Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Indie - Kalkuta > INDIE


jedrzej jedrzej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie INDIE / bengal Zachodni / Kalkuta / ulice KalkutyKalkuta, stolica kolonialnych Indii, drugie co do wielkości miasto współczesnych Indii, może zachwycić każdego swoją egzotyką i kontrastami.



Boeing 777, linii Air India, z Frankfurtu do Bombaju prawie pusty. Mam do swojej dyspozycji trzy miejsca, mogę się więc wygodnie położyć. Po ośmiu godzinach lotu w miarę wypoczęty, ląduję w Bombaju. Mam prawie trzy godziny czasu na zmianę lotniska, gdyż dalszą podróż do Kalkuty, kontynuuję z lotniska krajowego liniami Jet Airways. Teoretycznie jest to dużo czasu, ale jak się okazuje nie w Bombaju. Idąc w tłumie pasażerów za znakami „claim luggage” trafiam do sali, w której są cztery taśmy do wydawania bagażu. Niestety na żadnej nie widnieje numer mojego lotu AI126 Frankfurt. Pytam się więc bagażowego, który kieruje mnie do pierwszej taśmy. Wyświetlany jest tam napis Helsinki. Czekam chwilę, ale nauczony doświadczeniem z poprzedniego pobytu w Indiach, aby nie wierzyć zbytnio Hindusom, pytam innego pracownika lotniska o bagaż z Frankfurtu. Ten jest bardziej kompetentny. Wyjaśnia mi, że wszystkie bagaże linii Air India są wydawane w osobnej sali. Nie wiem jak mogłem przeoczyć tak ważną informację, która na pewno była wyświetlana. Stracony czas nadrabiam, wpychając się bez kolejki w tłum podróżnych oczekujących na „shuttle bus” przewożący pasażerów na lotnisko krajowe. Tutaj nowa przeszkoda, zostaję cofnięty od stanowiska „check in”, gdyż mój bagaż główny nie został zeskanowany. Muszę drugi raz odstać swoje, aby w końcu otrzymać kartę pokładową. Ostatecznie pomimo usilnych działań służb obu lotnisk aby mi to utrudnić docieram do poczekalni, z której o 7.30 przechodzę na pokład Boeinga 737 lecącego do Kalkuty.

Lot, w poprzek półwyspu Indyjskiego trwał dwie i pół godziny. W Kalkucie już bez żadnych problemów odbieram bagaż i płacę za pre-paid taxi do hotelu Vip Inter Continental.

Upał ponad 30 stopni i duża wilgotność powietrza sprawiają, że zanim wsiadłem do taksówki już byłem porządnie spocony. Jak tylko opuściliśmy teren lotniska poczułem, że jestem w Indiach. Przez trzy lata, od mojego ostatniego pobytu w tym kraju, w wyglądzie ulic, nic się nie zmieniło Tłum ludzi przeciskający się między bezustannie trąbiącymi pojazdami, hałas i ten charakterystyczny zapach pozostał ten sam. Wtedy przez pierwszy dzień czułem się oszołomiony, teraz zaakceptowałem ten stan rzeczy od razu. Po krótkim odpoczynku w hotelu idziemy na nasz pierwszy spacer po ulicach Kalkuty.

Nasz hotel znajduje się na ulicy Mirza Habib, tuż obok znanej przez turystów Suder str. Jest to miejsce, podobne do Main Bazar na Paharganj w Old Delhi, gdzie mieszkaliśmy trzy lata temu. Lokalizacja ta ma tę zaletę, że jest to centrum Kalkuty oraz, że tuż po wyjściu z hotelu, skręcając z Mirza Habib, w lewo lub w prawo można było się „zanurzyć” w typowo hinduską dzielnicę.

Z obydwu stron otaczają cię niewysokie, zaniedbane domy z otwartymi na zewnątrz sklepikami lub warsztatami. Całe życie koncentruje się na ulicy. Wyłożone towary, rzemieślnicy wykonujący swoją pracę, uliczni sprzedawcy, tragarze ciągnący swoje długie na kilka metrów wózki czy też rikszarze oczekujący na klienta, nie mówiąc już o tłumie przechodniów, zajmują całą jezdnię. Idąc jej środkiem, unikając rozjechania przez motocykle czy potrącenia przez riksze można obserwować toczące się dosłownie na twoich oczach życie rodzinne. Można sprawdzić co gospodynie gotują na obiad, zatrzymać się na chwilę przed „uliczną łazienką”, w której akurat grupa Hindusów wykonuje swoje ablucje. (Takich miejsc, gdzie można się umyć czy wyprać swoją odzież wprost na ulicy zaobserwowałem dość dużo, ale tylko w Kalkucie). Co kilka kroków mijasz ulicznych sprzedawców różnych smakołyków. Może nie są one przygotowywane w sposób mający coś wspólnego z higieną, ale za to pachną bardzo smakowicie. Dla nas interesujący byli sprzedawcy świeżych soków. Na ulicach hinduskich miast można spotkać dwa rodzaje punktów sprzedaży świeżego soku. Sok jest wyciskany z owoców sezonowych, w styczniu są to mandarynki lub z trzciny cukrowej. Preferowaliśmy ten pierwszy, syrop z trzciny cukrowej był dla nas za słodki i lepki.
Bardzo częstym widokiem w takiej dzielnicy są hinduistyczne kapliczki, przystrojone kwiatami. Hinduizm nie wymaga od swoich wyznawców regularnego odwiedzania świątyń. Mogą oni czcić dowolne bóstwo z hinduskiego panteonu w dowolnym miejscu. Dlatego też w wielu hinduskich domach są umieszczone prywatne kapliczki. Hindusi, którzy nie mają miejsca w domu, lub wręcz domu, umieszczają posążek wprost na ulicy i tam oddają mu cześć. Dla uzupełnienia opisu należy wspomnieć o zwierzętach. Święte krowy, już nie święte, ale również żywe owce czy też mnóstwo bezpańskich psów stanowią uzupełnienie takiej ulicy.

Nie są to najbiedniejsze części miasta, myślę, że mieszkają tam Hindusi z niższej klasy średniej. Te najuboższe - slumsy są rozlokowane na obrzeżach Kalkuty (jadąc z lotniska przejeżdżałem obok takiego slumsu) oraz w niektórych miejscach samego centrum. To dopiero tutaj widać tę przysłowiową kalkucką biedę.

Kilka kroków od wspaniałych kolonialnych budynków, wprost na ulicy rozciągają się slumsy. Przyczepione do muru wzdłuż chodnika brezentowe płachty tworzą „namioty jednorodzinne” wokół których krzątają się kobiety, bawią umorusane dzieci, suszy pranie... po prostu toczy się rodzinne życie. Woda do takiego osiedla dostarczana jest z umieszczonych na chodniku pomp, których otoczenie jest jednocześnie łazienką i pralnią. Widać, że mieszkańcy dbają o higienę. Zawsze są tam osoby myjące się lub piorące swoją odzież. Przy niektórych „osiedlach” zauważyłem nawet toalety. Stanowią je niskie murki równoległe do głównego muru ograniczającego chodnik. Można tam, we względnej samotności załatwić swoją potrzebę. Wynik spływa wprost do rynsztoku gdzie miesza się z mydlinami spod pompy. Trudno jest opisać zapach jaki panuje w tym miejscu. Również przejście obok takiego osiedla stanowi wyzwanie. Trzeba oczywiście zejść na jezdnię, często przeskakując przez płynący wzdłuż chodnika „strumień”. W tym momencie przechodzień staje się obiektem ataku pędzących samochodów. Dobrze jest, gdy atak następuje z przodu, gdyż wówczas można stanąć lub uskoczyć, gorzej gdy z tyłu.

Innym problemem „białego turysty” w Kalkucie są gromady żebrzących dzieci i kobiet z dziećmi na ręku. Pojawiają się nie wiadomo skąd i starają się, pokazując jak bardzo są głodne, wyżebrać parę rupii. Na ogół nie są agresywne ale bardzo natarczywe i uparte w swoim działaniu. Potrafią parę minut iść za tobą i dotykając cię, aby zwrócić na siebie uwagę, pokazywać na usta jak bardzo są głodne. Niestety nie wolno ulec pokusie i dać jałmużnę. Raz robimy jednak wyjątek od tej reguły. Bezpośrednio po wyjściu z domu, w którym za życia mieszkała Matka Teresa zostajemy poproszeni przez matkę kilkuletniego dziecka o zakup żywności. Kobieta zapewnia nas, że dziecko jest głodne. Determinacja w jej głosie sprawia, że wierzymy w to co mówi. Idziemy zatem z nią do najbliższego sklepu, gdzie ona wybiera jakąś odżywkę za którą płacimy.

Kreśląc ogólny obraz Kalkuty nie sposób nie wspomnieć o kalkuckich tramwajach. Są niepowtarzalne. Przypominają trochę te polskie z lat sześćdziesiątych. Różnica polega na tym, że w oknach nie mają szyb tylko kraty oraz, że pomost do wsiadania jest umieszczony w środku wozu. Prowadzi taki tramwaj motorniczy, kręcąc metalową „wajchą”. Nie mają ustalonych przystanków, zatrzymuje się taki tramwaj machając ręką i trzeba wskoczyć bez mała w biegu. W środku konduktor w zielonym mundurze sprzedaje ci bilet, bardzo podobny do tego, jaki czterdzieści lat temu kupowałem we wrocławskim tramwaju. Bilet kosztuje cztery rupie tj. niecałe 30 groszy. W momencie kiedy chcesz wysiąść konduktor pociąga za sznurek, biegnący wzdłuż wozu. Tramwaj wówczas zwalnia i można z niego wyskoczyć. Oprócz tramwajów korzystaliśmy z metra i jeden raz przejechałem się rikszą ciągniętą przez człowieka. Ania nie chciała, twierdząc że riksza jest zbyt wysoka i zbyt chybotliwa dla niej. Kalkuta jest chyba jedynym hinduskim miastem, w którym wciąż funkcjonują riksze tego typu. Koszt takiej przejażdżki na dystansie kilkuset metrów wynosi 20 rupii.

Przez trzy dni pobytu poznaliśmy różne części Kalkuty.

Centrum, rozciągające się od BBD Bagh na północy do Memorial Victoria i katedry Św. Pawła na południu, charakteryzuje się pięknymi kolonialnymi budynkami wybudowanymi przez Anglików w XVIII – XIX wieku. Niektóre z nich, np. budynek Sądu Najwyższego, Radż Bhawan czy Dom Pisarzy (w przeszłości główna siedziba Kompanii Wschodnioindyjskiej), są nadal używane przez instytucje rządowe i dlatego zachowane w bardzo dobrym stanie. Wiele innych chyli się ku upadkowi. Porównując te budowle i często otaczające je ogrody do dzielnic hinduskich czy muzułmańskiej widać, jak wielkich kontrastów miastem jest Kalkuta.

Na północny zachód od BBD Bagh znajduje się godny polecenia zabytek - Marmurowy Pałac, dawna siedziba hinduskiego arystokraty. Obecnie jest to własność bogatego przemysłowca, który zgodził się udostępnić część swojej rezydencji do zwiedzania. Turyści wpuszczani są po okazaniu specjalnego zezwolenia - prośby, które można bezpłatnie otrzymać w Centrum Turystyki Bengalu Zachodniego. Przepych wystroju wnętrz może przyprawić o zawrót głowy. Mamy szczęście, na klatce schodowej spotykamy właściciela. Jest nim starszy niewysoki mężczyzna w sportowej podkoszulce z ręcznikiem zwisającym z ramion. Witamy się i gratulujemy pięknej posiadłości. Po wizycie w Marmurowym Pałacu kontynuujemy spacer w kierunku północnym, gdzie zwiedzamy dzielnicę muzułmańską i piękny meczet Nakhoda.

Idąc, z centrum ulicą Esplanade na zachód można dojść do rzeki Hoogli, odnogi Gangesu. Dla Hindusów jest to święta rzeka. Na brzegu znajdują się liczne ghaty – miejsca, w których Hindusi odprawiają swoje rytualne ablucje. My odwiedzamy ten najbardziej znany Babu Ghat. Stojąc na schodach prowadzących wprost do rzeki, obserwujemy grupę Hindusów i Hindusek zażywających kąpieli. Woda jest mulista o brązowej barwie raczej nie zachęca do wejścia. Przy brzegu unoszą się na wodzie kwiaty stanowiące resztki wieńców, które są ofiarowywane świętej rzece przez wiernych. Również całe nadbrzeże jest pokryte kwiatami. Obok nas grupa kobiet, śmiejąc się i przekomarzając wyplata takie wieńce. Gestem, pokazując na aparat, pytam czy mogę im zrobić zdjęcie. Zauważają to i machają do mnie przyzwalająco. Jest to jedno z najbardziej lubianych przeze mnie zdjęć z tej wyprawy.

Na południu miasta odwiedziliśmy Kalighat – największą świątynię hinduistyczną w Kalkucie, poświęconą bogini Kali. Jak głosi legenda po śmierci Sati (inkarnacja Kali), pierwszej żony Siwy, jej ciało zostało rozczłonkowane na 51 kawałków i rozrzucone po całych Indiach. Kalighat została wybudowana w miejscu, gdzie upadł palec od nogi Sati. Otoczenie świątyni przypomina otoczenie polskich kościołów parafialnych podczas dorocznego odpustu. Samo wejście na teren świątyni prowadzi z zabudowanej uliczki pełnej straganów z dewocjonaliami, kwiatami i owocami. Kwiaty i owoce są sprzedawane w specjalnych koszyczkach, które później wierni składają w świątyni podczas nabożeństwa. Jak tylko się pojawiliśmy, przyczepił się do nas bramin oferując nam swoje usługi jako przewodnik. W żaden sposób nie mogliśmy się go pozbyć. Wyszliśmy poza teren świątyni, ale gdy, po paru minutach, wróciliśmy był z powrotem na posterunku. W końcu zrezygnowaliśmy z wejścia do środka tym bardziej, że czas oczekiwania w kolejce oceniliśmy na co najmniej pół godziny.

Obok znajduje się hospicjum założone przez Matkę Teresę. Hospicjum wciąż przyjmuje bezdomnych i chorych. Na parterze, po lewej stronie od wejścia, w dużej sali, są ustawione dwa rzędy łóżek, na których leżą chorzy. Po wejściu na piętro można wyjść na taras tworzący dach. Na jego obydwu końcach znajdują się kopuły, przypominające trochę te na cerkwiach prawosławnych. Na jednej z kopuł umieszczono duży krzyż katolicki z ukrzyżowanym Chrystusem i napisem „I Thirst” (ang. pragnę).

Dom, w którym mieszkała Matka Teresa podczas swojego pobytu w Kalkucie stoi niezbyt daleko od naszego hotelu. Idziemy więc tam pieszo. Z ulicy wchodzi się na dziedziniec. Po prawej stronie, w dużej sali, znajduje się grobowiec Matki Teresy. Podczas naszej wizyty był akurat ozdabiany świeżymi kwiatami przez siostry zakonne, modlili się przy nim również wierni. W kolejnym pomieszczeniu jest galeria fotografii, ilustrujących działalność misyjną Matki Teresy. Po lewej stronie dziedzińca, na piętrze, udostępniony dla turystów jest jej prywatny pokój. W czasie wizyty wsparliśmy finansowo fundację charytatywną. W podzięce otrzymaliśmy medalik z Matką Boską. Niedaleko, przy Park str., jest położony osiemnastowieczny cmentarz kolonizatorów angielskich. Przyjemny chłód, cisza, piękne grobowce stwarzają nastrój powagi. Spacerując można zauważyć, że jest dużo grobów młodych ludzi i dzieci. Z epitafium wynika, że w wielu przypadkach, są to ofiary malarii występującej na tym terenie w okresie letnich monsunów.

Innym obiektem, który zwiedziliśmy podczas pobytu w Kalkucie, był dworzec kolejowy Howrah. Były dwa powody. Po pierwsze jest to jeden z największych dworców kolejowych w Indiach i już jako taki był godny wizyty. Po drugie z Howrah odjeżdżał pociąg, na który mieliśmy wykupiony bilet do Jalgaonu i chcieliśmy wszystko sprawdzić na miejscu. Ponieważ dworzec jest położony po drugiej stronie Hoogli musieliśmy skorzystać z promu. Wybraliśmy przystań Fairlie Ghat, niedaleko B.B.D. – Bagh. Aby się dostać na prom trzeba przeskoczyć z pomostu wprost na burtę, Hindusi nie uznają czegoś takiego jak trap. Wymaga to dość dużej sprawności fizycznej, gdyż prom się kołysze i w związku z tym szczelina miedzy pomostem i burtą ciągle się zmienia. Wysiadanie jest chyba jeszcze bardziej niebezpieczne. Dobrze, że Hindusi są z reguły szczupli. Za to z promu roztacza się wspaniała panorama mostu Howrah. Siedmiuset metrowa stalowa konstrukcja wybudowana ponad sześćdziesiąt lat temu jest symbolem Kalkuty. Ciekawostką może być fakt, że fotografowanie mostu jest ściśle zabronione. Sam dworzec to kompleks kilku budynków wybudowanych w stylu angielskiego neogotyku na początku dwudziestego wieku. Ogromne poczekalnie, pełne podróżnych koczujących wprost na posadzce. Sterty jutowych worów stanowiących ich bagaż. Chmara bezdomnych dzieci i żebraków. Ale przede wszystkim wszechobecny hałas. Sprawdzamy, że nasz pociąg odjeżdża z 21 peronu o godzinie 20.15. Idziemy również do informacji, gdzie dowiadujemy się, że jeszcze nie ma naszego „chartu” – tzn. przydziału numeru wagonu i przedziału. W kolejach indyjskich są tworzone imienne listy pasażerów klasy pierwszej i drugiej. Listy te są wywieszane w specjalnych gablotach około godziny przed odjazdem pociągu. Podczas poprzedniego pobytu w Indiach podróżowaliśmy klasą drugą i numer wagonu oraz przedziału był nam znany w chwili kupna przez Internet biletu, jeszcze w Polsce. Obecnie kupiliśmy bilet pierwszej klasy. Okazało się, że w tym przypadku chart będzie znany dopiero bezpośrednio przed odjazdem pociągu. Nie jestem w stanie pojąć czym kierują się koleje indyjskie, utajniając tę informację. W końcu, drogą dedukcji, doszliśmy do wniosku, że jest to pozostałość z okresu kolonialnego, kiedy pasażer pierwszej klasy był osobiście wprowadzany przez konduktora do przedziału. Zostaliśmy jedynie poinformowani, że bilet jest O.K. Pokrzepieni tą informacją jak również obiadem zjedzonym w dworcowej restauracji, wracamy promem do Babu Ghat.

Sumując, Kontrast pomiędzy bogactwem i nędzą jest bardziej widoczny w Kalkucie niż w innych, znanych nam miastach indyjskich. Może wynika to stąd, że Zachodni Bengal jest jednym z najgęściej zaludnionych stanów Indii i dużo ludzi migruje do Kalkuty z jeszcze biedniejszej wsi. Może z faktu, że obok jest położone jedno z najuboższych państw świata – Bangladesz I jak kiedyś w kabarecie Tey, Laskowik. Pytał się biedy (Smolenia): „Skąd idziesz? Ta odpowiadała: „z Bangladesz”.

Zdjęcia

INDIE / bengal Zachodni / Kalkuta / ulice KalkutyINDIE / bengal Zachodni / Kalkuta / ulice KalkutyINDIE / bengal Zachodni / Kalkuta / ulice KalkutyINDIE / bengal Zachodni / Kalkuta / ulice KalkutyINDIE / bengal Zachodni / Kalkuta / ulice kalkutyINDIE / Bengal Zachodni / Kalkuta / tragarzINDIE / Bengal Zachodni / Kalkuta / rzeka HoogliINDIE / Bengal Zachodni / Kalkuta / rzeka HoogliINDIE / Bengal Zachodni / Kalkuta / targINDIE / Bengal Zachodni / Kalkuta / w oczekiwaniu na klientaINDIE / Bengal Zachodni / Kalkuta / Dom PisarczykówINDIE / Bengal Zachodni / Kalkuta / posiłek

Dodane komentarze

nitkaska dołączył
21.05.2011

nitkaska 2012-12-01 23:50:53

Kalkuta, wiele wymienionych przez Ciebie misjsc i jej slamsy opisane są we wspaniałej książce "MIASTO RADOŚCI". Polecam, to lektura obowiązkowa dla każdego, kto to miasto odwiedził.

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl