Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Nie tylko Lofoty i Nordkapp > NORWEGIA, FINLANDIA, SZWECJA


igebski igebski Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NORWEGIA / Okolice Bodo / Langseth Rognan / PostójZapiski z jedenastodniowej podróży przez Szwecję, Norwegię i Finlandię z uwzględnieniem m.in. Narviku, Lillehammer, Bodo, Lofotów, Sztokholmu, Rovaniemi, Nordkapp Geiranger



W podróży nie cel jest najważniejszy, lecz prowadząca do niego droga - przekonuje w swej książce "Wyprawa" znany podróżnik i polarnik Marek Kamiński. Wybierając się na Nordkapp, starałem się więc zobaczyć po drodze jak najwięcej ciekawych miejsc oraz spróbować odnaleźć się w warunkach bezpośredniego kontaktu z naturą. Wraz ze znajomym jechaliśmy bowiem przez rozległe tereny Szwecji, Norwegii i Finlandii samochodem, nocując w namiocie nad brzegami jezior, w pobliżu fiordów czy też po prostu w lesie.

Pierwszy dłuższy postój wypadł w Lillehammer. Nie doszliśmy co prawda do samych skoczni Lysgårdsbakken, ale były one doskonale widoczne również z dalszej odległości. Zobaczyliśmy natomiast wiele ciekawych murali, kąpielisko nieopodal skoczni narciarskiej oraz kościół i cmentarz. Nie natknąłem się natomiast tym razem na pomnik pisarki Singrid Undset, laureatki Nobla, który zwrócił moją uwagę podczas wizyty w Lillehammer przed dwunastu laty.
W miejscowości Otta zboczyliśmy z trasy E6 w drogę nr 15. Zaprowadziła nas ona do Lom nad rzeką Bøvraad. Odwiedzamy tu najważniejszą atrakcję regionu, czyli stavkirke z XII wieku. Jest to dobrze zachowany drewniany kościół słupowy. Można tu też obejrzeć urokliwe mini wodospady, głośno huczące nad niewielką w sumie rzeką.
Z Lom niedaleko już do Geiranger. Trzeba tylko skręcić w drogę nr 63. Pamiętam, że kiedyś była ona wysypana szutrem. Obecnie jest wyłożona asfaltem. Nad jednym z najsłynniejszych fiordów norweskich jak zwykle tłum turystów. Bez trudu da się tu usłyszeć język polski. Z tym ostatnim będziemy mieć zresztą do czynienia na całej trasie naszej ponad pięciotysięczno kilometrowej eskapady. Wspomnę tu tylko motocyklistę o pseudonimie Gagarin, którego spotykaliśmy na wielu postojach przed i za Nordkapp, czy małżeństwo z Tychów, wskazujące nam na mapie miejsca postojowe z toaletami.
Co do Geirangerfiordu, to jest on już opisany i sfotografowany chyba na wszystkie sposoby. Ja sam, nieskromnie mówiąc, pokusiłem się o to jeszcze w 2006 roku. Tym razem wjechałem jednak ponownie po agrafkowych serpentynach Drogi Orłów na punkt widokowy, żeby kolega mógł spojrzeć z góry na legendarny fiord. Nie wiem jednak czy sprawiłem mu dużą przyjemność, bo zestresował się strugą płynu wypływającego spod jego 22.letniego passata, zwanego pieszczotliwie Dziadkiem. Na szczęście była to woda, w dodatku nie z naszego auta.



A propos samego Geiranger, to warto zejść z górnego parkingu metalowymi schodami w dół. Po drodze mija się burzliwie płynący strumyk, którego wody przy ładnej pogodzie pięknie skrzą się w kolorach tęczy. Sama wioska, licząca niespełna 300 stałych mieszkańców, ożywa tylko w sezonie letnim. Przybywa tu wtedy wiele wycieczkowców wypełnionych turystami oraz sporo kamperów, aut osobowych, motocykli, a nawet rowerów. Geirangerfiord można obejrzeć dokładnie z pokładów łodzi wycieczkowych, zwłaszcza wodospad Siedmiu Sióstr. Ciekawe widoki rozciągają się także ze szczytów okolicznych gór, na zboczach których jeszcze stosunkowo niedawno funkcjonowały farmy. Teraz są one już tylko turystyczną atrakcją. Dają jednak wyobrażenie o surowych warunkach, w jakich niegdyś bytowali ich mieszkańcy.
Wróciwszy na E6, pojechaliśmy przez Trondheim do miejscowości Mo I Rana. Warta jest ona wspomnienia choćby dlatego, że przebiega przez nią umowny krąg polarny, czyli koło podbiegunowe. Poza tym jest to dość sympatyczne miasto, trzecie największe w północnej Norwegii. A propos kręgu polarnego, to drugi raz podczas tej podróży przekraczaliśmy go w legendarnej siedzibie św. Mikołaja, czyli w Rovaniemi, do czego zresztą jeszcze później wrócę. W Mo I Rana spędziliśmy prawie dwie godziny. Miłym akcentem była darmowa kawa w jednym z tutejszych supermarketów.
Na Lofoty dostaliśmy się promem pływającym regularnie z Bodo do Moskenes. Cena biletu za samochód i dwie osoby wynosi 1013 NOK. Rejs trwa trzy godziny.

Zaczynamy zwiedzanie Lofotów od miejscowości Å. Wszędzie widać suszące się na stojakach głowy dorszy oraz całych tuszy. Jest ich naprawdę bardzo dużo.



Wieś Å to południowy kraniec Lofotów. Tutaj kończy się przebiegająca przez cały archipelag droga E10. Nic dziwnego więc, że jest tu bardzo tłoczno. Znak informacyjny z najkrótszą na świecie nazwą miejscowości cieszy się dużym powodzeniem. Zainteresowanie turystów budzą też sztokfisze, czyli suszące się dorsze. W trakcie procesu suszenia nie pachną one apetycznie, ale co szkodzi zrobić sobie przy nich selfie... Oczywiście, dla chętnych dostępne są także świeże ryby, filetowane przez fachowców na świeżym powietrzu. Co jeszcze można zobaczyć we wsi Å? Jeśli pogoda dopisze, to wspaniałe plenery. W najgorszym razie można zajrzeć do któregoś z muzeów. Jednak Lofoty to nie tylko Å. Archipelag niezwykle widowiskowych wysp ciągnie się przecież przez ponad sto kilometrów. Wspomniana droga E10 to tylko szkielet, z którego odbiegają liczne odgałęzienia. Stosownie do zainteresowań, można skupić się tutaj na trekkingu po górach, wycieczkach po fiordach lub na rybołówstwie. Ba, można nic nie robić i godzinami gapić się w fantastyczny krajobraz. Nie sądzę, żeby znalazł się ktoś, komu nie podobałyby się Lofoty, zwłaszcza w sezonie letnim. Jesienią i zimą też może być tu atrakcyjnie, choćby ze względu na możliwość obejrzenia zorzy polarnej.

Przed wyjazdem do Narviku zwiedziliśmy dość gruntownie największe miasteczko Lofotów, czyli Svolvær. Mieliśmy tutaj szczęście do chwilowych przejaśnień. Nie było jednak na tyle czasu, żeby wybrać się na wycieczkę łodzią motorową na Trollfiord. A byłoby warto! Dwugodzinny rejs po wodach fiordu w specjalnych kombinezonach dostarczanych przez tutejsze biuro turystyczne to prawdziwa gratka dla miłośników pięknych widoków.



W drodze do Narviku mijaliśmy jeszcze wiele ciekawych miejsc. Nie tylko pod względem widokowym. Zatrzymaliśmy się np. w miejscu upamiętniającym katastrofę samolotu pasażerskiego z 1947 roku (leciał z Tromsø do Oslo). Zginęło wówczas 35 osób. Dziewięć lat temu na cokole z listą ofiar umieszczono fragment silnika pechowego samolotu.
W samym Narviku zaparkowaliśmy w pobliżu muzeum ruchu oporu z czasów II wojny światowej i pobliskiego obelisku pokoju. Niedaleko stąd znajduje się tablica z zaznaczonymi odległościami do poszczególnych miejsc. I tak do Warszawy jest stąd 2 326 km, a na Nordkapp tylko 740 kilometrów. Na cmentarz z grobami żołnierzy poległych w bitwie o Narvik (w tym polskimi) nie docieramy, gdyż znajduje się on kilkanaście kilometrów od miasta, w kierunku przeciwnym do naszej trasy. Na miejsca upamiętniające walki z 1940 roku natrafiamy jednak jeszcze dwukrotnie na północ od Narviku. Znajdują się tam obeliski, pamiątkowe tablice i działa. Szczególnie dużo uwagi poświęca się tu generałowi Carlowi Gustavowi Fleischerowi (gen. Władysław Sikorski odznaczył go krzyżem Virtuti Militari).

Słoneczny poranek. Wyjazd o 8.30. Piękna pogoda utrzymuje się cały dzień. Kolejny dzień prowadzę auto. W drodze do Alta mijamy z lewej ładnie ośnieżone góry i długi, bajecznie uroczy Langfiord. Trasa E6 pełna jest na tym odcinku malowniczych, ale i często niebezpiecznych zakrętów.



Nadal spotykamy sporo Polaków. Mieliśmy dziś zamiar dotrzeć na Nordkapp, ale zanocowaliśmy 103 km przed. Nad fiordem pod skałami z wodospadem. Prowadziłem z krótkimi przerwami prawie 13 godzin. Nie czuję jednak zmęczenia. Po raz kolejny trafia się nam miejsce postojowe z WC. Pełno komarów. Wcześniej ich nie spotkaliśmy.

W przeddzień "zdobycia" Nordkapp biwakowaliśmy w zakolu Porsangerfiorden. Rano wybraliśmy się pod widoczny z daleka wodospad. Do miejsca, w którym z hukiem spadała woda z wysokości ponad stu metrów, szedłem prawie pół godziny. Ostatni odcinek piął się bowiem stromo pod górę wzdłuż kamienistego koryta rzeczki. W obie strony było to jednak zaledwie 3,5 kilometra. U czoła wodospadu w rozpylonych kroplach wody igrały promienie słoneczne, tworząc fantastyczną tęczę.
W ósmym dniu podróży, po pokonaniu ponad trzech tysięcy kilometrów, dokładnie w samo południe, docieramy na Nordkapp. Ten symboliczny kraniec Europy, podobnie jak wioska św. Mikołaja w fińskim Rovaniemi - to takie świeckie świątynie. Przyciągają bowiem tysiące turystów, tak samo jak sanktuaria religijne pielgrzymów. Jest w tym coś magicznego i trudnego do wytłumaczenia. Bo cóż takiego jest w skalistym klifie, na którym 40 latem temu ustawiono makietę globusa z zaznaczonymi południkami i równoleżnikami? To nie jest nawet prawdziwy kraniec Europy, bo ten znajduje się nieco dalej. Mało tego, Nordkapp zwany Przylądkiem Północnym nie znajduje się na stałym lądzie, lecz na wyspie Magerøya. Od kontynentalnej Norwegii oddziela go pas Morza Norweskiego. Jednak jadąc samochodem trudno to zauważyć, ponieważ od dziewiętnastu lat na wyspę wjeżdża się podmorskim tunelem o długości prawie 7 kilometrów. Do niedawna za przejazd podwodnym fragmentem trasy E 69 trzeba było płacić. Nadal jednak płaci się za wjazd na parking przy Nordkapp. Aktualna wysokość opłaty to 180 NOK bez wejścia do Nordkapphallen lub 275 koron z taką możliwością. Można jednak uniknąć opłat, parkując auto na innym, oddalonym o 9 kilometrów postoju. Wejście piesze na Nordkapp jest bowiem bezpłatne. Nam udało się znaleźć zatoczkę w odległości zaledwie trzech kilometrów od skraju klifu.



Do zdjęcia pod globusem ustawiają się niekończące się kolejki turystów z całego świata. Najgorzej jest gdy przyjeżdża kolejny autokar, z którego wysypują się dziesiątki osób. Wtedy lepiej odczekać jakiś czas, oglądając inne miejsca. Można np. podejść do obelisku upamiętniającego wizytę Oskara II, króla Szwecji i Norwegii. Przybył on w to miejsce dokładnie 145 lat temu. Również drugiego lipca, tak jak my. Nie był on jednak odkrywcą tego miejsca. Za takiego uchodzi bowiem włoski ksiądz Francesco Negri, który zapuścił się tak daleko na północ już w 1664 roku. Zajęło mu to podobno dwa lata.
Warto też podejść do kamiennych kół, które z daleka wyglądają jak duże monety lub plastry wędliny. Znajdują się na nich oryginalne reliefy wykonane przez dzieci z różnych krajów w ramach projektu "Dzieci Ziemi". Jeżeli zaś komuś mało wrażeń, to może skorzystać z krótkiego przelotu śmigłowcem nad płaskowyżem i podziwiać z góry przepiękne klify.
Pozostają jeszcze sklepy z pamiątkami. Tu komercja króluje całą gębą. Za miniaturkę globusa trzeba zapłacić 99 koron, co w przeliczeniu daje około 43 złote. Można też nabyć imienny certyfikat poświadczający obecność na Nordkapp. Kosztuje tylko 65 NOK lub 70 wraz z reklamówką. W moim przypadku sprzedawca nie przestawił daty w stemplu. Tak więc oficjalnie byłem na Przylądku Północnym już pierwszego lipca...

Wracając do auta mijamy stadko reniferów. Patrzą na nas, ale bez większego z zainteresowania. Widać, że przywykły do obecności ludzi na tym płaskowyżu. Zachodzimy jeszcze na skraj klifu. Na dole widać zatoczkę z granatowo-zieloną wodą, a na jej skraju mały czerwony domek i drewniany pomost. Obrazek jak z bajki.



Wyjeżdżamy z Nordkapp przed szesnastą, a już o dwudziestej wjeżdżamy do Finlandii. Po noclegu na parkingu, na którym spotykamy polskie małżeństwo ze Śląska, obieramy kierunek na Rovaniemi. Dokładniej rzecz ujmując, do wioski św. Mikołaja, w pobliżu tego miasta. A tak w ogóle, to z tą siedzibą Mikołaja jest dość zagmatwana sprawa. Niektórzy twierdzą, że mieszka on w innym miejscu Laponii, a konkretnie w Parku Narodowym im. Urho Kekkonena. Ponieważ jednak miejsce to znajduje się na samej granicy fińsko-rosyjskiej (ustanowionej w wyniku wojny zimowej 1939-1940), w 1985 roku zbudowano wioskę Mikołaja właśnie pod Rovaniemi. Przez wioskę przebiega północne koło podbiegunowe.
Nie zabawiliśmy długo w tym nastawionym na skubanie turystów miejscu. Pogoda trochę się popsuła, więc nawet zdjęć nie chciało się robić. Po nabyciu drobnych pamiątek (w moim przypadku po 7 Euro za sztukę) wyruszyliśmy w drogę do Szwecji. Tutejsze widoki nie umywają się do tych zapamiętanych z Norwegii. Trasa wiedzie głównie przez lasy, jedynie czasem błyśnie gdzieś lustro wody z jakiegoś jeziora.

Po przekroczeniu granicy ze Szwecją wjechaliśmy na trasę E4. Będziemy się nią poruszać aż do lotniska Skavsta nieopodal miasta Nykoping, gdzie zakończy się nasza wspólna podróż. Wcześniej jednak czekają nas dwa noclegi na kąpieliskach (w Byske i w Tonebro) oraz trzygodzinne zwiedzanie Sztokholmu, a konkretnie jego starówki, czyli Gamla Stan. Zaliczamy też wizytę przed pałacem królewskim w porze uroczystej zmiany warty.


Ireneusz Gębski


Dla mnie przygoda kończy się na lotnisku w Gdańsku Rębiechowie. W ciągu jedenastu dni, z czego jeden spędzony na promie, pokonaliśmy około 5 200 kilometrów, przemierzając trzy kraje i zwiedzając kilkanaście atrakcyjnych turystycznie miejsc. Ekstra perełki to oczywiście okolice Geiranger, Lofoty, Narvik i ostatni etap przed Nordkapp. Potem w zasadzie był już tylko powrót, aczkolwiek połączony z robieniem zdjęć w mijanych miejscowościach, np. w Härnösand nad Zatoką Botnicką. Gdyby mnie ktoś zapytał, co oprócz możliwości zobaczenia pięknych widoków i obcowania z naturą, dała mi ta eskapada - odpowiedziałbym cytatem z książki Dawida Baldacciego "Dzień zero": Jesteśmy tylko ludźmi, a co za tym idzie, nikt nie jest doskonały. Niby każdy o tym wie, ale nie każdy uświadamia to sobie w sytuacji, gdy trzeba umieć zachować dystans do rzeczywistości. Mam nadzieję, że z każdą podróżą udaje mi się to coraz bardziej...

Zdjęcia

NORWEGIA / Okolice Bodo / Langseth Rognan / PostójNORWEGIA / Nordland / Langseth Rognan / Biała nocNORWEGIA /  M / Droga nr 63 / Droga do GeirangerNORWEGIA /  Møre og Romsdal / Droga nr 15 / OdbicieNORWEGIA / Geiranger / Geiranger / Geirangerfiord 2NORWEGIA / Nordland /  Mo I Rana / Mo I RanaNORWEGIA / Møre og Romsdal / Geiranger / Tęcza w potokuNORWEGIA / Lom / Lom / Stavkirke

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Strefa Globtrotera

Najaktywniejsi Użytkownicy

Nowi użytkownicy

Nowości

05-30
Z emigracji do Hiszpanii, czyli gdzie zamieszkać na emeryturze

Każdy pracujący człowiek, przynajmniej raz w roku potrzebuje dłuższego urlopu, by zregenerować siły, odpocząć psychicznie od codziennych zajęć i w miarę możliwości zrealizować marzenia. Może to być wycieczka do egzotycznego kraju, wyjazd do rodziny lub remont w domu. Tak czy inaczej, chodzi o to, by dzień urlopu nie przypominał dnia codziennego i przynosił zadowolenie. Z reguły urlop planuje się z wyprzedzeniem, śledząc oferty biur turystycznych, sprawdzając ceny biletów lub wolne terminy fachowców od remontów.

06-01
Urlop na Ukrainie, tak, nie?

Ile osób słysząc propozycje urlopowe dotyczące tego kraju tylko się uśmiechnie? Czy słusznie? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie opisując relacje z mojego pobytu u naszych sąsiadów.

05-10
ROSJA - rozmowy trochę nietypowe...
05-06
Gruzja jest piękna! Na pewno?...
05-04
Wokół Wysp Brytyjskich - część pi...

Ostatnio Komentowane

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl