Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Indie - Bombaj > INDIE


jedrzej jedrzej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie INDIE / Maharastra / Bombaj / dzieci z BombajuNa dworcu centralnym w Bombaju jesteśmy około siódmej rano. Dawniej znany pod nazwą Wiktoria Terminal, był pierwszym dworcem wybudowany przez Anglików w Indiach. Budynek główny zaprojektowany w stylu neogotyckim z elementami architektury muzułmańskiej i hinduskiej jest uważany za jeden z najpiękniejszych zabytków kolonialnych w całych Indiach. Holl dworca, ze swoimi kolumnami, ostro łukami i galeriami, przypomina gotycką katedrę. Obecnie dobudowano w stylu współczesnym (tzn. żadnym) kilkanaście nowych peronów oraz holle dla podróżnych. W wyniku czego powstał ogromny dworzec obsługujący wiekszość dalekobieżnych połączeń Bombaju.


Zaplanowaliśmy oddać bagaż do przechowalni i znaleźć odpowiadający nam hotel, przy okazji zwiedzając miasto. W przechowalni nie chcą przyjąć naszego bagażu, gdyż nie jest prześwietlony. Szukamy więc maszyny do skanowania. Po powrocie okazuje się, że torba Ani nie jest zamknięta na kłódkę i dlatego nie możemy jej zostawić. Zmieniamy plan, Ania zostaje z bagażem a ja idę poszukać jakiegoś hotelu w okolicy. Po wyjściu na plac przed budynkiem dworca widzę, po drugiej stronie, szyld Hotel City Palace. Jest to hotel rekomendowany przez naszych znajomych z Korei. W recepcji dowiaduję się, że dwójka z łazienką kosztuje dwa tysiące dwieście rupii. Proszę o pokazanie pokoju. Jest mały praktycznie trudno się w nim poruszać. Wiem, że Ania nie będzie, delikatnie mówiąc, zachwycona. Wracam i proszę moją żonę, aby sama obejrzała pokój. Po jej powrocie jest dokładnie tak, jak przewidziałem. Rozglądamy się jeszcze za innym hotelem, ale bez powodzenia. W końcu decydujemy się wynająć pokój na jedną noc, tak jak zresztą sugeruje Lonely Planet w opisie hotelu i w ciągu dnia znaleźć coś bardziej sensownego.

Około dziewiątej, odświeżeni, idziemy na nasz pierwszy spacer po Bombaju. Dzisiaj mamy w planach zwiedzenie południowego centrum miasta. Tworzą je dwie dzielnice: Fort i Kolaba. Zaczynamy od fontanny Flory leżącej w sercu dzielnicy Fort. Stamtąd, zgodnie z trasą proponowaną przez Lonely Planet, kierujemy się w stronę dworca kolejowego Churchgate, oglądając po drodze imponujące, neogotyckie budynki Sądu Najwyższego i Uniwersytetu. Mijając Majdan Owalny obserwujemy przez chwilę grupę młodych Hindusów grających w krykieta. Na dworcu Churchgate sprawdzamy połączenia z północną częścią miasta. Bombaj rozciąga się na osi północ – południe. Południowa część miasta, w której mieszkamy, leży na wąskim cyplu oblanym ze wschodu przez zatokę Back Bay a z zachodu przez Morze Arabskie. Połączenia z północną częścią miasta są utrzymywane przez pociągi podmiejskie, kursujące głównie z Churchgate. Wracamy do fontanny Flory, skąd kierujemy się na południe do Bramy Indii i hotelu Taj Mahal, będących symbolami Bombaju. Po drodze zwiedzamy synagogę polecaną przez Lonely Planet. Za dwadzieścia rupii od osoby wykupujemy półgodzinną przejażdżkę motorówką po zatoce. Umożliwia nam to obejrzenie Bramy Indii od strony morza, tak jak ją widzieli przybysze odwiedzający Bombaj w osiemnastym – dziewiętnastym wieku.

Po powrocie, idziemy na pobliską Kolabę w poszukiwaniu hotelu na następne cztery noce. Pierwszy, Residency, który wybraliśmy jest przepełniony. Recepcjonistka wpisuje nas na listę rezerwową, mamy zadzwonić jutro rano. Identyczna sytuacja ma miejsce w hotelu Bentley’s. Trzeci, Cowie’s Hotel, ma wolne pokoje nawet całkiem przyzwoite. Chcemy zadatkować, ale w Bombaju panują inne zwyczaje, nie przyjmuje się zaliczek. Recepcjonista prosi nas abyśmy zadzwonili rano. Ponieważ hotel nie wygląda na przepełniony wychodzimy prawie pewni, że jutro dostaniemy pokój.

Na obiad wybieramy restauracje polecaną przez Lonely Planet jako „our pick” nie jest tania, za dwa obiady płacimy ponad osiemset rupii, ale dostajemy za to bardzo smaczne kluseczki z koziego sera plus Ania sok a ja kawę. Szkoda tylko, że porcja była zbyt mała aby zaspokoić mój głód. Kontynuując „życie w luksusie” idziemy obejrzeć słynny hotel Taj Mahal. Zbudowany przez hinduskiego przedsiębiorcę Tatę, po tym jak nie został wpuszczony do pobliskiego hotelu Watson, stał się jednym z symboli Bombaju. Szczególną sławę zyskał po zamachu bombowym w grudniu ubiegłego roku. Aby się dostać do środka przechodzimy podwójną kontrolę. Zwiedzamy holl recepcyjny, basen kąpielowy, galerie sklepów a przede wszystkim schody prowadzące z parteru na najwyższe piętro. Przykryte wysoką kopułą, dzielące budynek na połowy, są rzeczywiście imponujące. Jutro są moje urodziny, w związku z czym zapraszam Anię na jutro do tutejszej restauracji na podwieczorek.

Chwilę spacerujemy po promenadzie ciągnącej się wzdłuż brzegu zatoki a następnie rozpoczynamy powrót do hotelu. Przy fontannie Flory skręcamy w prawo, mając nadzieję, że zdołamy jeszcze dzisiaj zwiedzić katedrę Św. Tomasza. Niestety jest już zamknięta. Z placu, obok ratusza, do naszego hotelu prowadzi wąska uliczka. Zamknięta dla ruchu kołowego, pełna sklepików, wypełniona tłumem przechodniów przypomina trochę uliczki z Kalkuty. Jest jednak zasadnicza różnica. Nie ma pomp z myjącymi się mieszkańcami, zwierząt, ludzie są ubrani po europejsku a przede wszystkim, brak tutaj tego specyficznego klimatu, który panuje na ulicach Kalkuty. Już po pierwszym dniu pobytu wyraźnie widać, że Bombaj i Kalkuta to dwa zupełnie różne miasta. I to nawet nie chodzi o biedę, to właśnie w Bombaju znajdują się przecież największe indyjskie slumsy – Dhrawi, raczej o zbiorowy charakter mieszkańców. Kalkuta to miasto azjatyckie, miasto ludzi leniwych nastawionych na przetrwanie. Bombaj to miasto na wskroś europejskie, miasto ludzi energicznych, żyjących w ciągłym pośpiechu.

W hotelu Ania zostaje w pokoju. Ja idę uwiecznić na zdjęciach pobliski Wiktoria Terminal. W nocy nie mogę spać, niesprawna klimatyzacja pracuje jak traktor. Nie można jej wyłączyć, gdyż wówczas w małym pokoju robi się duszno. W końcu zmęczony zasypiam.

Rano zamawiamy śniadanie a następnie Ania dzwoni do hotelu Cowie’s. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, są wolne pokoje. Pakujemy nasze bagaże i opuszczamy hotel. Na ulicy zamieszanie, kilku taksówkarzy stara się skłonić nas do skorzystania ze swojego pojazdu. Ostatecznie to bardziej bagażowy niż my zdecydował, którym samochodem pojedziemy. Kurs zaczynamy od dyskusji z taksówkarzem o zapłatę. W końcu dochodzimy do konsensusu, zamiast żądanych dwustu rupii zapłacimy sto.

Hotel Cowie’s jest położony około dwustu metrów od Bramy Indii przy cichej uliczce w centrum Kolaby. Mieści się w stupięćdziesięcioletnim trochę zaniedbanym budynku. Uwagę moją zwraca klatka schodowa. Schody otaczają długi łańcuch zwisający wzdłuż całej wysokości budynku. Na każdej kondygnacji jest zamontowana na nim lampa wykonana z kutego żelaza Również balustrady są wykonane z kutego żelaza w tym samym stylu. Do pokoju jedziemy charakterystyczną dla przełomu XIX i XX wieku windą, aby ją uruchomić trzeba zasunąć podwójną kratę. Oferowany nam pokój składa się z trzech pomieszczeń: saloniku, sypialni i łazienki. Z korytarza wchodzi się do saloniku umeblowanego sofą, dwoma fotelami i stolikiem. Dalej można przejść do sypialni skąd prowadzą drzwi do łazienki i na balkon. W sypialni, oprócz małżeńskiego łoża i szafy, znajduje się stylowa toaletka, lodówka i telewizor. Dla mnie szczególnie ważnym meblem był telewizor, gdyż uwielbiałem wieczorami oglądać „Boolywoodzką” produkcję. Sypialnia była oczywiście klimatyzowana i zaopatrzona w wiatrak, w saloniku by tylko wiatrak. Cena za ten apartament wynosi dwa tysiące dwieście rupii. Zaraz po rozpakowaniu się i wypiciu przyniesionej nam kawy, idziemy na przystań.

Dzisiaj płyniemy na wyspę Elephanta, oddaloną o godzinną przejażdżkę stateczkiem od Bramy Indii. Wyspa jest znana z jaskiń świątynnych wykutych w VII – VIII wieku. Główną grotą, przyciągającą tysiące turystów, jest grota numer jeden. W jej wnętrzu znajduje się pięciometrowej wysokości trójgłowe popiersie Siwy oraz szereg paneli z płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z jego życia. Na uwagę zasługuje również kapliczka zawierająca lingę – symbol płodności.

Po opuszczeniu statku, przesiadamy się do kolejki kursującej wzdłuż grobli, łączącej przystań z wyspą. Aby dostać się do grot należy podejść pod górę schodami. Po obydwu stronach mnóstwo straganów z pamiątkami. Nie ma zbyt wielu turystów, a więc bardziej odczuwamy nachalność sprzedawców i jest nam trudniej się od nich odpędzić. Na górze kupujemy bilety (250 rupii od osoby) i wchodzimy na teren parku. Na początku zwiedzamy główną świątynię w grocie numer jeden. Rzeczywiście robi wrażenie. Następnie oglądamy kolejne groty i uganiające się po drzewach małpki. W okolicy groty numer pięć spotykamy Polkę, tę z którą mieszkaliśmy w jednym hotelu w Jalgaonie. Wracamy do punktu startowego przy kasie a następnie wspinamy się na szczyt wzgórza, aby obejrzeć znajdujące się tam dziewiętnastowieczne działo. Po zejściu z góry jemy obiad w restauracji z pięknym widokiem na przystań statków oraz groblę. Wczesnym popołudniem wracamy do Bombaju.

Około piątej, elegancko ubrani (specjalnie na tę okazję przywiozłem z Polski koszulę i krawat) idziemy do hotelu Taj Mahal na urodzinowy podwieczorek. Restauracja elegancka, chłodno, dyskretny kelner, w tle cicha nastrojowa muzyka. Zamawiamy lody i capuccino. Jesteśmy rozczarowani, lody bez żadnego przybrania w smaku zupełnie przeciętne, kawa ledwie ciepła. Jedyną godną uwagi rzeczą był rachunek opiewający na sumę ponad tysiąc rupii. W końcu za snobizm trzeba zapłacić wysoką cenę. Wieczór spędzamy spacerując a raczej przeciskając się między straganami, na głównej ulicy Kolaby.

Nazajutrz rano jedziemy na Churchgate skąd odchodzą pociągi do stacji Mahalaxmi. Tuż obok znajdują się największe pralnie Bombaju. Po przybyciu na miejsce wchodzimy na wiadukt, z którego jest najlepszy widok. W dole widać niekończące się rzędy schnącej bielizny. Bliżej dziesiątki betonowych zbiorników wypełnionych brudną wodą, w których jest prana bielizna. Polega to na tym, że pracz, stojąc wewnątrz zbiornika, moczy pranie w wodzie a następnie uderza nim o betonowe ścianki. W ten sposób pierze się tutaj kilkaset ton bielizny dziennie. Schodzimy na teren pralni ale panujące tam warunki sprawiają, że szybko wchodzimy na górę.

Następnym punktem naszego programu na dzisiaj, jest mauzoleum muzułmańskiego świętego Haji Ali i znajdująca się nieopodal hinduistyczna świątynia Mahalaxmi. Żeby się tam dostać musimy podjechać autobusem. Zapytani Hindusi wskazują nam przystanek a konduktor mówi gdzie wysiąść. Mauzoleum jest położone na wyspie połączonej ze stałym lądem groblą. Jest odpływ, idąc widzimy odsłonięte dno i stojące na nim łodzie rybackie. Wzdłuż grobli siedzą żebracy, niektórzy wyglądają bardzo malowniczo. Sam budynek mauzoleum jest zbudowany z białego kamienia w stylu hinduskim tzn. bardzo bogato zdobiony.

Do świątyni Mahalaxmi idziemy pieszo. W zasadzie jest to zespół kilku świątyń położonych obok siebie. Moją uwagę zwraca mała wiekowa („ancient”) świątynia poświęcona Siwie. Aby dostać się na teren Mahalaxmi Temple trzeba zostawić buty i wejść po schodach. Na górze uczestniczymy w ceremonii religijnej. Potem idziemy do restauracji, aby spróbować lokalnego przysmaku, gota bhaji, polecanego przez Lonely Planet. Restauracja, to zadaszony taras ulokowany na klifie nad brzegiem morza. Jedząc podane nam smażone kulki nadziane soczewicą, możemy podziwiać Morze Arabskie i widoczne w oddali wieżowce Bombaju.

Dzisiaj jest dzień poświęcony na zwiedzanie świątyń. Odwiedziliśmy już świątynie muzułmańską i hinduistyczną decydujemy się więc jechać do położonej w tej części Bombaju świątyni dżinijskiej. Niestety jest zamknięta. Kierując się na południowy zachód docieramy do zatoki Morza Arabskiego. Znajduje się tutaj Chowpatti Beach; piękna, piaszczysta plaża. Promenada, Marine Drive, ciągnąca się wzdłuż niej doprowadza nas do stacji kolejki podmiejskiej skąd wracamy na Churchgate. Po wyjściu z budynku dworca najpierw w Coffe Bar wypijamy kawę z zaraz potem w chińskiej restauracji jemy obiad.

Po południu zwiedzamy katedrę anglikańską św. Tomasza. Wewnątrz jednonawowego kościoła uwagę zwracają epitafia poświęcone znamienitym kolonizatorom angielskim z XVIII i XIX wieku. Uwagę naszą zwraca epitafium upamiętniające załogę zatopionego statku. Z katedry idziemy obejrzeć Wiktoria Terminal. Ania go jeszcze nie widziała a ponadto tej porze dnia jest dobre światło na zdjęcia. Na Kolabę wracamy autobusem.

Czwarty dzień zamierzamy spędzić w Parku Narodowym Sanjay Gandhi, położonym na północ od Bombaju. Jak podaje Lonely Planet, jest to dżungla, w której są organizowane safari pozwalające obserwować tygrysy w ich naturalnym środowisku. Zbudowano tam również ogromny wybieg dla lwów. Na Churchgate kupujemy bilety do stacji Borivali, leżącej na północnych przedmieściach Bombaju w odległości czterdziestu kilometrów. Żeby nie stać w długiej kolejce do kasy oraz zagwarantować sobie miejsce siedzące kupujemy bilety klasy pierwszej. Chociaż są jedenastokrotnie droższe niż drugiej ich zakup nie obciąża znacznie naszego budżetu. Jadąc pociągiem mijamy Dhrawi – największe w Indiach slumsy oraz Boolywood, dzielnicę filmową.

Po przybyciu na miejsce, dojeżdżamy autorikszą do bramy parku. Nic tu nie przypomina dżungli, raczej jest to zwykły park. Dość długo idziemy asfaltową ulicą, mijając duży staw i stację kolejki wąskotorowej. Jedynymi zwiastunami pobliskiej dżungli mogą być stada uganiających się po drzewach małp. W końcu docieramy do przystanku, z którego odjeżdżają specjalne autobusy na safari. Problem w tym, że safari odbywa się gdy, jest co najmniej czternaście osób. Musimy więc czekać, gdyż w chwili obecnej jest tylko sześcioro chętnych: my, para z Azji oraz Hindus z dzieckiem. Na szczęście, wkrótce przyjeżdża kilkunastoosobowa grupa i jest komplet. Szybko kupujemy bilety i zajmujemy miejsca w autokarze, aby siedzieć przy oknach. Są one co prawda zakratowane, ale w środku kraty jest wycięty otwór, umożliwiający obserwację czy też zrobienie zdjęcia. Po kilku minutach jazdy dojeżdżamy do wysokiego muru i przez podwójną bramę wjeżdżamy na teren parku. Rzeczywiście wygląda jak prawdziwa dżungla nietknięta ręką człowieka. Ta część safari trwała około dwudziestu minut i spotkaliśmy dwa tygrysy. Obydwa wygrzewały się w słońcu na mijanych przez autokar polanach. Pierwszy nie zareagował na autokar zupełnie, drugi gdy tylko się zatrzymaliśmy, wstał i powoli oddalił się w głąb dżungli Po wyjeździe, tą samą bramą, wjeżdżamy na terenową drogę, która prowadzi nas do następnego muru z podwójną bramą. Jest to teren zamieszkały przez lwy. Tutaj spotykamy tylko jednego lwa. Oczywiście wygrzewał się w słońcu. Gdy autokar się zatrzymał, lew wstał, minął nasz pojazd i położył się na drodze tuż za nim. Po zakończeniu safari wracamy w kierunku wyjścia z parku. Skręcamy na stację wąskotorówki. Można nią dojechać do pobliskich grot Kanhari, ale aby kolejka ruszyła musi być co najmniej dwudziestu podróżnych a nas jest dwoje. W tej sytuacji rezygnujemy z wycieczki. Zamiast tego wspinamy się na szczyt wzgórza skąd rozpościera się piękna panorama Bombaju. Znajdowała się tam również budowla w kształcie rotundy niewiadomego przeznaczenia. Po powrocie na Churchgate całe popołudnie i wieczór spędzamy na promenadzie Marine Drive, spacerując od jej południowego końca Nariman Point do północnego przy Chowpatti Beach. Do hotelu wracamy autobusem.

Na piątek zaproponowałem wizytę w części Bombaju położonej bezpośrednio na północ od Wiktoria Terminal. Jest to dzielnica bazarów oraz meczetów. Znajduje się tam również znana świątynia hinduistyczna Mumbadevi. Do bazaru Jyotiba Phule, znanego głównie ze straganów z warzywami i owocami, dojeżdżamy autobusem. Kupujemy owoce o nieznanej nam nazwie, wieczorem w hotelu, okazały się całkiem smaczne. Po wyjściu z bazaru oglądamy z zewnątrz współczesny, ale bardzo bogato zdobiony meczet. Przyłączają się do nas dwaj mniej więcej dziesięcioletni chłopcy. Robię im zdjęcie. Jest to drugie moje ulubione zdjęcie z tej wyprawy. Chłopcy wyglądają na nim zupełnie jak bohaterowie filmu „Slumdog”, który obejrzałem już po powrocie do Polski. W muzułmańskiej cukierni kupujemy dwa ciastka. Są to sprasowane figi i daktyle z orzechami w środku, bardzo smaczne i kaloryczne. W drodze do Jama Masjid (Meczet Piątkowy) zwiedzamy małą świątynkę hinduistyczną poświęconą Siwie. Ze znajdującego się w pobliżu telefonu Internetowego dzwonimy do Polski, wszystko jest ok. Sam Meczet Piątkowy jest silnie strzeżony (jak wszystkie budynki użyteczności publicznej i większość prywatnych w Bombaju). Nie jesteśmy muzułmanami, zatem nie mamy szans na wejście do środka. Zupełnie inaczej jesteśmy przyjęci w Mumbadevi, nie dość że możemy obserwować z boku ceremonię religijną, to jeszcze nikt mi nie zabrania uwiecznienia jej na filmie. Oczywiście filmuję tylko wstęp do ceremonii, nie chcąc być intruzem. Do Chor Bazaar wędrujemy uliczkami dzielnicy muzułmańskiej. Przeraźliwie zatłoczone, brudne zupełnie inne od tych w centrum miasta, mają swój specyficzny urok. Po drodze, zupełnie nieoczekiwanie, natrafiamy na świątynię dżinijską. Jest nowa, nie figuruje w naszym przewodniku. Dwupoziomowa budowla o wykonanych z białego marmuru, pokrytych płaskorzeźbami ścianach, wywiera wrażenie. W środku znajdują się dwie duże sale modlitewne, których stropy są podtrzymywane przez bogato rzeźbione kolumny. Posadzki, wykonane z różnokolorowego marmuru, mają wzór przypominający perskie dywany. Całość bardzo mi się podoba. Łamię więc obowiązujący zakaz fotografowania i ukradkiem robię parę zdjęć. Niestety Chor Bazaar jest dzisiaj nieczynny, możemy jedynie pospacerować między straganami stojącymi dookoła hali bazaru, stanowiącymi jego integralną część. Wczesnym popołudniem wracamy do Wiktoria Terminal a stamtąd, autobusem, na Kolabę.

Na obiad idziemy do losowo wybranej restauracji w okolicy naszego hotelu. Wybieramy potrawę o dźwięcznej nazwie; veg. Sheezler (czy coś podobnego). Po kilku minutach oczekiwania, kelner stawia przed Anią żeliwny półmisek ze skwierczącym tłuszczem i buchającymi parą warzywami. Strumień pary był tak silny, że nawet ja poczułem ciepło na twarzy. Widzę jak Ania trochę przestraszona odsuwa się do tyłu. Był to pierwszy znany mi przypadek, gdy ktoś przestraszył się czegoś martwego, co za chwilę miał zjeść. Gdy kelner przyniósł moją porcję nakręciłem krótki film obrazujący to danie.

Wieczorem jedziemy jeszcze raz na Marine Drive. Dla nas jest to najładniejsza część południowego Bombaju. Promenada wzdłuż zatoki Back Bay, przy Bramie Indii, jest krótka, zatłoczona i pełna natrętnych sprzedawców. Marine Drive, to szeroka, ciągnąca się cztery kilometry, obsadzona drzewami aleja spacerowa. Na północy oddzielona od zatoki plażą w części centralnej i południowej szerokim falochronem stanowi miejsce spotkań Bombajczyków i zakochanych par. Wieczorem setki świecących lamp ulicznych otacza zatokę. Mieszkańcy nazywają je naszyjnikiem królowej. Oglądamy drugi z zaatakowanych w grudniu hoteli - Grand Oberoy. Nie został odremontowany, stoi pusty. Do późnego wieczora spacerujemy wzdłuż promenady.

Dzisiaj jest sobota, siódmy luty, nasz ostatni dzień w Indiach. Zamierzamy dotrzeć do południowego cypla oddzielającego zatokę Back Bay od Morza Arabskiego. Z Kolaby jedziemy autobusem do pętli a następnie kontynuujemy pieszo marsz na południe. Idziemy ulicą otoczoną z dwóch stron wysokim murem, za którym znajdują się koszary wojskowe. Bram wjazdowych strzegą wartownicy, niektórzy w barwnych mundurach. Ania chce mieć zdjęcie z jednym z nich, niestety nie uzyskujemy zgody. Po pewnym czasie musimy jednak zawrócić. Idąc na północ widzimy, po prawej stronie, wody zatoki, ale dojścia na brzeg zabraniają nam wartownicy. W końcu znajdujemy niestrzeżony budynek, kantynę oficerską. Wchodzimy na dziedziniec, z którego możemy do woli obserwować zatokę i zakotwiczone w niej jachty. Wychodząc, przyglądam się przez chwilę, jak kierowca poleruje chromy limuzyny produkcji angielskiej z lat sześćdziesiątych. Piękne cacko. Po paru minutach dochodzimy do kościoła Afgańskiego. Został zbudowany przez Anglików dla uczczenia poległych w wojnie anglo-afgańskiej z 1842 roku żołnierzy. Za dwadzieścia rupii zostajemy przez kościelnego wpuszczeni do środka. Wnętrze w stylu neogotyckim, w absydzie prosty ołtarz i ładne witraże. W mijanym barze wypijamy capuccino, a następnie odwiedzamy miejscowy targ rybny. Oglądamy stragany wypełnione różnymi gatunkami ryb i innych bliżej mi nie znanych owoców morza. Wizyta jest raczej krótka, wygania nas panujący zapach. Wracamy na główną ulicę i po przejściu około stu metrów skręcamy w prawo, wychodząc na nadmorską promenadę. Nie jest długa z lewej strony ograniczona przez wysunięty w morze taras z drugiej przez dzielnicę slumsów. Jest odpływ, woda cofnęła się o kilkadziesiąt metrów, odsłaniając kamieniste dno. Z promenady widać kobiety i dzieci zbierające owoce morza. Idziemy w lewą stronę, mijamy budynek klubu żeglarskiego i wychodzimy na drugą część promenady, ciągnącej się do Bramy Indii. Obiad jemy w restauracji irańskiej znajdującej się niedaleko naszego hotelu. Potem wracamy na promenadę, gdzie spędzamy całe popołudnie, obserwując przypływ morza. Towarzyszy nam dwójka dzieci: ośmioletnia dziewczynka i jej młodszy brat, wymuszając na mnie robienie im zdjęć. Wieczorem pożegnalny spacer przed Bramą Indii. Po dwudziestej drugiej opuszczamy hotel. Taksówka na lotnisko kosztuje 500 rupii. Na miejscu jesteśmy około północy, zdajemy bagaż i za ostatnie rupie pijemy kawę. Punktualnie o trzeciej trzydzieści Boeing 747 Lufthansy, do Frankfurtu, wystartował.

Zdjęcia

INDIE / Maharastra / Bombaj / dzieci z BombajuINDIE / Maharastra / Bombaj / mauzoleum Ali Haji

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl