim odtaje to już będziemy w Bonifacio. Mówił do mnie tak jakoś łagodnie, przyciszonym, uspokajającym głosem, jakby nie chciał drażnić wariata. Po wyjściu ze sklepu szukamy miejsca, żeby spokojnie zjeść. Niedaleko znajdujemy doskonałe miejsce. Mały park, w którym są stoły i ławki, a nawet duży grill. Jednak gęś by się przydała, mówię do Marka zawiedziony. To chyba mieszkańcy osiedla mają tutaj takie miejsce spotkań, bo jest duży plac do gry w bule, znanej też jako petanque. Jest to narodowa gra Francuzów. W bardzo dużym skrócie, jej idea polega na rzucaniu metalowych kul (boules) jak najbliżej małej drewnianej kulki zwanej świnką. Jest też plac zabaw dla dzieci, ale na głodnego nie mamy ochoty kręcić się na karuzeli. Po śniadaniu w dalszym ciągu nie mamy ochoty na karuzelę i spokojnie wracamy na dworzec. Po drodze jeszcze raz zaglądamy do mariny, zastanawiając się nad przybliżoną ceną tych łodzi. Dochodzę do wniosku, że równowartość takiej „łajby” wystarczyłaby na spokojne życie i podróże po świecie. Centrum Porto-Vecchio znajduje się spory kawałek drogi stąd, widzieliśmy je jak jechaliśmy busem. Nie mamy czasu, by tam dojść, więc na dworcu czekamy na przyjazd autobusu do Bonifacio. Na dworzec przychodzą Patrick i Sylvie. Mówią, że zwiedzili cytadelę i postanowili jechać do Bonifacio. Przychodzi też, co za niespodzianka, Damien. On już wczoraj opuścił camping w Conca. Przespał tutaj noc w hotelu i również jedzie do Bonifacio. Ekipa robi się coraz mocniejsza. Do Bonifacio jest około 27 km, więc podróż trwa niecałe 30 min. Bonifacio to najdalej na południe wysunięta miejscowość na Korsyce. Zaraz po wyjściu wiemy, że to był dobry pomysł, żeby tu przyjechać. Wysiedliśmy blisko portu. Widoki wspaniałe, strome klify opadające pionowo do morza od razu przykuwają naszą uwagę. Wbijam w GPS trasę do najbliższego campingu, szybko idziemy zostawić rzeczy, żeby można było zwiedzać miasto. Do campingu nie było daleko. Przyjmuje nas pani w recepcji, ale jest tak miła jak więzienna brama. Opłata na campingu składa się z dwóch elementów: od osoby 5-10 euro (przeważnie w granicach 7.5 euro) oraz od namiotu, 3-4.5 euro. Z tym, że czasami jeszcze różnicują cenę za namiot w zależności od jego wielkości. Nie potrafię jednak powiedzieć jakie są kryteria tej oceny. Podejrzewam, że to zależy od widzimisię obsługi. Podaję te informacje, gdyby ktoś chciał sobie zorganizować wakacje pod namiotem na Korsyce. Łatwiej wtedy będzie mógł zaplanować budżet. Na żadnym miejskim campingu, w którym nocowaliśmy, nie było kuchni do ogólnego użytku. Trzeba więc ewentualnie pamiętać o kuchence turystycznej. Nasz camping składa się z kilkunastu miejsc pod namiot oraz węzła sanitarnego. W łazience jest oczywiście ciepła woda, a nawet pralki na żetony. Nam nic więcej nie potrzeba na jedną noc. W czasie, gdy my załatwiamy formalności, docierają Sylvie i Patrick, ale jak się pani recepcjonistka do nich odezwała, to wymiękli i poszli szukać innego campingu. Okazało się potem, że był po drugiej stronie ulicy. Tylko nieco schowany za stacją benzynową. Rozbijamy namiot, chowamy do niego plecaki i ruszamy w miasto. Szybko zauważamy, że Bonifacio składa się z dwóch części. Dolnej, skupionej wokół mariny, gdzie królują sklepy i restauracje oraz górnej otoczonej murem cytadeli (co oni mają z tymi cytadelami, nie ma miasta bez cytadeli). Idziemy nabrzeżem, w kierunku górnej części miasta. Tam znajdują się wszystkie zabytki, jakie mamy zamiar odwiedzić. Podejście do Starego Miasta jest tak strome, że mimowolnie szukamy biało-czerwonych znaków szlaku GR20. Czyżby Michel Fabrickant, aż tu się zapędził? W czasie wspinaczki widzimy ukryte między klifami niedostępne plaże, które zapewniają spokój i dają poczucie intymności. Po zwiedzeniu górnej części Bonifacio wracamy do portu i szukamy sklepu. Robimy zakupy na obiad pamiętając, że nie mamy gdzie przechowywać żywności więc lepiej kupować tylko na jeden posiłek. Tym razem biorę bagietkę i szynkę oraz ostry sos. Uwielbiam ostre przyprawy. We Francji zawsze kupuję harisse, tunezyjską pastę z bardzo ostrej papryki i czosnku. Teraz też przywiozłem sobie półroczny zapas. Z zakupami idziemy na camping, aby spokojnie zjeść. Poza tym zaraz przy campingu jest droga, która prowadzi klifami po drugiej stronie portu, tam gdzie na zdjęciu widać zatoczkę z plażą. Zamierzamy tam pójść. Szybko się posilamy i już ruszamy zaplanowaną trasą. Dochodzimy do nieczynnej latarni morskiej, gdzie morze „kotłuje się”, podmywając skały, na których stoi latarnia. Trasa do latarni jest dosyć długa, ciągnie się kilka dobrych kilometrów. W powrotnej drodze Marek zamęcza mnie pytaniami, czy ułożony z kamieni mur, który biegnie wzdłuż tej drogi miał jakiś inny cel niż dekoracyjny. Jestem tego pewny, bo komu by się chciało włożyć tyle pracy tylko dla celów estetycznych. Nie potrafię jednak wyjaśnić po jaką cholerę ten mur ktoś stawiał, może żeby droga krzakami nie zarosła. Czy on nie ma większych problemów?

Do portu wracamy już wieczorem. Jednak życie w marinie dopiero zaczyna nabierać tempa. W czasie, gdy ja rozmawiałem przez telefon z żoną, natknęliśmy się na parę, która szła z nami przez pierwsze etapy GR20. Nie wspominałem o nich w relacji, ponieważ jakoś nie zaprzyjaźniliśmy się. Bardzo się ucieszyli na nasz widok. Wiedzieli, że na trasie trzymaliśmy się z Jean-Michelem, więc poinformowali nas, że widzieli go tutaj z rodziną. Ja nie bardzo mogłem z nimi dyskutować, ponieważ jak wspomniałem rozmawiałem przez telefon. Marek próbował im wytłumaczyć po angielsku, że zwiedzamy teraz Korsykę, a w piątek mamy samolot do Paryża. Kiwali potakująco głową, ale na kilometr było widać, że niewiele rozumieją. Marek się wreszcie wkurzył i gdy opowieść doszła do odlotu samolotu, wykonał taką „ jaskółkę”, że Francuzi łącznie z duża grupą gapiów nie mieli wątpliwości, że chodzi o Airbusa-a 319 lot nr 3729 z Bastii do Paryża o godzinie 16.05. Część gapiów mówiła, że przez chwilę zastanawiała się czy to czasem nie jest Boeing 737?, a to z powodu nieznacznej dysproporcji w budowie ciała Marka. Ma trochę za długie ręce w stosunku do korpusu, jednak gdy się bliżej przyjrzeli nie mogło być mowy o pomyłce. Było w tym tyle ekspresji, że miałem wrażenie, a właściwie obawę, że zaraz wystartuje. Gdy już wszyscy turyści w marinie i połowa stałych mieszkańców Bonifacio, oglądających to przedstawienie z okien, było poinformowanych, czym i kiedy wracamy do domu, ruszamy dalej. Spotykamy kolejny raz Sylvie i Patricka. Zostają jeszcze jeden dzień w Bonifacio. Wykupili nawet bilet na jutrzejszy rejs statkiem wycieczkowym wzdłuż wybrzeża. Niedługo potem napatoczył się Damien. Kto żyw wyległ na ten wieczorny spacer, a marina nie jest przecież taka wielka, więc i o spotkanie nietrudno. Rozmawiamy z nim chwilę. Mówimy mu, że jutro jedziemy do Ajaccio. Opowiada nam, że on po pierwszej części GR20 pojechał z Vizzavony do Ajaccio. Tam spędził kilka dni, a potem wrócił w to samo miejsce, by kontynuować wędrówkę. Wtedy właśnie spotkaliśmy się pierwszy raz w Vizzavonie i myśleliśmy, że dopiero zaczyna. Zabawa w marinie trwa w najlepsze. W restauracjach trudno znaleźć miejsce. W niektrych można też potańczyć! Marek mi odmówił, a nikogo innego nie odważyłem się poprosić do tańca, więc postanawiamy iść już w stronę campingu. Po drodze spotykamy sporo elegantów, jak sądzimy - właścicieli jachtów, wychodzących z restauracji, lub spacerujących w ubraniach od Giorgio Armaniego. Ja to nie potrafiłbym rozpoznać takich ciuchów, chociaż by mnie jakaś koszula czy kapelusz w tyłek ugryzł, ale Marek to znawca. Oni to mają klawe życie, myślę sobie i postanawiam zagrać w Euromilions, gdzie główna wygrana to około 15 000 000 euro. Los kosztuje 2 euro, to informacja dla innych wielbicieli jachtów i Armaniego, a których póki co, tak jak mnie, na to nie stać. Uwielbiam obserwować wieczorne życie portowych miasteczek, czuć atmosferę zabawy i beztroski. Nie martwiąc się, co przyniesie jutrzejszy dzień, traktując to jak przygodę. Na campingu, wszyscy śpią. Staramy się zachowywać jak najciszej. Udało nam się umyć nie budząc rowerzystów śpiących w pobliżu łazienki. Wszystko jest w porządku do momentu, gdy Marek strąca menażkę z figowego drzewa, które rośnie obok naszego namiotu. Rumor spotęgowany ciszą panującą dookoła wydaje się okropny. Chowamy się szybko do namiotu, zanim ktoś nas „prześwięci”. To był długi dzień, pełen wrażeń. Przekonany, że Bonifacio to najpiękniejsze nadmorskie miasteczko jakie widziałem, zasypiam prawie natychmiast.

Zdjęcia

FRANCJA / Korsyka / Porto Veccio / Porto VeccioFRANCJA / Korsyka / Bonifacio / Bonifacio_2FRANCJA / Korsyka / Bonifacio / Bonifacio_3FRANCJA / Korsyka / Bonifacio / Bonifacio_4FRANCJA / Korsyka / Bonifacio Cmentarz marynarzy / Bonifacio_5FRANCJA / Korsyka / Bonifacio / Bonifacio_6FRANCJA / Korsyka / Bonifacio Schody Króla Aragonii / Bonifacio_7FRANCJA / Korsyka / Bonifacio / Bonifacio_8FRANCJA / Korsyka / Bonifacio / Bonifacio_9FRANCJA / Korsyka / Bonifacio / Bonifacio_10

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl