Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

CHINY trochę daleko > CHINY


Wiesław Wiesław Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / GANSU / droga / gdzieś po drodzeChcąc zobaczyć kilka miejsc związanych z legendą Jedwabnego Szlaku, wybraliśmy się do północno-zachodniej części Chin. Przejechaliśmy lokalnymi środkami transportu trasę: Dunhuang - Jiayuguan - Wuwei - Lanzhou - Xining - Xiahe - Pingliang - Xi’an - Pekin.


DUNHUANG
Rano jak zwykle jest dość chłodno, nawet przy pięknym słońcu. Wyszedłem na krótki spacer, a przy okazji na poranną kawę. Chociaż minęła już ósma, większość barów była wciąż zamknięta. W pierwszym, do którego wszedłem, nie mogłem się dogadać z panią z obsługi i po kilku nieudanych próbach wyszedłem. W drugim pani domyśliła się, czego szukam. Z szafy wyjęła szklankę (która kiedyś pewnie była czysta) i poszła z nią do kuchni. Przyniosła byle jaką kawę i zaproponowała mi jajko. Nie wiem, czy jajko miałem dodać do kawy czy przeznaczyć na śniadanie, w każdym razie zrezygnowałem.
Ponieważ zapowiadał się piękny dzień, piechotą wybraliśmy się do jeziorka na pustyni. Po drodze wstąpiliśmy na dworzec autobusowy. Na niewielkim placu stały dwa duże sypialne autobusy. Oczywiście o informacji w języku innym niż chiński można tylko pomarzyć. W kasie w ogóle nie wiedzieli, o co mi chodzi. Może tam nie było autobusu do Jiayunguan albo niezdarnie wypowiedziałem nazwę, w każdym razie usłyszałem \"no\". Później okazało się, że jest jeszcze inny dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy do Jiayungyan.



Kontynuowaliśmy spacer, bo do celu nie było daleko, tzn. ok. 5 km. Pomysł ze spacerem okazał się jednak średni, ponieważ bardzo dobra i bardzo szeroka droga jest po prostu nudna. Po obu stronach nic ciekawego, a do tego nieznośny upał. Krótko przed naszym celem znajdowała się świątynia, a w niej akurat kończyły się modły. Trafiliśmy na moment, kiedy kilku mnichów wyprowadzało ze środka bardzo starego innego mnicha. Staruszek wyglądał dość niezwykle, a mnisi trzymali go pod rękę. Wraz z wieloma turystami rzuciłem się do fotografowania. Świątynia nie wyróżniała się niczym szczególnym, moją uwagę przyciągnęły tylko \"trociczki\" palone przez modlących się. Miały średnio po 1,5 m wysokości. Widok dość zaskakujący. Nieco dalej była już brama wejściowa na teren wydm i jeziorka.

Kupiliśmy bilety wstępu (80 CNY/os.), odstaliśmy swoje, aby minąć bramę i stanąć w następnej sporej kolejce, tym razem oczekującej na pojazdy podwożące turystów do jeziorka (10 CNY/os.; spragnieni większych wrażeń mogą zdecydować się na przejazd wielbłądem - 120 CNY/os.). Staliśmy wprawdzie w kolejce, ale nie miało to większego znaczenia - w kierunku podjeżdżających pojazdów wszyscy rzucali się bezładną kupą. Nie pomagały krzyki porządkowych - kto pierwszy, ten lepszy. Nie wiem, skąd u Chinek wziął się kretyński zwyczaj pchania się w różne ciasne miejsca z rozłożona parasolką, ale kiedy kolejny raz oberwałem po okularach drutami parasolki, wkurzyłem się dość mocno i nie bacząc na konsekwencje, wyrwałem parasolkę z rąk właścicielki. Na nic się to nie zdało. Pokrzyczała, pomachała rękami i pchała się dalej, ani myśląc złożyć parasol.
Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Jeziorko wraz z otoczeniem, tzn. wieżą, pawilonami i zielenią, robi fantastyczne wrażenie. A wszystko na tle olbrzymich wydm. Jedni namiętnie fotografują, inni wchodzą na szczyty wydm i głośno drą japy. Na najwyższą wydmę, z której dobrze widać zachodzące słońce, prowadzą \"schodo-drabiny\". Po wejściu na tę wydmę można z niej zjechać na desce. Niestety deskę trzeba wnieść samodzielnie. My weszliśmy na wieżę, połaziliśmy po pawilonach, a potem weszliśmy na jedną z niższych wydm. Widok bajkowy. Nawet nie przeszkadzają tłumy turystów. Po tak dużej dawce fantastycznych widoków trzeba było wracać. I znów kolejka do podjeżdżających pojazdów za każdym razem (na widok środka transportu) zamieniała się w bezładną kupę szturmujących chętnych, a Chinki nadal pchały się z rozłożonymi parasolkami. Ale w końcu wróciliśmy. Było fajnie.



Autobusem z XINING do XIAHE
Na długo zapamiętam ten przejazd. Wszystko było inne niż dotąd i wszystko fantastyczne. Ponieważ z pobliskiego dworca autobusowego w Xining odjeżdżał do Xiahe tylko jeden autobus dziennie, więc bilety (45 CNY/os.) kupiliśmy poprzedniego dnia. Kilkanaście minut przed planowaną godziną odjazdu (7.15) przyszliśmy na dworzec autobusowy. Nasz autobus już stał. Właściwie był to bardzo mały autobusik jakiejś starej marki. Wewnątrz siedziało już kilkunastu pasażerów. Miejsca zajęli mniej więcej po połowie Chińczycy (chyba Hui) i górale (Tybetańczycy). Z tyłu usadowili się mnisi (czterech postawnych mężczyzn). My siedzieliśmy pośrodku i byliśmy jedynymi cudzoziemcami w tym autobusie. Najbardziej malowniczo wyglądali górale. Wśród mężczyzn wyróżniał się szpakowaty gość ubrany w kożuch, długie buty z cholewami i z długim nożem przy boku. Z czubka głowy zwisał mu warkoczyk. Na podróżnych, a na nas szczególnie, rzucał groźne, zbójeckie spojrzenia (taka jego uroda). Do tego przez większą część podróży kopcił fajkę. Fajka długa i bardzo ładnie zdobiona, ale tytoń - o ile można tak nazwać palone w niej paskudztwo - śmierdział niemiłosiernie.
Kobiety miały tradycyjne długie i kolorowe stroje. Wśród nich była dziewczyna o wyjątkowo dużych i pięknych oczach oraz inna, chyba żona wspomnianego wcześniej górala, przez całą drogę mrucząca modlitwy. Obok mnie, na odmianę, siedziała bardzo stara kobieta. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że ciągle coś jadła, ale chyba miała zbyt mało zębów, więc pluła resztkami gdzie popadnie, w tym trochę na mnie. Po drodze doładowano jeszcze kilku pasażerów (z ich tobołami), wśród nich dwie mniszki, które ulokowano na masce silnika.



Całości obrazu dopełnił... zapach. Tak się składa, że góralki smarują włosy masłem. Jak nietrudno się domyślić, nie zachowuje ono świeżości zbyt długo. Ubrania, choć niewątpliwie bardzo kolorowe, od chwili zakupu stopniowo blakną i też nasiąkają specyficznym zapaszkiem. A mężczyźni niemal non stop palą papierosy. W takiej dość gęstej \"atmosferze\" jechaliśmy całą drogę.
W tym kolorowym, niewątpliwie ciekawym towarzystwie podążaliśmy lokalnymi drogami do XIAHE. Dotkliwy chłód powodował, że siedzieliśmy skurczeni, nie bardzo interesując się widokami za oknem. Mijaliśmy różne na ogół podobne do siebie wioski, wszystkie biedne i bardzo zaniedbane. Budynki zbudowane były z ubitej gliny lub cegieł z suszonej gliny. Wioski najbardziej malowniczo wyglądają z góry. Ponieważ teren jest mocno pofałdowany, plenery są fantastyczne.

Po godzinie jazdy zaczęliśmy wspinać się serpentynami na pierwszą z wysokich przełęczy. Miejsce dość ważne, bo oznaczone długimi tyczkami z przyczepionymi do nich chorągiewkami modlitewnymi. W najwyższym punkcie pasażerowie otworzyli okna - do wnętrza autobusu wdarł się lodowaty wiatr i zrobiło się potwornie zimno. Potem wyrzucali na zewnątrz setki małych karteczek z tekstami modlitw. Takie karteczki można kupić na każdym straganie w mieście. Przy okazji z autobusu wywiało ciężkie od smrodu powietrze. Szybko zjechaliśmy w dolinę i zrobiło się dużo cieplej. Po drodze krajobrazy zmieniały się dość często. Przez pewien czas jechaliśmy głębokim wąwozem, drogą na skalnej półce zawieszonej kilkanaście metrów nad rwącą górską rzeką. Wątpliwą atrakcją był głaz, który oberwał się wcześniej gdzieś wyżej i spadł na drogę, blokując przejazd. Na szczęście autobus był na tyle mały, że ostrożnie jadąc po krawędzi urwiska (pasażerowie nie wysiadali), ominął przeszkodę i pojechaliśmy dalej. Spokój nie trwał długo, około godziny 11.00 rozległ się huk - wystrzeliła opona prawego koła. Na kapciu jechaliśmy ok. 2 km do najbliższej mini wioski, gdzie obsługa autobusu (kierowca + pomocnik) z pomocą miejscowego mechanika wymieniła koło.

Przerwa trwała ok. godziny i była okazją do zaglądania w różne kąty bardzo, bardzo biednej wioski. Po usunięciu awarii ruszyliśmy w dalszą drogę, przejeżdżając malownicze doliny i równie malownicze wzgórza, czasem trafiała się jakaś maleńka wioska. Nad jedną z nich górował niezbyt duży, ale bardzo piękny klasztor. Minęliśmy to architektoniczne cudo i za następną pustą doliną zaczęliśmy mozolną wspinaczkę na kolejną wysoko położoną przełęcz. W środku autobusu coś zaczęło wyraźnie śmierdzieć. Kierowca zatrzymał autobus i otworzył maskę silnika - wnętrze pojazdu momentalnie wypełnił gryzący dym. Pasażerowie pośpiesznie wysiedli. Z układu chłodzenia pod autobus lała się woda. Kierowca i pomocnik zabrali się do pracy. A na zewnątrz: piękne słońce i fantastyczne widoki na pobliskie doliny i odległe wzgórza. Niestety, podobnie jak na poprzedniej przełęczy, tak i tu wiał lodowaty, porywisty wiatr. Dopiero teraz okazało się, do czego służy beczka z wodą, którą wieźliśmy w autobusie. Pomimo że doliny i wzgórza porasta trawa, nigdzie dotąd nie było strumienia z wodą.

Po półgodzinnej przerwie ruszyliśmy dalej. Na krótko zatrzymaliśmy się przy mijanym strumieniu i uzupełniliśmy zapas wody w beczce. Kiedy wszystko wydawało się w porządku, humory dopisywały, pogoda piękna, droga też..., coś zaczęło głośno syczeć. Tym razem złapaliśmy gumę w lewym kole. Kolejna przerwa. Zdarzyło się to blisko wioski, bo kilku górali zabrało swoje tobołki i poszło na piechotę. Czas potrzebny na usunięcie awarii większość pasażerów wykorzystała na odpoczynek, tzn. leżenie na pobliskiej łące. Cudownie pachniały jakieś zioła, bardzo głośno cykały owady, szemrał strumyk (smaczna woda), krótko mówiąc kiczowaty, ale przyjemny relaks.



Kiedy ruszyliśmy, za zakrętem ukazała się kolejna biedna wioska, przed którą skończył się asfalt. Wjechaliśmy na drogę o szutrowej nawierzchni. Nasz autobus wzbijał tumany kurzu. Potem i ta nawierzchnia się skończyła. Przez całą dolinę jechaliśmy starym glinianym gościńcem. Prawie nic nie było widać. Na szczęście była to ostatnia dolina. Serpentynami wjechaliśmy na kolejne wzgórze, a stamtąd wąską drogą (w trakcie budowy) dojechaliśmy do głównej szosy. Po kilku minutach jazdy znaleźliśmy się na dworcu autobusowym w XIAHE. Była godzina 15.50. Trzeba było wytrzepać okropnie zakurzone bagaże, krótko przejechać do TARA GUEST HOUSE i z tarasu widokowego rzucić okiem na jeden z piękniejszych widoków w tej wyprawy. Nie był to kadr z filmu \"Indiana Jones\". Przed nami roztaczał się widok na klasztor LABRANG, cel podróży naszej i bardzo wielu pielgrzymów.

Bilet do Pekinu - lekcja pokory i cierpliwości w Xi\'an
Dworzec kolejowy w Xi\'an to moloch z tłumem podróżnych w każdym wolnym miejscu. Poruszanie się tam jest dość kłopotliwe ze względu na brak informacji w jakimkolwiek języku innym niż chiński. A bilet warto kupić z kilkudniowym wyprzedzeniem. Aby było bardziej \"atrakcyjnie\", od rana padał deszcz, chwilami nawet lało. Było mokro, duszno, głośno i w ogóle byle jak. Najpierw chciałem uzyskać kilka informacji o pociągach do Pekinu. Zanim zdążyłem dojść do okienka z tabliczką \"information\", siedząca tam pani wyciągnęła kartkę z napisem TICKET HALL i bez słowa wskazała kierunek do kas. Tyle się dowiedziałem. W hali było 28 kas, a do każdej z nich stało około 40 osób. Nieaktualna okazała się informacja o oddzielnej kasie dla cudzoziemców. Na zewnątrz znajdował się olbrzymi rozkład jazdy ze wszystkimi pociągami, jakie (chyba) mogą odjeżdżać z Xi\'an . Kłopot w tym, że na rozkładzie czytelny jest tylko numer pociągu (najważniejsze) i godzina odjazdu, pozostałe informacje podane są w języku chińskim. Chciałem znaleźć dzienny pociąg do Pekinu, ale nie mogłem się nawet zorientować, czy taki w ogóle kursuje. Przypadkiem zjawiła się Chinka mówiąca zrozumiale po angielsku. Wyglądało jednak na to, że chciała sobie luźno pogadać, bo kiedy poprosiłem o pomoc w znalezieniu pociągu, popatrzyła na rozkład jazdy i bezradnie rozłożyła ręce. Trochę się wkurzyłem.
Wróciłem do hotelu i z internetowej strony CHINA TRAIN wybrałem kilka pociągów (niestety były tylko nocne), po czym wróciłem na dworzec (ok. 5 min od hotelu). Stanąłem w kolejce do jednej z kas tuż za młodym Chińczykiem, który potwierdził, że w tej kasie kupię bilet do Pekinu. Przy każdej okazji powtarzał please (chyba było to jedyne obce słowo, które znał). Do kas, jak zwykle, bez kolejki podchodzili różni klienci. Tutaj byli to wojskowi, posiadacze różnych legitymacji, a także zwykli cwaniaczkowie, jakich można spotkać wszędzie. Nie wiem, dlaczego upodobali sobie akurat tę kasę, do której ja stałem. Do sąsiedniej kasy równolegle ze mną stanął Chińczyk i kiedy on kupował bilet, przede mną było jeszcze ok. 15 osób. Po prawie dwóch godzinach stania dotarłem do okienka. Podałem kartkę z napisem Z 20 (nr pociągu). Okazało się, że na kilka najbliższych dni nie ma wolnych miejsc. Kiedy zapytałem o inne pociągi, kasjer wskazał na inne kasy (do każdej z nich stała 40-osobowa kolejka) i mówiąc \"sorry\", rozłożył ręce. Mało mnie szlag nie trafił.

Wróciłem do hotelu i opowiedziałem wszystko szefowi personelu hotelowego, który akurat pojawił się na portierni. Ten wyraźnie rozbawiony powiedział, że tutaj tak właśnie jest i nie należy się temu dziwić. Prawie dobił mnie do reszty (a deszcz padał i padał). Poprosiłem go o pomoc. Z uśmiechem wyjął plan miasta, zaznaczył na nim miejsce położone ok. 200 m od dworca (nie było opisane) i kazał mi tam iść. Dodatkowo na kartce z informacjami o bilecie dla mnie napisał to samo (chyba) po chińsku. Mały kłopot polegał na tym, że trzeba było dobrze wymówić DONG LI DA SHA, bo tak nazywa się miejsce sprzedaży biletów. Zaopatrzony w potrzebne informacje, skacząc pomiędzy kałużami z błotem, dotarłem na miejsce. Pomógł mi w tym przypadkowy gość, który chyba widział moją dezorientację wynikającą z chińskich napisów. Powiedziałem (o dziwo, zrozumiał!), czego szukam, a on zaprowadził mnie na miejsce, gdzie było 6 kas, a do każdej stały 2 lub 3 osoby. Podałem kartkę kasjerowi i po kilku chwilach miałem bilety. Zadowolony wróciłem do hotelu, wziąłem prysznic i… już dawno piwo nie miało tak wspaniałego smaku.


CHINY to nie tylko Pekin i Szanghai

Zdjęcia

CHINY / GANSU / droga / gdzieś po drodzeCHINY / GANSU / światynia / dachyCHINY / GANSU / swiątynia / to będą księgiCHINY / GANSU / po drodze / czajnik bezprzewodowy

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

08-07
Prezent dla Podróżnika - 5 obłędnych pomysłów!

Niezależnie od kierunku, który obierzecie w tym roku, zachęcamy Was do odkrycia najlepszych globtroterskich akcesoriów i stylowych gadżetów, które w piękny sposób uzupełnią podróżniczy ekwipunek.

08-05
Dobry smartfon wody się nie boi, czyli o telefonach wodoszczelnych.

Jeśli nie nam samym, to z pewnością któremuś z naszych bliższych czy dalszych znajomych przydarzyła się feralna sytuacja, kiedy trzeba było łowić smartfon w wodzie niczym ryby. Ktoś inny z kolei mógł zapomnieć wyciągnąć go ze spodni przy gorączkowym nastawianiu pralki. Nie mówiąc o naglącej potrzebie skorzystania z jakiejś aplikacji pod strugami lejącego deszczu.

07-29
Do Charkowa na piwo i nie tylko...
07-28
Nie tylko Lofoty i Nordkapp...
07-25
Przejażdżka rowerowa z widokiem n...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl