Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Osiem dni w Gruzji > GRUZJA


Nakrym Nakrym Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie GRUZJA /   / Tbilisi / Jak spędzić tydzień w Gruzji z żoną i dwójką dzieci, nie zwariować i chcieć tam wrócić ponownie - to jest wyzwanie :-) Poczytajcie koniecznie!

Od naszej ostatniej dużej podróży do Wenezueli minęła chyba wieczność... .
Takiego wyjazdu nie udało się nam powtórzyć i ten tydzień w Gruzji to też niezupełnie to o czym marzyliśmy. Kraj nie tak bardzo daleki i nie tak egzotyczny. Wyjazd organizowaliśmy troszkę "na siłę" i bez takiego entuzjazmu jaki towarzyszył nam w podróży do Wenezueli. Niemniej tanie bilety i pozytywne opinie od osób, które przed nami już tam były zadecydowały, że i my do nich dołączyliśmy.

Osobiście najbardziej obawiałem się tego, że Gruzja jako była republika ZSRR będzie bardzo podobna do tego co już jest nam znane z Ukrainy i Rosji. Obawy okazały się szczęśliwie dla mnie bezpodstawne. Przynajmniej jeśli chodzi o Tbilisi - zachodnie auta na ulicach, wszechobecny język gruziński, inna kultura, inne zwyczaje, inni ludzie. Śladów byłego ZSRR bardzo mało. Jedyną w sumie pozytywną ( przynajmniej dla nas) pozostałością jest wciąż dość powszechna znajomość języka rosyjskiego. Nie słyszy się już go praktycznie na ulicy, Gruzini nie rozmawiają w nim między sobą, żadnych napisów, niczego. Dla turystów robi się jednak wyjątek i można prawie z każdym Gruzinem po rosyjsku porozmawiać.

Z grzeczności pytaliśmy najpierw czy dana osoba mówi po rosyjsku. Jeśli reakcja była pozytywna - kontakt został nawiązywany :-).

Tak więc okazało się, że Tbilisi o wiele bliżej do któregoś z miast np. tureckich lub nawet zachodnioeuropejskich niż do np. Kijowa lub Moskwy i dla nas szukających jakiegoś kontrastu było to miłe zaskoczenie.

Niewielka ilość czasu i ograniczone fundusze z jednej strony i z drugiej chęć by zobaczyć i przeżyć jak najwięcej plus mnóstwo dostępnych informacji w internecie zmusiły i umożliwiły nam wcześniejsze dokładne zaplanowanie wyjazdu - z dokładnością co do godziny :-).

Nie zmarnowaliśmy tym samym ani jednego dnia i wróciliśmy zadowoleni - również dzieci, o których staraliśmy się stale pamiętać i uwzględniać ich zainteresowania i możliwości.

Pod jednym tylko względem wyjazd okazał się kompletną klapą i moją osobistą porażką. W planach miałem dużo fotografować i przywieźć z Gruzji mnóstwo pięknych fotografii. Nie udało się. I owszem, fotografowałem dużo, wstawałem wcześnie rano w poszukiwaniu "złotych godzin", ciekawego światła i tematów, chodziłem dużo, ale efekty słabiutkie. Zupełnie nie ma się czym pochwalić :-). Trochę fotografii wybrałem i umieściłem w tym wpisie, ale to tak bardziej z kronikarskiego obowiązku niż, żeby było się czym chwalić.

Brakło umiejętności, może jakieś błędy w ustawieniach aparatu ( nie zabrałem laptopa i nie mogłem na bieżąco sprawdzać efektów) plus pogoda, czy raczej jej brak i fotografie wyszły bladziutkie i bez kolorów.

Listopad to nie jest też chyba najlepszy miesiąc na foto-wyprawę do Gruzji. Deszczu może i nie było, ale niebo prawie stale przykrywała gęsta warstwa chmur. Żadnego błękitu nieba i żadnych fotogenicznych białych "baranków" na jego tle. Drzewa pozbawione liści, trawa wypalona. Jak okiem sięgnąć wszystko w szaro-burych kolorach. Być może osoby bardziej kreatywne ode mnie mogłyby coś "wycisnąć" i z takich scen - mnie się nie udało.
W Photoshopie można co prawda podmienić niebo na bardziej niebieskie, ale po co?
Lepiej pojechać do Gruzji jeszcze raz i spróbować zrobić ładniejsze zdjęcia. Taka podejście do tematu podoba mi się o wiele bardziej.
Zupełnie bez wysiłku natomiast, kilkoma kliknięciami myszki, po części zafascynowany twórczością gruzińskiego ludowego malarza Pirosmaniszwiliego przerobiłem swoje "blade" fotki na troszkę bardziej kolorowe obrazy olejne. Fotograficzni puryści pewno mi tego nie wybaczą, ale mnie się podoba.

Polacy do Gruzji zwykle latają z Warszawy lub Katowic. My, ponieważ na stałe mieszkamy na Krymie ( www.nakrym.bloog.pl ) , nietypowo polecieliśmy z Doniecka (Ukraina). Na oglądanie lotniska nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Zwróciłem tylko uwagę czy jest możliwość noclegu gdzieś w hali odlotów w śpiworze na karimacie. To może się przydać wszystkim tanio-latającym po świecie rodakom. Lotnisko jest nowe ( przygotowywane na Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej), czyste i ciepłe. W sklepiku-kawiarni można kupić coś do picia i do jedzenie ( ceny europejskie). Wracając do kwestii noclegu - nikogo takiego nie widzieliśmy, ale myślę, że warunki są na tyle dobre, że spokojnie można tutaj spędzić noc w oczekiwaniu na poranny wylot gdzieś dalej w świat. My noc przed odlotem spędziliśmy w pociągu relacji Simferopol-Donieck.
Udało się nam spakować wszystkie nasze rzeczy w cztery nieduże plecaki, które wnieśliśmy na pokład samolotu jako bagaż podręczny. To z jednej strony wygodne, a z drugiej trzeba uważać co się bierze: lista zabronionych przedmiotów jest długa. My w czasie kontroli musieliśmy zostawić w koszu agrafkę i termometr rtęciowy.

W SOBOTĘ 9.12.2013 o 6.40 wylecieliśmy i uwzględniając jakąś ogromną różnicę czasu, po niecałych dwóch godzinach lotu o 10 rano wylądowaliśmy na lotnisku w Kutaisi. Odprawa paszportowa ( przywitano nas polskim "dzień dobry" - to miłe i spotkaliśmy się z czymś takim po raz pierwszy w życiu), toaleta, wizyta w informacji turystycznej i "dogadywanie" transportu zajęło nam blisko 2 godziny. Bus do Tbilisi kosztuje normalnie 20 lari od osoby. Można się potargować i troszkę zbić cenę. Taksówka nie jest wcale tańsza. Jak ktoś ma dużo czasu to może łapać na drodze obok lotniska zwykłą marszrutkę do Kutaisi i stamtąd busem udać się do Tbilisi. Zaoszczędzi w ten sposób ok. 5 lari od osoby.

Na lotnisku w Kutaisi wciąż nie ma żadnego kantoru ani bankomatu. Nie jest to w sumie wielki problem bo kierowca marszrutki zatrzymuje się po drodze w centrum Kutaisi gdzie można wymienić pieniądze. Warto się rozejrzeć dokładniej bo kantorów jest kilka i ceny w nich są różne.

Podróż z Kutaisi do Tbilisi to właściwie pierwszy kontakt z Gruzją. Droga wiedzie przez góry i jest całkiem malownicza ( zwłaszcza wiosną lub wczesną jesienią bo w listopadzie to już może nie bardzo)

Na godzinę 16 dotarliśmy do centrum Tbilisi. Nie mieliśmy umówionego noclegu i nikt na nas nie czekał. W sumie błąd bo w internecie można sobie dokładnie sprawdzić gdzie jaki hostel się znajduje i nawet o cenę można się potargować, a tak zmarnowaliśmy dwie godziny na poszukiwaniach - w końcu i tak wylądowaliśmy w pierwszym spotkanym. Był to "Art Hostel" przy ulicy G. Khandzteli 2 ( www.arthostel.ge). Pierwsze wrażenie nie było najlepsze bo położony jest głęboko w podwórzu, w dosyć "podejrzanej" okolicy, właściwie w piwnicy.
Inne warianty nie okazały się jednak lepsze. Było albo drożej, albo jeszcze gorzej. Zgodnie uznaliśmy, że nie warto tracić czasu na dalsze poszukiwania. Pokój kosztował nas 30 dol za dobę za dwie osoby dorosłe i dwójkę dzieci ( listopad to raczej na pewno nie jest szczyt sezonu turystycznego w Gruzji stąd tak niska cena). Łazienka wspólna na korytarzu ( ale duża i całkiem przyzwoita, oczywiście z ciepłą wodą). Mieliśmy dostęp do mini-kuchenki i wi-fi. Sam pokój to w sumie tragedia bo jak wspominałem praktycznie w piwnicy i bez okna. Mieliśmy zostać dzień-dwa, zostaliśmy na całych 5 nocy. Do wszystkiego można się przyzwyczaić - piszę to mając na myśli również pokoje w naszym domu na Krymie w Rybaczie ( www.nakrym.bloog.pl ) - też nie wszystkim się podobają, a są o niebo lepsze od tych w "Art Hostelu". Do plusów tego miejsca zaliczyć można na pewno niezłe w sumie położenie w samym centrum starego Tbilisi, dużą wygodną łazienkę, wi-fi, miłą, nie robiącą z niczego problemów obsługę, dostępne ceny i "last but not least" ciekawy wystrój wnętrz w stylu teatralnej garderoby.

Na kolację poszliśmy do poleconej nam przez właścicielkę hostelu, pobliskiej stołówko-restauracji. Ceny rzeczywiście okazały się przystępne i jedzenie smaczne. Potem stołowaliśmy się tam prawie codziennie. Porcje okazały się być bardzo duże. Pierwszego dnia zamówiliśmy więcej niż byliśmy w stanie zjeść. Taka ogromna obiadokolacja kosztowała naszą czwórkę 50lari. Każda następna już mniej, bo mając w pamięci tę pierwszą - zbyt obfitą, staraliśmy się ograniczać co jednak nie było łatwe bo jak już wspomniałem potrawy były smaczne i raczej niespotykane ani w Polsce, ani u nas na Krymie.

Po tak obfitej kolacji po prostu musieliśmy pospacerować. Centrum starego Tbilisi mieliśmy na wyciągnięcie ręki ( nogi?). Mimo późnych godzin wieczornych było przyjemnie ciepło i miasto jeszcze nie "spało". Dzieci już dawno zauważyły wagoniki kolejki linowej wjeżdżające ponad naszymi głowami na pobliskie wzgórze ( Narikala). Pokusa by zobaczyć z wysoka rozświetlone tysiącem świateł nocne Tbilisi była silniejsza od zmęczenia. Było warto.

NIEDZIELĘ rozpoczęliśmy od długiego spaceru po starym mieście. Kierowaliśmy się w stronę centrum - do stacji metra. Celem naszym był ponoć największy bazar spożywczy w Tbilsi i dworzec kolejowy.

Na dworcu kupiliśmy bilety na pociąg do Kutaisi. Nie chcieliśmy wracać marszrutką. Bilety wzięliśmy na piątek - przedostatni dzień naszego pobytu w Gruzji. Pociąg wyjeżdżał z Tbilisi o 21.30. W Kutaisi miał być o 3 w nocy. Trochę to za wcześnie dla nas bo liczyliśmy, że w sypialnym przedziale uda nam się dobrze wyspać. Innych wariantów jednak nie było, a marszrutką jak wspomniałem nie chcieliśmy wracać bo po pierwsze podróż nią jest dosyć męcząca, a po drugie trzeba było wyjechać w sobotę zaraz po wczesnym śniadaniu i udać się prosto na lotnisko, a my chcieliśmy jeszcze zobaczyć Kutaisi. Podróż nocnym pociągiem wydała się nam optymalnym wariantem - nie traciliśmy godzin dziennych na przejazd i dodatkowo oszczędzaliśmy na noclegu w hostelu. Osoby, które chciałyby skorzystać z takiej opcji powinny jednak wiedzieć, że w pociągu, który jedzie do Kutaisi jest tylko jeden wagon sypialny i o bilety trzeba zatroszczyć się odpowiednio wcześniej. Bilety są stosunkowo tanie - jedno miejsce sypialne kosztowało nas o ile dobrze pamiętam niecałe 15 lari.

Zaraz przy dworcu jest ogromny rynek. Jest część przemysłowa i spożywcza. Jak to zwykle w takich miejscach nie jest ani zbyt czysto, ani pięknie, ale my to lubimy. Część przemysłową sobie darowaliśmy i skierowaliśmy się na poszukiwania gruzińskich przysmaków. I jeśli o to chodzi to listopad jest dobrym miesiącem na wizytę w tym pięknym kraju. Na straganach było mnóstwo owoców i warzyw - tych znanych i nieznanych w Polsce. W Gruzji owocują mandarynki, kiwi, granaty,różne gatunki winogron, owoce znane u nas pod nazwą kaki i zupełnie nieznane, które Lena nazywała Fejhua - wielkości małej cytryny, zielone i raczej kwaśne w smaku - podobno witaminowa bomba. Wszystko tanie jak "barszcz". Świeże, suszone, marynowane, kiszone... .
Gruzińskie przyprawy były naszym kolejnym celem. Lena na wąchaniu i ustalaniu co do czego i z czego spędziła prawie godzinę. My z Iwanem biegaliśmy w tym czasie po okolicy z fotoaparatami.
Na koniec zostawiliśmy sobie gruzińskie sery. Lena z trudem powstrzymywała się od większych zakupów - ustaliliśmy, że wrócimy tu jeszcze ostatniego dnia.

W przewodniku wyczytałem, że jest w Tbilisi skansen - muzeum etnograficzne pod odkrytym niebem, w ktorym zgromadzono zabytkowe drewniane domy ze wszystkich regionów Gruzji. Na zobaczenie tego w naturze nie mieliśmy szans. Postanowiliśmy zafundować sobie taką mini Gruzję w "pigułce" i całe niedzielne popołudnie spędziliśmy wśród drewnianych chat. Część z nich można zwiedzać również w środku. Miejsce to jest również ulubionym foto-plenerem dla gruzińskich młodych par ubranych w tradycyjne ludowe stroje.
Późna jesień jest raczej mało kolorowa, ale i tak było co oglądać i fotografować ( www.museum.ge).

Do hostelu wróciliśmy późnym wieczorem - zbyt wcześnie by spać. W planach mieliśmy jeszcze kolację czyli próbowanie kolejnych gruzińskich potraw, na które nie starczyło miejsca pierwszego dnia. Po kolacji krótki spacer i wizyta w tradycyjnych, zabytkowych i słynnych, naturalnych, gorących tbiliskich łaźniach siarkowych. Jest ich tam kilka różnych i warto wcześniej obejrzeć je sobie dokładnie. Najtańsze - oddzielne dla mężczyzn i kobiet nie oferują zbyt wiele. Szczególnie kobiety mogą się czuć pokrzywdzone gdyż mają do dyspozycji właściwie tylko prysznice. Jest jest się w kilka osób to najlepiej wybrać droższe warianty: z przebieralnią, basenem, prysznicami, sauną, myciem i masażem. Wnętrza raczej zabytkowe. Atmosfera w przenośni i dosłownie wyjątkowa ( pachnie zgniłymi jajami). Full opcja kosztowała nas 80 lari plus masaż i mycie po 10 lari od osoby. Sporo, ale cóż - mamy tylko jedno życie i nie wiadomo czy będziemy mieli jeszcze kiedyś okazję w ten wspaniały sposób wydać swoje ciężko zarobione pieniążki... . Dzieci po raz kolejny były zachwycone... . My również.
"Tbili" po gruzińsku znaczy "ciepły" i to właśnie te gorące źródła dały początek miastu.

Zaraz przy łaźniach jest sympatyczny, ładnie oświetlony mini park - miejsce w sam raz by zakończyć w nim kolejny, pełen wrażeń dzień w Gruzji.

W PONIEDZIAŁEK po śniadaniu pakujemy się i jedziemy w góry. Na dworcu autobusowym Didjube znajdujemy marszrutkę do Kazbegi. Wyjazd o 13. Mamy sporo czasu. Jemy drugie śniadanie i spacerujemy po dworcu, który okazuje się przy okazji całkiem dobrze zaopatrzonym w warzywa i owoce rynkiem.

Jedziemy słynną gruzińską drogą wojenną. Podróż trwa trzy godziny i nie jest zbyt męcząca. Marszrutka zatrzymuje się tylko raz na krótki odpoczynek mniej więcej w połowie drogi. Słynną twierdzę Ananuri oglądamy więc z daleka. Droga robi oczywiście wrażenie. Kaukaz to nie Tatry. Góry są ogromne. Do celu naszej podróży, którym jest miasteczko Sepantsminda ( dawniej Kazbegi) docieramy przed 16. Kwaterujemy się w domu u kierowcy marszrutki. Cena - niecałe 30 dol. Ani drogo, ani tanio. Na tyle byliśmy przygotowani. Pokój duży, sympatyczny. Trochę w nim tylko chłodno. Łazienka dużą, fantastycznie wyposażona, ale strasznie w niej zimno i o prysznicu nie ma mowy. Dom położony dosyć daleko od centrum, ale za to z pięknym widokiem na kościół Tsminda Sameba i szczyt Kazbegi.

Niestety pogoda się psuje. Zaczyna padać deszcz. Krótki spacer, kilka fotografii i szukamy schronienia w napotkanej po drodze knajpce. W międzyczasie spotykamy małą grupkę z Polski i potem jeszcze jedną.
Całą noc pada deszcz. Nastroje nie najlepsze. Miałem w planach pobyć tu dzień-dwa, pochodzić po górach. W deszczu i błocie to raczej będzie niemożliwe. Paradoksalnie jedyna nadzieja w tym, że jest noc i deszcz cały czas pada. Kiedyś musi przestać... .
Faktycznie kiedy wstaję o 6 rano by w promieniach wschodzącego słońca fotografować górę Kazbegi słońca co prawda jest niewiele, ale deszcz już nie pada i jakby się troszkę wypogadza.

Tymczasem na "pokładzie" bunt. Lena z Anią za żadne skarby nie chcą pieszo iść na pobliskie wzgórze ( 2170m.n.p.m) gdzie znajduje się kościół Tsminda Sameba. Zostają w domu, a ja z Iwanem, po lekkim śniadaniu, zaopatrzeni w fotoaparaty i kilka jabłek wyruszamy na podbój Kaukazu. Droga właściwie prowadzi sama. Potem wybieramy trudniejszy, ale krótszy szlak na sam szczyt. Nie ma prawie żadnych oznaczeń i by nie tracić czasu na błądzenie warto jednak pytać spotkane osoby o drogę. Wejście zajęło nam 2 godziny. Widoki piękne. Ponownie jednak żałuję, że to nie wiosna lub przynajmniej wczesna jesień - byłoby jeszcze piękniej.
Sam kościół początkowo nie robi jakiegoś ogromnego wrażenia. Od "drugiej" strony podjeżdżają terenowe auta podwożące bardziej leniwych turystów.
Wśród nich dostrzegamy Lenę i Anię. Mają tylko pół godziny na zwiedzanie i muszą wracać. Zabierają zmęczonego podejściem Iwanka. Ja zostaję jeszcze na godzinkę, która spędzam we wnętrzu kościółka. Na zewnątrz chłodno. W środku pali się ogień. Zakaz fotografowania - i dobrze. Mnich cicho mruczy modlitwy. Od czasu do czasu ktoś wchodzi i zapala świeczkę. Powolutku okrążam wnętrze, kontemplując po drodze ikony. Miejsce doprawdy magiczne, ale trzeba poświęcić na nie minimum godzinę w ciszy i spokoju by móc tego doświadczyć.
Robi się późno i prawie biegnę w dół do miasteczka - o 14 mamy umówioną już marszrutkę do Tbilisi. Niestety pogoda jest niepewna i postanawiamy wracać do cywilizacji. A wracamy z sympatycznymi chłopakami z Polski, członkami zespołu muzycznego "Na Bani".

W Tbilisi jesteśmy na 17 i wciąż jest tu jeszcze widno. Wracamy do naszego hostelu i dalej już tradycyjnie: kolacja i długi spacer po nocnym, przepięknie podświetlonym Tbilisi.

Przed wyjazdem szukałem w internecie ile właściwie czasu trzeba mieć by pieszo dojść na wzgórze z kościołem Tsminda Sameba i nie udało mi się tego znaleźć. Mając za punkt startu centrum miejscowości Stepantsminda ( dawna nazwa Kazbegi) na szczyt idzie się średnio 2 godziny. Na miejscu, żeby coś "poczuć", a nie tylko rzucić okiem na okolicę trzeba min. 1 godziny. Powrót do wioski zajmie kolejne 1,5 - 2 godziny. To chyba absolutne minimum. A przy dobrej pogodzie warto np. zostać na szczycie nawet cały dzień :-).
Zakładając plan minimum można "zaliczyć" Tsminda Samebę w jeden dzień. Wyjazd poranną marszrutką z Tbilisi ( dworzec Didube, koszt 10 lari od osoby, czas jazdy ok. 3 godziny), wejście, zejście i powrót jedną z ostatnich, wieczornych marszrutek.
Zdecydowanie lepiej jednak zostać na minimum jeden nocleg - mamy przynajmniej teoretycznie ( bo pogoda zwykle podobno nie rozpieszcza) zobaczyć jakiś ciekawy wschód lub zachód słońca z głównym bohaterem w tle - szczytem Kazbegi.

ŚRODĘ rozpoczynamy od wjazdu wagonikiem na wzgórze z twierdzą Narikala - tym razem w świetle porannego słońca. Zwiedzamy dokładnie fortecę i podziwiamy piękne widoki.

Następnym naszym celem jest ogród botaniczny i park rozrywki Mtatsminda. Do ogrodu botanicznego nie docieramy bo troszkę pobłądziliśmy i ostatecznie uznaliśmy, że późną jesienią z pewnością nie ma w nim nic ciekawego. Jedziemy autobusem jeszcze wyżej - do parku Mtatsminda. Główną jego atrakcją jest po prostu wesołe miasteczko. Większość atrakcji działała. W trosce o nasze finanse ustalamy z dziećmi na co możemy sobie pozwolić, a na co już nie. Wybór padł na kolejkę górską i wielkie koło widokowe z wagonikami. Koło rzeczywiście robi wrażenie. Staram się nie patrzeć w dół i nie myśleć co by było gdyby... . Dzieci odbierają to o wiele spokojniej i bez większego entuzjazmu... .
Do miasta wracamy wagonikiem podobnym chyba do tego który w Zakopanem wjeżdża na Gubałówkę. To kolejna atrakcja i ukłon w stronę naszych dzieci - mają ferie i muszą Gruzję wspominać dobrze :-).
Krótka przerwa na lekki obiad i idziemy na bazar staroci i galerię obrazów pod odkrytym niebem. Wszystko to w centrum Tbilisi, blisko, w okolicach tzw. "Suchego Mostu". Miejsce na pewno warte zobaczenia. Sprzedaje się tu mydło i powidło. To prawdziwy raj dla kolekcjonerów: ikony, medale, monety, militaria, aparaty fotograficzne, instrumenty, dywany, naczynia itp, itd. Trzeba się jednak na tym znać bo obok egzemplarzy naprawdę cennych na pewno równie dużo, a raczej na pewno dużo więcej rzeczy bezwartościowych.
Mnie najbardziej podobały się obrazy miejscowych malarzy. Trudno jest mi wypowiadać się o ich wartości artystycznej i nie będę tego tutaj robić, ale po prostu podobały mi się: kolorowe, wesołe, duże i małe, o tematyce bez wątpienia gruzińskiej. To co mnie się podobało, Iwanka najwyraźniej śmieszyło...
Do hostelu wracamy powolutku, pieszo, późnym wieczorem, właściwie nocą, po raz kolejny zachwycając się przepięknymi widokami cudownie oświetlonego centrum Tbilisi. . Dzieci próbują nas namówić na kolejną wizytę w gorących, siarkowych łaźniach, ale się nie dajemy - przynajmniej już nie dziś :-).


Mamy CZWARTEK i właściwie żadnych poważnych planów na ten dzień. Wyjazd z noclegiem do położonego około 100km od Tbilisi, podobno przepięknego Signagi przegrał z propozycją dzieci by pójść raz jeszcze do siarkowych łaźni. Koszta podobne, podróż w ciasnej marszrutce męcząca - bez żalu dostosowaliśmy się do życzeń najmłodszych uczestników naszej gruzińskiej wyprawy. Zyskaliśmy w ten sposób sporo wolnego czasu, z którym nie bardzo wiedzieliśmy co zrobić. Wybór w pierwszej kolejności padł na muzeum sztuki. Główną ekspozycją są tam obrazy gruzińskich malarzy prymitywistów, w tym najbardziej znanego Pirosmaniszwiliego. I tutaj, podobnie jak przy zwiedzaniu gruzińskich kościołów warto poświęcić trochę więcej czasu, zatrzymując się przed każdym obrazem dłużej niż tylko chwilkę. Obrazy Pirosmaniszwiliego pokazują Gruzję jakiej już nie ma, ale jak mówią aby poznać i dobrze zrozumieć współczesność jakiegoś narodu trzeba poznać również jego przeszłość. Naprawdę warto poświęcić godzinę lub dwie na wizytę w tym miejscu by jeszcze mocniej poczuć, że się było w Gruzji . Szczególnie jeśli czasu mamy niewiele i nie ma szans na zobaczenie całego kraju i nawiązanie bliższych kontaktów z jego mieszkańcami.

Po wizycie w świątyni sztuki podjeżdżamy metrem w okolice kościoła Cmida Sameba. Od stacji metra trzeba dojść pieszo jeszcze spory kawałek, ale spacer wśród ulicznych straganów i małych sklepików jest bardzo interesujący. Jesteśmy na miejscu tuż przed zachodem słońca. Próbuję dostrzec i sfotografować wszystko w jego cudownym świetle. Kto troszkę fotografuje ten wie, że chwile przed tym jak schowa się ono zupełnie za horyzontem są naprawdę magiczne. I nawet jeśli się nie fotografuje to warto zwracać na to uwagę.
Kościół Cmida Sameba jest podobno największą tego typu budowlą na Kaukazie. Ma wysokość 98 metrów. Część podziemna 14 metrów. Nie jest to obiekt zabytkowy. Wybudowano go w latach 1998-2004. W jego ogromnym wnętrzu zastaliśmy sporo ludzi, ale tłoku nie było. Modlili się, zapalali świeczki przed ikonami. Odniosłem wrażenie, że Gruzini są bardzo religijnym narodem, ale ta ich religijność jest jakby spokojniejsza, wyciszona i jednocześnie pełna dumy i pewności jeśli chodzi o wybór drogi i celu. Gruziński Kościół Prawosławny jest jednym z najstarszych kościołów chrześcijańskich na świecie.

Dzień kończymy tak jak to wcześniej obiecaliśmy dzieciom - wizytą, tym razem już na pewno ostatnią, w gorących tbiliskich łaźniach.

PIĄTEK to nasz przedostatni dzień pobytu w Gruzji. Zaczynamy spokojnie. Śniadanko, pakowanie, toaleta.

Zgodnie z tym co wcześniej zaplanowaliśmy jedziemy metrem na dworzec kolejowy. Lena z dziećmi idą na bazar na zakupy. Ja pilnuję plecaków na dworcu. Przepakowujemy rzeczy i oddajemy większość do dworcowej przechowalni. Jedziemy metrem na stację Didube i dalej marszrutką do Mcchety. Zapewniano nas, że miejscowość nie jest duża i kilka godzin na zwiedzanie w zupełności wystarczy.

Kierujemy się do centrum gdzie "czekają" na nas największe atrakcje tego miejsca: stare miasto i katedra Sweti Cchoweli.
Zaczynamy od starego miasta. Wszystko ładnie pięknie i czysto, wyremontowane uliczki i domki, a jednak czegoś brakuje i coś przeszkadza. Brakuje patyny. Dobrze, że zrobiono remont, ale teraz, żeby tutaj zrobiło się naprawdę ciekawie trzeba będzie poczekać tak mniej więcej ze 100 lat.... . Przeszkadzają wszechobecne stragany z pamiątkami. Po obiedzie uciekamy w kierunku prawdziwej Mcchety. Włóczymy się uliczkami, "podkradamy" resztki winogron. Miasteczko nie zachwyca - na pewno wielka w tym wina późnojesiennej pogody, pochmurnego niebo i braku liści na drzewach. Wiosną musi tu być jednak pięknie i z pewnością jest to miejsce warte nawet kilkudniowego pobytu. Na deser zostawiamy sobie katedrę. Jest bardzo stara i bardzo duża. Przepiękna. Warto przyłączyć się do którejś z licznych wycieczek i posłuchać przewodnika. Zwiedzanie "od ikony do ikony" może zająć nawet godzinę. Potem warto zostać godzinę jeszcze jedną by samemu wszystko to poukładać sobie w głowie i pokontemplować święte obrazy, relikwie, freski i kunszt dawnych architektów.
Robię kilka zdjęć w świetle zachodzącego słońca i pora wracać do Tbilisi.

Około 21 mogliśmy wsiąść do naszego pociągu. Wagon sypialny do Kutaisi był tylko jeden i wszystkie miejsca były zajęte. Wszystko przypominało znane nam wagony ukraińskie. Niestety brakowało samowaru z wrzątkiem i ciepłych koców, które to rzeczy byłyby jak najbardziej na miejscu bo wkrótce okazało się, że wagon jest praktycznie nie ogrzewany.

Zgodnie z rozkładem jazdy pociąg miał być w Kutaisi o przed 3 rano. Po krótkiej rozmowie z obsługą wagonu okazało się, że za dodatkowe 20 lari możemy zostać w przedziale do 7 rano.

I tak nastała SOBOTA - ósmy dzień w Gruzji. Dworzec kolejowy w Kutaisi położony jest gdzieś zupełnie na uboczu. W budynku niczego nie ma Żadnych sklepików, kawiarni i to co nas najbardziej zabolało - nie ma tu przechowalni bagażu. Jest natomiast zdaje się całkiem bezpiecznie bo zauważyliśmy kilku turystów ( z Polski?) śpiących na karimatach w śpiworach.

Wzięliśmy nasze ciężkie, wypakowane gruzińskimi przysmakami plecaki i udaliśmy się na poszukiwanie centrum i przede wszystkim przechowalni bagażu.

Kutaisi nie jest zbyt pięknym miastem. Ktoś gdzieś napisał, że brzydsza od niego jest tylko Łódź. Muszę się nie zgodzić. Łódź jest ładniejsza :-).

Zmarznięci dotarliśmy w końcu do czegoś co miało być centrum. Wszystko pozamykane. Nie ma gdzie usiąść, napić się kawy i bardziej łaskawym okiem spojrzeć na miasto. Zdecydowaliśmy się jechać na dworzec autobusowy by sprawdzić skąd dokładnie i jak często jeżdżą busy na lotnisko. Przy okazji mieliśmy nadzieję, że znajdziemy tam również przechowalnie bagażu. Nadzieje okazały się płonne. Zaproponowano nam "przechowanie" naszych bez-cennych bagaży na jakimś straganie. Nie sądzę by kryło się za tym jakieś niebezpieczeństwo, ale faktycznie nie wyglądało to najlepiej i w końcu zrezygnowani, niewyspani, zmarznięci, z ciężkimi plecakami na ramionach wylądowaliśmy w jedynym w okolicy otwartym o tej porze, ciepłym i z toaletą lokalu o swojsko brzmiącej nazwie - McDonald.

Wstępnie w naszych planach mieliśmy zwiedzanie Kutaisi lub wycieczkę do bliskiego ponoć klasztoru Gelati. Nie chciało nam się niczego. Szczególnie dobił nas brak przechowalni bagażu. Nie mieliśmy ochoty na spacery z ciężkimi plecakami. Niemniej po wypiciu gorącej kawy humory nam się poprawiły i wróciliśmy autobusem do centrum. Znaleźliśmy sympatyczną knajpkę z tarasem i z widokiem na rzekę. Lena z dziećmi i bagażami została na drugie śniadanie połączone z obiadem, a ja z fotoaparatem w ręku pobiegłem "zwiedzać". Miałem tylko dwie godziny. Zrobiło się cieplej, zza chmur wyjrzało słonko, na ulicach pojawili się ludzie i Kutaisi bardzo zyskało w moich oczach:

Zdecydowanie daleko mu do Tbilisi, ale jak ktoś lubi takie spokojniejsze miejsca plus ma w planach zwiedzanie podobno ciekawych okolic to jak najbardziej może tu kilka dni zostać. Początkowo i my planowaliśmy zrobić sobie z Kutaisi nasze główne miejsce pobytu ( bo blisko na lotnisko) szczęśliwie jednak zdobyliśmy się na wysiłek i dotarliśmy do Tbilisi, które ostatecznie spodobało nam się o wiele bardziej. Jak ktoś ma podobne dylematy to nasza podpowiedź brzmi jednoznacznie:Tbilisi

Na bazarku przy dworcu autobusowym wydaliśmy swoje ostatnie lari i z zapasem jednej marszrutki ( jeżdżą co mniej więcej pół godziny) pojechaliśmy na lotnisko. Gruziński pogranicznik pożegnał nas polskim "do widzenia" i po niecałych dwóch godzinach wylądowaliśmy w zimnym, szarym Doniecku. Niezadowolony z życia ukraiński pogranicznik długo wpatrywał się w nas i w nasze polskie paszporty, próbując dojrzeć w nas groźnych przestępców. W końcu zrezygnowany wbił pieczątki. Witaj Ukraino!

PS.
Już po powrocie do Polski znalazłem informację o miejscu zwanym Mukhrani Chateau ( www.Mukhrani.com). To pałac i winice w niewielkiej odległości od Tbilisi, udostępnione do zwiedzania.
A www.facebook.com/tastegeorgianwine organizuje jednodniowe "winne" wycieczki do miasteczka Signagi, połączone ze zwiedzaniem winnic i degustacją - cena 92 lari.
Nie skorzystaliśmy bo zbyt późno dowiedzieliśmy się o takiej możliwości :-). Wielka szkoda bo mogło być ciekawie... .

Podróż, która miała być czystą formalnością - bo wszyscy już w Gruzji byli tylko nie my, stała się fantastyczną przygodą, którą długo jeszcze będziemy wspominać... . I okazuje się, że nie ważne to, że ktoś już tam był i wszystko opisał i sfotografował - każda wyprawa jest własna, niepowtarzalna j jedyna w swoim rodzaju. Można przeczytać mnóstwo opisów i relacji, obejrzeć mnóstwo fotografii, a jednak prawdziwej podróży to nie zastąpi... .

Zdjęcia

GRUZJA /   / Tbilisi / GRUZJA /   / Tbilisi / GRUZJA /   / Tbilisi / GRUZJA /   / Tbilisi / GRUZJA /   / Tbilisi / GRUZJA / Tbilisi / Stare Miasto / Tbilisi by nightGRUZJA / Tbilisi / Stare Miasto / Tbilisi by nightGRUZJA / - / Tbilisi / Tbilisi by nightGRUZJA /   / Stare Miasto / Tbilisi by nightGRUZJA / Tbilisi / Stare Miasto / Tbilisi by nightGRUZJA / Tbilisi / Muzeum Etnograficzne / GRUZJA / Tbilisi / Muzeum Etnograficzne / GRUZJA / Tbilisi / Muzeum Etnograficzne / GRUZJA / Tbilisi / Muzeum Etnograficzne / GRUZJA / Tbilisi / Muzeum Etnograficzne / GRUZJA / Tbilisi / Na pierwszym planie bardzo charakterystyczne miejsce starej części Tbilisi - dachy zabytko / GRUZJA / Tbilisi / Most na rzece Mtkvari ( Kura) - stare miasto / GRUZJA / Tbilisi / Wysoki brzeg rzeki Mtkvari ( Kura) - stare miasto / GRUZJA / Tbilisi / Katedra Sameba - tuż po zachodzie słońca / GRUZJA / Tbilisi / Stare miasto - w głębi widoczna katedra Sameba / GRUZJA / Tbilisi / Rynek / GRUZJA / Tbilisi / Rynek / GRUZJA / Tbilisi / Rynek / GRUZJA / Tbilisi / Rynek / GRUZJA / Tbilisi / Rynek / GRUZJA / Tbilisi / Uliczka na Starym Mieście / GRUZJA / Tbilisi / Uliczka na Starym Mieście / GRUZJA / Tbilisi / Uliczny artysta... / GRUZJA / Tbilisi / Krzywa wieża w... / GRUZJA / Tbilisi / Uliczka na Starym Mieście / GRUZJA / Kaukaz / Kazbegi / GRUZJA / Kaukaz / Stemancminda ( dwaniej Kazbegi) / GRUZJA / Kaukaz / Stepancminda ( dwaniej Kazbegi) / GRUZJA / Kaukaz / Stepancminda ( dwaniej Kazbegi) / GRUZJA / Kaukaz / W drodze na Kazbegi... /

Dodane komentarze

ela wawa dołączył
19.12.2013

ela wawa 2013-12-27 23:34:57

"Z przyjemnością odczytałam relację z pięknych miejsc w Gruzji. Odżyły przy okazji wspomnienia, w czerwcu w 8-mioosobowym składzie pokonaliśmy trasę Warszawa-Kutaisi-Gori-Tbilisi-Batumi-Kutaisi-Warszawa z bazą w hostelu w Kutaisi u Kostii, który zachęcił nas do zwiedzenie większej ilości pięknych miejsc, niż planowaliśmy, a także zapewnił transport samochodami świetnych marek po wynegocjowanych super cenach. Tbilisi i Batumi urzekły nas, Kutaisi zaskoczyło starością, wyludnieniem, zaniedbanymi domami, nie pozbieranymi owocami z drzew poprzedniej jesieni, ale ujęło gościnnością, i przyjaznym podejściem do nas nieznajomych. Lotnisko nowiutkie, w części przerobione z wojskowego, przepiękny pas startowy, i manewrowe, w hali wydzielonej na przyloty zauważyłam dziwne miejsca, jakby materace, kanapy, do spania dla oczekujących pasażerów. Odprawa drobiazgowa, i perfekcyjna trwała niezwykle długo, i irytowała nas, jako grupę, Kostię, oczekującego nas, oraz mnie, co chwilę wywoływaną przez megafon...nikt, z obsługi nie pofatygował się, aby uspokoić osobę oczekującą nas. Pani policjantka, młoda i ładna zaskoczyła mnie użytym językiem rosyjskim, miękkim, śpiewnym, i delikatnym tak, że poczułam się, jakbym czytała utwory Puszkina. Obiecałam sobie, że wrócę tam, do Kutaisi, aby zwiedzić więcej, i odpocząć w ramach leczenia klimatycznego, z użyciem kąpieli termalnych.Dziękuję za Wasze wrażenia raz jeszcze, i serdecznie pozdrawiam."

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl