Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Cesarskie miasta cz. II > CHINY


igebski igebski Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie CHINY / Wuxi / Jezioro Tai / DżonkaDalsza część relacji z dwutygodniowego objazdu części Państwa Środka. Odwiedzimy m.in. Luoyang, klasztor Shaolin i Las Pagód w Denfeng, Smocze Groty, Nankin wraz z Muzeum Masakry Nankińskiej i świątynią Konfucjusza, Wuxi i jezioro Tai, Luzhi, Suzhou i Szanghaj.

Tuż przed siedemnastą wyjeżdżamy szybkim pociągiem do Luoyang. Bilety oczywiście z imieniem i numerem paszportu. Ogromna hala dworcowa. W pociągu wagony z dwoma rzędami siedzeń, po 3 z jednej i po 2 z drugiej strony przejścia. Prędkość 300 km/h osiągamy w 7 minucie jazdy. Pociąg jest prawie bezszelestny. Stewardessy niemal bez przerwy chodzą z napojami i jedzeniem. Mijamy jakieś góry, kilka tuneli. Na polach widzimy gęsto rozsiane kopczyki grobów. W chińskim miastach ciała zmarłych obowiązkowo poddaje się kremacji, a urnę z prochami można zabrać do domu. Natomiast na wsiach tradycyjnie chowa się bliskich na własnych poletkach. 333 km pokonujemy w półtorej godziny.
Luoyang był stolicą jeszcze przed Xi,an. Obecnie liczy 6,4 mln mieszkańców. Symbolem miasta są peonie. Niż zatem dziwnego, że nasz hotel nazywa się Peony Plaza. Otrzymujemy pokój na 20 piętrze.
21.03 czwartek
Śniadanie podawane jest na 25 piętrze. Restauracja przypomina te znajdujące się w wieżach telewizyjnych – z panoramicznym widokiem.
O dziewiątej wyruszamy w kierunku Grot Longmen, zwanych inaczej Grotami Smoczych Wrót lub Grotami Dziesięciu Tysięcy Buddów. Po raz pierwszy podczas naszego pobytu w Chinach dzień jest raczej chłodny i pochmurny.
Pierwsze posągi w Grotach Smoczych Wrót pojawiły się już w V wieku, gdy cesarz Xiaowen przeniósł stolicę do Luoyang. W klifie nad rzeką Yi He wykuto 1300 jaskiń, w których mieściło się prawie 10 tyś. posągów. Z parkingu jedziemy meleksem. Potem wędrujemy schodami od jednej jaskini do drugiej. W każdej znajdują się małe figurki Buddy wykonane z wapienia. Najlepiej widać panoramę grot z drugiej strony rzeki.
Na obrzeżach Luoyang znajduje się najstarsza buddyjska świątynia Białego Konia. Docieramy do niej wczesnym popołudniem. Obok niej ustawiono repliki świątyń z Tajlandii, Birmy i Indii. Wygląda to trochę kiczowato.
Na niewielkim bazarze w pobliżu parkingu próbuję wina z peonii. Smakuje mi, więc kupuję półlitrową porcję za 18 juanów.
Przez kolejną godzinę spacerujemy po starówce w Luoyangu. Tutaj nie widać jeszcze zbyt wielu turystów. Nie ma więc jeszcze wszechobecnej komercji. W małych sklepikach można nabyć wyroby z peonii.
Zwracamy uwagę na charakterystyczne ubranka małych dzieci. Otóż dwu-trzylatki chodzą w spodniach ze specjalnie wyciętą dziurą w kroczu. Niektóre mają pod spodniami pampersa, inne zaś beztrosko świecą gołą pupą. Trzeba przyznać, że ten sposób ma swoje dobre strony, jeśli chodzi o szybkie załatwianie się.
Przewodnik proponuje skorzystanie z godzinnego masażu. Masażysta za usługę wraz z dojazdem do hotelu liczy sobie 150 juanów. Niektórzy z naszej grupy korzystają z tej oferty. Ja nie odczuwam takiej potrzeby.
Wieczorem odbywamy spacer do domu towarowego. Jest dość drogo. W małym spożywczaku nabywam piwo Laoshan (3,1%- 3 juany) i Tsingtao (4% - 6 juanów).
22.03 piątek
Rano wyjeżdżamy do klasztoru Shaolin (wybudowany w 495 r.). Droga wiedzie przez zaniedbane wioski, pod koniec staje się wąska i dziurawa. Pojawiają się też serpentyny. Popularność klasztoru Shaolin związana jest ze sztukami walk wschodnich. Obecnie w jego okolicach działa mnóstwo szkół z internatami, w których ćwiczą adepci tychże sztuk. Dzięki nabytym tu umiejętnościom łatwiej będzie im o racę w wojsku czy policji.
Ogólnie rzecz ujmując, współczesny Shaolin to typowa maszynka do zarabiania pieniędzy. Podobno jest tutaj tylko 50 prawdziwych mnichów, a pozostałych 350 stanowią mężczyźni zatrudnieni na etacie. Dla turystów (przybywa ich tu około miliona rocznie) organizuje się pokazy akrobacji i współczesnego wushu. Pokazy te niewiele mają wspólnego z prawdziwymi walkami. Ot, taka teatralna akrobatyka. Po obejrzeniu „Legendy Kung fu” w Pekinie można powiedzieć, że to tylko popłuczyny po tamtym przedstawieniu.
Po pokazie turyści zachęcani są do kupna pamiątek na kilkudziesięciu straganach.
Zwiedzanie klasztoru. Długi szereg pawilonów z posagami Buddy. W pobliżu znajduje się Las Pagód. Jest ich 248. Wąskie i wysokie stoją wśród drzew. Na okolicznych boiskach i drogach tysiące adeptów sztuk walki w czerwonych bluzach i czarnych spodniach z białymi lampasami. Jedni ćwiczą, inni maszerują i biegną ze śpiewem na ustach..
Kolację zjadamy w przydrożnej restauracji, po czym jedziemy do hotelu Shanshui w Zhengzhou. Nie będziemy zwiedzać tego miasta, ale wjeżdżamy do niego z racji tego, że stanowi ono ważny węzeł komunikacyjny. My zaś następnego dnia mamy jechać kolejnym szybkim pociągiem do Nankinu. Póki co oglądamy w drodze film „Zawieście czerwone latarnie”. Łącznie przejeżdżamy tego dnia 173 kilometry, co z powodu licznych korków zajmuje nam prawie 5 godzin.
23.03 sobota
W hotelu Shanshui jest bardzo mała sala restauracyjna. Brakuje talerzy i chleba. Plastikowe kubki do kawy i herbaty. Zdecydowanie najgorsze dotychczas śniadanie.
Na oddalony o 15 kilometrów od hotelu dworzec kolejowy wyjeżdżamy o godzinie dziewiątej. Na stacji bardzo dokładne sprawdzanie bagażu, czego ofiarą padł mój osiemnastoletni scyzoryk. Na stacjach w Pekinie i w Xi’an jakoś mi się udało. Tutaj jednak trafiłem na gorliwą funkcjonariuszkę, która bez cienia litości zarekwirowała mojego ulubionego Victorinoxa. Czepiała się też naszej żeńszeniówki, że bez banderoli, ale ostatecznie odpuściła. Za to wpuszczono naszą grupę do pociągu poza kolejką. Trzeba przyznać, że był to pomocny gest ze względu na nasze duże bagaże i ograniczoną ilość miejsca w wagonie. Dodać trzeba, że z półek nad siedzeniami nie mogą zwisać nawet paski od plecaków. Siedmiuset kilometrową trasę do Nankinu pokonaliśmy w trzy godziny i 17 minut. Tuż przed miastem przejeżdżaliśmy przez most nad rzeką Jangcy (najdłuższa w Azji i trzecia po Amazonce i Nilu na świecie).
Ciekawostką jest fakt, że Nankin również był stolicą Chin. I to aż trzykrotnie na przestrzeni XIV – XX wieku. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się do muzeum pamięci ofiar masakry nankińskiej. Na przełomie roku 1937 i 1938 Japończycy dokonali tu masakry jeńców wojennych oraz ludności cywilnej. Pamiątkowa tablica mówi o 300 tysiącach ofiar, ale ich dokładna ilość jest trudna do ustalenia. Wikipedia podaje na przykład, że śmierć poniosło od 50 do 400 tysięcy osób. Niewątpliwie jednak zarówno rzeź jak i gwałty oraz grabieże miały tu miejsce. Japończycy oczywiście starają się wybielać. Wycofali nawet ze szkolnych podręczników informacje o tej zbrodni.
To miejsce pamięci odwiedza wielu Chińczyków. Dopiero tutaj zwróciłem uwagę, że prawie wszyscy chodzą z termosami. Okazuje się, że Chińczycy lubią rozgrzewać się od środka. Niekoniecznie herbatą, często jest to sam wrzątek.
Z muzeum masakry jedziemy na starówkę, do mieszczącej się w odbudowanym w 1984 roku kompleksie Fuzi Mao Świątyni Konfucjusza. Przed wejściem stoją kulisi z ręcznymi rikszami. Na okolicznych uliczkach olbrzymie tłumy ludzi. Jest sobota, więc trudno się dziwić. Wszechobecne korki. Na nasz autokar czekamy przez 40 minut. W mieście niespotykana plątanina estakad, przypominająca kłębowisko węży.
Nasz hotel nazywa się Excemon Jiangsu New Century. Oprócz kapci, szlafroków, herbaty, grzebieni, szczoteczek do zębów, pasty i wody na gości oczekuje także … parasol.
24.03 niedziela
Od pilota Tomka dowiadujemy się, że w Chinach publiczne wysmarkiwanie nosa uchodzi za nietaktowne. Natomiast mlaskanie, dłubanie w nosie, siorbanie i plucie jest jak najbardziej w porządku
Udajemy się rano nad rzekę Jangcy. Jest słaba przejrzystość powietrza, ale drugi brzeg dzisiaj widać.
Jedziemy w stronę gór Szkarłatnego Złota lub inaczej Purpurowych. Znajduje się tutaj mauzoleum dr Sun Jat-sena, pierwszego prezydenta Republiki Chińskiej. Do zamkniętych drzwi komory grobowej z trumną polityka i rewolucjonisty trzeba wspiąć się po 392 schodach. Ogrom turystów. Na samym szczycie biały posąg Sun Jat-sena. Czy było warto wspinać się? Owszem, dla pięknych widoków i poprawienia kondycji.
Przez kolejne trzy godziny jedziemy do Wuxi. Konkretnie nad jezioro Tai (trzecie pod względem wielkości w Chinach), po którym odbywamy 40-minutowy rejs statkiem wycieczkowym. Oglądamy stojące na kotwicach dżonki. Czas umila nam śpiewem i grą na instrumencie z bambusa członkini załogi. Wcześnie poczęstowała nas herbatą.
Przed kolacją dojeżdżamy do Suzhou - miasta ogrodów, jedwabiu, haftu i kanałów. Suzhou przez kilka lat było też stolicą państwa Wu (w epoce Trzech Królestw). Dzisiaj przejechaliśmy 280 km, co zajęło nieco ponad 6 godzin. Zostajemy zakwaterowani w hotelu Central. Jest bardzo czysty i dobrze wyposażony.
25.03. poniedziałek
„Rano deszczowo. Śniadanie bardziej europejskie. Zatkana muszla” – napisałem w swoich notatkach. O co chodzi z tą muszlą? Otóż w chińskich toaletach w większości są rury odpływowe o małych średnicach. Wystarczy więc na chwilę o tym zapomnieć i wrzucić zużyty papier toaletowy do sedesu zamiast do stojącego obok kosza, a nieszczęście gotowe.
Dzień pod znakiem parków i ogrodów. Najpierw jedziemy do parku centralnego, gdzie oglądamy Chińczyków ćwiczących Tai chi. Niektórzy z nas, z lepszym lub gorszym skutkiem, przyłączają się do poszczególnych grup.
W Suzhou, podobnie zresztą jak i w innych chińskich miastach, przy ulicach rośnie mnóstwo platanów.
Z parku jedziemy do Ogrodu Lwi Zakątek. Prawda, że te chińskie nazwy są ciekawe? A dlaczego akurat lwi? Ano dlatego, że pośród różnych skalnych figur rozlokowanych w całym ogrodzie jedna do złudzenia przypomina lwa. Znajduje się tu kilka pawilonów ze starymi meblami, obrazami i rzeźbami. Są skalne labirynty, bambusy, kwiaty, a także oczko wodne.
W Suzhou produkcją jedwabiu zajmowano się już w XIV wieku. Jedziemy zatem do tak zwanej fabryki jedwabiu. Na początku, podobnie jak w innych tego typu miejscach, zapoznajemy się pokrótce z historią jedwabnictwa. W Chinach wytwarzano go podobno już 3600 lat przed naszą erą. Jak powstaje? Najkrócej rzecz ujmując – larwy jedwabnika zjadają liście morwowe lub dębowe. Następnie owijają się w kokon. Ten zaś wrzuca się do wrzątku, po czym wyłuskuje się kolejne nici i nawija na szpule. Cały ten proces obserwujemy w specjalnie zaaranżowanej pracowni. Dowiadujemy się też, że prawdziwy jedwab pali się na popiół, gdy na przykład poliester topi się.
Po tym teoretycznym przygotowaniu wchodzimy do ogromnego sklepu. Czego tu nie ma?! Kołdry, poduszki, apaszki, koszule, bluzki itp. Są nawet obrazy malowane na jedwabnej tkaninie. Owszem, piękne. Ceny też są ładne, np. 350 tyś. juanów za widoczek z kwitnącymi kwiatami. Kołdra King o wymiarach 240 x 220 cm kosztuje 850 juanów (w sklepie w Luzhi widziałem podobną za 450 juanów).
Kolejnym odwiedzonym przez nas ogrodem jest Ogród Mistrza Sieci. Jest on najmniejszy ze wszystkich 69 ogrodów zachowanych w Suzhou, ale niewątpliwie najbardziej urokliwy. Zajmuje tylko 0,4 ha powierzchni. Kiedyś był to obiekt mieszkalno-wypoczynkowy. Mamy tutaj osobno pawilon męski i kobiecy. Jest też pracownia malarska, w której mistrz z upodobaniem malował tygrysy, a jednego nawet hodował. Poza tym podziwiać można małą sadzawkę i bonzai. Jak w każdej atrakcji turystycznej nie brakuje tu też sklepu z pamiątkami.
W tym samym dniu wizytujemy też miejsce zwane Instytutem Jedwabnictwa i Haftu. Tu także, jak wszędzie w tego typu miejscach, czeka nas krótki wykład. Dowiadujemy się, że w Suzhou znajduje się jedna z czterech głównych szkół haftu w Chinach. Największym jej osiągnięciem jest haft dwustronny, polegający na tym, że z dwóch stron powstają różne obrazy. Sztuka haftowania jedwabną nicią, która jest cieńsza od włosa, wymaga benedyktyńskiej wręcz cierpliwości i dobrego wzroku. Możemy się o tym przekonać obserwując pracę dwóch artystek, które żmudnie przeplatają cieniutką nitkę na satynowej osnowie.
Obrazy przedstawiające zwierzęta, kwiaty, krajobrazy, scenki rodzajowe czy ludzkie twarze są naprawdę piękne. Niestety, nie wolno ich fotografować. Nie mogłem jednak oprzeć się chęci uwiecznienia wyhaftowanego portretu księżnej Diany. Jest on wręcz zjawiskowy. Takie i podobne arcydzieła powstają podczas tysięcy godzin wytężonej pracy. Siłą rzeczy nie mogą więc być tanie. Jeden z wystawionych haftów, który powstawał przez 5 lat i wykonywały go dwie hafciarki, wyceniono na 3,5 miliona juanów. Jednakże w sąsiedniej sali, do której nas wkrótce zaprowadzono, były też małe obrazki, haftowane przez adeptów tej trudnej sztuki. Te były już dostępne cenowo dla przeciętnego turysty (300 – 600 juanów).
Po zaliczeniu ogrodów, jedwabiu i haftu przyszedł czas na czwartą atrakcję Suzhou, czyli kanały. Jest ich tutaj 16. Nie bez kozery więc miasto to nazywane jest Wenecją Wschodu. Odbywamy spacer nad jednym z nich zabytkową uliczką Shantang. Jej długość wynosi niecałe 4 kilometry. Nazywana jest jednak siedmiomilową, bo tyle wychodzi według tradycyjnej chińskiej miary li. W okolicy jest mnóstwo sklepików rozmaitych branż. Dominuje niska zabudowa. Jest sporo lampionów i suszącej się przed oknami bielizny. Za fasadami, w głębi podwórek, widać ubogie i zaniedbane domki.
Piwo Tsingtao: 0,33 l - 4 juany; 05 l - 6 juanów (w małym sklepie właściciel chciał 10).
18 kolacja w stylu Ujgurów.
26.03 wtorek
Kolejnego dnia jedziemy do Szanghaju. Po drodze zatrzymujemy się w Luzhi, zabytkowej wiosce (teraz już chyba mieście) z 1400 letnią historią. Wcześniej przejeżdżamy przez tunel wybity pod jeziorem. Luzhi ma sporo kanałów, a jeszcze więcej kamiennych mostów. Odbywamy półgodzinny rejs łódkami. Sternikami i jednocześnie wioślarkami (nietypowe obrotowe wiosło z tyłu łodzi) są kobiety. Podczas przepływania wąskim kanałem wzdłuż równie wąskich uliczek, pełnych sklepików i zakładów usługowych, umilają nam czas śpiewem.
Potem mamy godzinny spacer po starówce. Nabywamy plecak za 60 i torbę za 30 juanów.
Do Szanghaju pozostało nam już tylko 93 kilometry. Pokonujemy je w dwie godziny i 47 minut. Przy wjeździe zadziwia nas widok mnóstwa bielizny suszącej się pod oknami wieżowców.
Zwiedzanie rozpoczynamy od Świątyni Nefrytowego Buddy pochodzącej z 1882 r. Otacza ją las wieżowców. W bocznych pawilonach świątyni znajdują się dwa posągi Buddy. Tego leżącego można fotografować, natomiast siedzącej postaci nie wolno. Dlaczego? Generalnie Chińczycy niechętnie patrzą na robienie zdjęć posągom. W niektórych przypadkach zabraniają więc uwieczniania ważnych dla nich postaci.
Tego popołudnia odwiedziliśmy jeszcze Muzeum Szanghajskie oraz Bund, czyli nabrzeże rzeki Huang Pu. Jest to doskonały punkt widokowy na dwie części miasta. Z jednej strony widać budowle utrzymane w stylu kolonialnym, zaś z drugiej nowoczesne wieżowce z Perłą Orientu na czele. Jest to piąta pod względem wysokości wieża telewizyjna na świecie - 468 m. n.p.m..
Nasz siódmy i ostatni hotel nazywa się Kingtown. Mieszkamy na dwudziestym piętrze z panoramą na starą dzielnicę i nowoczesne wieżowce. Hotel jest zapyziały i stary. W sąsiedztwie katolicki kościół, jedyny jaki widzieliśmy podczas pobytu w Chinach. Gdyby nie krzyż na frontowej ścianie, nie można byłoby odróżnić go od buddyjskich świątyń..
O dziewiętnastej wyruszamy na wieczorny rejs po Huang Pu Bilet kosztuje 120 juanów, ale my płacimy 30 USD. Różnicą dzielą się zapewne lokalni kontrahenci z naszym biurem. Płyniemy przez 40 minut. Ze wszystkich stron zmysł wzroku atakują przepięknie podświetlone budynki. Widoki są naprawdę niesamowite. Na statku tłumy Chińczyków. My jesteśmy chyba jedynymi Europejczykami.
27.03 Środa
Rano jedziemy na przeciwległy do Bundu brzeg Huang Pu, czyli Pudong. Tutaj właśnie wzniesiono w 1994 roku wspomnianą wieżę telewizyjną. Przechodzimy podwójną kontrolę (nawet zapalniczka się nie prześlizgnie), po czym szybką windą wjeżdżamy na poziom 263 metrów. Z mieszczącej się tutaj przeszklonej kopuły rozciąga się widok na wszystkie strony Szanghaju. Niestety, smog ogranicza widoczność. Po jakimś czasie schodzimy schodami na poziom 259 m. Tu można pospacerować po szklanej tafli, pod którą jest już tylko powietrze i ziemia. Nie odczuwam jednak żadnego dreszczyku emocji. Wolałbym skywalking z efektem pękającej szyby.
Po zjeździe na dół odwiedzamy Muzeum Szanghaju. Moim zdaniem jest ono znacznie ciekawsze od tego, w którym byliśmy wczoraj. Przeczytałem gdzieś, że wejście do muzeum jest w cenie biletu na wieżę. Może kiedyś tak było. Teraz kosztuje to 25 juanów.
Po wyjściu z Perły Orientu jedziemy na ogromny podziemny bazar. Spędzamy tu dwie godziny. Wybór towarów jest przebogaty. Ceny oczywiście z sufitu. Trzeba ostro się targować, aby w końcu nabyć dany przedmiot za jedną trzecią lub nawet jedną czwartą ceny wywoławczej. W ten sposób nabywamy walizkę podróżną za 200 juanów, plecak za 225 i parę innych drobiazgów.
Magnesy 48 juanów za 10 sztuk – sprzedawca chciał najpierw 150. Latawiec za 25, który również wyceniano na 150, pamiątkowa łyżeczka stargowana z 68 na 20 juanów.
Po południu spacer po odbudowanej starówce. Po raz pierwszy dopada nas deszcz. Jednak w Szanghaju jest to podobno normą. Zaliczamy jeszcze deptak przy handlowej ulicy Nankińskiej, przy której pełno jest markowych i drogich sklepów. I w zasadzie to już koniec naszej wycieczki…
Ireneusz Gębski

Zdjęcia

CHINY / Wuxi / Jezioro Tai / DżonkaCHINY / Luzhi / Luzhi / KanałCHINY / Zushou / Shantang / KanałyCHINY / Luoyang / Dengfeng / Las pagódCHINY / Shaanxi / Xi'an / Nocne miasto 1CHINY / Nankin / Nankin / PlatanyCHINY / Luoyang / Dengfeng / ShaolinCHINY / Shaanxi / Xi\\\'an / Nocne miasto 3CHINY / Xi'an / Muzeum Armii Terakotowej / Wiosna

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl