Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

TELEGRAMY Z PODRÓŻY DO CHIN > CHINY, KAMBODżA, TAJLANDIA, LAOS


towPawel towPawel Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / chongqing / City center / ChongqingTelegramy z podróży z Kambodży, przez Tajlandię i Laos do Chin. Kwiecień, maj 2018.
Jadąc z Kambodży do Chin starałem się robić zdawkowe relacje w mediach społecznościowych. Po powrocie zebrałem to do kupy, trochę poprawiłem i wyszła fantastyczna pamiątka, a dla czytelnika inspiracja do podróży.

Telegramy z podróży z Kambodży, przez Tajlandię i Laos do Chin 2018

Jadąc z Kambodży do Chin starałem się robić zdawkowe relacje w mediach społecznościowych. Po powrocie zebrałem to do kupy, trochę poprawiłem i wyszła fantastyczna pamiątka, a dla czytelnika inspiracja do podróży.

9, 10, 11 kwietnia

Start. Znowu na szlaku. Czynimy to, co ludzie czynili od zawsze. Wędrujemy. Wędrówka od wycieczki różni się tym, czym gra RPG od potyczek w kółko i krzyżyk. Nigdy nie wiesz, na jakiej planszy się znajdziesz i jakie niespodzianki przygotował dla ciebie Wielki Architekt. Internetu może raczej nie być niż być. Pisząc te słowa z podłogi rozklekotanego, pozbawionego świateł minivana, wygód także bym się nie spodziewał. Lecz nie o wygody w wędrówce chodzi. Plan: z Kambodży do Tajlandii, Laotański Nowy Rok w Laosie no i po kilku latach powrót na chińską prowincję – tym razem Yunnan, Tama Trzech Przełomów, Syczuan i chiński Tybet. Kontakt w sprawach zawodowych i prywatnych przez jakiś czas będę miał ograniczony. Do zobaczenia po powrocie.
Update. Minivan bez świateł pośród ciemności, dzięki latarce dojechał do stolicy. Wchodzimy w tryb „lekko piwny”.



12, 13 kwietnia

Sprawnie, ale z przygodami dotarliśmy do Laosu.
Reasumując. Tajlandii jak nie kochałem, tak jeszcze bardziej nie kocham. Piwo w ciągu dnia zamknięte jest w klatkach – aby lud wierny nie stroniącemu od używek (i skandali) królowi nie upijał się za wcześnie. Fajki drogie (palę okazyjnie). Inne używki? Zapomnij. Zachodni styl życia, konsumpcjonizm, obleśni biali tatusiowie z młodymi Azjatkami i wszechjaskrawa prostutucja wszelakich zachcianek. A to wszystko w kraju rządzonym przez armię oraz króla imprezowicza. Tym razem Bangkok znowu mnie zaskoczył. Przycupnęliśmy sobie tak normalnie w cieniu pod drzewkiem, aby zjeść jakiś zakupiony w 7eleven pożyw. No i nas pogonili, dwukrotnie, sprzątaczka raz, a drugim razem zaalarmowany przez kamery ochroniarz. Chcesz jeść biały człowieku – idź do restauracji. Warto dodać, że zdarzają się sytuacje, w których turysta może sobie pozwolić na więcej. Sytuacja na dworcu autobusowym, gdzie we wszystkich kilkudziesięciu kasach nas olewali, a biletów podobno nie było. „Wjeżdża” pod kasy taki bonzo w mundurze, wszyscy doookoła niego skaczą, kamery się uwijają, a pozostali mundurowi zapeklowani w wazelinie i gotowi do natychmiastowego skoku w tyłek. I podchodzą tu znienacka do “cysorza” białe sieroty, skarżąc się, że kasa nieczynna choć powinna być czynna i ogólna lipa. Spierniczyli atmosferę festiwalu. A na pewno spierniczyli ją ubranemu na biało kierownikowi, który w ciągu 5 minut bilety wykopał spod ziemi.
Droga do granicy znacznie się wydłuża, gdy autobus psuje się na autostradzie a naprawa trwa 6 godzin. Tym razem podając bzdurne powody nie chcieli mnie też z tego kraju wypuścić (w końcu wypuścili), o straconych na granicy i w transporcie godzinach nie wspominając. W skrócie wjazd i wyjazd na innych paszportach + nieczynne biuro do “zatwierdzenia” pieczątki. Nieczynne na kilka dni.
W porównaniu z królestwem Tajów, Laos jawi się jako raj, gdzie czuję się jak w domku, w Kambodży. Tutaj można czuć się wolnym człowiekiem znów. Bez kamer i wszechobecnych gości w mundurach, którzy zjedzenie kanapki siedząc na chodniku traktują jako żebractwo… Vientiane, to miasto jest w pewnym sensie zjawiskowe, trochę jak prowincjonalne miasta w Kambodży. Niby stolica, city, a jednak jak dom. Szczęśliwego Nowego Roku!
Zaledwie chwilę zajęło, aby Laotańczycy zaprosili nas na noworoczne piwo. Wstaliśmy leniwie, a jedynym obowiązkiem na nas spoczywającym jest odebranie wizy do Chin. Powolny relaks i leżakowanie. Nawet w tuk tuku. Bardzo fajny kraj, bardzo fajnych ludzi. Klimaty jak w Kambodży – to co tygryski lubią najbardziej. Jutro ruszamy w stronę Państwa Środka.



14 kwietnia

Happy New Year. Year of the dog. HAPPY KHMER NEW YEAR!

Każda przyczyna ma swój skutek, każdy skutek ma swoją przyczynę. Dziękujemy cudownej i pewnie najmniejszej na świecie Polonii za fantastyczny wieczór w stolicy. Wrócimy tu w maju na poprawkę. Dzisiaj autostopem dojechaliśmy do górskiego Vang Vien.
Laotański Nowy Rok niewiele odbiega od obchodów w Kambodży (znaczy się super). Po drodze (siedzielismy „na pace”), WSZECHOBECNY ŚMINGUS DYNGUS okazał się chłodzącym błogosławieństwem. Mieliśmy także okazję zwrócić się o protekcję do lokalnych duchów w pewnej magicznej świątynce. Finalnie oczywiście nie znaleźliśmy się w miejscu dedykowanym białym turystom, lecz w domu świetnego gościa (pracownik jednej z ambasad), który zorganizował nam podwózkę. Dom jest przy samej górskiej rzece, będącej raftingową atrakcją regionu. Wkrótce powstanie tu homestay z laotańską szkołą gotowania. Każda wyprawa to nowe doświadczenia ale i mimowolny study tour. Coś mi mówi, że do Laosu wrócę także zawodowo. Tak to już chyba jest, że sfera duchowa zawsze wyprzedza I determinuje to co robimy na innych płaszczyznach. Laos i Laotanczycy do mnie przemawiają, dokładnie z tych samych powodów dla których pokochałam Kambodżę.



15 kwietnia

Dzień przywitaliśmy noworoczną ceremonią u lokalnej rodziny, gdzie dostaliśmy małe wprowadzenie w świat miejscowych duchów oraz mniejszości narodowych. Fantastyczne chwile, dobre jedzenie (m.in rodzaj sushi) i ten niepowtarzalny klimat, który poza laotańskimi ekspatami zrozumieją jedynie przybysze z Kambodży.
Następnie kilka godzin przebijaliśmy się przez góry (ziiiiimno), aby dotrzeć do Luang Prabang gdzie wszędzie trwa szalona impreza. Rano autostop do Państwa Środka, jest spora szansa, że uda nam się obejść chińskie zabezpieczenia Internetu i na bieżąco wrzucać krótkie relacje. Szczęśliwego Nowego Roku.



16 kwietnia

W magiczny sposób, dzięki uprzejmości mnichów którzy, aby nas podwieźć, ekstra przejechali 300 kilometrów przez góry, już jesteśmy w Chinach. To była nie tylko wspaniała podróż, ale i lekcja… rozmawialiśmy o metodach medytacji, filozofii – Zachodu oraz Wschodu i czasach nam współczesnych. Tym bardziej że Budda skrzyżował nasze drogi z mnichami światłymi, podróżującymi po świecie oraz piszącym doktoraty. W tej chwili na naszym horyzoncie rysuje się plan spędzenia, choć trzech dni w pewnym tybetańskim klasztorze. Kontrola graniczna restrykcyjna, ale miła. Hotel tani i dobry a jedzenie… pyszne i dużo. Powrót po kilku latach na chińską prowincję już na dzień dobry uświadomił mi jak dynamicznie rozwija się ten kraj. Trafiliśmy do miasta Jinghong, do którego “z troski” o to, że nie złapiemy dalej stopa zawiozła nas chińska rodzinka. Głupio się opieraliśmy, bo Jinghong zdobył nasze serca. Miasto nad Mekongiem (w górnym biegu), w ciepłej strefie klimatycznej. Pełne streetfodów, które żyje przez całą dobę. O tym poziomie ogólnego rozwoju technologicznego Europa może dzisiaj tylko pomarzyć. W tej chwili udało mi się (po wielu próbach) połączyć z globalną siecią przez niemiecki adres ip, ale prawdopodobnie mogą być z tym problemy. Zresztą może i lepiej odciąć się na jakiś czas od Facebooka. Pozdrawiamy z Państwa Środka!



17, 18, 19 kwietnia

Autostopa do Kunming łapaliśmy na dwie tury. Pierwsza podwózka z młodą rodzinką z klasy średniej, on restaurator, ona pielęgniarka. Sympatyczni ludzie, porozumiewali się trochę po angielsku, resztę załatwiał translator w telefonie. Dosyć opornie poszukiwanie transportu szło przed bramkami wjazdowymi na autostradę w Puer. W końcu zatrzymał się kierowca, na którego czekaliśmy. Bezpośrednio do Kunming, samochód dla palących (Chińczycy palą fajki jak smoki). Jakieś 400 kilometrów jednym skokiem z bardzo fajnym gościem. Mijając rozległy farmland, który ma za zadanie zaspokoić rosnące potrzeby gastronomiczne ludności dojechaliśmy do miasta. Uff, Kunming robi wrażenie dużego miasta i rzeczywiście liczy sobie około 7 milionów mieszkańców. Dwóch z tych mieszkańców, czyli nasz kierowca i jego szef zaprosiło nas po przyjeździe na kolację. Dodam, chińską, sytą kolację, w restauracji, która daje dobry wgląd w codzienność miejscowego mieszczaństwa. Bardzo przyjemna atmosfera, wyśmienite jedzenie – podawane na zasadzie kilku talerzy do podziału. Oczywiście jesteśmy w Junnan, więc herbatka. Oczywiście kolacja z piwem. Kulturowo piwo w Chinach ma się świetnie. “Wellcome in Kunminng, China.”, usłyszeliśmy, od jednego z chłopaków, który nie chciał pieniędzy za nocleg w należącym do niego (nota bene bardzo dobrym) hotelu.
Rano metro, cały dzień zwiedzania na przysłowiowej “petardzie” i nocny pociąg do „największego miasta świata” Chongqing.




20, 21 kwietnia

Dobranoc (późnanoc) z Chongqing
Metropolia Chongqing powstała w przeciągu ostatniego ćwierćwiecza i w jej obrębie zamieszkuje 30 milionów ludzi. Zasadniczo miasto nie jest jakby się mogło wydawać położone na równinie, lecz aby powstało… wyrównano góry. Wszystko jest nowe, pięknie zorganizowane i uświadamia nam, jak wielką potęgą są współczesne Chiny.
Gdy już udało nam się dotrzeć z plecakami (miejski trekking po górach) w miejsce naszego zakwaterowania, wyszło na jaw, że hostel, który znaleźliśmy przez booking.com to w rzeczywistości mieszkanie w bloku, właściciela nie ma i nikt nie odbiera telefonu. Pomocni Chińczycy nie dali za wygraną – przecież tutaj tak się ludzi nie oszukuje… I rzeczywiście, telefon oddzwonił do sklepowej, przed której warzywniakiem coca-colą zapijaliśmy parówki. Po kolejnej godzinie oczekiwania pojawił się zziajany właściciel mieszkania. Z plastykową torbą pływacką i mokrą głową. Przepraszam, przepraszam – tłumaczył po angielsku. Nie odbierałem telefonu, bo płynąłem do Was rzeką (Jangcy!) – tak jest szybciej niż transportem publicznym.
Zarówno dzień po przyjeździe nocnym pociągiem, jak i kolejny upłynęły nam w trybie piwno-streetfoodowym. Trafiliśmy do bardzo fajnie zorganizowanego Muzeum Tamy Trzech Przełomów, resztę czasu spędzając na wielogodzinnym dreptaniu po zakamarkach miasta. Pomimo swojego ogromu Chogqing jest zielone, a poszczególne dzielnice styl architektoniczny zawdzięczają projektantom czerpiącym inspiracje z najrozmaitszych zakątków świata. Haha i zagraliśmy w reklamie chińskich samochodów. 🙂 Odwiedziliśmy też Szpital Uniwersytecki… który czystością i zaawansowaniem technologicznym bije na głowę europejskie kliniki prywatne. A więc i mały set zdjęć na dzisiaj. Jutro, a raczej dzisiaj, kolejne kilkaset kilometrów do pokonania. Miłego weekendu!




22 kwietnia

Tama Trzech Przełomów na rzece Jangcy brzmi fajnie. Do miasta Yichang, wybraliśmy się szybkim pociągiem. Na miejscu z lekka zimno, na pewno za zimno na japonki. Do tego niebo zaciągnięte i pada. Na szczęście dworzec jest wyposażony zarówno w toalety jak oraz sklepiki z parasolkami (nędznej jakości). Podchodzimy do informacji turystycznej, a tam zonk. Dziewczyna łaskawie informuje nas, że dzisiaj tama jest już zamknięta, ale jeszcze przed zmrokiem da się do niej dojechać, kierując się do odległego kilkadziesiąt kilometrów dalej miasta Sanxi. Od jutra zaś (taki mieliśmy plan), sprawa robi się bardziej skomplikowana, bo “z powodów politycznych” przez trzy dni niczym się tam nie dostaniemy. Szybka decyzja: jedziemy teraz. Największe przedsięwzięcie w dziejach ludzkości, które przechyliło Kulę Ziemską o 2 centymetry. Poziom wody: 175 metrów. Dzisiaj we mgle i deszczu. Pada, później zaczyna siąpić… z lekka opada mgła. Ależ to jest kolos. Zapada decyzja, aby po powrocie z tamy, udać się wprost na dworzec. Ale jak to zrobić, jeżeli nic nie jeździ i nic nie zapowiada się, aby coś jeździło. Poza ostatnim autobusem, który z litości zatrzymał się na nie swoim przystanku zabierając nas zmokniętych na pokład. Ruszamy dalej nocnym pociągiem do Syczuanu.



23, 24 kwietnia

Do Chengdu, stolicy Syczuanu dojechaliśmy rano z założeniem, że chcemy tutaj jeść. Centralne miasto prowincji to zarazem kulinarna stolica Chin. Od jedzenia więc zaczęliśmy. Liczne streetfoody oferują grillowane wszystko, wszystko z makaronem, flaczkami i w ogóle wszystkim. Liczne restauracje także oferują wszystko, ale z naciskiem na słynne syczuańskie noodle. Karierę robi także hot pot. Jeszcze kilka godzin poszukiwania noclegu. Niezrozumienie zaprowadziło nas w zakamarki miasta oraz… do sauny, gdzie jednak było za gorąco na nocowanie. W końcu się udało – Trafic Hotel – wreszcie mogliśmy zrobić upragnione pranie. Zakamarki miasta penetrowaliśmy do późnych godzin nocnych. Mao z pomnika na Placu Centralnym powiedział nam dobranoc.
Nazajutrz okazało się, że siąpi, jest zimno (kilkanaście stopni), a nasze japonki nie nadają się do chodzenia po śliskich chodnikach i jesteśmy zmuszeni uprawiać narciarstwo klapkowe. Poszukiwania butów zajęły nam 7 godzin w deszczu. Nie, żeby w Chengdu nie było butów. Były i to bardzo wiele, ale w cenach od kilkudziesięciu do stu dolarów. Gdzie się podziały tanie sklepy z chińszczyzną? Spacerowaliśmy więc, zwiedzaliśmy, ślizgaliśmy się w klapkach i wchodziliśmy do wszystkich napotkanych sklepów obuwniczych. Idealne, ogumowane trampki za 20 juanów udało nam się kupić dopiero w sklepie dla robotników pobliskiej budowy metra. Jeszcze nigdy trampki nie sprawiły mi tyle radości. Piwko, czosnek na podziębione gardło i do wieczora kontynuujemy jedzonko… rozmaite, wszędzie i pyszne. Zwłaszcza gdy pogoda barowa.



25 kwietnia

Kanding – Brama do Tybetu, miejsce, w którym od wieków Chińczycy wymieniali z Tybetańczykami sprasowaną herbatę za skóry. Na szczęście niecały obszar geograficznego Tybetu objęto dodatkowym permitem. Dzięki “nieporozumieniu”, które sprawiło, że za pośrednictwem booking.com zarezerwowaliśmy nieistniejący hotel poznaliśmy grupę trzech sympatycznych Chińczyków – młodych turystów z okolic Chengdu. W ich towarzystwie przekroczyliśmy barierę zimna nieakceptowalną dla mieszkańców Azji Pd. Wsch. Za kilka godzin razem ruszamy na szczyt płaskowyżu. Nasze doświadczenia są dalekie od zachodniej propagandy i wiary w „misję białego człowieka”. Normalni ludzie ze wszystkich stron globalnego konfliktu chcą tylko pokoju. Zachód jest w wielkim błędzie bojąc się chińskiego modelu globalizacji. Ten mariaż XIX wiecznego komunizmu z zachodnim modelem gospodarki rynkowej jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem problemów XXI wieku. Pisałem o tym w „Aniołach Jedwabnego Szlaku” już kilka lat temu. Teraz jestem jeszcze bardziej wdzięczny profesorowi Zbigniewowi Wiktorowi za kawał dobrej politologicznej wiedzy, którą wlał w moją głowę, w czasach gdy jeszcze nikt nie doceniał światowej roli ChRL. Przyszłość nie leży w jakimkolwiek ideologicznym dogmatyzmie, lecz w rozsądnym zaspokajaniu rzeczywistych potrzeb obywateli.



26 kwietnia

Wraz z naszymi chińskimi kolegami, po dwunastogodzinnej przeprawie przez śniegi i góry, z lekka zmarznięci, ale szczęśliwi dotarliśmy na „dach świata”, do usytuowanego na wysokości ponad 4000 m.n.p.m Litang. Miasto jest jednym z najwyżej położonych na świecie, a w latach pięćdziesiątych XX w. było miejscem antychińskiego powstania Tybetańczyków. Podobno broń z tego okresu wciąż jest rozsiana po regionie. Po drodze, stojąc w korku (śnieg + letnie opony) byliśmy świadkami zdecydowanej 15-sekundowej interwencji policji w stosunku do kierującego tirem kretyna. Kierowca stanął w miejscu, gdzie korek zasadniczo się kończył, próbując na środku drogi założyć łańcuchy. Tworząc przy tym nowy korek. Litang przywitało nas chłodem, mięsem z jaka oraz 45 procentową grzałką zwaną tu „białym winem”. Impreza w jednym z najwyżej położonych miast globu. Powietrze tu rześkie a zapalniczki niezbyt chcą się palić. Zapowiada się smaczny sen w nieogrzewanym pokoju z podgrzewanym łóżkiem – ot taki wynalazek. Tybet mówi dobranoc.



27 kwietnia

Tybet to pięknie widoki, ale też pradawna szkoła buddyzmu. To był długi dzień, który rozpoczęliśmy od wizyty w legendarnym klasztorze w Litang – miejscu narodzin dalajlamów, mędrców i nauczycieli duchowych. Zarówno mnisi, jak I pielgrzymi byli nam bardzo przyjaźni. W środku poranne mantrowanie mnichów, chłodno, poniżej zera. Klasztor składa się z kompleksu budynków i wielu misternie zdobionych sal. Wizyta w klasztorze Lithang Gompa jest także (a może przede wszystkim) wydarzeniem o charakterze metafizycznym.
Piękna świątynia na szczycie (onegdy zbombardowana przez Chińczyków), ubodzy ludzie ubogie Litang, nowe chińskie samochody na nowych drogach, elektryfikacja, informatyzacja. Młodzi chcą żyć lepiej, jeść lepiej inaczej się ubierać. Klimat w Tybecie srogi, ziemia daje niewiele, dawniej z miasta do miasta jechało się tygodniami, ryzykując życie w nieprzyjaznych górach. Buddyzm paskudnie ocenia walkę, o cokolwiek by nie była. Tybetański separatyzm? Niezbyt jestem sobie w stanie wyobrazić ambasady Tybetu w Waszyngtonie. Amerykańskie wojska w Tybecie – bardziej.
Dalszą drogę samochodem, można opisać słowami: było malowniczo. Wylądowaliśmy w hotelu u stóp wysokiej na 5 958 m góry Yangmaiyong, Zdjęcia z porannego mantrowania mnichów ze względu na restrykcyjne przepisy obowiązujące na terenie klasztoru można uznać za unikalne. Jutro autostop przez góry. Trzymajcie kciuki.



28 kwietnia

Pogoda była dziś dla nas łaskawa, nie padał śnieg ani nie porwał wiatr. Po kilku fortunnych podwózkach autostopem, kierując się mapą, trafiliśmy do tybetańskiej wioski pośrodku niczego (poza górami) gdzie nie było (prawie) nikogo. Aby było weselej, okazało się, że nie jeżdżą tam też żadne samochody. Chowając się przed wiatrem za murem stojącym w pobliżu drogi obserwowaliśmy pustkę… trochę zastanawiając się przy tym nad mglistą opcją B. Po jakimś czasie na horyzoncie pojawił się żółty, sportowy Hyundai. Ha! Jest opcja na transport! Auto zatrzymaliśmy dosyć asertywnie, przekonując jadących nim chłopaków, że choć bagaży jest full (jechali do roboty ze sprzętem spawalniczym) to zmieścimy się jeszcze i my i nasze plecaki. Kiedy byliśmy już pewni, że dosyć szybko dotrzemy do celu, ku zdziwieniu chłopaków (jechali na GPS) i naszemu okazało się, że dalej drogi też nie ma. To znaczy w niedalekiej przyszłości pewnie będzie, bo Chińczycy ryją tunele i przecinają się przez góry, aby powstała, ale na tą chwilę są tylko gruzy, po których nad urwiskami jeżdżą ciężarówki. Kilka kolejnych godzin zajęło sportowemu Hyundai’owi o niskim zawieszeniu pokonanie trasy, z której dumny byłby niejeden właściciel dobrej terenówki. Finalnie wylądowaliśmy w cudnym tybetańskim miasteczku Xiang Cheng. Zgodnie ze wszystkimi znakami na niebie i na ziemi dalej drogi już są. Pozdrowienia z Państwa Środka!



29 kwietnia

Dzisiaj z okazji przejechania, lekko licząc, ponad 1000 kilometrów przez Tybet zrobiliśmy sobie majówkę. Wstaliśmy późno i robiliśmy nic. Ot taki przerywnik na wymagającej trasie. Udało nam się jednak znaleźć równowagę pomiędzy medytacją w buddyjskim klasztorze a opcją piwną. Na dobrą sprawę nie jest to takie trudne, gdyż nauki Buddy nie odbiegają od europejskiego wolnomyślicielstwa. Niech się święci Pierwszy Maja! Jutro ruszamy dalej w kierunku Junnan, gdzie wraz z Chińczykami planujemy celebrować majowe święto.



30 kwietnia, 1 & 2 maja

Po niespodziewanie morderczej przeprawie jesteśmy z powrotem w Yunnanie i z powrotem w naszym ulubionym mieście Jinghong. Dwie doby „w ciągu” spędziliśmy w drodze, pokonując znowu ponad 1000 kilometrów. W tym kilkaset przez góry, gdzie co prawda nie było dróg, ale za to bardzo malownicze przepaści. Naszym najsolidniejszym posiłkiem w tym czasie było suszone mięso z jaka. Jeden nocleg zaliczyliśmy na chodniku pod dworcem, ale na szczęście już w Chinach właściwych (bardzo bezpiecznie i czysto), w mieście Dali, o względnie przyjaznej temperaturze otoczenia. Okazało się także, że tybetańska szkoła złodziei, przed którą już pierwszego dnia ostrzegali nas Chińczycy ma się świetnie. Dowodem na to jest fakt, że podczas porannych zakupów odkryliśmy, że złodziej z autobusu wzbogacił się o 100 dolarów z rysiowej torebki, pozostawiając nam… jednego juana. O profesjonalizmie gnojka niech świadczy fakt, że Rysiu torebkę cały czas miał pod głową. Trudno, i tak bywa. W podobny sposób kiedyś załatwili mnie Tajowie.
Dzisiaj wypoczywamy niedaleko granicy z Laosem i cieszymy się Jinghong. Bardzo, bardzo fajne miejsce nad Mekongiem, które zdecydowanie wszystkim polecam, zresztą jak i wizytę w Państwie Środka.



3 maja

Z tą piosenką to było tak, że pozazdrościliśmy wiejskiej kapeli Bayer Full występów w Chinach. Ponieważ Chińczycy nie rozumieją, o czym i w jakim języku śpiewają discopolowi wirtuozi (sprawdzone!), piosenka, którą ułożyliśmy w trasie jest w całości po polsku (lingwistyczny efekt ten sam). Napisaliśmy ją łapiąc autostopa w prowincji Junnan, a nagraliśmy na pożegnanie z Państwem Środka, dając mały występ w cudownym mieście Jinghong. Ot i efekt.

KHMERSKIE CHŁOPAKI

Prowadźcie nas hen bezkresne drożyny
Przez Yunnan, Syczuan na Tybetu dach
Znad khmerskiego morza przez Laos i Chiny
Ku słońcu ze wschodu, choć deszcze i piach

Uśmiech to wytrych do serca ludzkiego
Niejeden Azjata przygarnia tu nas
Jak mówią Polacy „swój ciągnie do swego”
Uboga tułaczka to lekcji jest czas

Cierpliwość, wytrwałość tu bronią są naszą
Przez bezkres autostrad jedziemy wciąż w przód
I choć w Europie Chinami nas straszą
My wiemy – nie tutaj już nędza i głód.

https://www.youtube.com/watch?v=zVxY28NZ1sY

4 maja

Kiedy wczoraj rano opuszczaliśmy chiński Jinghong, robiliśmy to z przekonaniem co do dwóch kwestii: że jeszcze chcemy tutaj wrócić oraz, że „dzisiaj do Luang Prabang w Laosie to już nie dojedziemy”.
Po drodze czekała nas przeprawa graniczna i kilkaset kilometrów przez góry.
Życie lubi zaskakiwać, a podróże zaskakują zawsze. Po sprawnej odprawie wizowej i kilku krótkich podwózkach, gdy już zaczynało zmierzchać, bez specjalnego przekonania zatrzymaliśmy rozklekotaną ciężarówkę. Chłopaki zaproponowali nam miejsce na pace, ale co to była za paka…. Dwóch podróżujących na niej Laotańczyków podłogę wyścieliło matami do spania i przygotowało kolację. Gdy zaczął padać deszcz (w górach pada znaczy pada) chłopcy rozłożyli plandekę, drugą dając nam jako kołdrę (w górach wieje znaczy wieje). Wagon sypialny w wersji LUX i to prosto do…. Luang Prabang. Gdy dotarliśmy tu o godzinie drugiej w nocy i zaczęliśmy rozglądać się za tanim noclegiem usłyszeliśmy „wołanie o pomóc” oraz grupę młodych ludzi zgromadzonych dookoła innej ciężarówki. Z lekka podchmielony ziomek wręczył kluczyki swojej dziewczynie, która całkiem paskudnie zaparkowała do rowu/kanału. W ramach wdzięczności względem laotańskiej branży transportu drogowego, z sukcesem podjęliśmy się zadania. W ciągu kilku godzin nocnych jedna ciężarówka wyciągnęła nas przez góry, drugą my wyciągnęliśmy z błota. Równowaga musi być. Noc przespana w guesthouse. Rano spacer po mieście. Luang Prabang to najpopularniejsza destynacja turystyczna w Laosie. Pomimo to miasteczko jest raczej spokojne (nie było takie w Nowy Rok, co trzeba zrozumieć) i ślicznie położone. Spora liczba sympatycznych (i niedrogich) lokali gastronomicznych sprawia, że jest ono idealne na zwiedzanie w trybie barowym. Jutro ruszamy na południe. Gdzie wylądujemy, to się jeszcze okaże.


5, 6 maja

Ha. No i się udało. Choć rano myśleliśmy, że stolica Laosu jest daleko, bo deszcze, bo góry…
Okazało się, że jest w zasięgu dwóch podwózek autostopem 🙂 z przerwą na obiad w Vang Vieng. „Daleko” to pojęcie względne. Weekend spędzamy w stolicy, maleńkim Vientiane.
Ponowna wizyta w Vientiane. Hmmmm… polubiłem to miasto. Stolica, zero wieżowców, niewielki ruch drogowy, życie toczy się swoim tokiem… powoli, od knajpki do knajpki. Ciężko tu odczuć stres i wielkomiejski zgiełk. Laotańczycy są podobni kulturowo do Khmerów. W najlepszym tego słowa znaczeniu. Czuję się w Vientiane trochę jak w Siem Reap, a trochę jak w moim ukochanym Takeo. Jedzenie jest świetne, z dużym naciskiem na świeżą miętę. Pomimo braku topowych atrakcji turystycznych, stolica Laosu wydaje się być atrakcją w samą sobie. Miejscem, którego subtelny klimat z pewnością poczują miłośnicy Azji. Takich stolic na tym kontynencie już nie ma i być może jest to ostatnia chwila, aby poczuć „stare” Vientiane. Za trzy lata rusza pociąg i autostrada łącząca dwie potęgi: Chiny z Tajlandią. Centralnym punktem tego szlaku stanie się właśnie Vientiane. Śpieszmy się kochać miejsca.. Tak szybko odchodzą.



7, 8 maja

Laos to „długi” kraj. Po teleportacji dwoma autostopami kilkaset kilometrów na południe deszcze ustały, zrobiło się ciepło (gorąco), a dzień skrócił się o godzinę. Jesteśmy w Thakhek, jakieś 400 kilometrów od granicy z Kambodżą. Region malowniczy, górki, pola, Mekong… jak w domku.
Zastanawialiśmy się z Rysiem co można napisać o ósmym maja. Laotańska prowincja ma pewne cechy wspólne z wyspami w Kambodży. Znaczy się wciąga w tryb leniwo-piwny. Pobudka przed dwunastą (bo wieczór się przeciągnął), chwila zawahania co robić… zostać. Śniadanie. Jest gorąco więc piwko. Czemu nie? Dalej szlajanie się po mieście. Uff, gorąco. „Ze mną się nie napijesz?” Kolejne piwko. A może by tak coś zjeść? I tak do kolejnego wieczora. Spędzonego na dłubaniu pestek z dyni przy… piwku z kombatantem, laotańskim komunistą, który o dziwo znakomicie zna niuanse współczesnej geopolityki i poza laotańskim mówi jeszcze w przynajmniej dwóch językach. Aaa bym zapomniał o pewnym „drobnym” szczególe… Mekong. Na granicy z Tajlandią rzeka wygląda naprawdę imponująco. Zobaczcie sami…



9, 10 maja

Obchodzimy dzisiaj w laotańskim mieście Pakse miesięcznicę naszego wyjazdu. Z tej okazji zestawiliśmy zdjęcia. Dzisiaj i miesiąc temu. Nawet udało nam się przez ten czas zachować część garderoby… Tylko spodnie się nam rozleciały, a czerwoną khramę w Nowy Rok darowałem zakochanemu w niej Laotańczykowi. Jak widać na fotkach ja trochę zdziadziałem (wieku nie oszukasz), Rysiu zaś zhipisiał. Był to wspaniały czas całkiem wyczerpującej włóczęgi. Cztery kraje, grube tysiące kilometrów, ciężka do zliczenia liczba miast i niemożliwa do oszacowania liczba środków transportu oraz przesiadek. „Uboga tułaczka to lekcji jest czas”, jak śpiewaliśmy w piosence. Myślę, że obaj nauczyliśmy się wiele, a pełen sens owych lekcji zrozumiemy dopiero w przyszłości. Podróże poszerzają spectrum naszego myślenia, zgodnie z nauczaniem Kybalionu „Wszystko jest Umysłem”. I dlatego warto jest podróżować, nawet (a może zwłaszcza) gdy rano nie wiesz czym się będziesz poruszać i gdzie „wylądujesz” na noc.
Dzisiejszy dzień minął nam na przejechaniu 400 kilometrów na pace ciężarówki oraz w kabinie wietnamskiego tira (ale co to był za tir… American style truck). Do tego warto dołożyć kilkanaście kilometrów „z buta”. Jutro udajemy się w poszukiwania 4000 wysp na Mekongu. Pozdrowienia z południa Laosu!
10 maja od rana lał deszcz, w związku z czym wyjazd na wyspy odłożyliśmy na jutro. Pakse nie jest na pewno najfajniejszym miastem w Laosie, w związku z czym skoncentrowaliśmy się na jego kulinarnych atutach. Te akurat Pakse posiada. Są tu zarazem lokalne stragany, jak i zachodnie restauracje, a nawet kuchnia hinduska i moja ulubiona, mniam malajska. Po drodze do Kambodży warto tu wpaść, choćby na obiad.



11 maja

Don Det to jedna z archipelagu 4000 Wysp rozsianych po laotańskiej części Mekongu. Zasadniczo jest tu ładnie, ale jak dla nas nazbyt turystycznie. Absolutnie nie chcę powiedzieć abyście się tutaj nie kierowali… wszystko zależy od punktu widzenia. Jeżeli ktoś zaczyna swoją przygodę z Azją, to w porównaniu powiedzmy z generalnie jeszcze bardziej turystyczną i „plastikową” Tajlandią, na pewno będzie zachwycony. Koneserów kontynentu jednak laotańskie wyspy prawdopodobnie zawiodą, tak samo jak zawiedzie ich kambodżański Koh Rong. Biało, anglosasko, imprezowo, a lokalsi traktują przyjezdnych raczej z dystansem. Na plus wyspy można dopisać dwie hinduskie restauracje, a także wioski, do których dojedziecie rowerem. Ceny w miarę ok. Wciąż nie potrafię pojąć, po jaką cholerę przyjeżdżają tu młodzi ludzie z zachodu, którzy większość czasu spędzają na waleniu piwa przed knajpianym telewizorem odtwarzającym amerykańskie filmy. Te wyspy na pewno byłby fajne, gdybyśmy my „biali” dostosowali się do lokalnego kodu kulturowego, nie zaś podporządkowali działalność lokalsów naszym zachciankom. Jutro kierujemy się w kierunku Kambodży, teraz zaś z głośników w pobliskiej restauracji słuchamy zachodniej muzyki oraz pijanej, euroamerykańskiej imprezy. Nazajutrz planujemy przekroczyć granicę. W kambodżańskim Stung Treng już jest normalnie, po khmersku oraz lokalnie. Wkrótce powrót do domu.


12 maja

Pozdrowienia z Kambodży. home, sweet home. Dobre jedzonko, bbq I znane nam marki piwa. Po 3,5 godziny łapania stopa pośrodku niczego i łapczywym nawadnianiu się jessst. I znowu jedziemy na pace:)
Dzisiaj oficjalnie kończymy naszą wędrówkę. To był wspaniały czas intensywnej przygody oraz prawdziwej lekcji. Przejechaliśmy mniej więcej do 10 000 kilometrów przez cztery kraje (Kambodża, Tajlandia, Laos, Chiny), terytoria zamieszkane przez wiele mniejszości narodowych. Autostopem, pociągami i autobusami. Ta podróż to było rozmaite jedzenie, dwie strefy klimatyczne i cztery pory roku. Odwiedziliśmy zarówno ciężki klimatycznie (brrr zimno) Tybet jak i największe miasto świata oraz największą tamę świata, która o dwa centymetry odchyliła geograficzny biegun Ziemi, wydłużając dobę o 0.06 mikrosekundy. Przede wszystkim było nam dane spotkać cudownych ludzi, których serca pod każdą szerokością geograficzną otwiera szczery uśmiech. Jestem przekonany, że wielu z nich jeszcze spotkamy na swojej drodze. Dziękujemy tym, którzy nam sympatycznie kibicowali, losowi i samym sobie nawzajem. Wiele czynników równocześnie było potrzebnych, abyśmy dziś, w kambodżańskim Stung Treng mogli wypić podsumowujące piwo. To, co mogę każdemu polecić to… nie bójcie się realizować własnych marzeń, rzeczy niemożliwe nie istnieją. Nasza podróż finalnie kosztowała pewnie mniej niż średnie wakacje w Chorwacji… zawsze 90 procent stanowi fantazja. Jutro z białego rana Rysio jedzie do Siem Reap, ja zaś w kierunku Phnom Penh i dalej do domku, gdzie wzywają mnie sprawy zawodowe i czeka stęskniona kotka Lucky. Pozdrawiamy z rozdroża w Stung Treng.





Całość relacji fotograficznej na moim blogu: http://thold.pl/z-kambodzy-przez-laos-do-chin/

Zdjęcia

CHINY / chongqing / City center / ChongqingCHINY / Garze / Garze / StupaCHINY / Garze / Garze / Tybetańskie bezdrożaLAOS / Vangvieng / Vangvien / Laotański Nowy RokCHINY / Garze / Garze / Uliczka LAOS / Vangvieng / Vangvieng / Laotański Nowy RokLAOS / Pakse / Pakse / Jedzenie z PakseCHINY / Chongqing / Chongqung / Wieczór w ChongqingCHINY / Garze / Litang / Ludzie z LitangCHINY / Yunnan / Kunming / KunmingCHINY / Syczuan / Chengdu / Pikantne klimatyLAOS / Savannakhet / Riverside / Mekong na granicy z TajlandiąTAJLANDIA / Bangkok / Bangkok / Wizytacja na dworcu autobusowymCHINY / Xishuangbanna / Jinghong / JinghongCHINY / Hubei / Sanxi / Miasto u stóp Tamy Trzech PrzełomówCHINY / Syczuan / Kanding / KandingCHINY / Garze / Litang / Mantrowanie mnichów w Litang

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

08-07
Prezent dla Podróżnika - 5 obłędnych pomysłów!

Niezależnie od kierunku, który obierzecie w tym roku, zachęcamy Was do odkrycia najlepszych globtroterskich akcesoriów i stylowych gadżetów, które w piękny sposób uzupełnią podróżniczy ekwipunek.

08-05
Dobry smartfon wody się nie boi, czyli o telefonach wodoszczelnych.

Jeśli nie nam samym, to z pewnością któremuś z naszych bliższych czy dalszych znajomych przydarzyła się feralna sytuacja, kiedy trzeba było łowić smartfon w wodzie niczym ryby. Ktoś inny z kolei mógł zapomnieć wyciągnąć go ze spodni przy gorączkowym nastawianiu pralki. Nie mówiąc o naglącej potrzebie skorzystania z jakiejś aplikacji pod strugami lejącego deszczu.

07-29
Do Charkowa na piwo i nie tylko...
07-28
Nie tylko Lofoty i Nordkapp...
07-25
Przejażdżka rowerowa z widokiem n...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl