Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

GRUZJA I ARMENIA Z NAMIOTEM cz.2 > GRUZJA


Leoncjo Leoncjo Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie GRUZJA / Kachetia / widok ze wzgórza / SignaliPolecamy druga część dziennika z podróży Po Gruzji i Armenii. Tym razem poczytacie między innymi o: Tbilisi, Gruzińska Droga Wojenna, Mccheta, Upliscyche, Dawid Garedżia.

Druga część dziennika podróży obejmująca drugi tydzień. Między innymi: Tbilisi, Gruzińska Droga Wojenna, Mccheta, Upliscyche, Dawid Garedżia.

24 maja - sobota

Skoro świt poszedłem się umyć i przeprać rzeczy. Kiedy W. też się uporał z poranną toaletą, poszliśmy do jadalni, żeby przygotować sobie śniadanie. Manana zaproponowała nam przyłączenie się do grupy, która wybierała się do Kazbeki ale koszt wycieczki wydał nam się zbyt wysoki, więc zdecydowaliśmy się na kontynuowanie zwiedzania stolicy. Kiedy kończyliśmy śniadanie, młode polskie małżeństwo zapytało czy nie mamy ochotę wybrać się z nimi, taksówką, do odległej o 180 km wioski, zamieszkiwanej przez endemiczną społeczność. Deklarowana cena wydała nam się interesująca, więc zgodziliśmy się. Zanim wezwany telefonicznie taksówkarz przyjechał, spakowaliśmy rzeczy na górski wypad. Niestety, rzeczywistość okazała się mniej kolorowa. Kierowca taksówki stwierdził, że za tak małą kwotę nie pojedzie, a gwarancji, że dotrzemy na miejsce też nie daje, ponieważ droga jest niepewna. W tej sytuacji zrezygnowaliśmy z tego wypadu i po ponownym przepakowaniu plecaków poszliśmy na stację metra. Wysiedliśmy na stacji Rustaweli i poszliśmy szukać punktu informacji turystycznej, gdzie spodziewaliśmy się dostać mapy regionów Gruzji. Z informacji uzyskanych w hostelu miał on znajdować się w muzeum. Na miejscu okazało się, że jednak to zły adres. Idąc w kierunku placu Puszkina zwiedziliśmy kościół Kwaszweti z V w. charakterystyczny, z niemal białego kamienia, wciśnięta pomiędzy ścisłą, miejską zabudowę. Zła interpretacja mapy spowodowała, że chodziliśmy tam i z powrotem, jak ślepe kury. W końcu dotarliśmy na miejsce. W małym pawilonie usytuowanym w centrum niewielkiego parku dostałem komplet map. Idąc dalej, trochę przypadkowo, obejrzeliśmy urokliwy budynek biblioteki a następnie doszliśmy do absolutnie wyjątkowej katedry Anczischati z VI w. Unikalność tego kościoła wynika z nietypowej, prostej formy i dobrze zachowanych polichromii, sprzed 400 lat. Kawałek dalej znajduje się maleńki kościół św. Trójcy oraz przypałacowa cerkiew carów. Wszystko to vis a vis pałacu prezydenckiego i w otoczeniu walących się, ale niepozbawionych urody budynków. Korzystając z bliskości targu, odnaleźliśmy „babuszkę” z winem i kupiliśmy butelkę jej wyśmienitego trunku. Rozochoceni zaczęliśmy się rozglądać za miejscem, gdzie moglibyśmy kupić inny gruziński specjał - pierożki chinkali. Reklama na stojaku doprowadziła nas do sklepu, ale tam oferowano jedynie mrożone. Uprzejma sprzedawczyni zasugerowała bar, która miała być po tej samej stronie ulicy, kawałek w kierunku rzeki. Przeszliśmy wskazany odcinek drogim ale nic nie znaleźliśmy. Wracając, wypatrzyliśmy wejście do suteryny. Nic nie wskazywało, że to poszukiwane miejsce, ale nie wiedzieć czemu, zeszliśmy po betonowych schodach. W mrocznym pomieszczeniu było zupełnie pusto. Kilka przykrytych ceratą stolików wskazywało jednak, że ma ono charakter jadłodajni. Na nasze nawoływanie, zza filara wyszła starsza pani i zapytała czym może służyć. W międzyczasie zapomnieliśmy nazwy pierożków, więc trochę "na około" wytłumaczyliśmy, o co nam chodzi. Kiedy zamówiliśmy "aż" po 3 sztuki, pani z lekka się skrzywiła ale poszła w kierunku kuchni. Zrobiło nam się trochę głupio, bo przy założeniu, iż pierożki będą przypominały wielkością ich włoski odpowiednik, było to śmieszne zamówienie. Wokół panował przyjemny chłód, cisza i półmrok. Czekanie się przeciągało. Po 20-25 minutach dostaliśmy talerzyki, na których były po trzy parujące, wielkości dziecięcej piąstki, ślicznie skręcone u góry pierogi. Kiedy usiłowaliśmy dobrać się do nich za pomocą noża, pani gwałtownie zaprotestowała i wytłumaczyła nam, że należy najpierw delikatnie nagryźć "mieszek", tak żeby wyssać sos, a dopiero później zjeść farsz i ciasto. Chinkali były smaczne i bardzo sycące. Kiedy kończyliśmy, niespodziewanie dostaliśmy jeszcze jednego pierożka, który zapewne przypadkowo trafił do garnka. Zapłaciliśmy i chwaląc danie wyszliśmy na zewnątrz. W drodze powrotnej kupiliśmy dwa placki szoti. Bez przeszkód wróciliśmy do hostelu. Wypiliśmy po „stakańczyku nektaru babuni". Wieczorem gospodarze zaprosili nas na projekcję filmu dokumentalnego o wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Kiepska jakość nie zmniejszyła porażającego wydźwięku pokazanych materiałów, nakręconych przez dwoje rosyjskich, ale niezależnych od Kremla dziennikarzy. Powody konfliktu były i są dyskusyjne, ale zbrodnie żołnierzy rosyjskich i bojówkarzy nie budzą żadnych wątpliwości. Aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie mogło dojść do tylu aktów bestialstwa. Przygnębieni filmem wracaliśmy do namiotu. Wszystko wskazywało na to, iż lunie deszcz. Zabezpieczyliśmy wszystko, co tylko było można i poszliśmy spać. Nie mogłem jednak zasnąć. Nad miastem kotłowały się deszczowe chmury.

Zdjęcia: widok ze wzgórza, Kachetia, Signali, GRUZJA
widok ze wzgórza, Kachetia, Signali, GRUZJA




25 maja - niedziela

Poranek nadal był suchy choć ciężkie chmury zwiastowały deszcz. Kiedy byliśmy gotowi do wymarszu ...zaczęło padać. Poszliśmy wraz z całym naszym bagażem do budynku i nieśpiesznie zrobiliśmy sobie śniadanie. Zapłaciliśmy za nocleg a kiedy deszcz ustał, zebraliśmy się do wyjścia. Kuba poprosił nas o wpis do Księgi Gości i wspólne zdjęcie do archiwum hostelu, co też uczyniliśmy. Pojechaliśmy na stację Rustaweli. Z metra wyszliśmy wprost na bazar, który jednocześnie służy jako lokalny dworzec autobusowy. Od razu zaczepił nas kierowca w zielonej koszuli, i proponując transport do Kazbegi. Zażądał wyższej, aniżeli standardowa kwoty tłumacząc, że w tej cenie są postoje na fotografowanie. Oświadczyliśmy, że interesuje nas jedynie transport i gotowi jesteśmy zapłacić jedynie niższą stawkę. Niechętniem, ale przystał na to. Poszliśmy za nim w kierunku marszrutek. Złudzenie, że szybko wyjedziemy rozwiało się, kiedy spostrzegliśmy pusty pojazd. Bez pytania wiedzieliśmy, że przyjdzie nam poczekać, aż wszystkie miejsca zostaną sprzedane. Pochodziliśmy trochę pomiędzy licznymi straganami, zrobiliśmy kilka zdjęć. W tym czasie kierowca intensywnie „polował”, ale szło mu dosyć opornie, a czas płynął. O jedenastej, kiedy teoretycznie był planowany odjazd, oprócz nas były dwie Węgierki i para rozmawiająca po angielsku, ale o orientalnych rysach. Kierowca odwlekała odjazd jak tylko się dało. Nawet wówczas, kiedy już ruszył, zatrzymał się i zostawiając pojazd na środku targu, pobiegł jeszcze w kierunku metra. Wrócił po chwili i niezadowolony wjechał na drogę. Szybko wydostaliśmy się z miasta. Z każdym kilometrem widoki były ciekawsze. Góry piętrzyły się ku niebu a na drodze pojawiły się stada kóz, owiec i krów. Po kilku kilometrach musieliśmy się zatrzymać, bo zwierzęta skutecznie zatarasowały przejazd. Kierowcy trąbili i wymachiwali rękami, ale bez najmniejszego efektu. Po kilkunastu minutach, główne stado nieśpiesznie przeszło, pozostawiając na drodze liczne ślady swojej obecności i kilkunastu maruderów, których wymijanie skupiło całą uwagę kierowców jadących w obu kierunkach. Pierwszy postój wypadł pod twierdzą w Ananuri. Zgodnie z wcześniejszą deklaracją, mimo zachęt kierowcy, pozostaliśmy w pojeździe, kiedy pozostali pasażerowie poszli robić zdjęcia. W tym czasie nasz „woditiel” pobiegł gdzieś, żeby po chwili wrócić z kilkoma sporymi krążkami białego sera. Niepytany oświadczył, że tu jest najlepszy i najtańszy nabiał, bo miejscowym wytwórcom nie wolno sprzedawać go gdzie indziej. Po dziesięciu minutach ruszyliśmy w dalszą drogę. Szosa wiła się pośród stromych, skalistych wzgórz. Kilkukrotnie przeczekiwaliśmy przemarsze kolejnych stad krów, kóz i owiec. Robiło się zimno i wilgotno. Drugi, planowy, postój wypadł na szczycie przełęczy, tuż przy rozpadającym się ale pokrytym mozaikami z czasów ZSRR, tarasie. Na poboczu stała ciężarówka, na pace której leżało martwe zwierzę. Do burty przytroczone były dwa przemarznięte cielaki. Kawałek dalej stała utytłana w błocie koza. Z betonowego tarasu roztaczał się rozległy widok na trzy doliny i górujące nad nimi, fragmentarycznie pokryte śniegiem, szczyty. Było bardzo zimno, więc pośpiesznie zrobiliśmy kilkanaście zdjęć i weszliśmy do marszrutki. Odjazd jednak się przeciągał ponieważ obie Węgierki gdzieś się zawieruszyły. Dalsza droga prowadziła stromo w dół. Rozglądaliśmy się z zainteresowaniem, ponieważ widoki były urzekające. Tuż przed celem podróży, dostrzegliśmy na obrzeżach mijanej miejscowości wysmukłe, kamienne wieże obserwacyjne. Kiedy wysiedliśmy w Stiepanosmindzie opadli nas lokalni kierowcy, oferując transport do miejscowego monastyru, kwatery i inne usługi. Wytrwale powtarzaliśmy, że nic nam nie potrzeba, ale zanim ubraliśmy się w kurtki i założyliśmy plecaki stało się to irytujące. Idąc początkowo główną drogą, rozglądaliśmy się za miejscem pod namiot. Niestety zabudowa była gęsta, a miniaturowe i zarośnięte ogródki nie nadawały się do naszych celów. Weszliśmy w jedną z pierwszych przecznic. Po lewej stronie piętrzyła się zielona góra z odległym monastyrem na szczycie. Z prawej sterczały skaliste, strome skały. Pytaliśmy napotykanych nielicznie mieszkańców o możliwość rozstawienia namiotu ale wszyscy, nie kryjąc zdziwienia, sugerowali kwatery prywatne. Trochę zrezygnowani, doszliśmy na obrzeże osiedla i weszliśmy przez uchyloną bramę na podwórko niedużego, piętrowego domu. Pasąca się tam krowa nie wyglądała na rozmowną, więc zastukaliśmy do drzwi. Otworzyła nam młoda kobieta, która po kilku pierwszych zdaniach wyjaśnienia, zaprosiła nas do środka, wołając jednocześnie matkę. Z jednego z pomieszczeń wyszła czterdziestolatka. Powiedzieliśmy, że szukamy miejsca pod namiot i możliwość skorzystania z łazienki. Gospodyni odparła, że nie widzi problemu, ale ze względu na pogodę, sugeruje przenocowanie pod dachem. Zaoferowała jeden z pokoi na piętrze. Odparliśmy, że chętnie, ale ograniczają nas skromne środki. Rozmówczyni uśmiechając się powiedziała, że z pewnością „się dogadamy”. Chętnie przystaliśmy na to, zapewniając, iż wystarczy nam kawałek podłogi pod karimatę. Gruzinka zaprowadziła nas na piętro, gdzie z dużego zagraconego pokoju przeszliśmy do mniejszego, z łóżkiem. Wskazując go powiedziała, że możemy z niego skorzystać i przeprosiła za ogólny nieład. Podziękowaliśmy i przystąpiliśmy do przepakowywania rzeczy. Chcieliśmy jak najszybciej wyruszyć w góry. Wychodząc z budynku wypytaliśmy jeszcze naszą gospodynię o drogę do widocznego monastyru i korzystając z jej rad poszliśmy we wskazanym kierunku. Przed mostem, na obrzeżu miejscowości natknęliśmy się na uzbrojony patrol. Żołnierze byli uprzejmi i ograniczyli się tylko do wypytania nas o cel marszu. Kamienista droga prowadziła przez wioskę z kamiennymi domkami, z których większość była w kiepskim stanie. Sporo było też całkowicie zrujnowanych i porośniętych krzewami budynków. Dla nas widok był malowniczy, ale dla mieszkających tu ludzi, warunki z pewnością były trudne. Uzupełniliśmy wodę z kranu przy jednym z domów i poszliśmy dalej. Za wioską przeszliśmy na stromą łąkę i weszliśmy do lasu. Wspinaliśmy się wąską ścieżkę, która co jakiś czas przecinała wijącą się serpentynami bitą drogę. Słońce intensywnie grzało. Korzystając z zabranych kijów, pieliśmy się co raz wyżej. Po pewnym czasie las skarlał i w miejsce drzew pojawiły się krzewy. Ostatnie kilkadziesiąt metrów przed murami monastyru ścieżka prowadzi trawersami poprzez bardzo stromo położoną łąkę. Pogoda gwałtownie się zmieniła. Słońce zasnuły chmury, wiatr stał się zimny a jego silne i wilgotne podmuchy spychały nas z wąskiej dróżki. Zanim doszliśmy do bramy zaczęło padać. Wraz z kilkoma innymi osobami wbiegliśmy do małego pomieszczenia chroniąc się przed ulewą. W mgnieniu oka odcięła nas od świata ściana marznącego deszczu, którą huraganowy wiatr przepychał poziomo wzdłuż ścian. Pomiędzy naszym schronieniem a wejściem do kościoła było kilkanaście metrów, ale nikt nie miał odwagi wyjść na zewnątrz. Co chwilę wchodzili do pomieszczenia, w którym byliśmy nowi turyści. Wszyscy przemoknięci i przemarznięci. Zaczynało się robić tłoczno. Po kilkudziesięciu minutach wiatr osłabł. Nadal padało, ale postanowiliśmy skorzystać z okazji i dostać się do kościoła. Dopięliśmy kurtki i biegnąc pokonaliśmy niewielki dystans. Wnętrze było ciemne. Mrok rozpraszała mała lampka przy stole, za którym siedział zakonnik ze swoimi dewocjonaliami, oraz kilkadziesiąt palących się cieniutkich świeczek. Po prawej stronie przy wejściu stała „koza”, w której buzował ogień. Kilka osób tłoczyło się przy piecu, usiłując wysuszyć przemoczone ubrania. Kiedy oczy przywykły do mroku, obejrzeliśmy niewielką kaplicę pokrytą licznymi malowidłami. Całkowitą ciszę przerywały jedynie pokasływania obecnych i ściszone rozmowy. Na zewnątrz nadal wiał silny wiatr i intensywnie padało. Usiadłem w kamiennej niszy i kuląc się usiłowałem zachować jak najwięcej ciepła. Nie mogłem opanować senności. Popadłem w swoisty letarg. Docierały do mnie odgłosy otoczenia, ale jednocześnie za zamkniętymi powiekami wyobraźnia budowała nierzeczywiste obrazy. Nie wiem jak długo to trwało lecz musiało upłynąć go sporo, kiedy przebił się do mojej świadomości głos kolegi. Powiedział, że deszcz właściwie ustał i zaproponował, żebyśmy spróbowali wyjść na zewnątrz, bo wkrótce zacznie się zmierzchać i powrót może być problematyczny. Na zewnątrz było bardzo zimno. Otaczające nas góry przykrywała mgła a wiatr nadal niósł drobne krople wody. Obeszliśmy monastyr dookoła, zrobiliśmy kilka zdjęć, choć w tych warunkach trudno było liczyć na ciekawe ujęcia i zaczęliśmy schodzić w dół. Ścieżka stała się błotnista i bardzo śliska. Ślizgając się i potykając o luźne kamienie, schodziliśmy w kierunku lasu. Tam też sytuacja nie była lepsza. Na dodatek z drzew spadały kaskady wody i igliwia. Zastanawialiśmy się czy w tej sytuacji iść w kierunku ruin wieży, którą wypatrzyliśmy po drodze do monastyru. Uznaliśmy, że skoro i tak jesteśmy przemoczeni, to możemy zaryzykować. Trochę na ślepo, kierując się jedynie wyczuciem, poszliśmy w poprzek mokrej łąki. Natrafiliśmy na ścieżkę, która doprowadziła nas do niewielkiego urwiska. Czepiając się skał zeszliśmy w dół i mając przed sobą ruiny, poszliśmy w ich stronę. Wieża jest w górnej części zrujnowana, a opływająca jej podstawę płytka struga powoduje, że dostęp do niej jest utrudniony. Utrwaliliśmy ją kilkoma „pstryknięciami” i poszliśmy w kierunku widocznej w dole wioski. Na trawiastych zboczach pasły się konie, a kamienne murki wytyczające pastwiska z góry wyglądały bardzo malowniczo. W Stepanosmindzie kupiliśmy chleb, butelkę gruzińskiej wódki i poszliśmy szukać „naszego” domu. Trochę nam to zajęło czasu, ale w końcu trafiliśmy i zastukaliśmy do drzwi. Oprócz znanych nam już kobiet zastaliśmy tam dwóch młodych mężczyzn. Zostaliśmy sobie przestawieni. Młodszy z nich okazał się być synem gospodyni. Drugi przyjacielem rodziny. Poszliśmy do pokoju. Wszystko zostało uprzątnięte a sprzęty poustawiane, dzięki czemu pomieszczenia wydały się obszerniejsze i bardziej schludne. Przebraliśmy się w suche rzeczy i zeszliśmy z menażką i kubkiem wypełnionymi kaszą kus-kus. Zaproszono nas do kuchni, gdzie stół był zastawiony do kolacji. Dziewczyna, na naszą prośbę, zalała nasze naczynia wrzątkiem, ale kiedy podziękowaliśmy i chcieliśmy wrócić do pokoju, zaproszono nas do stołu. Trochę się zżymaliśmy, tłumacząc iż nie chcemy przeszkadzać, ale gospodarze zapewniali nas, że to nie kłopot. Miałem wielką ochotę na poznanie miejscowych zwyczajów więc usiedliśmy oferując jako nasz „wkład” kaszę. Gospodyni krzątała się w pomieszczeniu obok a jej córka wchodziła i wychodziła porządkując sprzęty. Tak więc do kolacji zasiedliśmy w czterech. Zachęcani przez syna właścicielki próbowaliśmy dań wystawionych na półmiskach. Były tam smażone na głębokim tłuszczu bułeczki, bakłażan w sosie, dosyć tłustawa baranina i coś na kształt jarzynowego gulaszu. Wszystko, z wyjątkiem mięsa, było bardzo smaczne. Jedliśmy umiarkowanie popijając kompotem z odpowiednika naszych mirabelek. Wcześniej widzieliśmy te zielone śliweczki w Tbilisi na targu. W trakcie jedzenia rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Kolega syna gospodyni okazał się sportowcem, organizatorem spływów kajakowych. Gospodarz zapalonym turystą górskim. Chcąc jakoś zaakcentować wdzięczność za takie przyjęcie postanowiliśmy zaoferować nasz alkohol, ale nie byliśmy pewni czy to dobry pomysł. Zapytaliśmy, czy nie będzie to wbrew przyjętym zwyczajom, a kiedy powiedziano nam, że nie, przynieśliśmy kupioną w sklepie butelkę. W Polsce, zwykle rozlewa alkohol fundator, ale w Gruzji najwyraźniej rola ta przypada gospodarzowi. Chłopak nalał wódkę do kieliszków i podnosząc swój w górę przystąpił do wygłaszania toastu. Słyszałem, że u Gruzinów bywają one kwieciste i bardzo rozbudowane. Istotnie, mówił barwnie i bardzo długo, zanim wychylił kieliszek. Każdy następny poprzedzony był równie zaangażowaną mową. W międzyczasie rozmowa zeszła na politykę. Wysłuchaliśmy bardzo emocjonalnej opowieści o doświadczeniach ich rodziny z czasów kiedy mieszkali w Petersburgu. Do rozmowy przyłączyła się siostra naszego Tamady. Z goryczą mówiła o przejawach niechęci Rosjan do dzieci, jakimi wówczas byli, o kaukaskich rysach. Sami nie ucierpieli podczas konfliktu zbrojnego,ale z ich relacji wynikało jasno, że nie darzą Rosjan i Putina sympatią. Kolacja przeciągała się. Gospodarz godnie pełnił swoje obowiązki, choć odniosłem wrażenie, że nie nawykł do mocnego alkoholu, więc tłumacząc się zmęczeniem i czekającą nas drogą zapytałem, czy mogę wznieść ostatni toast. Mój słaby rosyjski nie pozwalał mi na mówienie równie kwieciście i długo, jak poprzednikowi, ale starałem się wyrazić wdzięczność za miłe przyjęcie i wyrazić nadzieję na poprawę sytuacji Gruzji oraz zacieśnienie przyjaźni pomiędzy naszymi krajami. Dobrze po północy położyliśmy się spać, dyskutując o szczęśliwym zbiegu okoliczności, który pozwolił nam doświadczyć gruzińskiej gościnności.

Zdjęcia: Centralny punkt starego miasta, Tbilisi, Święta Trójca o zachodzie, GRUZJA
Centralny punkt starego miasta, Tbilisi, Święta Trójca o zachodzie, GRUZJA




26 maja - poniedziałek

Wstaliśmy wcześnie i zaczęliśmy się zbierać. Staraliśmy się robić to jak najciszej, bo brak jakichkolwiek odgłosów z parteru wskazywał, że gospodarze nadal śpią. Po prawie dwóch godzinach coś się zaczęło dziać, więc poszliśmy poprosić o wrzątek. Zjedliśmy pośpiesznie kaszkę, posprzątaliśmy po sobie i z plecakami zeszliśmy, żeby się rozliczyć i pożegnać. Wcześniej uzgodniliśmy, że zapłacimy pierwotną a nie później wynegocjowaną stawkę. Podziękowaliśmy za nocleg i życzliwość z jaką nas przyjęto. Zostawiliśmy swoje adresy na dowód, chęci kontynuowania znajomości. Gospodyni zapewniła nas, że jeśli zostaniemy w okolicy, to możemy wrócić na noc do nich. Na przystanku usiłowałem od stojących tam ludzi dowiedzieć się jak daleko jest do miejscowości, w której widzieliśmy wieże, ale szło to opornie. W końcu ustaliliśmy, że mamy do pokonania jakieś 5-6 km. Pogoda była piękna. Błękitne, słoneczne niebo, zielone wzgórza a nad nimi skaliste góry. Za monastyrem, za chmur pojawiał się na moment i znikał majestatyczny w swym śnieżnym woalu Kazbek. Maszerowaliśmy dziarsko wzdłuż szemrzącej rzeki zastanawiając się jak ją przekroczyć, bo pamiętaliśmy, że wieże były po jej drugiej stronie a mostu nigdzie nie było widać. Po 2-3 km postawiliśmy plecaki na kamiennym murku i zjedliśmy kupiony poprzedniego dnia placek, popijając wodą. Po kilkuminutowej przerwie ruszyliśmy dalej. Chwilę później natrafiliśmy na całkiem przyzwoity most i błotnistą drogę, która wiodła w kierunku widocznej z oddala wieży. Poszliśmy nią usiłując omijać błotniste pułapki. Po kilkuset metrach droga gwałtownie skręcała tworząc obszerne rozlewisko. Wieża była na wprost nas, ale dostęp do niej zagradzało poletko okolone lichym płotem. Postanowiliśmy iść dalej w kierunku widocznych budynków. Z trudem przebrnęliśmy bagienko i weszliśmy między domy. Przy jednym z nich widoczna była ścieżka prowadząca do wieży. Nie było kogo zapytać o zgodę, więc poszliśmy rozmiękłym od deszczu śladem racic. Budynki wokół wieży wyglądały na opuszczone. Zostawiliśmy plecaki i odciążeni dotarliśmy do kamiennych ścian zabytku. Nigdzie nie było żadnego wejścia. Z trzech stron ściany były zwarte i jednolite. Czwarta wisiała tuż nad urwiskiem, nie dając żadnych szans na podejście. Zrobiliśmy kilka zdjęć i kolega postanowił wrócić do plecaków a ja zszedłem do widniejących poniżej ruin, szukając ciekawych widoków do sfotografowania. W tym czasie niebo zachmurzyło się i zaczęło kropić. Wróciłem i wspólnie zastanawialiśmy się gdzie przeczekać deszcz. Na całe szczęście nie był ani zbyt intensywny ani też nie trwał długo. Wróciliśmy do wsi rozważając, czy iść dalej przed siebie, licząc na kolejny most, czy wrócić na szosę po własnych śladach. Nasze wątpliwości rozwiał miejscowy chłopak, który na pytanie o most wskazał oba kierunki. Droga była malownicza a przy tym nie specjalnie uciążliwa. Widoki na otwierające się przed nami doliny warte włożonego trudu. Tuż przed widocznym z oddali mostem wypatrzyliśmy wodospad. Mieliśmy ochotę go zobaczyć z bliska ale żeby do niego dotrzeć, trzeba by było poświęcić godzinę marszu a nie wiedzieliśmy jak wygląda transport do Ananuri, gdzie zaplanowaliśmy następny przystanek. Z żalem zrezygnowaliśmy z marszu do wodospadu i poszliśmy w kierunku mostu. Za rzeką wspięliśmy się na stromą skarpę i wyszliśmy na szosę. Po kilkudziesięciu metrach natrafiliśmy na sklep. Weszliśmy tam żeby zapytać o przystanek. Ekspedientka nie tylko wyjaśniła nam gdzie zwykle zatrzymują się marszrutki ale zadzwoniła do kierowcy, żeby zapytać kiedy pojedzie i poprosić o zabranie nas spod jej sklepu. Istotnie, po kilkunastu minutach zatrzymał się czerwony bus i po wciśnięciu na tył naszych plecaków zajęliśmy ostatnie dwa miejsca. Po raz drugi oglądaliśmy przez szyby pojazdu okolice wysokogórskiej przełęczy, na której złapał nas deszcz. Był bardzo gwałtowny, do tego stopnia, że trzeba było wymijać płynące ze wzgórz spore kamienie i fale błota. Kilka kilometrów dalej deszcz ustał, ale nasza radość trwała krótko, bo po chwili znowu zaczęło padać. Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkukrotnie. Obawialiśmy się, że jeśli w tej pogodowej ruletce obstawiliśmy kiepskie numery, to będziemy wysiadać w ulewie, ale kiedy za wzgórz wyłoniło się sztuczne jezioro, zwiastujące bliskość Ananuri, nad nami pojawiło się słońce na błękitnym niebie, jak gdyby wisiało tam od rana. Sprawnie pozbieraliśmy swoje rzeczy i poszliśmy w kierunku twierdzy. Bliskość lazurowej tafli zalewu i zielonych wzgórz powodowało, że piaskowej barwy ściany oświetlone słonecznym blaskiem wyglądały wyjątkowo pięknie. Kompleks zabudowań jest bardzo zwarty, ale liczne przejścia, schody i korytarze pozwalają na omijanie tłumów zwiedzających. Obeszliśmy główny kościół dookoła i poszliśmy do wieży. Już na drugim poziomie okazało się, że solidne, choć zwężające się schody prowadzą do pomieszczeń pozbawionych podłogi. Nie specjalnie nas to zniechęciło i korzystając jedynie z luźno ułożonych żerdzi przechodziliśmy dalej, fotografując twierdzę z małych otworów okiennych. Na czwartym poziomie schody stały się tak kręte i wąskie, że zaklinowałem się i musiałem zdjąć i zostawić plecak. Na szczycie, pomiędzy ozdobnymi strzelnicami roztaczał się bajkowy widok na góry. Droga w dół dostarczyła nam dodatkowych wrażeń, ponieważ okazało się, że albo wrócimy tą samą drogą albo ostatni odcinek będziemy musieli przejść po urwanym murze obronnym i zejść po drzewie, co też uczyniliśmy, mimo ciążących nam plecaków. Następnie obejrzeliśmy wnętrze cerkwi, choć najpierw trzeba było przekroczyć wejście oblegane przez spory rój pszczół. Kiedy uznaliśmy zwiedzanie za zakończone, postanowiliśmy zapytać o ser, którym chcieliśmy wzbogacić dzisiejszą kolację. Przy straganach dowiedzieliśmy się jednak, że ser jest sprzedawany jedynie w niedzielę. Bardzo nas to zmartwiło, ale nie dawaliśmy za wygraną, dociekając, gdzie wobec tego można znaleźć producentów tego specjału. Jedna z pań powiedziała, że zapewne we wsiach, które położone są kilka kilometrów w górę rzeki. Poprawiliśmy plecaki i ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Kamienista droga wiodła wśród gęstych krzaków, tuż przy wartkiej, górskiej rzece. Po pół godzinie dotarliśmy do pierwszych zabudowań. Przy pierwszym domu, gdzie zobaczyliśmy ślady krów zapytaliśmy staruszkę o ser, ale ta odparła, że nic nie mają. Nie była też w stanie wskazać nam gdzie powinniśmy pytać. Kolejny dom również okazał się niewłaściwym. Podeszliśmy do mężczyzny koszącego trawę i zapytaliśmy o poszukiwany nabiał. Rozmówca zastanowił się chwilę i wskazał nam nieodległy budynek na wzgórzu. Wprawdzie nie był pewien, ale uważał, że jeśli gdzieś, to właśnie tam powinniśmy zapytać. Poszliśmy za jego radą. Wysoka, stalowa bramka była uchylona więc nie czekając na zaproszenie, weszliśmy na ścieżkę do budynku. Za rogiem zobaczyliśmy trzy osoby siedzące przy prowizorycznym stole, na którym były ogórki, cebula, chleb i...ser. Przywitaliśmy się, przeprosiliśmy za najście i wyłożyliśmy powód tej nieoczekiwanej wizyty. Zaproszono nas zajęcia miejsca przy stole a na nieśmiałe protesty oświadczono, iż radzi są z wizyty a w Gruzji każdy gość jest mile widziany i nie ma powodu do przepraszania. Gospodarze byli w naszym wieku, może odrobinę starsi. Drugi mężczyzna, sąsiad miał około sześćdziesięciu lat. Podsunięto nam talerze i zaproponowano samogon. Ponownie chcieliśmy zapewnić, że nie zamierzamy przeszkadzać, ale natychmiast zrezygnowaliśmy widząc, że nikt nam nie ma za złe nachodzenie ich podczas posiłku. Wznieśliśmy toast za przyjaźń polsko-gruzińską a kolejne za pokój na świecie, rodziny, miłość ogólnoludzką i zrozumienie. Podjadaliśmy wyśmienity ser, zagryzając go chlebem, cebulą i ogórkami. W miarę biesiadowania pojawiło się jeszcze piwo. Dyskusja szybko zeszła na politykę, gospodarkę i relacje międzynarodowe. Mijała kolejna godzina naszych „zakupów”, w głowach szumiało od kolejnych toastów a my nadal nie wiedzieliśmy, czy uda nam się kupić ser. Po jakimś czasie pojawili się nowi goście, co uznaliśmy za hasło do wyjścia. Wprawdzie gospodarze gorąco protestowali, namawiając nas do pozostania, ale wytłumaczyliśmy się koniecznością znalezienia miejsca pod namiot. Kiedy pożegnaliśmy się robiąc „misie” z każdym z osobna, gospodyni przyniosła piękny krążek sera. Zaoponowaliśmy, mówiąc że to stanowczo za dużo i pokazaliśmy, iż w pełni usatysfakcjonuje nas jego ćwiartka. Kolejny problem pojawił się kiedy usiłowaliśmy za niego zapłacić. Gospodarze zgodnie twierdzili, że to prezent a my upieraliśmy się przy płaceniu. Ostatecznie, nie znając realnej wartości sera, wcisnęliśmy gospodyni kilka Lari. Jeszcze raz wylewnie pożegnaliśmy się z obecnymi i poszliśmy w kierunku bramki. Całą drogę do twierdzy śmialiśmy się z tej niecodziennej przygody, czemu sprzyjał wypity samogon i świadomość posiadania sera na kolację. Między zalewem a twierdzą znaleźliśmy spory, opuszczony sad z ruinami niewielkiego kościoła a raczej sporej kaplicy. Rozbiliśmy tam namiot, po czym wybrałem się wyposażony w ręcznik i mydło do kranu, który zauważyliśmy tuż obok wejścia do twierdzy. Umyłem się, przeprałem kilka rzeczy i kiedy zbierałem się do powrotu usłyszałem głośne porykiwania krów a chwilę później otoczyło mnie ze wszystkich stron liczne stado, pędzone przez dwóch Gruzinów na koniach. Uznałem to za kolejną okazję do zrobienia interesujących zdjęć i skwapliwie wyciągnąłem z kieszeni aparat. Krowy wypełniły całą drogę i przestrzeń wokół niej. Cielęta obgryzały okoliczne krzewy i polegiwały na trawie a ja kręciłem się wokół „pstrykając” zdjęcia. Trwało to dłuższą chwilę zanim stado poganiane przez „dżigitów” nieśpiesznie ruszyło w kierunku zalewu. Szedłem za nim, unikając wdepnięcia w pozostałości po procesie trawienia przeżuwaczy. Kiedy dotarłem w okolice naszego obozowiska nie wiedziałem czy śmiać się, płakać czy wesprzeć mojego współtowarzysza w heroicznej obronie dobytku. Stado bezceremonialnie napierało na namiot, deptało po uporządkowanym uprzednio palenisku i niebezpiecznie zaczepiało rogami o suszące się na sznurku ubrania. Przyjaciel uzbrojony w ręcznik odganiał od namiotu ciekawskie cielaki i bezmyślnie prące do przodu ich rodzicielki. Całą sytuacja wydawała się tragikomiczna, ale mogła pozbawić nas noclegu, więc przyłączyłem się do działań defensywnych. Kiedy ostatnie ogony przemaszerowały poza linię namiotu, oszacowaliśmy straty. Nie były zbyt wielkie,ale znacznie zmniejszyły atrakcyjność miejsca, wzbogacając go o naturalny nawóz. Namiot i pranie nie ucierpiały i po chwili obaj zaśmiewaliśmy z całej sytuacji. Przed zmierzchem spenetrowaliśmy opuszczone domy w najbliższej okolicy i przygotowaliśmy przyzwoite palenisko. Z drzwi, które znaleźliśmy na kamienistym brzegu, zrobiliśmy stół na którym postawiliśmy resztę wina, kupiony ser i chleb. W blasku ogniska raczyliśmy się tymi dobrami bardziej dla uczczenia udanego dnia aniżeli z głodu, który zaspokoiliśmy goszczeni przez Gruzinów. Noc była gwieździsta. Wokół szumiała woda a świerszcze prześcigały się w interpretacjach tradycyjnych melodii. Pomiędzy niebem a ziemią widniała oświetlona reflektorami twierdza Ananuri.

Zdjęcia: Centralny punkt starego miasta, Gruzińska Droga Wojenna, "Beczące zawalidrogi", GRUZJA
Centralny punkt starego miasta, Gruzińska Droga Wojenna, "Beczące zawalidrogi", GRUZJA




27 maja - wtorek

Rankiem liczyłem, że po nocnym ognisku pozostało na tyle żaru, żeby rozniecić ogień i zagotować wodę. Niestety, deszcz musiał być na tyle obfity, że nie tylko zagasił ognisko, ale także zamoczył wszystko, co mogło posłużyć do jego rozniecenia. Korzystając ze zbędnych kserokopii przewodnika usiłowałem podpalić kilkanaście, w miarę suchych, gałązek, ale nawet papier palił się opornie, niemiłosiernie dymiąc. Po kilkudziesięciu minutach udało mi się w końcu rozpalić ogień, ale był on jakąś nędzną atrapą ogniska. Nieustanie wymagał dmuchania, a uzyskiwane ciepło z trudem ogrzewało położoną nad nim blachę. Czas uciekał a my „kwitliśmy” nad naczyniami, z wciąż zaledwie letnią wodą w przesiąkniętymi dymem ubraniach i popiołem we włosach. Zdesperowani zalaliśmy nasze „dania” wodą i zjedliśmy je, starając nie zwracać uwagi na smak i konsystencję. Zwijanie obozowiska też szło opornie. Namiot trochę przesechł, ale tropik był nadal mokry. Nasze pranie, mimo iż przezornie zostało przeniesione wieczorem pod dach kaplicy, także. Zabraliśmy je do foliowych worków i wyszliśmy na szosę. Na przystanku czekał jakiś chłopak. Zapytaliśmy go kiedy coś pojedzie. Nie wiem czy mówił po rosyjsku, ale najwidoczniej zrozumiał, bo pokazał na zegarku, że za 10 minut. Przysiedliśmy obok. Po chwili zatrzymał się sportowy Mercedes, a kierowca przez otwarte okno zagadnął o coś chłopaka. Ten odpowiedział i wsiadł do samochodu. Nie zwracaliśmy na to specjalnej uwagi zakładając, iż obaj się znają. Kierowca jednak zwrócił się teraz do nas a widząc, że nie reagujemy na gruziński, zapytał czy mówimy po rosyjsku. Kiedy potwierdziłem, zapytał czy chcemy się zabrać. Byłem zdziwiony, bo musiał zauważyć nasze plecak,i a wewnątrz siedziała też jakaś młoda kobieta. Zapytałem ile chce za podwiezienie. Odparł, że tyle, ile kosztuje marszrutka.
Chętnie przystaliśmy na to. Kierowca otworzył bagażnik, który bez trudu pomieścił nasze bagaże. Wsiedliśmy do środka. Świadomość, że cuchniemy dymem była krępująca, ale nikt chyba nie zwracał na to uwagi. Po drodze trochę rozmawialiśmy na typowe dla takich sytuacji tematy. Przy zjeździe z autostrady kierowca zapytał, gdzie chcemy wysiąść. Powiedziałem, że blisko miejsca skąd będziemy mogli dostać się do Mcchety. Pożegnaliśmy się przy zjeździe do miasta i poszliśmy wskazanymi przez niego schodami w kierunku parku. Istotnie, po kilkudziesięciu metrach zobaczyliśmy marszrutkę, a upewniwszy się, że jedzie do zabytkowego miasteczka, wsiedliśmy do środka. Dojechaliśmy w okolice cerkwi Santawro. Mccheta ma szczególne znaczenie dla życia religijnego Gruzji, ponieważ jest siedzibą władz kościoła prawosławnego. Wychodząc zapytałem zakonnice o opisywaną w przewodnikach katedrę Sweti Cchoweli. Okazało się, że kilkaset metrów za widocznym parkiem. Kiedy maszerowaliśmy we wskazanym kierunku, jeden z mężczyzn stojących na postoju taksówek zawołał w naszą stronę. Nie reagowaliśmy ,ale on ruszył za nami wołając per „poliaki”. Zatrzymaliśmy się a on zapytał czy go poznajemy. Był to Josif-kierowca, z którym mieliśmy jechać z Tbilisi na wycieczkę w góry, a która jednak nie doszła do skutku ze względu na cenę. Zapytał co tu robimy, a słysząc, że dopiero przyjechaliśmy z Kazbeki, zaoferował pomoc. Odparliśmy, że może skorzystamy ale na razie chcemy zwiedzić katedrę, wymienić pieniądze i zaplanować resztę dnia. Podziękowaliśmy i poszliśmy w kierunku widocznej już cerkwi. Byliśmy w trakcie zwiedzania kiedy znowu pojawił się Josif. Najwyraźniej nie miał ochoty „wypuścić nas z rąk”. Proponował nocleg i szereg wariantów wycieczek. Nie zniechęciło go nawet stwierdzenie, że mamy mało pieniędzy, a nocować zamierzamy w namiocie. Wytrwałość się opłaciła, bo w końcu ulegliśmy i poszliśmy z nim do jego domu. Przy kawie rozważaliśmy różne możliwości, ale wszystkie wydawały nam się zbyt drogie. Ostatecznie zgodziliśmy się na wspólny wyjazd do skalnego miasta z VI w. - Upliscyche. Josif zapewnił nas, że po drodze podjedziemy do widocznego na wzgórzu monastyru Dżwari i kilku innych interesujących miejsc. Rozwiesiliśmy na sznurach naszą bieliznę, przepakowaliśmy się do małych plecaków i ruszyliśmy w drogę. Chcieliśmy jeszcze kupić szoti a i wizyta w banku była konieczna, ze względu na brak pieniędzy. Niestety, w tym samym czasie w Mcchetę wizytował jakiś ważny polityk i całe miasto było oblężone przez policję a centrum wyłączone z ruchu kołowego. Piekarnie nie miały pieczywa a do banków nie było jak podjechać, więc zrezygnowaliśmy z obu punktów programu i po zatankowaniu samochodu pojechaliśmy do monastyru Dżwari zwanego też Monastyrem Krzyża. Według tradycyjnych źródeł Święta Nino, która nawróciła Gruzję na chrześcijaństwo, zatrzymała się na modlitwę na najwyższym wzniesieniu Mcchety i postawiła na nim krzyż. Około 545 na tym miejscu został wzniesiony pierwszy, mniejszy kościół, który został nazwany Małym Kościołem Dżwari. Drugi, większy, zwany Wielkim Kościołem Dżwari, został wybudowany obok pierwszego w latach 586-605.
Jest to czteroapsydowa świątynia (tzw. tetrakonchos), bardzo popularny typ architektoniczny na całym Południowym Kaukazie. Kościół ten służył jako wzór przy budowie innych świątyń. Jego fasadę zdobią rzadko spotykane i różnorodne płaskorzeźby. Znaczenie monastyru Dżwari rosło wraz z upływem czasu i przyciągało wielu pielgrzymów. Także dzisiaj Wielki Kościół jest wykorzystywany podczas ważniejszych uroczystości. Zachowały się też fragmenty krzyża św. Nino.
Przez wieki budynki monastyru ulegały zniszczeniu na skutek erozji oraz niewłaściwego utrzymania i braku konserwacji. Jest on obecnie wpisany na listę stu najbardziej zagrożonych zniszczeniem zabytków świata.
Z tarasu rozciąga się wspaniały widok na dwie rzeki Argawa i Kura, w widłach których leży Mccheta. Pogoda dopisywała i mimo, że było sporo zwiedzających, to można było „wykroić” miejsca do swobodnego sfotografowania. Z żalem wyjechaliśmy z tego urokliwego miejsca i autostradą prowadzącą nad morze pojechaliśmy w kierunku Gori. Po kilkunastu kilometrach Josif zjechał z trasy i zatrzymał się przy pustej, bo remontowanej katedrze Samtavisi, w regionie Shida.
Znajduje się ona na lewym brzegu rzeki Lekhura, niecałe 11 km od miasta Kaspi . Według gruzińskiej tradycji, pierwszy klasztor w tym miejscu został założony przez asyryjskiego misjonarza Izydora w 572, a później przebudowany w X wieku. Żaden z tych budynków nie przetrwał jednak. Najwcześniejsze, zachowane budowle, pochodzą z XI wieku, główny gmach wybudowany został w 1030 roku. Katedra została zaprojektowana przez architekta Hilariona, który jest również autorem pobliskiego kościoła Ashuriani. Ciężko uszkodzona przez serię trzęsień ziemi, została częściowo zrekonstruowana w XV i XIX wieku.
Piękna pogoda, urokliwe otoczenie i kompletny brak turystów sprawiały, iż zwiedzanie było bardzo przyjemne. Obejrzeliśmy kościół a potem przeszliśmy się po pobliskich ruinach, ginących wśród traw i polnych kwiatów. Następny przystanek był w centrum Gori tuż przy muzeum Stalina. Zadaszony pawilon chroni skromny, parterowy domek, w którym przyszedł na świat jeden z największych tyranów XX w. Obok, w okazałym, wielopiętrowym budynku, o dosyć ciekawej architekturze, przypominającej włoskie pałace, mieści się jego muzeum. Z Gori pojechaliśmy prosto do Upliscyche – starożytnego skalnego miasta we wschodniej Gruzji, położonego około 10 km na wschód od miasta Gori, w Kartlii Wewnętrznej.
Zbudowane na lewym, skalistym i wysokim brzegu rzeki Kury. Powstanie budynków datuje się od V wieku p.n.e do późnego średniowiecza, są one mieszanką unikatowych stylów kulturowych Anatolii i Iranu, a także architektury pogańskiej i chrześcijańskiej.
Upliscyche zostało zidentyfikowane jako jedna z najstarszych osad miejskich w Gruzji. Strategicznie ulokowane w centrum starożytnego królestwa Kartlii (lub Iberii, jak było nazywane przez antycznych autorów), funkcjonowało jako ważny ośrodek polityczny i religijny kraju.
Wraz z chrystianizacją Kartlii na początku IV wieku, Upliscyche zaczęło tracić na znaczeniu na korzyść nowych dynamicznie rozwijających się ośrodków chrześcijańskich – początkowo Mcchety, później Tbilisi. Podczas muzułmańskiego najazdu na Tbilisi w VIII i IX stuleciu Upliscyche funkcjonowało jako główna forteca. Mongolskie najazdy w XIV wieku ostatecznie zdetronizowały miasto, które praktycznie zostało opuszczone, a odżywało jedynie jako tymczasowe schronienie podczas ataków na Gruzję.
Kompleks Upliscyche dzieli się na trzy części: południową (dolną), centralną (środkową) i północną (górną). Część środkowa, która z częścią południową połączona jest wąskim tunelem, jest największa i zawiera największą liczbę wyciętych w ścianie budynków. Wąskie drogi i czasami schody rozchodzą się promieniście z centralnej ulicy kompleksu. Kilka nietrwałych części miasta zostało całkowicie zniszczonych podczas trzęsienia ziemi w 1920 roku.
Josif zaparkował w cieniu drzew i powiedział, że mamy się nie śpieszyć. Kupiliśmy bilety i weszliśmy na teren skansenu. Starannie wybrukowanym chodnikiem doszliśmy do wykutych w skale schodków, którymi doszliśmy do pierwszych nisz skalnych. Pnąc się w górę oglądaliśmy kolejne „jamy” wykute w skale. Im byliśmy wyżej, tym szerszy i piękniejszy widok roztaczał się na okolice. Minęliśmy zamkniętą cerkiew i idąc po płaskich skałach dotarliśmy do wzgórz otaczających skansen. Korciło nas, żeby dojść na sam szczyt i mimo, że za kolejnym wzniesieniem pojawiało się następne, wytrwale szliśmy do góry. W końcu istotnie dotarliśmy do płaskowyżu, który ciągnął się po horyzont. Patrząc w przeciwnym kierunku widać było całe skalne miasto, dalej rzekę, a na horyzoncie sinoniebieskie góry. Delikatny wiatr chłodził rozgrzane przez słońce skały. Łąki pomiędzy skałami pokrywały niezliczone kwiaty rumianku. Zewsząd słychać było świerszcze. Zeszliśmy do skansenu a następnie wybierając inną drogę poszliśmy na parking. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że w „naszej” taksówce siedzą jacyś ludzie. Pierwotnie sądziłem, że Josif skraca sobie oczekiwanie rozmawiając z przygodnymi turystami, ale kiedy przywitaliśmy się oświadczył, że jeśli nie mamy nic na przeciw to oto ta para młodych Kijowian zabierze się z nami do Tbilisi. Przypominając sobie poranne rozmowy o możliwości zmniejszenia kosztów transportu poprzez znalezienie innych chętnych do wspólnego podróżowania uznałem, że Josif zastosował swoje rady w praktyce, oszczędzając nam części wydatku. Mimo, że zrobiło się trochę ciasnawo, byłem mu wdzięczny. Wracając, zajechaliśmy pod monastyr Atenis Sioni, słynący z produkcji wina. Otoczenie klasztoru, tak jak cała okolica jest bardzo piękne, ale sam klasztor był cały w rusztowaniach. W środku nie było sensu niczego fotografować, natomiast na zewnątrz pozostała praktycznie tylko jedna wolna ściana a i ta, z braku „odejścia” nie dawała wielkich możliwości. Wróciliśmy na drogę i pojechaliśmy do Gori. Z samochodu wypatrzyłem na wzgórzu twierdzę i zapytałem naszych nowych towarzyszy podróży, czy mają ochotę ją zobaczyć. Zgodzili się więc poprosiłem kierowcę, żeby sie zatrzymał. Wspinając się po nierównych schodach przeszliśmy bramę i po chwili byliśmy w twierdzy. Niestety, poza pięknym widokiem na miasto i ciekawie ułożonymi kamieniami i cegłami w murach, twierdza była całkowicie pusta. Na obszernym placu stoi jedynie maszt z flagą Gruzji i budka strażników. Myślałem, że kierowca podwiezie Kijowian do Tbilisi, ale on zatrzymał się tam, gdzie my rano wysiedliśmy z Mercedesa i pokazał im skąd będą mieli marszrutkę. Następnie pojechaliśmy do domu Josifa po nasze plecaki. Kiedy się pakowaliśmy, okazało się, że powieszone pranie „zniknęło”. Było dla nas oczywiste, że zostało zabezpieczone przez gospodynię,ale ta oświadczyła, że nic nie wie. „Dochodzenie” doprowadziło do konkluzji iż zapewne zabrała je, wraz z innymi rzeczami, córka gospodarzy. Niestety nie było jej w domu, więc po telefonicznych konsultacjach rozpoczęły się poszukiwania. Czekaliśmy na ich wynik na tarasie i co kilka minut przeglądaliśmy podtykaną nam do identyfikacji bieliznę. W końcu, po którejś partii, odnalazły się nasze rzeczy i Josif zawiózł nas na umówioną wcześniej kwaterę w samym centrum starego miasta. Upewniliśmy się co do ceny i weszliśmy do bardzo obszernego, wielopokojowego mieszkania. Pomieszczenia były schludne. Ustaliliśmy, że Josif zadzwoni rano do Ukraińców i przyjedzie powiedzieć nam czy zdecydowali się na wspólny wyjazd. Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy popatrzeć na znane nam już zabytkowe budowle oświetlone licznymi reflektorami. Po powrocie przygotowaliśmy sobie posiłek, podłączyliśmy wszystkie nasze sprzęty do ładowania i po kolei wykąpaliśmy się w gorącej wodzie przy okazji robiąc pranie. Po północy wywiesiliśmy mokre rzeczy na zadaszonym tarasie i położyliśmy się do łóżka, najmniej wygodnego ze wszystkich, w jakich dane nam było spać. Przed zaśnięciem uzupełniłem jeszcze dziennik, wyrzuciłem poduszkę i „zanurkowałem” w mrok.

Zdjęcia: przy granicy z Azerbejdżanem, Agstafa, "Łzy Dawida", GRUZJA
przy granicy z Azerbejdżanem, Agstafa, "Łzy Dawida", GRUZJA




28 maja - środa

Przed szóstą pojechaliśmy do Tbilisi. Hostel, w którym mieszkali Ukraińcy usytuowany jest w samym centrum, ale uliczka, na której stoi jest bardzo spokojna. Oboje czekali przed bramą. Josif w naszym imieniu zapytał, czy mogą u siebie przechować nasze plecaki. Kiedy potwierdzili, zataszczyliśmy je do pokoiku na drugim piętrze. Kierowca na drogę przygotował dla nas dwie czekolady i sporą butelkę ...koniaku! Po kilkunastu, może dwudziestu kilku kilometrach, Josif zatrzymał się w miejscu z pięknym widokiem na Ninosmindo. Monastyr z V w., związany z jedną z najważniejszych świętych – Nino. Dzień był wyjątkowo piękny, a ruiny wewnątrz monastyru malownicze. Oglądanie i fotografowanie zajęło nam około 25 minut, po czym pojechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się przy twierdzy Chichitury. Kolejny postój wypadł w okolicy małej, czarnej twierdzy. Nie sposób było ustalić jej nazwy a jedynym wyznacznikiem miejsca był drogowskaz informujący, że do Pailachailuri jest 1 km w lewo. Samochód przemierzał obszar, po horyzont wypełniony płaskimi pagórkami pokrytymi trawą. Początkowo urokliwe widoczki, z czasem stały się monotonne i wywołujące senność. Urozmaiceniem i atrakcją stały się pozostałości warowni, której wieża usytuowana jest na szczycie skały, którą ruchy tektoniczne ustawiły pod kątem 45 st. Zatrzymaliśmy się kilkaset metrów przed jej podstawą. Z tej perspektywy wdrapanie się na szczyt wydawało się proste. Prawie biegnąc dotarłem do skały i przebyłem pierwszych kilkanaście metrów pochyłości. Niestety, im wyżej tym było stromiej. Co gorsza, skała jest bardzo krucha i wspinaczka zrobiła się problematyczna. Wiedziałem, że pozostała czwórka czeka tylko na mnie więc zrezygnowałem z wejścia i zsuwając się na butach dotarłem do podstawy. Wracając do samochodu natrafiłem na sporego żółwia greckiego. Zabrałem go, żeby pokazać dziewczynie. „Jeniec” wywijał łapami uzbrojonymi w spore pazury, więc odwróciłem go na grzbiet i położyłem na dłoni. Na szczęście dla mnie pyszczkiem w moją stronę, ponieważ żółw zastosował broń biologiczną - co kilkanaście sekund „wystrzeliwał” pociski zielonkawego, półpłynnego kału. Doniosłem go do samochodu wzbudzając ogólne zainteresowanie współpasażerów. Po obfotografowaniu zwierzaka zwróciliśmy mu wolność i pojechaliśmy dalej. Z każdym kilometrem teren wokół drogi stawał się co raz bardziej pustynny, wręcz księżycowy. Kaniony, rozpadliny przecinają ogromne połacie ziemi w kolorze ochry. Miejscami widoczne są resztki skał, których ostre cienie wydają się być fioletowo-granatowe. Za jednym z zakrętów żwirowej drogi zobaczyliśmy drzewo, przy którym stało kilka pojazdów. Kawałek dalej, po prawej stronie widoczna była skała, która identycznie jak ta, na której stoi widziana wcześniej warownia, pochylona jest pod kontem 45 st. W tym jednak przypadku, skała posłużyła do wykucia cel dla mnichów, stając się skalnym monastyrem Garedża Davida.
Kompleks kościelny został założony w VI w. przez jednego z trzynastu syryjskich mnichów, którzy przybyli w tamten region. Jeden z nich, Dawid osiedlił się w naturalnej jaskini w Górze Garedża, w późniejszym czasie wybudował pierwszy monastyr – Lavra. Uczniowie Dawida: Dodo i Lukiane założyli następne dwa monastyry: Rka i Natlismtsemeli.
Do rozwoju kompleksu przyczynił się Ilarion Kartweli (wpływowa osoba publiczna z IX w. Gruzji). Wtedy wielu znaczących mnichów przeprowadziło się do Dawid Garedża. Jednym z nich był syn króla Gruzji Dawida IV Budowniczego (1089-1125) – Dymitr I, autor słynnej pieśni religijnej Szen Kar Wenakfi, która przetrwała do dziś w niezmienionej formie i uważana jest za jedno z dzieł gruzińskiej sztuki śpiewanej.
W XI w. kompleks został najechany przez Turków Seldżuckich, zahamowało to rozwój klasztoru na pewien czas.
Na wieki XI-XIII przypada największy rozwój gospodarczy i kulturalny. Dawid Garedża osiągnęło wtedy swoją największą świetność. Zostały zbudowane nowe klasztory Udabno, Bertubani i Chichkhituri, stare zostały powiększone i zmodernizowane: wybudowano nowe cele, refektarz oraz kaplicę. W skale wykuto kanały i zbiorniki służące do gromadzenia wody. „Łzy Dawida” – jedyne źródło, dzięki któremu pierwsi pustelnicy gasili pragnienie, stało się relikwią. W klasztorze Udabno założona została szkoła malarska. Osobliwość fresków Dawid Garedża objawia się nowymi interpretacjami tematyki religijnej, w zerwaniu ze schematami szkoły bizantyjskiej. Wysoki poziom artystyczny fresków uczynił z nich ważny składnik światowego dziedzictwa. Freski wykonane były w wielu klasztorach kompleksu i przedstawiają: Dawida Budowniczego w Natlismcemeli, królową Tamarę i jej syna króla Giorgiego Łaszę w Bertubani, a także portrety Dymitriego I oraz obrazy przedstawiające budowniczych klasztoru w Udabno. W XII w. gdy ojcem przełożony monastyru został Onopre Garedżeli, stał się on ważnym centrum kulturowym i edukacyjnym wschodniej Gruzji.
W XIII w. monastyr cierpiał z powodu ataków Mongołów. Kompleks został zrabowany, zniszczony, a manuskrypty spalone. Odbudowa Dawid Garedża odbywała się powoli z powodu rozbicia kraju i władzy okupanta. Na przełomie XIV i XV w. wojska Timura najechały kraj siejąc zniszczenie. Inwazja ta miała ogromny wpływ na życie w Garedżi. W 1615 wojska perskie pod dowództwem Abbasa I Wielkiego wybiły zakonników oraz podpaliły unikalne manuskrypty i dzieła sztuki. Pod koniec XVII w. król Teimuraz oraz król Arczil próbowali ożywić mnisie życie w Garedża. Udało się to osiągnąć jedynie dzięki pomocy Onopre Maczutadze, wyznaczonego na ojca przełożonego kompleksu w 1690. Jednak częste ataki najeźdźców oraz powstanie nowych religii i świeckich szkół w XIX w. w wielu gruzińskich miastach, znacznie utrudniło rozwój kompleksu Dawid Garedża. Od 1811 do 1917 monastyr był niezamieszkany oraz pozostał pusty od 1921 do 1991. W sierpniu 2007 w monasterze przebywało 9 mnichów.
Oprócz pomieszczeń wykutych w skale, monastyr składa się także z wielu pomieszczeń wymurowanych oraz mansard, tarasów i balkonów z drewna. Wewnętrzny dziedziniec przypomina studnię. Rośnie na nim kilka drzew, a cienie skały i budynków dają przyjemny chłód. Jak większość zwiedzających obeszliśmy wszystko robiąc sporo zdjęć a następnie postanowiliśmy się wspiąć na wzgórze, którego częścią jest skała monastyru. Ukraińcy zajęci byli fotografowaniem się,więc nie zwracając na nich uwagi ruszyliśmy pod górę. Już po chwili dotarliśmy do jaskini opisanej jako pustelnia. Widok monastyru z tej perspektywy był niezwykły ale spodziewaliśmy się jeszcze lepszego z samej grani. Wytrwale szliśmy dalej i po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do krawędzi, wzdłuż której wiodła ścieżka. Wiał bardzo silny wiatr. Wzdłuż ścieżki widoczne były małe kaplice. Z prawej strony skaliste urwisko wymuszało ostrożność. Kilkadziesiąt metrów niżej przepaść przechodziła w stromiznę, która dochodziła do płaskowyżu należącego już do Azerbejdżanu. Idąc wzdłuż ścieżki natknęliśmy się na padłego, ale sporego węża. Pomyślałem wówczas, że nie chciałbym go spotkać, kiedy żył. Chwilę później, kiedy wszedłem między krzaki, żeby lepiej uchwycić na fotografii skarpę i kaplice, spod nóg umknął mi nie mniejszy, ale całkiem żywy wąż o czerwono-rdzawej łusce. Odskoczyłem po niewczasie w drugą stronę, ale było to zbędne, bo po gadzie nie było już śladu. Kaplice były albo zamknięte albo zrujnowane. Idąc od jednej do drugiej doszliśmy do ścieżki prowadzącej w dół. Ruszyliśmy nią i po chwili dotarliśmy do jaru, którego prawą stronę porastały wysokie i ostre trawy a lewą pokręcone, karłowate drzewa, wśród których kryły się niewielkie tarasy z mini uprawami. Odsłonięty fragment skały z naturalnie ukształtowanej niszy przechodził w wykute pomieszczenia. Na ścieżce minęliśmy mężczyznę w średnim wieku, który niósł pojemniki na wodę. Idąc dalej tą samą ścieżką dotarliśmy do skały nad monastyrem a stamtąd wprost na parking. Nasi towarzysze podróży, wyraźnie znudzeni, siedzieli w samochodzie. Wyruszyliśmy w drogę do sanktuarium świętej Nino. Ponownie przemierzaliśmy półpustynny obszar a następnie trawiaste wzgórza. W tym samym co poprzednio miejscu kierowca uzupełnił zapas gazu i pojechaliśmy do sanktuarium. Niniotsminda składa się z kilku obiektów. Wprost z parkingu wchodzi się do swoistego parku. Zaskakujący jest widok typowej dla włoskiego renesansu campanilli. Dalej jest kościółek w którym znajduje się grób św. Nino – jedno z największych miejsc kultu. Dalej kompleks sklepowo sanitarny. Poniżej nowo budowany kościół, który można by wziąć za zabytkowy, ponieważ zachowuje wszystkie cechy tradycyjnych budowli sakralnych sprzed setek lat. Na tej samej wysokości, po lewej stronie są zabudowania klasztorne i taras widokowy z którego roztacza się piękna panorama na obszerną dolinę i bardzo odległe góry. Spędziliśmy tam sporo czasu. Więcej aniżeli, naszym zdaniem, należało. Wielokrotnie przeszliśmy wszystkie obiekty. W końcu wszyscy zebraliśmy się przy samochodzie ale wówczas młoda kijowianka oświadczyła, że będzie się przebierać. Wsiadła do samochodu, a my przeszliśmy do cienia i czekaliśmy aż skończy. Trwało to strasznie długo, ale efekt zaskoczył wszystkich. Z samochodu wysiadła uczesana, umalowana, ubrana w koronkową, białą bluzkę, granatową spódnicę i buty na obcasie. Najwyraźniej oczekiwała pochwał, bo przedefilowała przed nami tam i z powrotem, a następnie zapytała: „No kak?” Pochwaliliśmy, żeby nie przeciągać prezentacji i wsiedliśmy do samochodu. Josif zaplanował przejazd do odległego zaledwie o 2 km Signali – ładnego miasteczka będącego zapleczem logistycznym Ninotsmindy. Zatrzymaliśmy się na rynku. Mieliśmy mieć około godzinę na spacer po miasteczku. Była też mowa o obiedzie więc oczywistym dla mnie było, że w umówionej godzinie mieści się też jedzenie. Ledwo opuściliśmy taksówkę gdy spadł rzęsisty deszcz. Postaliśmy chwilę pod arkadami a kiedy ustał poszliśmy się rozejrzeć. Idąc stromą uliczką w górę doszliśmy do murów obronnych na rogu których, była baszta. Zachęcani przez starszą wiekiem parę, weszliśmy do środka. Nic szczególnego tam nie było. Z niskiej baszty widać było kawałek miasteczka i interesujący fragment zabytkowego kościółka. Powodem aktywności „naganiaczy” była skarbonka w której gromadzono datki na rzecz kościoła. Wyszliśmy rozczarowani i poszliśmy w lewo, wzdłuż murów. Ich długość jest imponująca. Szliśmy długo, szukając jakiegoś wejścia. Po drodze przystanęliśmy przy drzewie morowym i objedliśmy się soczystymi owocami. Idąc dalej dotarliśmy do otwartej bramy, za którą spodziewaliśmy się zobaczyć zabytkowe budowle. Niestety, ścieżka wiodła jedynie w zapuszczony, gęsty park. Jedyny budynek na naszej drodze był willą z początków XX w. Wróciliśmy tą samą drogą do baszty i dalej trzymając się murów obronnych poszliśmy w kierunku widzianego wcześniej kościółka. Tym razem dosyć szybko natrafiliśmy na bramę za którą zobaczyliśmy starą, ale całkowicie odświeżoną zabudowę z XIX, może nawet XVIII w. Dotarliśmy do cerkwi, w której trwała msza. Posłuchaliśmy przez chwilę śpiewów ale zakładając, iż czas przeznaczony na spacer już upłynął, pośpiesznie wróciliśmy na rynek. Niepotrzebnie, ponieważ przy samochodzie zastaliśmy tylko Josifa. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że on również nie wie gdzie podziali się Ukraińcy. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko czekać. Po kolejnych kilkunastu minutach zobaczyliśmy dziewczynę. Szła sama w naszym kierunku, ale na rynku skręciła w lewo. Chwilę później zobaczyliśmy chłopaka. Podszedł do nas i zapytał o swoją dziewczynę. Powiedzieliśmy gdzie poszła. Po chwili oboje dotarli do samochodu. Z przekąsem zapytaliśmy czy „poguliali i pokuszali” Odpowiedź wydawała się oczywista, ale taka nie była. Dziewczyna, z uśmiechem na ustach odparła, że owszem, „poguliali” ,ale „kuszat” dopiero zamierzają bo Josif obiecał im pokazać dobrą i tanią restaurację. Wiedzieliśmy, że kierowca chciał gdzieś podjechać na posiłek, ale zakładaliśmy, że „załatwi” to możliwie szybko. Przejechaliśmy przez znaną nam już bramę, następnie cały zabytkowy kwartał i wyjechaliśmy za mury. Tuż obok jest restauracyjka przy której zaparkowaliśmy. Josif wraz Ukraińcami poszli tam a my ruszyliśmy w kierunku murów obronnych. Założyliśmy, że zamówienie jedzenia, konsumpcja i płacenie nie powinno zająć im więcej aniżeli 40 min. Niestety, bardzo się przeliczyliśmy. Pół godziny łaziliśmy po murach, choć wystarczyło na to piętnaście. Noga za nogą wracaliśmy na parking, licząc że zobaczymy całą trójkę w samochodzie. Niestety, spokojnie siedzieli przy pustym stole. Po chwili przyniesiono im jedzenie. Pół godziny jedli, potem zamówili wino i nieśpiesznie się nim delektowali. Kiedy wydawało się, że wreszcie skończą, zapalili papierosy i w najlepsze rozmawiali. Nie patrzyłem na zegarek, ale słońce chylące się ku drzewom ewidentnie dowodziło, że jest późno. Kiedy wreszcie biesiadnicy zapłacili i wrócili do samochodu stało się oczywistym, że z planów zwiedzenia kolejnych kilku miejsc nic nie będzie. Ruszyliśmy w stronę Tbilisi zastanawiając się czy zdążymy na pociąg o 22-giej. Kierowca zapewniał nas, że tak ale nikt nie mógł przewidzieć ewentualnych utrudnień. Atmosfera była jak w rodzinnym grobowcu. Na dodatek Josif palił papieros za papierosem i „katował” nas rosyjskimi piosenkami. Po kolejnym tankowaniu, jak na zamówienie, samochód zwolnił a potem się zatrzymał. Na szczęście objawy były znane kierowcy i szybko się z tym uporał. Do Tbilisi dotarliśmy po 21-szej. Bez zbędnej zwłoki odebraliśmy plecaki, rozliczyliśmy się z Ukraińcami i kierowcą. Po krótkim pożegnaniu pojechaliśmy na dworzec. Wysiadając zabraliśmy od Josifa jego dane, żeby polecić go innym i weszliśmy do budynku, który bardziej przypominał warszawskie Domy Centrum aniżeli dworzec kolejowy. Na parterze istotnie mieściły się sklepy. Perony są na pierwszym piętrze a kasy na trzecim. Piętro wyżej znajdują się punkty gastronomiczne. W informacji powiedziano nam, że nie ma biletów do Batumi na dzisiejszy wieczór. Możemy pojechać jakimś „łamańcem” lub czekać do rana. Wybraliśmy to pierwsze rozwiązanie, ale kiedy tłumaczyłem kasjerce, ta lekceważąco machnęła ręką i wydrukowała mi bilety do Batumi. Pozostały czas do odjazdu strawiliśmy na kupowaniu wody, piciu kawy i pisaniu maili. Kilka minut przed odjazdem poszliśmy na peron i wsiedliśmy do wyznaczonego wagonu, który układem przypominał ukraińskie „Plac-karty”, ale w znacznie lepszym wydaniu. Naszymi sąsiadami byli dwaj młodzi Gruzini. Mając świadomość zabójczych właściwości obuwia, zapakowaliśmy je wraz ze skarpetkami do szczelnego, foliowego worka. Pościeliłem sobie leżankę, rozebrałem się i położyłem się spać. W nocy zrobiło się chłodno, ale otulenie się kocem pozwoliło na spokojny sen do świtu.

Zdjęcia: wzgórza nad wsią, Pansheti, Świadek przeszłości, GRUZJA
wzgórza nad wsią, Pansheti, Świadek przeszłości, GRUZJA




29 maja - czwartek (ostatni dzień w Gruzji)

Kiedy wstałem wszyscy jeszcze spali więc starałem się nie hałasować. Po umyciu się zimną wodą w toalecie, zalałem kaszkę wodą z samowara (dobrodziejstwo postsowieckiego taboru kolejowego). W przeciwieństwie do swoich odpowiedników na Krymie, "oferował" nie tyle wrzątek co ciepłą wodę, ale i dzięki niej można rano zjeść coś ciepłego. Dosyć niespodziewanie dojechaliśmy do Batumi i trzeba było szybko się ewakuować z wagonu. Tradycyjnie zignorowaliśmy oferty taksówkarzy. Niestety, tym razem ze szkodą dla swoich interesów. W czasie, kiedy łaziliśmy po poczekalni i wypytywaliśmy o transport do granicy, odjechał jedyny bus łączący dworzec kolejowy z miastem. Pozostały nam ...taksówki. Wynegocjowaliśmy rozsądną cenę za dojazd do dworca autobusowego, z którego mieliśmy dojechać do granicy i pojechaliśmy. Na miejscu byliśmy przed siódmą. Wprawdzie mogliśmy od razu jechać dalej, ale chcieliśmy doładować karty telefoniczne, więc zdecydowaliśmy się na „spacer” po niemal pustym o tej porze mieście. Maszerując z plecakami wypytywaliśmy nielicznych przechodniów o punkt Bee Line. Trafiliśmy tam, ale (co było do przewidzenia) otwierano go o 10-tej. Poszliśmy więc na plażę oglądając po drodze koszmarną, pseudo nowoczesną, architekturę. Gigantomania i bezguście przytłoczyło nieliczne pozostałości starego Batumi. Zewsząd widoczne, bardzo dziwaczne, konstrukcje „ozdabiały” wielometrowe wyświetlacze ledowe. W nocy, jak widać na zdjęciach, koszmaru dopełniały kolorowe reflektory. Na szczęście za dnia niewidoczne. Usiedliśmy w cieniu zamkniętego pawilonu przy kamienistej plaży. Miałem ochotę zmyć z siebie podróżny brud i popływać lecz perspektywa noszenia mokrych rzeczy skutecznie mnie zniechęciła. Umyłem się za to pod kranem do podlewania trawników. Siedząc w cieniu i ciesząc się szumem gładkiego jak szyba morza, dopisałem brakujące fragmenty dziennika. Po dziewiątej spakowaliśmy się i nieśpiesznie poszliśmy do salonu firmy telekomunikacyjnej. Do otwarcia pozostało dwadzieścia minut więc postawiliśmy plecaki i stanęliśmy przed drzwiami. W międzyczasie doszło kilka osób, które bezceremonialnie usiłowały się wepchnąć przed nas, kiedy strażnik przekręcił zamek. Nie zamierzaliśmy „walczyć” o pierwszeństwo, ale ku naszemu zdziwieniu, ten sam strażnik wskazał na nas i odsunął pozostałych. Dzięki niewielkiemu doładowaniu odzyskałem łączność. Korzystając z wygodnej kanapy i klimatyzacji wysłałem kilka zaległych SMS`ów. W drodze na plac z marszrutkami kupiłem kubek zupełnie niezłego kwasu chlebowego. Znaleźliśmy właściwy bus. Po kilkunastu minutach, kiedy marszrutka została wypełniona do granic możliwości, wyruszyliśmy w drogę. Jadąc malowniczą szosą wzdłuż wybrzeża dotarliśmy do Sarp. Przejście graniczne mieści się w dziwacznym, futurystycznym budynku. Przed nim są pawilony z licznymi sklepikami i punktami gastronomicznymi, w których królują fastfood`y. Kupiliśmy wodę i poszliśmy szukać miejsca pod namiot. Nie było to łatwe. Z jednej strony stroma, skalna skarpa. Po drugiej stronie drogi kawałek kamienistej plaży a potem, na bardzo długim odcinku, plac budowy. Kiedy udało się nam go minąć, drogę, po której szliśmy, od głazów w morzu oddzielało urwisko, nie tylko nienadające się na biwak, ale nawet na bezpieczne zejście. Wprawdzie udało się nam jakoś przedostać nad wodę, lecz o rozbiciu namiotu nie było mowy. Posiedzieliśmy trochę nad wodą, do której nie było jak wejść. Szybko się znudziłem, więc wyszedłem na drogę i przeszedłem kilkadziesiąt metrów do miejsca, gdzie co chwila zatrzymywały się samochody. Okazała się, ze jest tam coś w rodzaju źródełka z chłodną i smaczną wodą. Najwidoczniej wszyscy o tym miejscu wiedzieli, bo niemal każdy samochód zatrzymywał się i pasażerowie nabierali wodę. Odczekałem w kolejce i też uzupełniłem przezornie zabraną butelkę. Potem skierowałem się w stronę kamiennych stopni, które doprowadziły mnie do prywatnego sadu. Pod drzewami leżały stare mandarynki, a na gałęziach wisiały młode, zielone owoce. Urwałem kilka kwaśnych śliwek i wróciłem. Czas był najwyższy na decyzję w sprawie noclegu. Przekonałem kolegę, żeby ustawić namiot na maleńkiej, trawiastej zatoczce przy drodze. Nie był zachwycony, ale nie nie miał wyboru . Rozstawiliśmy namiot, a wjazd „zabezpieczyłem” żółtą taśmą zrobioną z otuliny rury gazowej. Zagotowałem wodę do zalania makaronu. Po posiłku zasiedliśmy nad mapami, planując marszrutę na dzień następny. W tym czasie podjechał samochód, kierowca zdjął nasz prowizoryczny szlaban i zaparkował koło namiotu. Chwilę później nadjechał kolejny. Do wieczora mieliśmy „towarzystwo” czterech pojazdów, których pasażerowie wędkowali siedząc na skałach. Zanim słońce definitywnie utonęło w morzu, dopisałem kolejny rozdział dziennika i przygotowałem śpiwór. Przy odgłosach morza i szosy zapadłem w nerwowy sen, przerywany trąbieniem, błyskami reflektorów i głośnymi rozmowami właścicieli samochodów. W nocy miałem wrażenie, że śpię na środku placu manewrowego dużej firmy transportowej.



Trzecią, ostatnią część dziennika opublikuję za tydzień. Zainteresowani znajdą tam opis drogi powrotnej do kraju przez Turcję (Kapadocja, Stambuł), Bułgarię (Burgas, Czarnomorec, Sofia).

Zdjęcia

GRUZJA / Kachetia / widok ze wzgórza / SignaliGRUZJA / Tbilisi / Centralny punkt starego miasta / Święta Trójca o zachodzieGRUZJA / Gruzińska Droga Wojenna / Centralny punkt starego miasta / GRUZJA / Agstafa / przy granicy z Azerbejdżanem / GRUZJA / Pansheti / wzgórza nad wsią / Świadek przeszłości

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl