Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

KRYM po raz wtóry > UKRAINA


Leoncjo Leoncjo Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie UKRAINA / Krym-Fieodozja / Lokalny dworzec autobusowy / Katarina_o_świcieRelacja z podróży do miejsc, których nie udało się zobaczyć w roku 2012: Ajudah, twierdza w Kerczu, przylądek Kazantyp nad Morzem Azowskim, zabytki Starego Krymu, Grota Szaliapina w Nowym Świecie, Wielki Kanion i Srebrny Wodospad, skalny monastyr i Twierdza Sjurieńska w okolicach Małoje Sadowoje, skalne monastyry w Inkermanie, Sewastopol i groty Bakczysaraju.

KRYM PO RAZ WTÓRY - DZIENNIK PODRÓŻY

Kiedy w październiku 2012 roku opuszczałem Półwysep Krymski, solennie obiecywałem sobie, że jeszcze tu wrócę. Fantastyczna pogoda, zapierające dech w piersiach widoki i niezwykle życzliwi, sympatyczni ludzie. Wszystko to sprawiło, że jeszcze kilka miesięcy po powrocie do zimowej szarości dnia powszedniego rozpierała mnie energia i optymizm.

Plany mają to do siebie, iż bardzo często podlegają brutalnej weryfikacji przez tak zwane czynniki obiektywne.
Rok 2013 nie był pod tym względem wyjątkowy. Kiedy podjęte wcześniej zobowiązania uniemożliwiły mi wyjazd w czerwcu, wszystko wskazywało na to, że moje zamierzenia „wzięły w łeb”. Wówczas ponownie zadzwonił do mnie człowiek, który rok wcześniej rozważał możliwość wspólnego wyjazdu na Krym. Zapytał, czy nie chciałbym pojechać tam ponownie, tej jesieni. Natychmiast wróciły wspomnienia i przystałem na propozycję z pełną świadomością konieczności dokonania istotnych zmian w poczynionych już planach.

Zdjęcia: Lokalny dworzec autobusowy, Krym-Fieodozja, Katarina_o_świcie, UKRAINA
Lokalny dworzec autobusowy, Krym-Fieodozja, Katarina_o_świcie, UKRAINA



Wśród zaledwie kilku istotnych ustaleniach dotyczących wyjazdu było także i to, że korzystamy z namiotu i zwiedzamy miejsca i obiekty nowe dla nas obu. W pozostałym do wyjazdu czasie kontaktowaliśmy się telefonicznie ustalając szczegóły ekwipunku, żeby uniknąć dublowania się. Niezauważalnie nastał wrzesień i moment wyjazdu był tuż, tuż.

15 września - niedziela (zapis z 16 września)

W związku z tym, że dzień wcześniej spakowałem już plecak właściwie byłem gotowy do wyjazdu. Pociąg do Katowic, gdzie umówiłem się z W. miałem w południe, więc pozostały czas wykorzystałem na uporządkowanie swoich papierów.

Pociąg przyjechał planowo a dzień był wyjątkowo ładny. W dobrym nastroju wyruszyłem w drogę. W umówionym miejscu czekał na mnie wysoki czterdziestolatek. Po wymianie grzeczności poszliśmy na pobliski przystanek autobusowy i już po chwili siedzieliśmy w autobusie, który skierował się na wschód. Droga mijała szybko na rozmowie.

Przemyśl był mokry, ciemny i pusty. Nasze nadzieje na tani bus rozwiewali zagadywani przechodnie. Mimo to, wraz z ukraińskim małżeństwem czekaliśmy na postoju. Mężczyzna bardzo krytycznie mówił o swoich rodakach z okolic Lwowa. Chwalił natomiast tych z Podola i Krymu. Po kilkudziesięciu minutach pojawił się człowiek z propozycją zawiezienia nas na granicę za dziesięć złotych od osoby. Kilka minut później jechaliśmy już do Medyki. Przejście graniczne było puste. Odprawa zajęła nam zaledwie kilka minut. Z oświetlonego budynku przeszliśmy na kompletnie ciemną drogę. Minęliśmy kilka kantorów i zatrzymaliśmy się przy sklepiku, przed którym było w miarę jasno. Oczekiwanie na jakiś transport wypełnialiśmy rozmową z naszymi współtowarzyszami podróży. Po godzinie, może osiemdziesięciu minutach podjechał do nas samochód, którego kierowca chciał trzysta hrywien za przewiezienie trzech osób z bagażami. Nas było czworo i mieliśmy sporo rzeczy a poza tym kwota wydała się nam zbyt wysoka, więc podziękowaliśmy za propozycję. Kierowca odparł, że jeszcze wróci, bo może zmienimy zdanie i odjechał. Rzeczywiście, po kolejnej godzinie pojawił się ponownie. Ponownie odmówiliśmy a piętnaście minut później zjawił się inny młody człowiek i zaoferował transport na dworzec we Lwowie za trzydzieści hrywien od osoby. Tym razem chętnie skorzystaliśmy z propozycji. W dobrej atmosferze, żartując i narzekając na "możnych tego świata" dojechaliśmy do celu.

Zdjęcia: Cerkiew św.Katarzyny/pałac chanów, Teodozja/Bakczysaraj, Krymski kolaż, UKRAINA
Cerkiew św.Katarzyny/pałac chanów, Teodozja/Bakczysaraj, Krymski kolaż, UKRAINA



16 września - poniedziałek

W kasie sprawnie wymieniliśmy wydruki na bilety. Do odjazdu pociągu pozostało nam ponad siedem godzin, które jakoś trzeba było zagospodarować. W poczekalni zażądano od nas (zgodnie z cennikiem) po jednej hrywnie od osoby za każdą godzinę, więc obeszliśmy nieśpiesznie cały budynek i w końcu usiedliśmy, w jednym z licznych korytarzy, na rozwiniętej karimacie. W miarę czekania robiło się coraz zimniej. Zawiewało od często otwieranych drzwi. Pasażerowie falami przemieszczali się obok nas. Trochę drzemaliśmy, ale głównie czas mijał na rozmowie. Po dziewiątej usłyszeliśmy zapowiedź naszego pociągu i poszliśmy na peron. Usiedliśmy w wyznaczonym wagonie na początku składu. Rozpakowałem niezbędne rzeczy i zjedliśmy po zupce, zaparzając ją wrzątkiem z samowaru. W. położył się a ja rozpocząłem mój Dziennik Podróży. W trakcie pisania nasza młoda sąsiadka zagadnęła mnie o kraj pochodzenia, co stało się przyczynkiem do dłuższej rozmowy. Kiedy zaspokoiłem jej ciekawość a i sam czegoś się o niej dowiedziałem, wróciłem do pisania. Za oknami szary, jesienny krajobraz, wpisany w mokry od deszczu prostokąt szyb wagonu przetaczał się w rytm monotonnego stukania kół pociągu. Większość dnia minęła mi na drzemce. Trochę czytałem i słuchałem muzyki ale słabe światło i senność położyły temu kres. Ułożyłem się do snu. W miarę upływu czasu temperatura w wagonie spadała, ale opatulony kocem spałem, śniąc o rejsie statkiem po rezerwacie ptaków wodnych.



17 września – wtorek

Obudziły mnie ruch w przejściu i intensywne słoneczne światło. Zdawkowa wymiana powitań z sąsiadami, ścielenie i wyczekiwanie na wolną toaletę wypełniły pierwszą godzinę. Za oknami, po obu stronach wagonu, jak okiem sięgnąć, woda, co dowodziło niezbicie, że jesteśmy na półwyspie. Dochodziła dziewiąta a więc do celu zostało niewiele ponad godzinę jazdy. Wykorzystałem ten czas na ogarnięcie bagażu i toaletę poranną. Wszystko poszło sprawnie i wkrótce pociąg wtoczył się na peron w Simferopolu. Objuczeni wyszliśmy przed dworzec. Z nieukrywaną radością spoglądałem na znajome widoki. Jeszcze w wagonie postanowiliśmy od razu kupić bilety powrotne więc poszliśmy do hali głównej. Po przepakowaniu i sprawdzeniu mapy pomaszerowaliśmy na przystanek trolejbusu. Trochę musieliśmy poczekać, ale w końcu wsiedliśmy do nowoczesnego pojazdu płacąc po dwanaście hrywien od osoby. Konduktor przekazał kierowcy, że chcemy wysiąść w okolicy miejscowości Ławrowe i ruszyliśmy w drogę. Trolejbus sprawnie wspinał się górską drogą. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy na Przełęczy Angarskiej. Kiedy minęliśmy Ałusztę, nie mając pewności czy kierowca pamięta o naszej prośbie, zacząłem wypytywać współpasażerów o interesujący nas przystanek przystanek. Siedząca obok starsza Rosjanka, z galerią złotych zębów, oświadczyła, ze wskaże nam miejsce gdzie powinniśmy wysiąść a przy okazji, dowiedziawszy się jakie mamy plany, jęła nas przestrzegać przed niebezpieczeństwami wspinaczki na Ajudah, przytaczając mrożące krew w żyłach historie. Wysiedliśmy we wskazanym miejscu, na ruchliwej szosie pośród pustkowia. Po chwili marszu wzdłuż drogi skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą, jak nam się wydawało, w stronę widocznej już góry. Gruntowa droga doprowadziła nas jednak do winnicy, gdzie "poczęstowaliśmy się" kilkoma kiściami bardzo słodkich winogron i wróciliśmy na szosę. Kilometr dalej natrafiliśmy na kobietę sprzedającą czerwoną cebulę i od niej dowiedzieliśmy się, że widoczną po lewej drogą dojdziemy do szlaku wiodącego na Ajudah. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do małego sklepiku, gdzie kupiliśmy wodę i od starszej pani dowiedzieliśmy się jak iść dalej. Minęliśmy szlaban i weszliśmy na ścieżkę, która początkowo prowadziła przez chaszcze, później po kamieniach a jeszcze dalej po dość stromych skałach. Wypakowane plecaki ciążyły nam okropnie. Korzystając z krótkiej przerwy, wyciągnąłem kije, które trochę pomagały ale i momentami przeszkadzały we wspinaczce. Szliśmy tak wolno, że po chwili wyminęła nas ukraińska rodzina z dzieckiem. Wszyscy ubrani plażowo, w klapkach na nogach. Z mozołem, zalewani potem, dotarliśmy w końcu do zalesionego szczytu, gdzie zgubiliśmy oznaczenia szlaku. Dalej szliśmy po ledwo widocznej ścieżce zakładając, że gdzieś musi prowadzić. Problematyczny stał się wybór, kiedy natrafiliśmy na podobne, przecinające się dróżki. Na dodatek zaczęło padać więc schroniliśmy się pod skałą. Kiedy deszcz zelżał, poszliśmy dalej. Po pewnym czasie dotarliśmy do polanki, gdzie postanowiliśmy odpocząć i zdecydować co dalej robimy. Rozważaliśmy nawet rozbicie obozu, bo miejsce świetnie się do tego nadawało, ale pora była zbyt wczesna a nadal nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Ostatecznie wybór padł na ścieżkę wiodącą w prawo. Po raz kolejny zaczęło kropić więc żwawo ruszyliśmy w dół zbocza. Niestety, wybór okazał się błędny. Po kilkuset metrach utknęliśmy w gęstych krzakach między skałami. Kiedy postanowiliśmy wrócić, nie byliśmy w stanie trafić na ścieżkę, którą przyszliśmy! Przedzieraliśmy się więc raniąc skórę i ryzykując skręcenie nóg. Zaczęło zmierzchać kiedy dotarliśmy do ścieżki. Doszliśmy nią do punktu widokowego ale tu szlak się urywał. Nie byliśmy jedynymi zdezorientowanymi turystami. Spotkaliśmy tam kilkoro młodych ludzi, którzy też nie mogli trafić na drogę powrotną. Wróciliśmy się kawałek sądząc, iż rozpoznajemy drogę, ale było to jedynie złudzenie. Czas mijał, a my pokonywaliśmy kolejne odcinki dróżek donikąd. W końcu natrafiliśmy na właściwą i pośpiesznie zaczęliśmy schodzić w dół, ślizgając się na mokrych skałach i błocie. Słońce ostatecznie schowało się za wzgórzem więc kontynuowaliśmy marsz przy świetle czołówek. Tak dotarliśmy do polanki u podnóża góry, gdzie postanowiliśmy rozbić namiot.

Wprawdzie nadal byliśmy na terenie parku, ale byliśmy zmęczeni a i perspektywy na znalezienie lepszego miejsca były niewielkie. W świetle latarek rozbiliśmy namiot, przegryźliśmy po bułce i poszliśmy spać. W namiocie było może mało wygodnie, ale sucho i ciepło. Co chwilę świergot świerszczy przerywały wystrzały odstraszające ptaki z winnic. W oddali było widać światła domów wczasowych skąd też dochodziły odgłosy dyskotek.

Zdjęcia: Twierdza, Krym, Kercz, Przedmurze, UKRAINA
Twierdza, Krym, Kercz, Przedmurze, UKRAINA



18 września – środa

Obudziliśmy się przed siódmą. Nie chciało się nam wychodzić, nie było jednak wyboru. Plecak i ubrania, które zostawiłem na zewnątrz, choć pod tropikiem, nie tylko nie wyschły ale namokły jeszcze bardziej. Grzebanie w plecaku utrudniało to, że w koło była mokra glinka, która wszystko brudziła na rdzawy kolor. W graniczący z ekwilibrystyką sposób rozpakowałem plecak, wymieniłem ubranie i wyciągnąłem jedzenie. Potem, nie bez trudu, spakowaliśmy plecaki, namiot i ruszyliśmy w dół wzgórza, na którym obozowaliśmy. Po chwili minęliśmy szlaban i pomaszerowaliśmy w kierunku szosy. Po przejściu około dwóch kilometrów natknęliśmy się na stragan z owocami, gdzie W. kupił figi a ja zapytałem o najbliższe zejście nad morze. Uzyskane informacje nie były jednoznaczne. Kobieta twierdziła, że jest jakaś ścieżka koło bazy turystycznej, mężczyzna zaprzeczał argumentując, że wszystko jest pozamykane i jedynie idąc do Gruzuf dostaniemy się na plażę. Podziękowaliśmy i zostawiając w prowizorycznym pojemniku śmieci, które cały czas taszczyliśmy ze sobą, poszliśmy we wskazanym kierunku. Kilometr dalej skręciliśmy w drogę prowadzącą, jak głosił wielki na pylonie, do bazy Artek. Kręta, asfaltowa droga ostro opadała w dół. Po przejściu około dwóch, może trzech kilometrów dotarliśmy do rozległego kompleksu budynków ośrodka wypoczynkowego w stylu późnego ZSSR. Dalej natrafiliśmy na wytwórnię i skład win i po chwili weszliśmy do miasteczka. W sklepiku kupiliśmy dwie butelki wody płacąc dziesięć hrywien i poszliśmy dalej. Maszerowaliśmy rozglądając się za zejściem nad morze, ale zwarta zabudowa i ukształtowanie terenu nie nastrajały nas zbyt optymistycznie. W akcie rozpaczy zdecydowaliśmy się sforsować bramkę do ośrodka wczasowego, na której wyraźnie było napisane, że wejście jedynie z przepustką. Wejście nie było strzeżone więc bez przeszkód dotarliśmy do zabudowań. Weszliśmy do pierwszego z brzegu i zapytaliśmy napotkaną kobietę o plażę. Była trochę zdziwiona ale pokazała nam kierunek. Mijając bardzo rozległy i piękny, mimo wieloletnich zaniedbań park, dotarliśmy do betonowej promenady i schodów prowadzących na kamienistą plażę. W międzyczasie czyste dotychczas niebo lekko się zachmurzyło, ale to nie zniechęciło ani nas, ani też plażujących tam ludzi. Przeszliśmy pod urwisko, którym kończyła się w tym miejscu plaża i z ulgą pozbyliśmy się ciążących nam plecaków. W. poszedł się umyć i ogolić między skałami a ja zabrałem się za uzupełnianie notatek. Niebo chmurzyło się co raz bardziej a nasze widoki na znalezienie miejsca pod namiot wyglądały mizernie. Skała skutecznie zagradzała przejście. Po drugiej stronie był park i zabudowania. Schodząc z Ajudahu ustaliliśmy, że zrobimy sobie dzień przerwy, żeby W. mógł podleczyć otarcia na stopach, ale tu nie było na to warunków. Kiedy tak dyskutowaliśmy zaczęło kropić. Mieliśmy nadzieję, jak i większość plażowiczów, że to tylko chwilowe, więc osłoniliśmy plecaki tropikiem namiotu i przysiedliśmy pod skałami. Istotnie, po chwili deszcz ustał ale gromadzące się chmury nie rokowały najlepiej. Chwilę później deszcz spadł ze zdwojoną siłą. Pozgarnialiśmy rzeczy i pobiegliśmy pod drzewo przy parkanie. Osłona była mizerna a deszcz nie ustawał, więc nieco dokładniej spakowaliśmy rzeczy i gorączkowo zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. Zaproponowałem, żebyśmy przenieśli się do mijanej wcześniej w parku, zabytkowej altanki. Tak też zrobiliśmy. Altanka była z lekka zdewastowana i bardzo zakurzona ale dach skutecznie chronił nas przed deszczem. Wprawdzie silne podmuchy wiatru towarzyszące burzy, która rozpętała się nad nami obrzucały nas drobinami wody, ale generalnie miejsce nadawało się do przeczekania nawałnicy. Po jakimś czasie dołączyła do nas para całkowicie przemokniętych, młodych ludzi. Usiłowali się rozgrzać wykonując ćwiczenia gimnastyczne, wcześniej wykręcając przemoczone ubrania. Przy okazji zalali całą podłogę wodą, z czego nie byłem zadowolony, bo wytworzyło się błocko a ja, coraz poważniej, zacząłem rozważać możliwość pozostania tu na noc. Kiedy w końcu przestało padać pożegnali się i pobiegli przez park. Na chwilę wyszło nawet słońce, ale dzień się definitywnie kończył i musieliśmy się na coś zdecydować. Zaczęliśmy od przygotowania posiłku. Uruchomiłem kuchenkę gazową, na której zagotowałem wodę ...mineralną, która posłużyła do zalania zupek. Ciepły posiłek poprawił nam trochę nastrój, choć perspektywy były nieszczególne. Bazując na tym, iż dotychczas nas nikt nie pogonił a park się całkowicie wyludnił, postanowiliśmy doczekać zmierzchu i rozbić namiot wewnątrz altanki. Korzystając z chwilowej poprawy pogody wyruszyłem na drobny rekonesans. W., który właśnie opatrzył sobie otarcia, zadeklarował, że popilnuje rzeczy. Idąc asfaltową dróżką przez park mijałem archaiczne kampingi i nowoczesne bungalowy. Na szczycie wzniesienia jest obszerny amfiteatr, pomnik z popiersiem Puszkina i przejście na skały, które na mapie oznaczone są jako Grota Puszkina. W oddali piętrzą się wysokościowce, które zapewne też należą do tego kompleksu wypoczynkowego. Wracając do altanki mijałem kilka osób, ale nie zauważyłem nikogo z ochrony obiektu. Zrelacjonowałem pokrótce mojemu towarzyszowi podróży to, co widziałem, zachęcając go do przespacerowania się. Kiedy wrócił przygotowaliśmy się do rozłożenia namiotu, ale postanowiliśmy czekać aż całkiem się ściemni. Kilkanaście metrów od naszego schronienia stała latarnia ale jej światło jedynie omiatało altanę. Po zachodzie słońca, nie czyniąc hałasu postawiliśmy namiot i ułożyliśmy się wewnątrz, mając nadzieję, że nikt nas nie wypatrzy a jeżeli nawet, to nie będzie przesadnie ciekawy. W nocy znowu rozszalała się burza. Deszcz był tak intensywny, że koryto odprowadzające wodę zamieniło się w rwącą rzekę, budzącą obawy o stabilność budowli. Nad ranem, kiedy deszcz ustał, słychać było w pobliżu rozmawiających ludzi. Później ktoś przechodził tuż obok nas, ale nie zainteresował się namiotem. Wyszedłem na zewnątrz. Było koszmarnie mokro, ale ciepło. Po powrocie, nie mogłem już zasnąć. Kilkanaście minut przed siódmą, kiedy zrobiło się widno wstaliśmy.

Zdjęcia: Ajudach, Krym, południowe wybrzeże, Na_krawędzi, UKRAINA
Ajudach, Krym, południowe wybrzeże, Na_krawędzi, UKRAINA



19 września - czwartek

Poranek przywitał nas długo wyczekiwanym słońcem. Pośpiesznie zwinęliśmy namiot, spakowaliśmy plecaki i na stojąco zjedliśmy śniadanie. Po zarzuceniu na siebie plecaków ruszyliśmy w stronę ulicy. Nie indagowani przez nikogo wyszliśmy z ośrodka i pomaszerowaliśmy drogą, którą przyszliśmy tu poprzedniego poranka. Tym razem dotarcie do szosy jałtańskiej wymagało wspinania się pod górę. Trochę to trwało, tym bardziej, że W. narzekał na otarcia. W końcu doszliśmy do przystanku. Po drodze uzgodniliśmy, że w związku z kiepską pogodą i równie marnym stanem stóp zmieniamy plany. Wymyśliliśmy, że przeczekamy kiepską pogodę udając się możliwie jak najdalej , czyli do Kerczu. Kiedy wsiadaliśmy do trolejbusu jadącego do Symferopola, z żalem spoglądałem w kierunku szczytów, które miałem nadzieję przejść. Jednocześnie odczuwałem ulgę wiedząc, że tak objuczeni mamy marne szanse na pokonanie wielokilometrowej trasy w deszczu. Ciężkie chmury towarzyszyły nam aż do Symferopola.

Do Kerczu można dojechać autobusem lub pociągiem. Trochę z ciekawości, a trochę z oszczędności ,wybrałem kolej.
Wiedziałem, że pociąg jedzie po trójkącie przez Dżankoj, co znacznie wydłuża czas podróży ale dopiero w praktyce miało się okazać jak bardzo. Stary elektrowóz szarpał, zgrzytał ale dzielnie parł do przodu. Kolorytu podróży dodawali kursujący między ławkami handlarze i grajek. W Dżankoj, które okazało się sporym węzłem komunikacyjnym, udaliśmy się do kas gdzie powiedziano nam, że „poizd w Kiercz budjet skoro" co nadało nam nieco przyspieszenia, ale niepotrzebnie, bo i tak przyszło nam czekać na wystawionym na przeciągi peronie. Zaopatrzeni w bilety po dwadzieścia trzy i pół hrywny, wsiedliśmy o czternastej piętnaście do składu typu "plackarta" i ruszyliśmy na wschód. Od razu też skorzystaliśmy z samowaru zalewając wrzątkiem żurek. Trochę później zrobiliśmy sobie kawę zbożową a na „obiado-kolację" zaplanowaliśmy chiński makaron. Pociąg nieśpiesznie pokonywał drogę a na dodatek miał dłuższy postój na światłach, w związku z czym planowany przyjazd o dziewiętnastej trzydzieści stał się mało realny. Od "babuszki" kupiliśmy po „pirożku z kartoszką", który okazał się być bułką, smażoną na głębokim tłuszczu, wypełnioną ziemniaczanym farszem. Na wszelki wypadek, to dosyć tłuste danie, popiliśmy herbatą miętową. Najedzeni zrezygnowaliśmy z makaronu. Mycie „naczyń” i zębów celebrowałem z pietyzmem godnym lepszej sprawy, ponieważ do celu mieliśmy jeszcze ponad półtorej godziny i coś trzeba było ze sobą zrobić w tym czasie. Opóźnienie wprawdzie okazało się nieznaczne ale i tak, od dawna, panował już mrok. Przed dworcem zapytałem o marszrutkę "na kriepast"ale zagadnięty kierowca powiedział, że w Kerczu są dwie twierdze. Korzystając z planu miasta w przewodniku ustaliliśmy właściwą. Podjechaliśmy z naszym informatorem do dworca autobusowego płacąc dwie i pół hrywny od osoby, a tam wsiedliśmy do "jedynki", którą ruszyliśmy w mrok. Po dłuższej jeździe kierowca zatrzymał się w szczerym polu, wskazał ręką bliżej nie określony kierunek i skasował nas po trzy hrywny za przejazd.

Kiedy oswoiliśmy się z ciemnością, dostrzegliśmy zarysy drogi, która kiedyś zapewne była asfaltowana, ale niewiele z tego dobrodziejstwa cywilizacji uchowało się do czasów współczesnych. Zarzuciliśmy plecaki i starając się omijać kałuże i krowie placki ruszyliśmy przed siebie. Szczekanie psów i nieliczne światła świadczyły o mieszkających w pobliżu ludziach, ale w zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Po przejściu kilkuset metrów, może kilometra, a świetle księżyca, zamajaczyły dwie postacie na tle połyskującego morza. Sądząc po plecakach byli to turyści, równie zdezorientowani jak my. Zanim zdecydowaliśmy się podejść, zniknęli w ciemnościach. Droga ciągnęła się wzdłuż betonowego nabrzeża. Nie mając pewności co do wyboru kierunku zaczęliśmy rozważać powrót do skrzyżowania ale zanim do tego doszło, na wyniosłej skarpie, dostrzegliśmy kształty przypominające mury obronne. Kawałek dalej, na tle jasnej tarczy księżyca, ostro zarysował się znany ze zdjęć coś na kształt baszty. Przyspieszyliśmy kroku licząc, że znajdziemy tam miejsce pod namiot ale przed wejściem stała grupka młodzieży a do baszty przylegały mury, które skutecznie uniemożliwiały dyskretne wejście na teren twierdzy. Wróciliśmy więc jakieś dwieście metrów i natrafiliśmy na w miarę równy kawałek porośnięty wysoką trawą. Sprawnie, jak na warunki, rozstawiliśmy namiot. Zasypianiu towarzyszyły nam poszczekiwania psów i szum morza.

20 września – piątek

Obudziło mnie delikatne postukiwanie w tropik. Byłem przekonany, że to owady odbijają się od namiotu ale mimo, iż noc była ciepła i pogodna, były to krople deszczu. Pomyślałem, że nasza "ucieczka" okazała się nieskuteczna i zrezygnowany zasnąłem. Ponownie obudziłem się pół godziny później, łaskotany ciepłym światłem słońca. Po deszczu nie było nawet śladu. Szybko spakowaliśmy namiot, zrobiliśmy sobie śniadanie i byliśmy gotowi do wymarszu. W świetle dnia twierdza okazała się być ogromnym kompleksem a popularyzowana na większości zdjęć baszta jest jedynie jej maleńkim jej fragmentem. Nie mogłem się doczekać kiedy wejdziemy do środka ale W. postanowił wymoczyć sobie nogi w morzu. Ustaliliśmy więc, że ja pójdę zwiedzać a on posiedzi na kamieniach i będzie miał "oko" na nasze rzeczy. Zabrałem jedynie aparat i pozbawiony balastu, przekroczyłem otwartą bramę twierdzy. Najpierw spenetrowałem basztę a następnie wspiąłem się na skarpę, która okazała się być nasypem kolejowym. Wydaje się to nieprawdopodobne ale część murów obronnych zostało wyburzonych i przez środek twierdzy przeprowadzono ...linię kolejową. Tuż obok postawiono kilka zupełnie niezabytkowych budynków gospodarskich i mieszkalnych! Idąc dalej, zobaczyliśmy wysokie bastiony, przejścia, pozostałości murów. Krążyłem po obiekcie, robiąc zdjęcia i napawając się widokiem błękitnego nieba i słońca. Schodząc ze wzgórza natrafiłem na drzewo migdałowe z dojrzałymi owocami. Urwałem kilkanaście orzechów będących w zasięgu ręki i poszedłem dalej. Po godzinie w moim aparacie fotograficznym baterie odmówiły współpracy. Wymusiłem na nim jeszcze kilka „pstryknięć” i nieśpiesznie wróciłem do W. Wymieniliśmy się spostrzeżeniami i zaczęliśmy się zastanawiać nad dalszym planem podróży. Zdecydowaliśmy ostatecznie, że pojedziemy nad Morze Azowskie. W trakcie zbierania rzeczy niebo zaciągnęło się chmurami i spadł drobny deszcz. Schroniliśmy się pod basztą. Kiedy deszcz ustał ruszyliśmy znaną już nam drogą w kierunku miejsca, gdzie wysiedliśmy z marszrutki. W trakcie przechodzenia przez wieś, znowu zaczęło padać. Tym razem dość intensywnie. Jedyne dostępne miejsce, dające jako takie schronienie, było zrujnowanym domem, w którym sąsiedzi urządzili sobie wysypisko śmieci. Z lekkim obrzydzeniem staliśmy na górze odpadów wewnątrz domu, w którym kiedyś mieszkali ludzie. Ślady ich bytności, w postaci resztek firanek, wyłączników itp artefaktów mieszały się z pudłami, puszkami i mnóstwem innych rzeczy, których istoty wolałem nie dociekać. Ku naszemu zaskoczeniu i wbrew temu, czego dowiedzieliśmy się poprzedniego dnia na przystanku, po drodze, którą dwukrotnie przemierzyliśmy piechotą, przejechał bus z numerem dwadzieścia cztery. Nadal jednak tkwiliśmy wśród śmieci, więc nie było szansy na zatrzymanie go, ale liczyliśmy na następny. Kiedy przestało padać na tyle, że można było wyjść spod dachu, poszliśmy w stronę szosy rozglądając się za transportem. Niestety, w interesującym nas kierunku nic nie jechało. Doszliśmy do szosy, a potem jeszcze prawie kilometr, kiedy nadjechała marszrutka, która dowiozła nas do dworca autobusowego w Kerczu. Miasto było mokre od deszczu. W. chciał wejść na targ, który był vis a vis dworca, więc przeszliśmy na drugą stronę ulicy i zagłębiliśmy się w stoiska, stragany i towary leżące wprost na jezdni. Z bogatej oferty budki z napojami wybraliśmy "Biełyje Noczi". Wbrew nazwie piwo było ciemne i bardzo smaczne. Siedem i pół hrywny za butelkę było umiarkowaną ceną. Przy okazji skorzystaliśmy z rabatu i kupiliśmy dwie butle wody za osiem i pół hrywny. Młoda sprzedawczyni nie zgodziła się na sfotografowanie jej ale chętnie rozmawiała, więc zapytaliśmy czy zna jakieś interesujące miejsce nad Morzem Azowskim. Nie była zdecydowana co nam odpowiedzieć, ale po konsultacji z innym sprzedawcą wymieniła, a nawet zapisała nam na kartce nazwę Szolkino. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Obok kupiliśmy pszenny chleb, za trzy hrywny i dwadzieścia kopiejek, który okazał się na tyle smaczny, że szukaliśmy go w innych miejscowościach. Wszędzie też oferowano mule. Bardzo mnie korciło, żeby je kupić ale w naszej sytuacji było to bez sensu. W pawilonie z nabiałem popróbowaliśmy serów i pożartowaliśmy z kobietami, które je sprzedawały. Ceny były całkiem „europejskie" ale smak wyśmienity. Wychodząc kupiłem kilogram winogron za sześć hrywien, które aż ociekały cukrem i wyśmienicie smakowały. W kasie dworca autobusowego, pokazując kartkę z nazwą miejscowości, kupiłem dwa bilety do Szolkino (po dwadzieścia cztery hrywny każdy). Do odjazdu zostało nam około dwóch godzin, więc zaproponowałem W., że zaprowadzę go do najstarszej cerkwi na półwyspie, którą oglądałem podczas poprzedniej bytności w Kerczu. Problemem były nasze plecaki. W hallu stały stare, ale sprawne schowki. Kombinowaliśmy jak do nich wcisnąć plecaki kiedy podeszła do nas pracownica dworca i powiedziała, że widoczna na nich cena jest nieaktualna ale jeśli chcemy, to za niewiele wyższą kwotę przechowa nam bagaże w biurze. Myślałem, że to kolejny przejaw przedsiębiorczości prywatnej ale była to standardowa usługa. Zapłaciliśmy po sześć Hrywien i po odebraniu stosownego poświadczenia poszliśmy szybkim krokiem w stronę portu. Wkrótce dotarliśmy do placu Lenina, na którego końcu stoi cerkiew. Poprzednio widziałem ją tylko z zewnątrz, ponieważ trwała msza, a ja byłem w krótkich spodenkach. Z ciekawością wszedłem do środka. Najstarsza część budowli jest mroczna i intrygująca. Niestety, współczesna podłoga osłabiała wrażenie. Carskie Wrota i ikonostas, jeśli zabytkowe, to wyglądające na całkiem nowe, więc trudno je oceniać. Dziewiętnastowieczna część ładna, ale pozbawiona uroku minionych wieków. Z cerkwi poprowadziłem W. do imponujących schodów, prowadzących na górę Mitrydat. W. obfotografował kilka par nowożeńców, którzy tradycyjnie składają tam kwiaty przed tandetnym pomnikiem z armatami po czym, szybkim krokiem, pomaszerowaliśmy w stronę dworca. Odbierając plecaki wdaliśmy się w pogawędkę z poznaną wcześniej urzędniczką. Pani zapytała skąd jesteśmy i opowiedziała nam pokrótce o sobie. Okazało się, że jest Bułgarką, od szesnastu lat owdowiałą. Zobaczyliśmy ją jeszcze raz, kiedy sprawdzała bilety w autobusie, którym wyruszyliśmy do Szolkino.
Pogoda znowu się poprawiła. Słońce pięknie barwiło liczne cumulusy wiszące nad rozległym stepem, rozciągającym się za oknami starego pojazdu. Po półtoragodzinnej jeździe wysiedliśmy na "Awtostancji Szolkino". Kiedy przeglądaliśmy rozkład jazdy, podeszła do nas kobieta i zaproponowała kwaterę za osiem USD od osoby. Moim zdaniem było to godne rozważenia, ale W. Zaoponował, więc podziękowaliśmy i poszliśmy w stronę plaży, rozglądając się za miejscem pod namiot. Niestety, wszędzie były pensjonaty lub prywatne posesje. Jedynie mały park wyglądał zachęcająco, ale uznaliśmy, że jest zbyt "na widoku". Tak doszliśmy do małego portu, którym kończyła się plaża. Wdrapaliśmy się na kamieniste wzgórze, na którym okropnie wiało ale było też zupełnie pusto, jeśli nie brać pod uwagę jakiegoś obiektu wojskowego z małą wieżą obserwacyjną. Skalista, poszarpana linia brzegowa kryła mnóstwo mniejszych i większych zatoczek. Wybraliśmy jedną z nich, choć silny wiatr zasypywał ją kłębami morskiej piany. Terenem zawiadywał czarny kot, który nie tylko się nas nie obawiał, ale nie pozwalał się przegonić. Dzień chylił się ku końcowi więc, korzystając z resztek światła, zabraliśmy się za rozbijanie namiotu. Kot bezceremonialnie właził nam pod tropik i nie sposób było go zniechęcić. Na kolację zjedliśmy chleb, winogrona i przy ryku fal oraz łopocie namiotu położyliśmy się spać. W nocy wielokrotnie się budziłem. Za którymś razem zauważyłem, że namiot bardzo obwisł. Uznałem, że musiał puścić naciąg, ale zaniepokoił mnie czarny kształt w zagłębieniu obwisu. Kiedy wyciągnąłem rękę wyczułem ciepłe, kocie futro. Delikatne wypychanie go nie przyniosło efektu. Futrzak uczepił się pazurami i nie zamierzał rezygnować z "hamaka". Musiałem zastosować nieco bardziej decydowane metody perswazji. Mruczek opuścił legowisko, byłem jednak pewien, że to nie ostatnie z nim spotkanie.

21 września – sobota

Świt był równie wietrzny, jak miniona noc. Bałwany fal z impetem uderzały o brzeg a kłęby piany przelatywały nad namiotem, jak dusze potępieńców. Nocny gość zostawił po sobie liczne ślady i kilka drobnych rozdarć. Nieśpiesznie wstaliśmy i równie opieszale zabraliśmy się za przygotowanie posiłku. Planowaliśmy też pranie i kąpiel ale znowu się zachmurzyło więc zostaliśmy w namiocie . Ja zabrałem się za uzupełnianie notatek a W. ułożył się do drzemki. Po pół godzinie słońce wyszło zza chmur, a my z namiotu. Wiało z siłą Halnego, ale nie było na co czekać. W. poszedł w lewy kąt zatoczki i rozebrany "do rosołu" dokonywał ablucji a ja po prawej stronie prałem w morzu ubrania, które brudne i przemoczone na Ajudahu, trzymałem dotychczas w foliowej torbie. Proszek nie bardzo chciał się rozpuszczać w słonej wodzie ale jakoś sobie poradziłem. Nie bardzo było wiadomo gdzie rozwiesić pranie. Z kamieni, kłody i sznurka zrobiliśmy prowizoryczną konstrukcję ale wiatr co chwila zrzucał z niej ubrania. Spodnie było można zapiąć, ale koszulki latały jak gołębie. Ostatecznie część rzeczy powiesiliśmy na krzewie. Wiedziałem, że nie uniknę kąpieli, lecz odsuwałem moment zamoczenia się tak długo jak tylko było to możliwe. Umyłem nasze naczynia i dygocząc z zimna namoczyłem włosy. Szampon, podobnie jak proszek do prania, dziwnie reagował na sól, ale nie było wyjścia. Kiedy skończyłem, byłem już na tyle mokry, że postanowiłem umyć się do końca a potem popływać. Morze, jak na mój gust było stanowczo za chłodne, lecz zrobiłem, co było trzeba i przedzierając się przez spienione bałwany zanurzyłem się w wodzie. Fale miotały mną na wszystkie strony i bardzo mi się to podobało do czasu, kiedy zauważyłem, że znacznie oddaliłem się od brzegu. Zawróciłem ale wszelki wysiłek nie przynosił widocznego efektu. W. stał na skale i niczego nie świadom robił zdjęcia. Chciałem go zawołać lecz uświadomiłem sobie, że przy tym hałasie i tak mnie nie usłyszy a nawet gdyby, to i tak nic nie zrobi. Gdyby wszedł do wody, to obaj mielibyśmy problem. Już nieco rozpaczliwie usiłowałem płynąć do brzegu ale w efekcie jedynie napiłem się wody. Zamiast płynąć do brzegu skierowałem się w stronę skał kończących zatokę. Działanie okazało się skuteczne, lecz pojawił się nowy problem. Skały były strome, mokre, porośnięte glonami, a fale unosiły mnie i zrzucały z dwóch, trzech metrów. Kolejne próby kończyły się niepowodzeniem. W końcu zaczepiłem się za jakiś występ i nie zważając na otarcia przylgnąłem do skały. Impet kolejnej fali pozwolił mi zrobić kolejny krok i w ten sposób wydostałem się z wody. Ociekając wodą i krwią z poobdzieranych kolan i łokci, drżąc z zimna i emocji pobiegłem po ręcznik, który zostawiłem na plaży. Osuszyłem się na tyle, żeby nie zamoczyć namiotu i wszedłem do środka. Kiedy opadł mi poziom adrenaliny, cała ta sytuacja wydała mi się bardzo zabawna, choć jeszcze chwilę wcześniej wcale nie było mi do śmiechu. Czas było pomyśleć o obiedzie ale nie mieliśmy już słodkiej wody. Uznaliśmy, że do zaparzenia kus-kus`u z mięsem, możemy użyć słonej. Zagotowałem wodę z zatoczki i zalaliśmy nią kaszę. Danie było smaczne, ale przesolone. Było wczesne, słoneczne, popołudnie więc postanowiliśmy się rozejrzeć po okolicy. W. upierał się, żeby nie tracić z oczu namiotu ale przekonałem go, że na tym pustkowiu nic nam nie grozi. Poszliśmy wzdłuż brzegu podziwiając finezyjnie wypłukane skały. Na jednej z nich wygrzewał się ponad metrowej długości wąż. Usiłowałem go sfotografować ale zanim uaktywniłem aparat, zaniepokojony gad wpełzł pod skały. Znad nabrzeżnych skał poszliśmy w na wzgórze.
Półwysep Kazantyp to w znacznej części park krajobrazowy i rzeczywiście, w pełni zasługuje na ten status. Pozornie ubogi, bo składający się głównie ze skał i porośniętych roślinnością stepową łąk, jest w swej prostocie bardzo urokliwy. Niskie wzgórza i łączące je płytkie dolinki przełamują monotonię stepu a błękitne za dnia, lub przechodzące od różu do głębokiego fioletu wieczorne niebo, pięknie współgra ze szmaragdowym morzem. W. z każdym krokiem oddalającym nas od obozowiska, co raz bardziej zwalniał, w końcu oświadczył, że wraca. Ja poszedłem dalej, ponieważ chciałem dotrzeć do brzegu morza po drugiej stronie półwyspu. Idąc przed siebie natrafiłem na stado kóz, które pobekując usiłowało mi towarzyszyć. Część jednak była upięta co spowodowało, że i te pasące się luzem zrezygnowały. Chwilę później dostrzegłem liczne płotki malowane na różne odcienie błękitu i kępy krzewów. Domyśliłem się, że to cmentarz. Podobny widziałem w Fieodozji. Nagrobki otaczały metalowe, wysokie parkany a przestrzenie pomiędzy nimi wypełniały krzewy i wąskie ścieżki. Mijając nekropolię usłyszałem w oddali delikatne dźwięki sygnaturki. Skierowałem się w stronę, skąd płynęły dźwięki. Z za wzgórza wyłoniła się niewielka wieś a monotonne tony kościelnego dzwonka przeszły w bogatą w swej budowie melodię. Przyspieszyłem kroku, mając wielką ochotę zobaczyć z bliska muzyka, ale zanim dotarłem pod maleńką, przypominającą barak, cerkiew nikogo już tam nie było. Dźwięki ucichły a jedynie kołyszące się dzwonki świadczyły o tym, że to ich dźwięki składały się na tą niezwykłą muzykę. Kilka kobiet w pośpiechu dowiązując chustki spieszyło w stronę cerkwi. Kilkadziesiąt metrów dalej, na niewielkim placyku, stała schludna, zadaszona studnia. Ucieszyłem się na jej widok ponieważ nie mieliśmy już wody a podejrzewałem (jak się później okazało niesłusznie), że najbliższy sklep jest w dość odległym Szolkino. Nie miałem ze sobą żadnego naczynia więc postanowiłem wrócić do namiotu. Przeszedłem opłotkami, kierując się w stronę morza. Po niewielkiej korekcie kierunku zobaczyłem znany fragment brzegu, wieżę i w końcu namiot. Powiedziałem W. o odkryciu zabrałem wszystkie butelki do małego plecaka i ruszyłem w kierunku, z którego właśnie przyszedłem. Szybko dotarłem do wsi. Po chwili zorientowałem się, że skręciłem za wcześnie, ale uznałem, ze wszystkie drogi, jeśli nie do Rzymu, to na pewno doprowadzą mnie do cerkwi. Zobaczyłem mały pawilon na prywatnej posesji. Z napisów wynikało, że jest to sklep wielobranżowy. Przed drzwiami stało dwóch starszych panów, którzy po nieudanej próbie otwarcia drzwi skierowali się do metalowej bramy w parkanie. Zanim tam dotarłem już rozmawiali z właścicielką, która przecząco kiwała głową. Domyśliłem się, że odmówiła im otwarcia sklepiku ale przywitałem się i zapytałem kiedy będzie można coś kupić. Pani upewniwszy się, że odprawieni mężczyźni nas nie widzą, zapytała co potrzebuję. Odparłem, że piwo i jakieś słodycze. Właścicielka skierowała się w stronę wejścia i gestem zachęciła mnie, do pójścia za sobą. Otworzyła drzwi. Wewnątrz było niewiele towaru. Zapytałem o "Biełyje Noczi" ale usłyszałem, że żadnego ciemnego piwa nie ma w sprzedaży. Nie chcąc nadużywać uprzejmości wybrałem pierwszą z brzegu, dużą butelkę "Lwowskiego" za pięć hrywien i siedemdziesiąt pięć kopiejek. Pani była miła i chętna do rozmowy. Pogawędziliśmy chwilę o miejscowości i turystach. Na koniec zapytałem o studnię. Pani nie wiedziała, że już tam byłem i szczegółowo mi ją opisała, a także to, jak do niej dojść. Zamykając sklep zadeklarowała, że mnie podprowadzi i rzeczywiście, towarzyszyła mi do miejsca, skąd było już widać placyk, cerkiew i studnię. Z uśmiechem pożegnała się i poszła z powrotem. Wymalowana na niebiesko, obmurowana i zadaszona studnia zamyka podwójnie łamana klapa. Nieumiejętnie podnoszona skutecznie broni dostępu do wody. Pod nią kryje się finezyjny hak, na którym zawieszane jest zwykłe, ocynkowane wiadro. Szyb studni, obmurowany kamieniami, jest bardzo głęboki. Nie sposób dostrzec lustra wody. Odblokowałem łańcuch i kręcąc korbą opuściłem wiadro. Sugerując się jedynie odgłosami dochodzącymi z czeluści zaczerpnąłem wody i wyciągnąłem wiadro. Woda była chłodna, czysta i smaczna. Napełniłem naczynia, pozamykałem wszystko i wróciłem do namiotu. Zrobiliśmy sobie kolację a potem otworzyliśmy piwo i rozmawiając posiedzieliśmy do dwudziestej pierwszej. Wiatr znowu się wzmógł i szarpał namiotem ale wewnątrz było ciepło i spokojnie.

22 września – niedziela

Obudziliśmy się przed siódmą. Na zewnątrz było chłodno i wietrznie, ale wschodzące słońce zapowiadało pogodny dzień. Przebrałem się, opatrzyłem wczorajsze skaleczenia i zabraliśmy się za przygotowanie śniadania. Uprzątnięcie "statków" zajęło nam tylko chwilę. Trochę więcej czasu zeszło nam na poskładanie namiotu, spakowaniu plecaków i uprzątnięcie obozowiska. Zabraliśmy ze sobą śmieci, choć obok była cała sterta po naszych poprzednikach i ruszyliśmy w kierunku Szolkino. Tym razem szliśmy szosą, przy której pasły się konie. Z prawej strony mieliśmy morze a z lewej, intensywnie fioletowe, suche teraz, jeziora solankowe. Na przystanku w mieście stała już marszrutka. Płacąc po siedem hrywien zapewniliśmy sobie przejazd do Lenino, gdzie planowaliśmy się przesiąść do pociągu jadącego do Fieodozji. Dworzec kolejowy w Lenino świecił pustką. Z trudem udało się nam ustalić, że najbliższy pociąg w interesującym nas kierunku przyjedzie dopiero ok. piętnastej (była wówczas jedenasta). Alternatywą był autobus ale niewiele to zmieniało a różnica w kosztach była zauważalna więc kupiliśmy bilety i poszliśmy się rozejrzeć po miasteczku. Naprzeciw dworca jest miejski targ i od niego rozpoczęliśmy zwiedzanie. Przeszliśmy wszystkie stragany a następnie poszliśmy do parku, w centrum którego stał monument upamiętniający Wojnę Ojczyźnianą. Poradziecki pomnik jest typowy w swojej brzydocie, ale chyba popularny. Wokół leżało mnóstwo świeżych wiązanek. Na parkowej ławce dojedliśmy chlebek Vasa z dżemem, zagryzając chałwą i popijając wodą. Korzystając z nadmiaru czasu przedyskutowaliśmy dalsze plany, rozważając kilka wariantów, zależnych od pogody. Później pouzupełniałem notatki i poszliśmy na dworzec. Pozostałe do odjazdu pięćdziesiąt minut przesiedzieliśmy w poczekalni, obserwując zbierających się podróżnych. Lokalny pociąg, którym jechaliśmy do Władysławowki, wlókł się niemiłosiernie. Kiedy w końcu dotarł na miejsce znowu musieliśmy czekać na otwarcie stojącego już składu, którym mieliśmy dojechać do Fieodozji. Pogoda wolno acz sukcesywnie się psuła. Wiał zimny wiatr, który od czasu do czasu przynosił drobne krople deszczu. Oczekiwanie na otwarcie wagonów skracaliśmy sobie obserwując, jak całe rodziny, również z małymi dziećmi, przechodzą pod wagonami towarowymi, które w niekończącym się ciągu oddzielały dwa perony. Ze zgrozą wyobrażałem sobie skutki choćby niewielkiego ruchu tego molocha. Na szczęście nic się nie stało a nasz pociąg został w końcu otwarty. Niemal futurystyczny w formie i wyposażeniu skład w praktyce okazał się równie ślamazarny jak jego archaiczni poprzednicy. Podróż wydawała się nie mieć końca. Tuż przed Fieodozją minęliśmy ciągnące się po horyzont pola baterii słonecznych. Znany mi budynek stacji nosił inną od spodziewanej nazwę, co zaowocowało chwilą wahania, a ta z kolei spowodowała, że pojechaliśmy do centrum miasta, gdzie szanse na rozbicie namiotu były marne. Chcąc, nie chcąc, musieliśmy się wrócić. Z nieukrywaną nostalgią patrzyłem na miejsca, które tak dobrze zapamiętałem z poprzedniej bytności. Maszerując wzdłuż promenady mijaliśmy kolejne budki z lokalnymi „fastfudami”. W jednej z nich W. kupił czeburieki, na które od dawna miał ochotę. Podzielił je na pół, dzięki czemu każdy z nas miał kawałek z mięsem i serem. Zdecydowanie były gorsze od tego, który jadłem kiedyś w Sudaku. Uporaliśmy się z tą tłustą przekąską i kontynuowaliśmy marsz na peryferia. Po dwudziestu minutach doszliśmy do kanału. Przeszliśmy go torami, ale miejsce, które z daleka wydawało się odpowiednie, okazało się marne, więc wróciliśmy na spory, trójkątny plac przed kanałem. Nie był to ideał, ale pora była późna więc nie było co kaprysić. Obdeptaliśmy wysoką trawę w poszukiwaniu "niespodzianek" i bardzo sprawnie postawiliśmy namiot. Chwilę później siedzieliśmy przy gotującej się wodzie, którą zalaliśmy makaron „made in china”. Po kolacji i ograniczonej warunkami toalecie, położyliśmy się spać. Przez całą noc słychać było odgłosy pociągów towarowych.

23 września – poniedziałek

Obudziliśmy się dosyć wcześnie. W kilka minut zlikwidowaliśmy obozowisko. Dzień był wyjątkowo piękny choć chłodny.
Uświadomiłem sobie, że dokładnie rok temu także obudziłem się w tym mieście. Na stojąco zjedliśmy po paczce musli i
poszliśmy na pobliski dworzec autobusowy. Sąsiadująca z nim cerkiew świętej Katarzyny, mimo że dobrze mi znana, w świetle porannego słońca, wyglądała bardzo pięknie. Zrobiliśmy kilka zdjęć i poszliśmy do kasy, gdzie płacąc po czternaście Hrywien, kupiliśmy bilety do Starego Krymu. Ustawiliśmy się pod tabliczką z nazwą stacji docelowej i zagadaliśmy się, nie pilnując czasu. Kiedy pojawił się żółty bus, zapytałem kierowcy czy plecaki mamy dać do bagażnika a ten spojrzawszy na bilet oświadczył, że nasz...już dawno odjechał wiec musimy zacząć od wizyty w kasie. Dodatkowe dwanaście Hrywien od osoby pokryło koszty przebukowania biletów i obszerne szkolenie z czytania zawartości biletów, ze szczególnym uwzględnieniem numeru pojazdu, godziny "adprawlienia" i uważania, co się wokół dzieje a nie gadania. Dzięki tej nauce, bez trudu, znaleźliśmy właściwy pojazd a jego dowcipny kierowca kazał nam zwalić plecaki na tylniej platformie ignorując fakt, że miejsca są numerowane. Po chwili zjawiły się dziewczyny z rezerwacją miejsc, na których się rozsiedliśmy. Musieliśmy zostawić bagaże i usiąść z przodu, gdzie były nasze miejscówki. Dystans był niewielki więc po niespełna godzinie odzyskaliśmy plecaki, które w tym czasie zdążyły wylądować w najniższym miejscu autobusu i wysiedliśmy w Starym Krymie. Miasteczko było znacznie mniejsze aniżeli sądziliśmy na podstawie mapy. Miejscowi taksówkarze sceptycznie podeszli do naszego pomysłu pójścia piechotą do monastyru, ale chętnie wskazali nam kierunek i wytłumaczyli jak tam dotrzeć. Wcześniej postanowiliśmy zwiedzić drugą najważniejszą atrakcję - średniowieczny meczet i ruiny medresy. Pięknie położona budowla otoczona jest wykopaliskami. Przez nikogo nienagabywani obeszliśmy wszystko z zewnątrz robiąc zdjęcia. Ja przy okazji objadłem się małymi, ale bardzo słodkimi śliwkami oraz orzechami włoskimi, które oblepiały liczne drzewa. Zaspokoiwszy ciekawość zewnętrznymi formami budowli, weszliśmy do środka. Tam również nie było żywej duszy. Zdjęliśmy buty i delektując się ciszą i chłodem oglądaliśmy specyficznie wnętrze meczetu. Później wyszliśmy na zewnątrz i korzystając z kranu z wodą i uroków otoczenia postanowiliśmy zrobić sobie obiad. Najmniej wietrzne miejsce było na tyłach „kibelka” i tam też ustawiliśmy kuchenkę. Makaron, który zalaliśmy wrzątkiem, smakował jak wszystkie inne, ale przynajmniej widoki były pyszne. Po spakowaniu się podeszliśmy jeszcze do drugiego, zabytkowego meczetu, ale ten okazał się być kompletną ruiną, więc ruszyliśmy na poszukiwanie monastyru. Kierując się uzyskanymi informacjami i potwierdzając je u kilku mijanych przechodniach, przeszliśmy całe miasteczko (ok. trzech km) i wąską, krętą ,ale asfaltowaną drogą, zagłębiliśmy się w kolorowy las porastający niewysokie wzgórza. Mimo to, podejścia dawały nam się we znaki, a droga zaczynała się dłużyć. Kilka osób, pozbawionych balastu, minęło nas, wyraźnie idąc w to samo,co my miejsce. Po przejściu czterech, pięciu kilometrów, zobaczyliśmy bramę i siedzącego przy niej człowieka. Kawałek dalej, po lewej stronie stały dwu, dwu i pół metrowe stelle. Bogato i oryginalnie zdobione w motywy geometryczne i roślinne wydawały się być fragmentami zdobień architektonicznych, czekających na umieszczenie w świątyni. Powyżej, na wzgórzu wznosi się ormiański, kamienny monastyr z 1338 roku. Byliśmy zmęczeni marszem a tuż pod lasem stał drewniany pawilon i kilka ławek. Podeszliśmy tam, żeby trochę odsapnąć. W budyneczku przygotowywano i sprzedawano potrawy ormiańskie. W. kupił „Lawasz”, który okazał się być czymś w rodzaju pieroga z ciasta przypominającego 'francuskie' wypełnionego farszem z koziego sera. Podawany na gorąco jest całkiem smaczny, choć dosyć tłusty. Z prawej strony przed wejściem do kompleksu stoi parterowy, drewniany budynek. Sądząc po krzątających się przy nim paniach i wywieszonej pościeli, obecnie pewnie służy jako noclegownia, ale trudno to było ustalić. Dokończyliśmy jedzenie i poszliśmy w kierunku wejścia. Tuż obok wisiała tabliczka z zakazem fotografowania ale jak wszyscy inni zignorowaliśmy zakaz. Niesłusznie. Najpierw weszliśmy do pomieszczeń w suterynie po lewej stronie. Są to obszerne pomieszczenia dawnej kuchni i jadalni zamienione na sale muzealne. Ładna architektura, ale wyposażenie niczym nie zaskakuje. Trochę gablot, grafik, zdjęć. Po przeciwległej stronie dziedzińca jest wejście do kościoła. Kamienne, wytarte schody, prowadzą do przedsionka i nawy głównej. Bardzo cicha ale piękna muzyka towarzyszy zwiedzaniu. Niewielkie okna wpuszczają niewiele światła ale półmrok i liczne płomyki świec tworzą niezwykły klimat. Z zapamiętaniem próbowałem uchwycić kolejne obrazy swoim aparatem, kiedy kątem oka zobaczyłem wchodzącego młodego mężczyznę. Ormiańskie rysy i surowa mina zwiastowały kłopoty. Istotnie, chłopak grzecznie ale z dezaprobatą w głosie zapytał czy nie wiem, że nie wolno tu fotografować. Głupio mi było się przyznać, że świadomie złamałem zakaz więc skłamałem, że nie. Miałem nadzieję, że skończy się na reprymendzie ale mężczyzna kategorycznie zażądał skasowania zdjęć. Zrobiłem to, choć żal mi było je stracić. Liczyłem tylko na to, że skupiając się na mnie nie zauważył W. Faktycznie, kiedy schowałem aparat do futerału, chłopak znikł równie niezauważalnie jak się pojawił. Materiał kolegi ocalał. Wychodząc z kościoła przeszliśmy na mniejszy dziedziniec po lewej stronie. Otaczają go cele mnichów, obecnie puste. Z opisu wynikało, że po wieloletniej przerwie monastyr znowu działa i przyjmuje nowicjuszy, choć niemal wszystkie budynki są w trakcie restauracji i odbudowy. Wychodząc na zewnątrz, skierowaliśmy się w stronę pozostałości budowli parkowych. Zostało tego niewiele i sprowadzają się właściwie do ciągów kamiennych schodów oraz ścianek z ozdobnymi ujściami wody. Mimo incydentu związanego ze złamaniem zakazu fotografowania, byliśmy zadowoleni. Czekał nas marsz, ale tym razem głównie w dół wzgórza a jego finał był już nam znany. Kiedy dotarliśmy do szosy pomyślałem, że nie ma sensu wracać do miasta bo i tak wszystkie autobusy muszą tędy przejeżdżać. Koncepcja ta niestety, nie do końca była słuszna. Droga, przy której czatowaliśmy, nie prowadzi wprost do Sudaku, jak podejrzewałem a do Symferopola. Kolejne autobusy mijały nas ale na żadnym nie było oczekiwanej nazwy. Po jakimś czasie zapytaliśmy o to kierowcę, który wysadzał pasażerów, a ten poinformował nas, że możemy z nim podjechać kilka kilometrów do skrzyżowania, na którym złapiemy połączenie do Sudaku. Wysiadając, za tą bezinteresowną przysługę, zapłaciliśmy dziesięć hrywien. Znaleźliśmy przystanek i upewniwszy się, że coś powinno jechać ustawiliśmy się "w blokach". Czas mijał a auobusu nie było widać. W sklepiku po przeciwnej stronie rozmieniłem "setkę" kupując chleb za trzy hrywny i dziesięć kopiejek oraz dwa ciemne piwa po trzy hrywny każde. W końcu doczekaliśmy się na transport i płacąc piętnaście hrywien, za nas obu, odjechaliśmy do Sudaku. Właściwie nie do samego miasta a jedynie dworca autobusowego, usytuowanego na jego peryferiach. Nie był to problem bo i tak zamierzaliśmy dostać się do wsi Wiesołe, która jest kilka kilometrów za Sudakiem, ale po drugiej stronie wzgórz, tworzących wyjątkowy park krajobrazowy "Nowy Świat". Autobus miał odjechać o siedemnastej trzydzieści, co dawało nam sporo wolnego czasu, ale nie było go jak sensownie zagospodarować, bo wkoło była jedynie pusta przestrzeń. Przechadzaliśmy się na zmianę po peronach. Kiedy wracałem jednego z takich spacerów zauważyłem, że W. z kimś rozmawia. Podszedłem i okazało się, że zagadnął go Moskwiczanin, namawiając na zmianę celu podróży. On i jego przyjaciele biwakowali nad morzem, na lewo od Sudaku, pod sporym kamiennym urwiskiem. Wszystko, co mówił brzmiało zachęcająco, ale my chcieliśmy dostać się na teren parku, niestrzeżonym (w ubiegłym roku) wejściem od plaży.
Podziękowaliśmy za propozycję i czekaliśmy dalej. Kiedy przyjechała marszrutka okazało się, że jest już tak pełna, iż
wejście do niej z plecakami stoi pod znakiem zapytania. Wprawdzie, po otwarciu drzwi kilka osób z niej dosłownie wypadło, ale niewiele to poprawiło nasze szanse, tym bardziej, że nie byliśmy jedynymi chętnymi na ten kurs. Z determinacją wbiliśmy się w zwartą ścianę pasażerów, każdy przez inne drzwi, które z trudem się za nami domknęły. Byłem bliżej kierowcy więc zapłaciłem za nas obu po trzy hrywny i przygniatani ludzką masą na każdym zakręcie, jechaliśmy górską drogą. Na kolejnych przystankach byłem wypychany przez wysiadających i ponownie musiałem łokciami zdobywać prawo do podróżowania. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Z ulgą opuściłem pojazd a wraz ze mną mój kompan i kilka osób, które widziałem na dworcu. Jedną z nich był młody chłopak. Okazało się, że zmierzamy w tą samą stronę więc poszliśmy razem. Po drodze dowiedzieliśmy się, że jest z Kijowa. Jego znajomi przyjechali wcześniej a on musiał dokończyć jakieś zadanie w pracy i doszlusowuje do nich teraz. Z mapy wynikało, że do morza jest spory kawałek, ale w rzeczywistości okazał się on jeszcze dłuższy. Wprawdzie nasz towarzysz, pytając co chwilę miejscowych, torował nam drogę, ale maszerował z wprawą a W., ze względu na otarcia, nie nadążał. Przy kolejnym poprawianiu sandałów podziękowałem naszemu współtowarzyszowi i powiedziałem, żeby nie czekał na nas. Trochę się zżymał, ale po chwili wyrwał do przodu i po dziesięciu, piętnastu minutach, zniknął za zakrętem. Słońce również zniknęło na zachodzie a morze było równie odległe jak na początku. Kiedy po ponad godzinnym marszu dotarliśmy do plaży, zaczęło kropić. Rozstawialiśmy namiot w kompletnych ciemnościach przy zacinającym deszczu i silnym wietrze. Na domiar złego w mojej „czołówce” wysiadły baterie. Jakoś jednak sobie poradziliśmy i z ulgą zaszyliśmy się w namiocie. Jego stabilność była dyskusyjna bo szpilki wbite w piasek trzymały na słowo honoru a kamienie dociskające linki wypłukiwała woda. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby zastanawiać się, co by było, gdyby... Zjedliśmy trochę chleba z kiełbasą, wytarliśmy się chusteczkami higienicznymi dla niemowląt i zasnęliśmy pośród ryku morza i wiatru.

24 września – wtorek

Obudził nas zegarek nastawiony na piątą czterdzieści pięć. Na zewnątrz panował mrok. Chmury wisiały nisko, ale nie padało. Zanim zabraliśmy się do zwijania namiotu poszedłem rozprostować nogi. Po powrocie spakowaliśmy mokry namiot, plecaki i bez śniadania ruszyliśmy w stronę wejścia do parku. Tak jak się spodziewałem, nikogo tam nie było i bez przeszkód wkroczyliśmy między skały. Po kilkunastu minutach marszu szlakiem zatrzymaliśmy się. Z lewej strony widoczne były wyniosłe skały. Zaproponowałem, żeby się na nie wspiąć, ale W., nie miał ochoty więc poszedłem sam. Zakładałem, że wejście i zejście zajmą mi około czterdziestu minut i tak też się umówiliśmy. W tym czasie W. miał poprawić opatrunki i zrobić zdjęcia. Do podnóża skał dotarłem bardzo szybko. Bez trudu odnalazłem ścieżkę, która wijąc się między głazami powinna mnie była doprowadzić do celu. Niestety, dotarłem nią do ściany, na którą bez sprzętu i odpowiednich umiejętności nie byłem w stanie wejść. Wycofałem się i wdrapałem się na inną ściankę, której nachylenie i faktura sprzyjały wspinaczce. Powyżej znowu było łatwo iść. Ostatecznie nie dotarłem na grzbiet najwyższej skały, ponieważ nie było do tego warunków, ale stanąłem na innej, nieco niższej z równie pięknym widokiem na morze i zatokę, gdzie spędziliśmy noc. Usiłowałem wypatrzyć W. ale bez powodzenia. Schodzenie nie było trudne za wyjątkiem odcinka, na którym "uprawiałem wspinaczkę skałkową". Ostatecznie jakoś dałem sobie radę i ostatni odcinek pokonałem truchtem. Nie byłem pewien czy dotrę dokładnie tam, skąd wyruszyłem, ale dostrzegłem W. i problem sam się rozwiązał. Podczas wymiany spostrzeżeń okazało się, że byłem widoczny a nawet mam zdjęcia jak stoję na skale. Poszliśmy dalej wytyczonym szlakiem. Na rozwidleniu wybraliśmy ścieżkę bliższą morza. Nie była to jednak dobra decyzja. Po chwili szliśmy skarpą o sypkim podłożu a kawałek dalej stanęliśmy przed wyborem czy się wrócić, czy wspinać się bardzo stromym i wąskim żlebem. Zdecydowaliśmy się iść dalej ale warunki były kiepskie. Buty nie miały dostatecznego oparcia a wątłe rośliny nie były wystarczającym zabezpieczeniem dla rąk. Pokonanie kilkudziesięciu metrów zajęło nam sporo czasu i było wyczerpujące. Z ulgą wdrapaliśmy się na wydeptaną ścieżkę. Wkrótce potem, ku swojemu zaskoczeniu, zobaczyłem Zatokę Królewską. Myślałem, że dotarcie do niej zajmie nam znacznie więcej czasu. Uznaliśmy, że czas na śniadanie. Zagotowanie wody trochę trwało ale w końcu zalaliśmy wrzątkiem chiński makaron i zjedliśmy go zagryzając chlebem. Na deser W. rozpakował i podzielił sezamki. Zrobiliśmy kilka kolejnych zdjęć i
poszliśmy dalej. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do części spacerowej parku. Przecięliśmy wąski cypel i zeszliśmy nad
Szmaragdową Zatokę, w której pływałem rok temu. Tym razem nie miałem na to ochoty, ale W. postanowił tu odpocząć i wymoczyć sobie nogi w morzu. W tym czasie ja uzupełniałem zaległe notatki.

Po godzinie, może półtorej, pozbieraliśmy rzeczy i ruszyliśmy ścieżką prowadzącą do Groty Szaliapina. Kiedy tu byłem poprzednio, trasa była zamknięta z powodu jakiegoś koncertu. Dzięki zbiegowi okoliczności mogłem dokończyć zwiedzanie tego wyjątkowego miejsca. Poruszaliśmy się wolno, ponieważ ścieżka jest wąska a ludzi sporo. Na jednym z kilku miejsc widokowych gdzie się zatrzymaliśmy zaczepił nas Litwin prosząc o zrobienie mu zdjęcia. W. nie omieszkał wykorzystać okazji i poprosił o uwiecznienie nas na tle Sudaku. Mój aparat wyczerpał resztki prądu z kiepskich baterii i zdany już byłem tylko na sprzęt kolegi. Niebawem zeszliśmy do gigantycznej niszy skalnej. Z trzech stron wisiały nad nią kilkudziesięciometrowej wysokości skały, a z czwartej biło z impetem morze. Już to czyniło Grotę Szaliapina wyjątkową, ale wnętrze, zaskakujące ciszą, miało jeszcze jedną atrakcję. Z półmroku wyłaniała się murowana ściana składająca się z półokrągłych nisz. Nie znam ich przeznaczenia ani pochodzenia, ale nie dziwi fakt organizowania tu koncertów, bo odpowiednia akustyka i tajemnicza "scenografia", tworzą niezwykły klimat tego miejsca. Dalsza trasa była już krótka. Obeszliśmy wykutą w skale ścieżką górę i dotarliśmy do bramki, za którą było stanowisko kasowe. Chcieliśmy nocować w parku, więc wychodzenie tędy niosło za sobą ryzyko przekreślenia szansy powrotu. W tej sytuacji zawróciliśmy i po kilkudziesięciu minutach byliśmy między zatokami Królewską i Szmaragdową. Ścinając szlak weszliśmy między skały i zaczęliśmy się wspinać w górę. W ten sposób dotarliśmy do niewielkiej, kamienistej polanki porośniętej owocującą opuncją. Wokół roztaczał się fantastyczny widok na obie zatoki, wyniosłą skałę pod którą jest Grota Szaliapina a w oddali góry i zarysy Sudaku. Wszystko to skąpane w ciepłym świetle zachodzącego słońca. Posiedzieliśmy tam chwilę, pokłuliśmy sobie usta jedząc kolczaste owoce i poszliśmy szukać miejsce na nocleg. Z kilku możliwości wybraliśmy obszerną polankę poniżej tej, porośniętej opuncją. Nie chcieliśmy zbyt wcześnie rozbijać namiotu więc rozpakowaliśmy tylko sprzęt do gotowania i z leżących wkoło kamieni i powalonego drzewa zaimprowizowaliśmy kuchnię polową. Po raz pierwszy od dawna mieliśmy dość czasu i fantastyczną pogodę więc i menu musiało być wyjątkowe. Połączyłem grochówkę instant z chińskim makaronem. Sproszkowane mleko zastąpiło śmietanę do "podbicia" zupy. Naturalnie podsuszony chleb wyśmienicie sprawdził się jako grzanki. Na koniec uraczyliśmy się batonikami i w wyśmienitych nastrojach oddaliśmy się sjeście. Słońce oparło się już o grzbiety gór, kiedy najpierw usłyszeliśmy, a potem zobaczyliśmy schodzące z góry dwie postacie w mundurach. Mężczyźni reprezentowali chyba różne formacje bo jeden był w błękitnej a drugi zielonej panterce. Zanim do nas dotarli szybko ułożyłem sobie w głowie zgrabne tłumaczenie czemu zeszliśmy ze szlaku ale jeden z mundurowych, nie zatrzymując się nawet, rzucił w naszą stronę: "no, tylko mi tu ognia nie palić!". Odkrzyknąłem, że wcale nie mamy takiego zamiaru i było po spotkaniu. Uznaliśmy to za aprobatę naszej obecności i bez ociągania rozstawiliśmy namiot. Czas był odpowiedni, bo wyjątkowo szybko zrobiło się ciemno. Zabezpieczyliśmy bagaż, przygotowaliśmy sobie posłania i po krótkiej pogawędce obaj zasnęliśmy. Obudziły mnie dziwne dźwięki. Miałem wrażenie, jakby ktoś chodził wokół namiotu. Usiadłem i nasłuchując próbowałem dociec źródła dźwięków i ewentualnych ich konsekwencji. Po chwili wszystko ucichło. Nie budziłem W. bo sam do końca nie byłem pewien czy to, co słyszałem, właściwie zinterpretowałem. Uspokoiwszy się znowu zasnąłem. Jakiś czas potem sytuacja się powtórzyła. Tym razem byłem pewien tego, co słyszę, tym bardziej, że słychać było także dźwięk zamka błyskawicznego. Obudziłem kolegę, ale ten rozespany uważał, że przesadzam. Wyszedł wprawdzie z namiotu, ale w ciemnościach niczego niezwykłego nie zauważył. Uspokojeni znowu zasnęliśmy. Nad ranem znowu coś hałasowało wkoło namiotu, ale tym razem brzmiało to jak stado dzików. Pochrząkiwania, szuranie liści, kwiki. Trąciłem W. pytając, czy słyszy to, co ja ale odburknął, że ...to jemu burczy w brzuchu i zasnął.

25 września – środa

Wstaliśmy wraz ze słońcem. Po wyjściu z namiotu nie zauważyłem niczego, co uzasadniało nocne hałasy. Już byłem gotowy uznać, że uległem omamom, kiedy dostrzegłem coś, tuż pod pobliskimi skałkami. Podszedłem bliżej i zobaczyłem niewielki namiot, którego z całą pewnością poprzedniego wieczoru nie było. Cicho pozbieraliśmy swoje rzeczy i nie tracąc czasu ruszyliśmy w stronę plaż. Po dotarciu do ścieżki skierowaliśmy się nią do wyjścia z parku. Nie tylko, że nikt nas nie indagował ale okazało się, że ogrodzenie jest niekompletne i do parku można wejść i z niego wyjść w kilku innych jeszcze miejscach. Po chwili weszliśmy między bloki. W mijanym sklepiku W. kupił dwie butelki "białych nocy". Zimne piwo na śniadanie, to moim zdaniem kiepski pomysł ale można i tak. Na przystanku było już kilka osób. Chwilę później, mijając Nowy Świat i Sudak, znaleźliśmy się na dworcu autobusowym. Za trzydzieści trzy i pół hrywny od osoby kupiliśmy bilety do Simferopola i zasiedliśmy w autobusie. Tuż przed odjazdem zorientowałem się, że wszystko wpakowałem do luku bagażowego a w drodze moglibyśmy zjeść śniadanie. Pobiegłem wydobyć z plecaka właściwą torbę. Ledwo jednak rozpiąłem zatrzaski, pokrywa luku zaczęła opadać. Odskoczyłem, nie zapinając plecaka. Próbowałem interweniować u kierowcy ale ten jedynie wzruszył ramionami i pokazał zegarek. Myślę, że zrobił to celowo, ponieważ wcześniej nie chcieliśmy kupić u niego biletów, tylko poszliśmy do kas. Zjedliśmy po paczce musli i oglądaliśmy mijane widoki. Kiedy autobus wyjechał na równinę jakieś dziecko jadące z przodu, zwymiotowało na fotel. Autobus zatrzymał się i przez chwilę doprowadzano małego i kabinę do porządku. Jeszcze przed Symferopolem pojawiły się krople deszczu. Początkowo niewielkie ale kiedy dojechaliśmy do miasta, około dziesiątej trzydzieści, całkiem się już rozpadało. Mokliśmy stojąc w kolejce po bilet, potem mokliśmy czekając na autobus. W Bakczysaraju autobus zatrzymał się na szosie, jakieś dwieście metrów od dworca. Przeskakując przez kałuże pobiegliśmy do znanego mi już budynku. W środku było tłoczno. Za oknami przewalały się ołowiane chmury a deszcz siekł szyby przesączając się szparami do wewnątrz. Nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Podszedłem do dziewczyny sprzedającej w kiosku z pamiątkami i zapytałem czy zna prognozę pogody. Nie była przesadnie rozmowna. Powiedziała, że leje tu od kilku dni i nic nie zapowiada zmiany pogody. W tym czasie W. zaczepił kasjerkę. Ta była większą optymistką. Powiedziała mu, że ten front kiepskiej
pogody już przechodzi i niebawem będzie ładnie. Chcieliśmy jej wierzyć ale nastroje mieliśmy kiepskie. Połączenie do
Sokolinoje mieliśmy niebawem ale przerażała nas wizja wyjścia na zewnątrz. Rozmówczyni była pełna dobrych chęci i chciała od razu wyprawić nas w drogę, ale odparliśmy, że jeszcze trochę posiedzimy. Pomału zacząłem nawet rozważać możliwość przenocowania na dworcu, gdzie były toalety, spora sucha przestrzeń i sklepiki z jedzeniem. Poszliśmy do baru na piętrze gdzie W. kupił sobie "pielmieni s miansom" a dla mnie herbatę. Namawiał mnie na zjedzenie czegoś konkretnego ale nie byłem w nastroju a i oferta nie wyglądała zachęcająco. Herbata, na modłę rosyjską była już posłodzona a raczej przesłodzona ale wypiłem ją duszkiem, bo była gorąca a ja przemoczony i zmarznięty. Pierogi dla W. gotowały się jakoś dziwnie długo a kiedy je w końcu dostał, okazały się takie sobie. Ich główną zaletą była temperatura. Mogliśmy jeszcze posiedzieć, bo najbliższy autobus odjeżdżał po trzynastej, ale kolejka do baru rosła więc trudno było blokować stolik. Zeszliśmy do poczekalni i tam doczekaliśmy do odjazdu. Deszcz ciągle padał, ale mniej intensywnie więc zdecydowaliśmy się zaryzykować i wsiedliśmy do busa. Po chwili było w nim tak tłoczno, że W. siedział na rogu dwuosobowego fotela z dwiema innymi osobami, trzymając na kolanach plecak i ogromną torbę starszej pani, która bezceremonialnie mu go wcisnęła. Ja miałem nieco wygodniejszą pozycję. W trakcie godzinnej jazdy deszcz ustał a nawet pokazało się słońce. Sokolinoje okazało się małą osadą. Na pytanie o bazę turystyczną opisywaną w przewodniku ludzie wzruszali ramionami. Zrobiliśmy kurs po pobliskich sklepikach w poszukiwaniu widokówek, które W. obiecał swojemu znajomemu. Bez rezultatu. Nieodłączny element wszelkiego rodzaju wyjazdów znikł jak sen jakiś złoty. Oferowano nam naklejki, folderki i całą masę innych rzeczy ale ani jednej widokówki. W rezultacie kupiliśmy chleb, wódkę i suszone ryby, za które W. zapłacił dwadzieścia hrywien mimo, iż na pudełku widniała jedynka. Wódka kosztowała trzydzieści hrywien, ale zgodnie z zapewnieniami ekspedientki, pod nakrętką miał być banknot o wartości pięciu hrywien. Chleb tradycyjnie kosztował ok. trzech hrywien. Wszystko było tak przemoczone od deszczu, że postanowiliśmy znaleźć jakiś nocleg. Pijaczek pod sklepem zapewniał, że niedaleko jest "turbaza". Owszem, po przejściu kilometra natrafiliśmy na żywy relikt sojuza w postaci "Bazy Oddycha". Bramka była koślawa, zamykana na kawałek patyka, na wprost której był parterowy budynek. W. wszedł tam, mimo że widniał na tabliczce napis "szkoła". Młody człowiek, myjący podłogę, na nasze pytanie o nocleg wskazał ręką w lewo i wrócił do pracy. Poszliśmy we wskazanym kierunku. Było tam kilka szeregów baraków wybudowanych zapewne w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku i po wielokroć malowanych, bez konieczności choćby pobieżnego usunięcia poprzednich warstw farby. W efekcie drzwi i ściany pokrywa mozaika pęknięć i złuszczeń, godnych umieszczenia w muzeum sztuki nowoczesnej. Miejsce wyglądało na zamknięte. Na wszystkich drzwiach kłódki i żywego ducha. Po przejściu kilku szeregów budynków dostrzegliśmy kogoś siedzącego przed otwartymi drzwiami. Mężczyzna na nasz widok podniósł się, podszedł i zapytał czego nam "nada". Kiedy powiedzieliśmy, że szukamy noclegu, zatoczył ręką szeroki krąg sugerując, że wybór jest spory. Zapytaliśmy jeszcze o toaletę i ciepłą wodę ale zapewnił, że wszystko jest. Na dowód zaprowadził nas do budynku sanitarnego, który wyglądał jak reszta, z tym, że część wyposażenia wisiała na drucie lub na „słowie honoru”. Negocjacje cenowe okazały się najtrudniejsze. Z pierwotnej ceny pięćdziesięciu hrywien za osobę nasz gospodarz nie zamierzał nic opuścić. Wprawdzie drugi mężczyzna, który przyłączył się do rozmowy, zaproponował nam nocleg u siebie w domu za trzydzieści hrywien, ale miało to być kilka kilometrów dalej, więc zdecydowaliśmy się zostać. Pokój miał sześć łóżek i standard hotelu robotniczego na Syberii za Breżniewa, ale po tygodniu nocowania w namiocie nie było co grymasić. Rozpakowaliśmy niezbędne rzeczy i poszedłem po wodę, żeby zrobić coś do jedzenia. Kiedy wracałem z butlą, administrator ostrzegł mnie, że woda z kranu jest "technicznaja" i nie nadaje się do picia. Zaproponował swoją i po opróżnieniu butelki napełnił ją z dużego pojemnika. Zjedliśmy kus-kus i korzystając z poprawy pogody poszliśmy szukać "Srebrnego Wodospadu". Najpierw około pięciu kilometrów w górę asfaltową drogą pośród wzgórz, potem kolejne trzy, wilgotną ścieżką przez las. Płynąca równolegle rzeka ma gliniaste dno i bardzo liczne, niskie kaskady, na których spadająca woda połyskuje i przybiera srebrną

Moja fascynacja Krymem sprawia, iż powyższa relacja ma charakter osobisty, subiektywny. Mam jednak nadzieję, że może być pożyteczna dla wszystkich osób, które rozważają ten kierunek a dysponują ograniczonymi środkami finansowymi lub nie przepadają za hotelami, tłumem i standardami narzucanymi przez biura turystyczne.

Zdjęcia

UKRAINA / Krym-Fieodozja / Lokalny dworzec autobusowy / Katarina_o_świcieUKRAINA / Teodozja/Bakczysaraj / Cerkiew św.Katarzyny/pałac chanów / Krymski kolażUKRAINA / Krym, Kercz / Twierdza / PrzedmurzeUKRAINA / Krym, południowe wybrzeże / Ajudach / Na_krawędzi

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl