Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Tajlandia, Kambodża, Laos - lipiec-sierpień 2103 > TAJLANDIA, LAOS, KAMBODżA


łazik łazik Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie KAMBODżA / Siem Reap / Siem Reap / Preah KhanO tym kierunku marzy wielu z nas! Polecamy więc informacje praktyczne z subiektywnym zabarwieniem :-)

Oto nasza relacja z wyprawy do Tajlandii, Laosu i Kambodży. Trwała ona 26 dni włącznie z przelotami i przypadła na porę deszczową, czyli lipiec-sierpień. Pisząc o wyjeździe skupię się raczej na praktycznych informacjach, ponieważ uważam, że każdy ma swoją własną wrażliwość oraz odbiór napotkanych na swojej drodze przygód. Niekoniecznie to, co podobało się nam, będzie was interesowało i odwrotnie. Opiszę dzień po dniu, gdzie spaliśmy, czym jechaliśmy, co jedliśmy itp. i oczywiście za ile. Zrezygnuję z opisów miejsc, które już zostały opisane w przewodnikach.
Dzień 1.
Przylot do Bangkoku na lotnisko Suvarnabhumi. Należy wypełnić imigration form, które rozdają celnicy. Obsługa na lotnisku nie trwa długo. Warto wziąć ulotkę telefonii komórkowej True. Za doładowanie za 300 bath, można rozmawiać do woli oraz korzystać z Internetu mobilnego (ale tylko przez wifi, w ogólnodostępnych miejscach, takich jak centra handlowe, dworce itp.). Aby dojechać do miasta należy zejść na sam dół – chyba z 4. piętra i wsiąść do kolejki – koszt 40 bath za os. – bilety do kupienia w automacie. W drodze do centrum można szybko zorientować się jak duży jest Bangkok – jest ogromny. Komunikacja miejska nie nastręcza problemów – do dyspozycji mamy metro oraz kolejką naziemną, do tego oczywiście autobusy, tuk tuki, taksówki lądowe oraz wodne. Sprawia to, że można dojechać wszędzie, szybko oraz sprawnie. Ceny: tuk tuk - cena zależy od umiejętności negocjacyjnych np. za przejazd z Wat Pho do dworca Hua Lomphong operator tuk tuka chciał 200 bath. Ostatecznie pojechaliśmy za 100 bath i to i tak było o wiele za dużo, ale to pierwszy dzień, więc frycowe trzeba zapłacić. Ceny metra i kolejki naziemnej to ok. 40 bath za średniej długości odcinek. Bilety kupuje się w automacie – uwaga: trzeba mieć drobne. Z Saphan Taksin, a dokładnie z przystani Sathorn Pier można popłynąć wodnymi środkami transportu do dowolnej świątyni oraz popływać kanałami. Noclegi wykupiliśmy przed wyjazdem w Suk11. Fajnie urządzony hostel z klimatem, mniej więcej w środku Bangkoku przy Sukhumvit Rd. Na dole jest restauracja, w której dla mieszkańców, po okazaniu klucza otrzymuje się 10% zniżki. W sam raz na service charge (napiwek), bo ten doliczają sobie automatycznie do rachunku. Znajduje się on przy uliczce, przy której mieści się klika restauracyjek z różnych stroń świata (włoska, meksykańska, tajska itp.) oraz bar z trunkami, który otwierany jest wieczorem. Wieczorową porą cała ulica zamienia się w małe centrum życia nocnego ze wszystkim czego dusza i ciało zapragną.
Pogoda: ok 30 stopni, zachmurzenie, lekki deszcz
Dzień 2.
Ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Obraliśmy kierunek Saphan Taksin Station, tam przesiedliśmy się do taksówki rzecznej (jest kilku operatorów, niestety nie pamiętam ceny). Przystanie opisane są numerami na bilecie, minie trochę czasu zanim się człowiek ogarnie, gdzie trzeba wysiąść. Sama przejażdżka nie należy do przyjemnych, głośna, masa turystów, ale jak się człowiek porozgląda, to można poczuć klimat nadrzecznego życia. Dopłynęliśmy do przystani, z której dociera się do Wat Pho, jest to świątynia leżącego Buddy. Wejście 100 bath od osoby. Oczywiście należy być odpowiednio ubranym, tzn. zakryte nogi i ramiona, bez czapki. Przed wejściem do świątyni należy zdjąć obuwie. Nie będę opisywał uroków pomnika i w sumie całego kompleksu świątynnego, powiem tylko, że warto odwiedzić to miejsce. Z Wat Pho ruszyliśmy do wielkiego pałacu, który znajduje się niedaleko, w zasadzie jego mury są zaraz po drugiej stronie ulicy. W drodze do wejścia zatrzymuje nas jakiś gość, który stara się nam wmówić, że dzisiaj pałac jest nieczynny, bo jest jakaś parada, i że musimy kupić jakieś ciuchy, i tak dalej. Mówimy mu grzecznie „nara”. W drodze do wejścia mijamy stragany właściwie ze wszystkim, interesują nas zimne kokosy z pysznym sokiem w środku (20 bath/sztuka). Docieramy do bramy (i znowu naciągacze) zakładam moje demontowalne nogawki i ruszamy do kasy. Bilet do Grand Palais kosztuje 500 bath/osoba w tym obejmuje on również wejście do pałacu Vinamnek, oddalonego o kilka kilometrów. Nie będę opisywał Wielkiego Pałacu, bo to znajdziecie w przewodnikach, powiem krótko: warto i trzeba zarezerwować dużo czasu. Po zwiedzeniu pałacu udaliśmy się do Wat Arun, do której trzeba przepłynąć rzekę, koszt promu to 3 bath. Wejście do świątyni kosztuje 50 bath. Świetny widok na miasto ze szczytu budowli.
Pogoda: powyżej 30 stopni, niewielkie zachmurzenie, lekki deszcz
Dzień 3.
Zatrucie pokarmowe i dzień wycięty z życiorysu. 
Pogoda: ok 30 stopni, niewielkie zachmurzenie, lekki deszcz
Dzień 4.
Udaliśmy się na farmę węży. Koszt 200 bath/ osoba. Przedstawienie trwało ok. godziny. Warto. Potem do pałacu Vinamnek, a następnie na rejs łódką po kanałach (koszt ok. 100 bath/osoba). Trwał on ok. 1,5 godz. i nie był zbyt ciekawy. Wieczorem udaliśmy się na dworzec kolejowy na pociąg do Chiang Mai. Chcąc wybrać się w tę podróż, bilety należy zakupić kilka dni wcześniej. Nam udało się kupić bilety na drugą klasę, bez klimy (koszt 450 bath/osoba odległość ok. 700 km). Pociąg wyrusza, zgodnie z rozkładem ok. 22:00. Podróż trwa ok. 16 godz. Myśleliśmy, że w wagonie będziemy jedynymi białasami, ale okazało się, że wręcz przeciwnie, byli tam sami turyści. Co do komfortu to, cóż: „uf jak gorąco”, ale siedzenia rozkładane są, piwo i jedzenie jest (drogie, warto kupić wcześniej), więc droga nam zleciała jakoś znośnie. Po świcie można było popodziwiać fajne widoki, góry, pola ryżowe itp. I w ten sposób powitaliśmy kolejny dzień, czyli…
Pogoda: ok 30 stopni, niewielkie zachmurzenie, lekki deszcz
Dzień 5.
Do Chiang Mai dotarliśmy ok. 14:00. Zakwaterowaliśmy się w uprzednio zarezerwowanym hostelu o nazwie Buddy Guesthouse (koszt 400 bath, Wifi free, Klima, śniadanie, blisko starego miasta, ogólnie bez szału, ale po 16 godzinach w pociągu nie ma co narzekać). Miasto jest klimatyczne, co prawda turystyczne jak wszystko, ale można powłóczyć się wieczorem po knajpkach, zjeść prażonego pasikonika (20 bath za porcję) i obejrzeć wyreżyserowany tajski boks za 400 bath od osoby. Z Chiang Mai można wybrać się w góry do wioski kobiet z długimi szyjami, w której był Cejrowski, na marginesie: zdjęcie kobiety z jego „wyprawy” widnieje na każdej ulotce reklamowej. Po krótkim namyśle stwierdzamy, że nie ma co dawać się naciągać na zorganizowane wycieczki, i wyruszamy wcześnie rano następnego dnia do Chiang Rai, a później do Chiang Saen.
Pogoda: ok 30 stopni, niewielkie zachmurzenie, krótki ulewny deszcz
Dzień 6.
Podróż zaczęliśmy z dworca autobusowego Arcade Bus Station. Wybraliśmy linie GreenLine (koszt biletu 185 bath/osoba w klimatyzowanym autobusie). Podróż trwała ok. 3 godzin. Uwaga: w Chiang Rai należy wysiąść na drugim dworcu. Od razu przesiedliśmy się do autobusu „podmiejskiego” do Chiang Saen, oddalonego o 55 km. Koszt 37 bath/osoba. Czas podróży 1,5 h. Po wyjściu z autobusu na „niby-przystanku” ku naszemu zaskoczeniu nikt się nami nie zainteresował, co bardzo nas zadowoliło. Ale z drugiej strony ni w ząb nie mogliśmy się zorientować, gdzie znaleźć naszą kwaterę, którą jak zwykle zabukowaliśmy dzień wcześniej. Nazywała się ona Gins Guesthouse i znajdowała się jakieś 3 km od skrzyżowania głównych ulic, naprzeciwko rzeki Mekong. Koszt noclegu to 400 bath, w tym śniadanie, Wifi, Klima. Fajny klimat. Można wypożyczyć skuter, co uczyniliśmy, żeby podjechać do Złotego Trójkąta, oddalonego o jakieś 10-15 km. Koszt skutera 200 bath/dzień. Litr benzyny to 40 bath. Właścicielka Guesthouse posiada również super noclegi po drugiej stronie ulicy bezpośrednio nad Mekongiem, ale za 900 bath za noc. Pozostaliśmy przy naszym i poszliśmy do restauracji, która się tam znajduje. Posiłek w restauracji to 150 bath. Jedzenie wyśmienite. Obsługa w postaci dwóch młodych Tajek, miła, ale nie mówiąca dobrze po angielsku, więc trzeba było namachać się rękoma. Miejscowość znajduje się prawie na samym „końcu świata”. Nie ma w niej wielu turystów, jest cicho, życie toczy się własnym torem, jest przyjemnie. W ten dzień udajemy się jeszcze do Złotego Trójkąta, czyli tarasu widokowego, z którego widać jak Mekong łączy się z Ruak, gdzie łączą się granice: Tajlandii, Laosu oraz Birmy. Ogólnie zabawne miejsce, z kiczowatymi, można by po europejsku określić, pomnikami Buddy, ale żeby nie obrażać uczuć religijnych, przechodzę do następnego dnia.
Pogoda: ok 30 stopni, duże zachmurzenie
Dzień 7.
Poranna wyprawa skuterem do Hall of Opium. Jesteśmy niemalże jedynymi zwiedzającymi. Koszt biletu to jeśli dobrze pamiętam 300-400 bath. Hall of Opium to profesjonalnie zrobiona wystawa dotycząca historii uprawy opium w tym rejonie. Jest bardzo ciekawa i warto ją odwiedzić, jeśli się tu już dotarło. Następnie udajemy się na przystanek busików, jadących do Chiang Kong, z którego chcemy przeprawić się do Laosu. Trudna było nam ją znaleźć, więc oto wskazówka: znajduje się ona zaraz za skrzyżowaniem, przy wylotowej drodze do Chiang Kong, kilkanaście metrów za budką celników z dużym napisem, że szmuglowanie narkotyków jest surowo karane. Stoi tam kilka chatek z ławeczkami. I tu czeka nas niespodzianka, ponieważ przybyliśmy tam koło południa i nic już nie jechało do Chiang Khong. Na słupku jednej z chatek wisiała zalaminowana kartka z napisem w języku angielskim i tajskim, w skrócie: pikap jedzie jak zbierze się odpowiednia ilość osób, koszt przejazdu do Hard Bani (czy jakoś tak) 50 bath, a następnie do Chiang Khong drugie 50 bath. Wniosek jest taki, że trzeba tam czatować od rana. W jednej z chatek siedział jakiś dziadek, który ni w ząb nie mówił po angielsku, ale Chiang Khong zrozumiał i potrafił powiedzieć też 1000 bath. Po dłuższej chwili zrozumiał też 600 bath i się zgodził. A my zrozumieliśmy, że z nami jedzie jeszcze 15 osób, i że zrobił nas w bambuko, ale cóż perspektywa zostania tam, też nie napawała nas optymizmem, więc grunt to poruszać się naprzód. Alternatywą jest również podróż łodzią, za którą inny z kolei dziadek zażyczył sobie 2500 bath. Do Chiang Khong dojechaliśmy po kilku godzinach, zakwaterowaliśmy się we wcześniej zabukowanym hotelu Day Waterfront Hotel. Koszt 500 bath, (bez klimy, z widokiem na Mekong i Laos, bardzo czysty, Wifi free, miła obsługa). Oferowano nam zakup biletu na slow boat do Luang Prabang za 1100 bath, z czego nie skorzystaliśmy. Jest też speed boat, co robi ten docinek w jeden dzień, ale widząc taki rejs, stwierdziliśmy, że skończy się w najlepszym wypadku utratą słuchu w najgorszym, wiecie co…. Jednym słowem masakra.
Pogoda: ok 30 stopni, duże zachmurzenie, masakryczny deszcz w nocy

Dzień 8.
Pobudka wcześnie rano, żeby zdążyć na łódź do Luang Prabang, która odpływa ok. 11:00. Sprint na przystań, odprawa, i wskakujemy na łódkę przeprawiającą nas na druga stronę. Koszt 40 bath/ osoba. No i zaczęło się wystawanie przed budką laotańskiej straży granicznej. Masa ludzi, strażnicy „przemili” no ale nic, stoimy i cierpliwie czekamy. Koszt wizy to 30 USD + jedno zdjęcie. Strażnicy obsługują najpierw zorganizowane grupy, tj. przewodnika ze stosem paszportów. To by była ta opcja, gdybyśmy wykupili bilet w Chiang Khong. Odstaliśmy swoje, w między czasie wymieniliśmy kasę na kipy oraz kupiliśmy bilet na slow boat za 1000 bath. W tym dojazd do przystani, która oddalona jest o kilka kilometrów. Gdy dotarliśmy do przystani zaprowadzono nas do restauracji, gdzie nasz „nibyoperator” powiedział nam, że: na statku nie ma nic do jedzenia i picia i że mamy jeść i kupować teraz oraz, że w Pak Beng nie ma noclegów i że u niego można za jedyne 500 bath wykupić nocleg z klimą. Z noclegu nie skorzystaliśmy, ale kupiliśmy wyśmienite bagietki oraz wodę (aaaa i mieli też kawę espresso, pycha i szarpie). Po wejściu na pokład ukazał się nam barek z napojami, piwkiem i chińskimi zupkami. To tyle co do wiary w dobre rady życzliwych nieznajomych. Łódź nie była zbytnio przeładowana. Wszyscy pasażerowie na dokładkę szli na tył łodzi, w okolice maszynowni (współczuję hałasu). Mieściła ona jakieś 60 osób. Rejs zaczął się w miarę punktualnie. Płynąc można było poobserwować życie nadrzecznej ludności; rybaków zarzucających sieci, kapiące się dzieci, piorące kobiety. Statek raz po raz zatrzymywał się, by wyrzucić na brzeg pasażerów na dokładkę i zabrać nowych. I tak dotarliśmy do Pak Beng, gdzie powitały nas tłumy miejscowych oferujących noclegi. Daliśmy się zawieźć do jednego z nich za 200 bath (śniadanie, wentylator, wififree). Wieczorem zjedliśmy kolację w jednej z knajpek (jedzenie 30.000 kip, piwo 15.000 kip). Miejscowość to w zasadzie jedna ulica i przystań, całe życie kręci się wokół przypływających turystów takich jak my.
Pogoda: ok 30 stopni, niewielkie zachmurzenie
Dzień 9.
Pobudka wcześnie rano, żeby nie spóźnić się na łódź oraz zająć dobrą miejscówkę. Na przystani jesteśmy o 7:30, a wyruszyć mamy o 8:30. Zajmujemy miejsce i czekamy. Międzyczasie zaczęto rozładunek łodzi transportowej, która niedawno przybiła do brzegu. Przez dłuższy czas obserwowałem, jak sznurek kobiet, z 20-30 kilogramowymi workami na plecach, przemieszcza się z łodzi w kierunku ciężarówki i z powrotem. Zrobiłem kilka zdjęć z ukrycia. Czekaliśmy tak do ok. 10, bo na łódź chciało wejść zbyt dużo osób, musieli ich przenieść na inną. Podróż drugiego dnia nie była już tak ekscytująca. Pole ryżowe – dżungla – rybak – dżungla – pole ryżowe – rybak – przystań – skały, i tak w kółko. Z nudów zaczęliśmy się wygłupiać i robić zdjęcia z idiotycznymi minami. Koniec końcem dotarliśmy do Luang Prabang, a dokładniej kilkanaście kilometrów przed. Wysadzili nas i kazali iść stromo pod górkę, gdzie na szczycie stał budynek, w którym można było kupić bilet na tuk tuka. Nie ma opcji targowania się, wszyscy dają tę samą cenę i są nieugięci. Bilet kosztował 20.000 kip. Alternatywą jest podróż na autonogach, ale pokonanie odcinka ok. 10 km z plecakami nas przeraża. Wyruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Stosunek ceny do jakości był trochę niekorzystny. Mieliśmy trochę czasu, więc postanowiliśmy znaleźć coś tańszego. Pierwszy nocleg znaleźliśmy za 60.000 kip – obskur. Drugi za 40.000 też obskur. Potem za 80.000 też obskur. Obeszliśmy jeszcze chyba z 10 opcji i stwierdziliśmy, że nie ma różnicy w cenie, wszystko poniżej 100.000 kip było obskurem, więc wybraliśmy lepszy obskur za 40.000 kip.(wififree, bez kolacji, bez klimy). Wieczorem zakupiliśmy wycieczkę, składającą się z wyprawy na słoniu, wizyty w Pak Ou, obiadu, odwiedzin Whiskey Village oraz wizyty nad wodospadem Kuangsi. Koszt 40 USD na łepka. Nazwa company: Heritage Laos Tours. Kolacja w średniej klasy restauracyjce kosztowała nas 35.000 kip na łepka. Miasto ma super klimat. Wąskie uliczki, budynki z czasów kolonialnych, dużo kafejek, na ulicach robią pyszne crepsy i owocowe koktajle. Bardzo fajny nocny market, bardzo przyjemna atmosfera.
Pogoda: ok 30 stopni, niewielkie zachmurzenie
Dzień 10.
O 8:00 przyjeżdża po nas busik, a w nim Belg o imieniu Peter, który na nasze szczęście mówi po niemiecku. Peter był trochę skacowany, ale z upływem czasu doszedł do siebie. Dowiedzieliśmy się od niego, że można było się z nimi potargować i wyszło na to, że jesteśmy dupami. Pierwszy punkt programu to przejażdżka na słoniach. Docieramy do jakiegoś rolasa, co ma dwa słonie na łańcuchu. Od razu mi się to nie spodobało. Ostatni raz zrobiłem cos takiego. Napychać kabzę rolasowi kosztem biednego zwierzęcia – nigdy więcej. Dodatkowo spadł deszcz, nie byle jaki deszcz. Przejażdżka trwała jakieś 30 min. i całe szczęście. Potem ruszyliśmy do Pak Ou, jaskini, w której schowano wiele, wiele, wiele posążków Buddy, przez najazdem, wydaje mi się Chińczyków. Znajduje się ona w skale wyrastającej z Mekongu. Docieramy do niej łodzią. Następnie ruszamy do Whiskey Village. Wychodzimy z samochodu, witają nas kieliszkiem wina ryżowego, jednego, potem drugiego i w głowie się zakręca. Do butelek z wódką ryżową miejscowi wkładają różne zwierzęta, przeważnie skorpiony, kobry, ale widzieliśmy również duży słój z małym niedźwiadkiem. Podobno, żeby nadać trunkowi odpowiednią moc. Bez komentarza. Pokazują nam również sposób destylacji tegoż trunku. Mieszkańcy wioski zajmują się również sprzedażą pamiątek i tkanin. Są to głównie standardowe wyroby, które można dostać wszędzie, ale trafiliśmy też na panią, która sama tkała, bardzo ładne chusty. Były dość drogie, więc zrezygnowaliśmy z zakupu. Po wizycie w wiosce udaliśmy się na obiad i następnie nad wodospad Kuangsi w Parku Narodowym. Na jego terenie mieści się również coś w rodzaju schroniska dla niedźwiedzi malajskich. Są to zwierzęta, które zostały uratowane z rąk handlarzy i innych ludzi pozbawionych serca i rozumu. Kąpiel pod wodospadem jest świetnym doświadczeniem. Do wody można skakać z samego wodospadu oraz z liny zawieszonej na pobliskim drzewie. Bardzo warto odwiedzić to miejsce. Tym punktem programu kończymy wycieczkę i tym samym dzień 10.
Pogoda: ok. 30 stopni, niewielkie zachmurzenie, masakryczny krótki deszcz
Dzień 11.
Dzień upływa nam w podróży do Vang Vieng. Wstajemy wcześnie rano, bo nie wiemy, o której odjeżdża autobus. Do dworca, położonego na obrzeżach miasta, docieramy tuk tukiem, o 8:00 rano. Niestety nie załapaliśmy się na VIP-Bus z braku miejsc. Następny odjeżdża o 9:30, również z napisem VIP. Cena biletu 105.000 kip/os. W autobusie było na przemian zabawnie i strasznie, a na końcu już tylko męcząco. Zabawnie, bo z głośnika leciało Lao-Polo - strasznie, bo autobus musiał przedrzeć się przez góry – wysokie góry – i raz w trudem wczłapywał się pod górę, żeby następnie zjeżdżać z dużą prędkością serpentynami, i tak w kółko. Raz po raz zatrzymywaliśmy się, żeby kierowca mógł wyciągnąć skrzynkę z narzędziami i pogrzebać coś przy tylnym moście. Nie chciałem i do tej pory nie chcę wiedzieć, co tam naprawiał. Oczywiście kierowca zatrzymywał się regularnie i zabierał dodatkowych ludzi z bagażami, aż środkowe wejście zostało nimi kompletnie zawalone, a dodatkowi pasażerowie, albo stali w przejściu, albo siedzieli na podłodze między siedzeniami. Raz chciałem wysiąść środkowym wyjściem i nadepnąłem na jakiś worek, co leżał obok sadzonki bananowca, czy czegoś tam, a tu nagle coś zaczęło piszczeć – jakiś zwierz pewnie… Przypomnę, że autobus w dalszym ciągu wdrapywał się i staczał, bujając się raz po raz na boki, w głośnikach leciało Lao-Polo, dzieci wymiotowały do torebek, z nawiewu leciało gorące, śmierdzące powietrze, a na przedniej szybie widniał wielki napis VIP. I tak po kilku godzinach dotarliśmy do Vang Vieng, nie do centrum, lecz do oddalonego od niego dworca autobusowego. Mam taką teorię, która mówi, że oni specjalnie instalują dworce poza miastami, żeby tuktukowcy mogli na nas zarabiać. Sama miejscowość to takie laotańskie Mielno. Kilka ulic z hotelami, biurami wycieczek i knajpami, w których tak, jak pisano w przewodnikach, puszczane są odcinki „Przyjaciół”. Znajdujemy nocleg w Saysong River View za 60.000 kip (bez klimy – z klimą 100.000 kip). Za jedzenie trzeba zapłacić ok. 20-35.000 kip. W sumie to wszystko tak kosztuje, obojętnie, czy jest to naleśnik, piwo, wino, czy bagietka, cena jest podobna.
Dzień 12.
Wykupujemy sobie organizowaną wycieczkę do jaskini, w której wnętrzu można pospływać na dętce, oraz do jaskini słonia, w której znajduje się leżący Budda, połączonej ze spływem kajakiem do Vang Vieng. Koszt 90.000 kip/os. Pierwsza atrakcja polegała na wciągnięciu się na linie, leżąc na dętce, w najdalej oddalone miejsce w jaskini, a następnie puszczeniu się i spłynięciu do wyjścia z jaskini. Moja ocena: może być, trochę krótko, ale to pewnie z powodu wysokiego stanu wody. Druga atrakcja, czyli jaskinia słonia z leżącym Buddą – suchar. Między jaskinią z tubingiem, a tą z leżącym Buddą serwowany jest posiłek. Następnie ruszyliśmy kajakami w dół rzeki. Przyjemny spływik z elementami adrenaliny, bo po drodze musieliśmy pokonać kilka szybszych odcinków, ale bez przesady. Zatrzymaliśmy się również w przybrzeżnej knajpie, w której z głośników leciała techniawka, a przy barze zgromadziło stado, wyłowione wcześniej linkami, nawalonej młodzieży z krajów angielskojęzycznych. Walnęliśmy – ja piwko, Marta – winko i ruszyliśmy dalej. Tubing, a raczej kajaking zaliczony. Wieczór upłynął nam na zastanawianiu się, co robić dalej, czy jechać do Vientianu, czy do Krainy 4 Tysiąca Wysp, czy bezpośrednio do Phnom Penh, czy też do Siem Reap. Po rozważeniu pro i kontra ze wszystkich stron uznaliśmy, że udamy się bezpośrednio do Phnom Penh. W biurach turystycznych oferowane są bezpośrednie połączenia z Vang Vieng do wszystkich powyższych destylacji. Koszt naszej wyniósł od 400.000 do 480.000 kip w zależności od operatora. To była pierwsza opcja. Druga zaś to nie płacić operatorowi i zrobić to samemu. Wybraliśmy tą drugą. Chodząc po biurach wypytaliśmy szczegółowo, jak wygląda plan przejazdu, a jest on trochę skomplikowany, bo trzeba się kilka razy przesiadać. Według rozpiski miało to wyglądać następująco:
13:30 przyjazd do Vientiane
20:30 wyjazd sleeping busem do Pakse
6:00 wyjazd z Pakse do Phnom Penh
Dojazd o Phnom Penh wieczorem.
Pogoda: ok. 30 stopni, zachmurzenie
Dzień 13.
Wyjazd o 8:00 minibusem do Vientiane. Koszt 55.000 kip/os. Czas trwania podróży 3 godziny. Kierowca wyrzuca nas na ulicy przy Khua Din Bus Station. Udajemy się do informacji turystycznej National Tourism Athority of Lao mieszczącej się przy Avenue Lane Xang, w której dowiadujemy się, że autobus do Pakse wyjeżdża wieczorem z południowego dworca poza miastem. Następnie udajemy się obejrzeć Pomnik Zwycięstwa, który został zbudowany na wzór Łuku Triumfalnego w Paryżu. Muszę przyznać, że spacer po ulicach Vientianu z plecakiem nie należał do przyjemnych, więc znaleźliśmy kafejkę, gdzie serwowano espresso, a następnie restaurację, rozeznaliśmy się, czy są jakieś bezpośrednie loty do Phnom Penh (były w cenie ok. 200 USD) i udaliśmy się do Wat Si Saket, słynącej z 10.000 zebranych tam posążków Buddy. Ruszamy tuk tukiem w kierunku południowego dworca. Koszt 45.000 kip. Kierowca chciał początkowo 60.000 kip.
Rozkład jazdy z tablicy na dworcu Vientiane:
Kierunek Pakse:
Local Bus (110.000 kip)
od 10:00 do 16:00 – odjazd co godzinę
Express Bus (140.000 kip)
18:00, 19:00, 20:00
Sleeping Bus (170.000 Kip)
20:30, 21:00
Na dworcu działa kilka operatorów. Przez zakupieniem biletu warto sprawdzić po ich nazwach stan autobusu, bo bywa różnie. Wybieramy Sleeping Bus. Zgodnie z rozkładem mamy być ok. 7:00 rano w Pakse. Kupujemy bilet u niemiłego pana i czekamy na autobus. Gdy zaczęła się zbliżać godzina odjazdu, rozpoczęliśmy poszukiwania naszego autobusu i okazało się, że trafiliśmy chyba na najbardziej obskurny autobus. A wyglądał on jak każdy inny autobus, np. znanej nam marki Jelcz. Miał wymontowane siedzenia, a zamiast nich wmontowane łóżka piętrowe. W połowie autobusu z boku znajdowało się coś w rodzaju budki, czyli toalety. Standard przewidywał poduszki oraz kołderkę. Okazało się, że dostaliśmy miejsca na górnej pryczy. A ja dostałem zaraz po wejściu do autobusu opier…. od mojej towarzyszki podróży. Górna prycza umieszczona był gdzieś na wysokości górnego okienka przesuwnego, cała konstrukcja była dość labilna, co podczas pokonywania zakrętów i dziur oraz hamowania powodowało, że bujaliśmy się na boki. Noc minęła z duszą na ramieniu, bo kierowca pędził na złamanie karku, a drogi w Laosie chyba nie muszę mówić w jakim są stanie. Po drodze mieliśmy jeszcze krótką awarię i panowie też coś tam grzebali pod autobusem. No nic rano, ok. 8:00 dotarliśmy do Pakse, gdzie po wyjściu z autobusu zaczepił nas chłopak, z pytaniem, czy nie chcemy jechać do Siem Reap. Odpowiedzieliśmy, że do Phnom Penh, a on, że to dobrze, bo jego autobus tam właśnie jedzie. Koszt biletu: 230.000 kip/os. Wsiedliśmy i tak zaczął się kolejny dzień.
Pogoda: ok. 30 stopni, zachmurzenie
Dzień 14.
Dotarliśmy na granicę, czyli dwa szlabany, kilka straganów i trzy budki strażników na krzyż. Udaliśmy się do straganów, wypiliśmy dziwną kawę. W międzyczasie kierowca wziął nasze paszporty oraz 25 USD na wizę, 5 USD na jakieś koszty manipulacyjne i poszedł załatwiać formalności. Po ich załatwieniu ruszamy dalej. Jedziemy jeszcze gorszą drogą niż tą w Laosie. Dziury w niej sygnalizują porozkładane gałęzie. Mijamy krajobraz, na który składają się głównie pola ryżowe, wioski, pola ryżowe i znowu wioski. Do Phnom Penh docieramy ok. 21:00. Idziemy do pierwszego lepszego hotelu, który nazywa się Paradise Hotel, ma dwie gwiazdki i kosztuje 24 USD za noc ze śniadaniem. Wyszło na to, że byliśmy 37 godzin w podróży, co się mniej więcej zgadzało z informacjami podawanymi w Vang Vieng. Koszt mniej więcej też ten sam. Satysfakcja, że zrobiliśmy to sami, taka sobie, ale za to w każdym momencie mogliśmy zmienić plany oraz nie byliśmy skazani na łaskę i nie łaskę operatora, któremu należało zapłacić z góry w Vang Vieng. Koniec dnia. Aha, w Kambodży środkiem płatniczym są dolary, oczywiście amerykańskie.
Pogoda: ok. 30 stopni, zachmurzenie, silne krótkie deszcze
Dzień 15.
Rano ruszamy do Tuol Sleng - miejsca kaźni urządzonego przez system Pol Pota (wejście 2 USD/os., w środku można za 6 USD wynająć przewodnika). W tym celu wynajmujemy tuktukowca na cały dzień – koszt 20 USD. Odwiedzamy również Pola Śmierci (wejście chyba 6 USD/os., zwiedzanie odbywa się przy użycie zestawu słuchawkowego, przechodząc przez kolejne stacje) oraz Zoo na obrzeżach miasta. Wrażeń z dwóch pierwszych „atrakcji” nie będę opisywał. Co do Zoo, to jest to jakby trochę zapomniany, a przez to zaniedbany park ze zwierzętami. Są tam również tygrysy i inne zagrożone gatunki. Znajduje się on dość daleko od miasta i podróż do niego w tuk tuku to męka. Koszt wejścia to 5 USD/os. Stan rzeczywisty różni się znacząco od opisu w przewodniku NG na niekorzyść. Po południu odwiedzamy Srebrną Pagodę. Koszt 6 USD/os. Warto. Jedzenie: za pizzę w Happy Herb Pizza zapłaciliśmy 7 USD, natomiast za makaron z kurczakiem 2,5 USD.
Pogoda: ok. 30 stopni, niewielkie zachmurzenie
Dzień 16.
Rano wyruszamy do Sihanoukville. Odjeżdżamy z dworca autobusowego znajdującego się niedaleko od centrum. Za przejazd busem, tj. Fordem Transitem płacimy 6,5 USD/os. Wyjeżdża on od rana co godzinę. Podróż trwa kilka godzin. Nasza wydłużyła się ze względu na trwające wybory. Bus dojeżdża do mini dworca autobusowego mniej więcej w środku miejscowości. Zaraz po wyjściu z samochodu atakują nas tuktukowcy. Przetrzymaliśmy ich trochę i zbijając cenę o połowę (i tak za dużo, bo to niedaleko) docieramy ronda ze złotymi lwami, gdzie znajdują się przeróżne agencje turystyczne. W jednej z nich, o nazwie Eco Sea Village wykupiliśmy nocleg na wyspie Koh Rong Samloem. Tutaj pojawił się mały problem, ponieważ nie płynęła już tego dnia żadna łódź na tę wyspę. Ale pani zaproponowała, że możemy dotrzeć do na wyspę Koh Rong, a z niej, jak nas zapewniła, odbierze nas właściciel chatek z naszej docelowej wyspy. Zapłaciliśmy 20 USD za pierwszy nocleg oraz po 20 USD za transport w dwie strony na osobę. Z agencji zabrano nas ciężarówką do portu – trochę trzeba tam jechać. Podróż na wyspę Koh Rong trwała ponad 2 godziny i była całkiem ok. Pasażerowie to zlepek młodzieży (i nie tylko) z całego świata w fajnym klimacie. Do tego na dziobie łodzi siedział miejscowy chłopaszek, który przez bite dwie godziny śpiewał „przeboje” i o dziwo nie było to denerwujące. Po minach niektórych pasażerów widać było toczącą się walkę z bujającą się łodzią - po naszych pewnie też ją było widać. Po dotarciu na Koh Rong i wypakowaniu bagaży zaczęliśmy szukać naszego transportu na Koh Rong Samloem. Okazało się, że nikt na nas nie czeka i nikt nic nie wie. Pomocy udzielili nam ludzie z centrum nurkowego, znajdującego się na pomoście. Łamaną angielszczyzną dogadaliśmy się, że nasza łódka przypłynie po nas za dwie godziny. To też udaliśmy się do restauracyjki znajdującej się na drugim pomoście, gdzie zamówiliśmy spaghetti, właścicielką natomiast była chyba Węgierka, bo w karcie były węgierskie potrawy, a sama właścicielka na włoszkę nie wyglądała. Tak czy siak jedzenie było dobre. Dwie godziny upłynęły nam na wczuwaniu się w klimat, obserwując przybijające do portu łódki, kąpiące się dzieciaki. Po naszej łódce ani widu ani słychu, udaliśmy się więc ponownie do centrum nurkowego, w którym powiedziano nam, że ta agencja tak czasami robi, że sprzedaje noclegi, ale nie gwarantuje transportu. Zaczęliśmy już sprawdzać, gdzie najlepiej byłoby zakwaterować się na obecnej wyspie, a tu przypłynęło dwóch chłopaków łódką pod pomost, szukając nas wzrokiem. Była to mała łódka z silnikiem od motorówki. Wsiedliśmy do niej i popłynęliśmy na Koh Rong Samloem. Podróż trwała ok. 40 min. Gdy ominęliśmy skalistą wysepkę naszym oczom ukazała się niewielka zatoczka, z piaszczystą plażą, z pomostem i kilkoma chatkami kilka metrów od brzegu. Krótko mówiąc widok jak z prospektu agencji turystycznych. Na tej wyspie jest jeszcze kilka innych zatoczek, lecz nie są one połączone ze sobą droga lądową. Jedna z nich, o nazwie Lazy Beach, została opisana w przewodniku. Ośrodek składa się z jednej dużej chatki, którą można uznać za miejsce do wspólnego przebywania dla gości. Jest tam również mini restauracyjka oraz kilka chatek. Na pomoście znajduje się również centrum nurkowe. I to wszystko. W związku z tym, że nasz wyjazd przypadł na porę deszczową, oprócz nas była tam obsługa, składająca się z dzieci i młodzieży, oraz jedna parka w domku obok, która wyjechała na drugi dzień. Niestety był jeden psikus. Jedzenie i picie (woda pitna również) można było dostać wyłącznie w restauracyjce. Oto ceny: śniadanie 4 USD, obiad 5 USD, kolacja 6 USD, woda 0,5 l 1 USD, wino 15 USD (przezorny zawsze ubezpieczony – przed wypłynięciem wykupiliśmy 2 butelki francuskiego wina w sklepie po 7 USD), piwo 1 USD, sprzęt do snorkelowania na jeden dzień 5 USD/os, wypłynięcie łodzią 5 USD/os.
Pogoda: ok. 30 stopni, słońce
Dzień 17.
Śniadanie, spacer, kąpiel, hamak, obiad, spacer, kąpiel, hamak, kolacja, spacer…
Pogoda: ok. 30 stopni, słońce
Dzień 18.
Śniadanie, spacer, kąpiel, hamak, obiad, spacer, kąpiel, hamak, kolacja, spacer…
Pogoda: ok. 30 stopni, niewielkie zachmurzenie, w nocy masakryczny deszcz
Dzień 19.
Śniadanie, spacer, kąpiel, hamak, obiad, pakowanie, 15:00 wypływamy na Koh Rong. 16:00 wypływamy do Sihanoukville. Z portu zabiera nas tuktukowiec i wiezie do agencji autobusowej na sleeping bus do Siem Reap. Kupujemy bilety 15 USD/os i wybieramy miejsce na dole, mając nadzieję, że będzie lepiej niż ostatnio. Nie jest. Obok nas jest toaleta, w której drzwi się nie zamykają, i strasznie z niej czuć. Podróż trwa 10 godzin. O 6:00 jesteśmy w Siem Reap. Zaraz po wyjściu z autobusu łapie nas tuktukowiec, który zawozi nas do hotelu (nocleg 20 USD, wifi, klima, śniadanie, basen). Ruszamy nad jezioro Tonle Sap. Nasz tuktukowiec umawia się z nami na cenę 20 USD za zawiezienie nas do Tonle Sap oraz objechanie z nami Angkor Wat następnego dnia. Droga nad jezioro Tonle Sap jest długa, ok. godzinę w jedną stronę. Gdy dojeżdżamy do budki strażniczej dowiadujemy się, że za wjazd do parku oraz przejażdżkę łódką kosztuje 45 USD/os. No nic, jak już tu dojechaliśmy to trzeba było połknąć tę gorzką pigułkę i kupić ten bilet. Zwiedzanie Tonle Sap trwało ok. 3 godzin. Ptaków było mało. Przewodnik obwiózł nas po atrakcjach wsi na wodzie, czyli farmie krokodyli, OSMOSE Community Project, w którym kobiety plotą przeróżne rzeczy z hiacyntów wodnych. Miejsce jest warte odwiedzenia, z tą tylko uwagą, że trzeba tam dotrzeć ze zorganizowaną grupą, żeby było taniej, bo 45 USD/os plus dojazd to przesada. Wieczorem nasz tuktukowiec zabiera nas na pokaz tańca khmerskiego z kolacją. Koszt atrakcji to ok. 12 USD, jeśli dobrze pamiętam. Całość odbywa się w wielkiej sali luksusowego hotelu, do którego zjeżdżają chyba wszystkie zorganizowane wycieczki tego świata. No nic, jak już weszliśmy, to trzeba skorzystać. Kolacja odbyła się w systemie all you can eat. Pokaz tańców w porządku, natomiast klimatu - nie było.
Pogoda: ok. 30 stopni, zachmurzenie, masakryczny krótki deszcz
Dzień 20.
Pobudka o 4:30, wyruszamy do Angkor Wat, żeby zobaczyć wschód słońca. Oczywiście nie jesteśmy sami. Razem z nami, albo odwrotnie, wyruszają wszyscy nowoprzybyli do Siem Reap, mający ten punkt w programie. Cena biletu jednodniowego wynosi 20 USD, bilet jest imienny (ze zdjęciem). Są również bilety trzydniowe za 40 USD. Docieramy do świątyni znanej ze wszystkich pocztówek. Robimy fotkę wschodu słońca, stojąc w rzędzie podobnych nam. Całe szczęście, że dotarliśmy tutaj w okresie niskiego sezonu turystycznego. Daje nam to możliwość pochodzenia po zakamarkach budowli bez konieczności przepychania się przez tłumy. Ciekawiej i spokojniej jest w bardziej oddalonych świątyniach. Sposobem na ominięcie tłumów może być zaczęcie od zwiedzania w odwrotnej kolejności. Po Angkor Wat udajemy się na obiad w Butterfly Garden Restaurant. Restauracja to w sumie mała farma motyli oraz sklepik z wyrobami miejscowej ludności. Dzięki fontannie i latającym nad głowami motylom miejsce ma niepowtarzalny klimat i nie sprawia wrażenia komercyjnego, jak inne jadłodajnie. Z opisu wynika, że właściciele prowadzą również projekty edukacyjne dla dzieci z pobliskich wiosek. Po południu odwiedzamy niewielką arenę, w której odbywają się walki khmerskiego boksu. Nasz tuktukowiec wykombinował, że trzeba tam jechać motorem i że koniecznie na dwa motory, czyli z jego kolegą. Po dotarciu zrozumieliśmy, że jak przyprowadzą turystę, który wyłoży 15 USD na wejście, to oni wchodzą za friko. Ale nic, jak już jesteśmy, to wejdziemy. W odróżnieniu od walk, które widzieliśmy w Chiang Mai, tutaj rzeczywiście mielimy do czynienia ze sportem. Całość była profesjonalnie przygotowana. Obejrzeliśmy 5 walk. Nasz tuktukowiec tak był podekscytowany, że pił piwo jedno za drugim i się krótko mówiąc nawalił. No i jak tu wrócić do hotelu. Koniec końcem po wymianie zdań wsiadłem z nim na motor i jakoś dotarliśmy z powrotem. Dzień kończymy kolacją w okolicach nocnego marketu. W hotelu kupujemy bilet na autobus do Bangkoku następnego dnia. Cena 15 USD/os.
Pogoda: ok. 30 stopni, niewielkie zachmurzenie
Dzień 21.
Rozstanie z naszym tuktukowcem nie należało do przyjemnych. Zażyczył sobie wygórowanego napiwku, zapominając przy tym, że się nawalił poprzedniego dnia i że wszedł za friko na walki dzięki nam. Wskazówka na przyszłość: przed uzgadnianiem ceny należy w szczegółach (ale to w szczegółach) uzgodnić za co się płaci, inaczej będzie scena na koniec. Podróż do Bangkoku była długa. I długie było stanie w kolejce na granicy, najpierw żeby wyjechać z Kambodży, potem, żeby wjechać do Tajlandii. Ostatecznie do Bangkoku dotarliśmy po 20:00. Mieliśmy zabawną sytuację z taksówkarzem. Pytamy się za ile nas dowiezie do The Krungkasem Srikrung Hotel (400 bath, klima, brak Wifi), znajdującego się zaraz przy dworcu Hua Lomphong. On odpowiada, że ma taksometr. Wsiadamy, ruszamy i widzę, że nie włączył taksometru. Mówię mu, żeby włączył, a on nagle zapomniał angielskiego i pokazuje mi godzinę na wyświetlaczu. Powtarzam, żeby włączył taksometr, a on znowu pokazuje wyświetlacz z godziną. W końcu się wkurzam, on włącza taksometr. Za przejazd ok. 5 km z włączonym taksometrem zapłaciliśmy ok. 60 bath. Przed wsiadaniem do taksówki tuktukowiec proponował nam 150 bath.
Pogoda: ok. 30 stopni, niewielkie zachmurzenie
Dzień 22.
Wyjazd do Ayutthaya. Pociągi odjeżdżają od rana co godzinę. Koszt biletu 20 bath/os za miejsce stojące. Za miejsce siedzące trzeba zapłacić ponad stówę. Naprzeciwko dworca kolejowego, w uliczce wiodącej do przeprawy na drugą stronę rzeki, znajduje się wypożyczalnia rowerów. Wypożyczamy rowery i ruszamy na objazd miasta. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę, bo można nim sprawnie dotrzeć do wszystkich atrakcji miasta, jakimi są ruiny świątyń, wśród których najbardziej znana jest ta z głową obrośniętą pniem drzewa. Na dworzec wracamy ok. 16:00, wsiadamy do przepełnionego pociągu. Przydałyby się nam wtedy bilety na miejsca siedzące, których nie mamy i musimy siedzieć na podłodze.
Pogoda: ok. 30 stopni, słońce
Dzień 23.
Wieczorem mamy samolot do domu, wykorzystujemy więc czas do południa na odwiedzenie targu Chatuchak. Jest to gigantyczny targ, na którym można znaleźć, między straganami oferującymi cały szajs tego świata, ale również ciekawe oraz ładne wyroby. Trzeba się tylko trochę pomęczyć.

I to koniec naszej relacji. Co prawda nie obyło się bez subiektywnych opisów, ale mam nadzieję, informacje praktyczne przydadzą się wam w planowaniu wypraw.

Zdjęcia

KAMBODżA / Siem Reap / Siem Reap / Preah KhanKAMBODżA / Phnom Penh / Phnom Penh / Srebrna PagodaKAMBODżA / Tonle Sap / Tonle Sap / Tonle SapKAMBODżA / Koh Rong Samloem / Koh Rong Samloem / Widok z domku na Koh Rong SamloemLAOS / Huay Xai / Huay Xai / Przystań łodzi wycieczkowych do Luang PrabangLAOS / Vientiane / Vientiane / Sleeping BusLAOS / trudno powiedzieć / rzeka Mekong / W drodze do Luang PrabangTAJLANDIA / Bangkok / Bangkok / Bangkok z pokładu taksówki wodnej na rzece Chao PhrayaTAJLANDIA / Chiang Mai / Chiang Mai / W drodze do Chiang MaiTAJLANDIA / Chiang Saen / Chiang Saen / Złoty Trójkąt

Dodane komentarze

Martuśka34 dołączył
12.02.2018

Martuśka34 2018-02-12 10:46:12

mieliśmy podobna trasę tyle, że nie dotarliśmy do Laosu. Byliśmy 3 tygodnie i bylismy w Bangkoku, potem Kambodzią Siem Reap, powrót Bankgok i potem Pucket = Karan i Kata Beach. Podróż życia bo nasza pierwsza bez wycieczki zorganizowanej. Polecam!

strong dołączył
12.07.2012

strong 2017-12-09 20:17:40

" Witam. Fajna wyprawa i bardzo dobra relacja, którą ja preferuję. Sam zamieszczałem relacje z podróży po; Norwegii, Holandii, Grecji gdzie zamieszczałem praktyczne informacje i koszty podróży. To jest bardzo przydatne dla kolejnych podróżników. Sam mam zamiar wybrać się do Tajlandii i okolicznych państw i będę wdzięczny o inne informacje np. rezerwacji biletów lotniczych itp. Pozdrawiam Kazik"

magiana dołączył
16.10.2014

magiana 2014-10-16 14:17:47

super, informacje się przydadzą, dzięki :)

[konto usuniete] dołączył
17.06.2006

[konto usuniete] 2014-01-06 17:54:29

"Super reportaż> Zazdroszczę Ci tak wspaniałej wyprawy. Skuszę się i rusze twym śladem po Azji..... Pozdrawiam :)"

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl