Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

GRUZJA I ARMENIA Z NAMIOTEM cz.3 > TURCJA, BUłGARIA, SERBIA


Leoncjo Leoncjo Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie TURCJA / Kapadocja / Nevsehir / Minarety wśród ruinPolecamy trzecią część dziennika z podróży. Tym razem poczytacie o powrocie do kraju przez Turcję (Kapadocja, Istambuł), Bułgarię (Burgas, Czernomorec, Sofia), Serbię, Węgry, Słowację.

30 maja - piątek (trzeci tydzień podróży)

Poranek był słoneczny. Umyliśmy się przy źródełku, sprawnie pozbieraliśmy sprzęt i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy w stronę przejścia granicznego. Za resztę Lari, kupiliśmy cztery chaczapuri.

Zjedliśmy je przy plastikowym stoliku, popiliśmy wodą i rzucając za siebie ostatnie spojrzenie na Gruzję weszliśmy do budynku. Odprawa po stronie gruzińskiej poszła sprawnie i bez problemów. Jeszcze w budynku zaczepiło nas dwóch „cinkciarzy”, chcących wymienić nam pieniądze. Waluta i „kierunek” były im obojętne. Odparliśmy „atak” i wyszliśmy na placyk skąd odjeżdżały dolmusze i taksówki. Niestety, nasze możliwości komunikacji werbalnej spadły niemal do zera. Indagowani kierowcy nie mówili po rosyjsku ani po angielsku. Używając mapy i rąk tłumaczyliśmy, gdzie chcemy jechać, a nasi „rozmówcy” przy pomocy tureckiego i gestykulacji poinformowali nas, że musimy dojechać do Hopy, gdzie jest terminal autobusowy. Problem polegał na tym, że dolmusze jadą jedynie do najbliższej miejscowości. Żądana cena wydała się nam dosyć wygórowana. Dodatkowym problemem był brak miejscowej waluty. Wprawdzie wszyscy byli gotowi przyjąć Dolary i Euro, ale wiedzieliśmy, że nie będzie to korzystny przelicznik. Kiedy tak plątaliśmy się po placu, unikając rozjechania , zawołał nas trzydziestokilkuletni mężczyzna. Bardzo poprawnym angielskim zapytał, w czym może nam pomóc. Pokrótce opowiedziałem mu gdzie chcemy jechać i z czym mamy problem. Potwierdził, iż Hopa jest właściwym miejscem. Powiedział, że jedzie na lotnisko do Trabzon`u i jeśli chcemy, możemy się z nim zabrać. Kiedy zapytałem o koszt, uśmiechnął się i odparł: „no cost”. Podziękowaliśmy za uprzejmość i zrzuciwszy plecaki przystanęliśmy przy nim. Przełamując niedostatki mojego angielskiego opowiedziałem o naszej podróży i pytałem co go tu sprowadziło. Okazało się, że nasz rozmówca jest Turkiem, pracującym w Gruzji. Mieszka w pobliżu, ale teraz właśnie wybiera się samolotem na wędkowanie w południowo-wschodniej części kraju. Oczekiwanie na samochód się przedłużało, w końcu Turek zdecydował się wezwać taksówkę. Nie byłem pewien, czy w tej sytuacji jego oferta jest aktualna, ale gestem ręki zachęcił nas do wsiadania. Ruszyliśmy w drogę. Po kilkunastu minutach wjechaliśmy do miasta. Zatrzymaliśmy się przed jakimś budynkiem. Turek najpierw powiedział coś kierowcy, potem poinformował nas, iż on ma coś do załatwienia, ale taksówkarz zawiezie nas na plac przed terminalem autobusowym. Wysiadł tak szybko, że nawet nie zdążyliśmy mu podziękować. Kierowca ruszył i po chwili byliśmy na miejscu. Zanim wysiedliśmy taksówkarz zdążył dopytać się, który przewoźnik jedzie do Kapadocji i wskazując nas, powiedział coś łysawemu mężczyźnie, z którym rozmawiał. Przed odjazdem usiłowałem przez niego przekazać podziękowania „fundatorowi”, ale nie wiem co zrozumiał, bo angielski był mu jeszcze bardziej obcy aniżeli mi. Przedstawiciel przewoźnika „przejął” nas i choć też nie mówił po angielsku wiedział wszystko, co było konieczne. Wypisał nam bilety, skasował należność i wskazując palcem na bilet i zegarek, wytłumaczył, iż odjazd jest o trzynastej. Mijała siódma więc zostawiliśmy nasze plecaki w biurze i poszliśmy w kierunku, skąd przyjechaliśmy. Po kilkuminutowym marszu dotarliśmy do pierwszych zabudowań Hopy. Mijając most zapytaliśmy przechodnia o bank. Gestem polecił nam iść za sobą i podprowadził nas do ...kantoru, gdzie wymieniliśmy pieniądze. Wychodząc postanowiliśmy iść na plażę.

Zdjęcia: Nevsehir, Kapadocja, Minarety wśród ruin, TURCJA
Nevsehir, Kapadocja, Minarety wśród ruin, TURCJA



Niestety, jak okiem sięgnąć, nigdzie takiej nie było. Z prawej strony widać było jakiś port. Z lewej, dosyć daleko, żwirowisko a między nimi spore głazy zatopione wprost w morzu. Przeszliśmy się w kierunku portu, ale po chwili doszliśmy do wniosku, że to kiepski pomysł. Wróciliśmy się i ostatecznie zdecydowaliśmy się na „plażowanie” wprost na owych głazach. Kolega usiłował wejść do wody, ale ostatecznie zrezygnował. Po godzinie smażenia się oświadczył, że idzie do cienia i wskazał odległe o kilkaset metrów pawilony.

Przytaknąłem i oddałem się wsłuchiwaniu w odgłosy wody pluskającej między głazami. Ogarnęła mnie senność. Kiedy się ocknąłem, postanowiłem odszukać W. Przy ubieraniu stwierdziłem, że musiałem się z lekka opalić, bo czułem niepokojące pieczenie. Pomaszerowałem w kierunku pawilonów, gdzie istotnie zastałem go siedzącego przezornie w cieniu drzewa. Ustaliliśmy, że jak na dzisiaj plażowania mamy dosyć i idziemy zwiedzić miasteczko. Przeszliśmy dwupasmową drogę i weszliśmy między budynki. Najwyraźniej miasteczko przygotowywało się do jakiś uroczystości bo rozstawiano stoiska i spore grupki ludzi przemieszczały się we wszystkich kierunkach. Przeszliśmy spory kawałek i wróciliśmy się pod odpowiednik naszego ratusza, gdzie najwięcej się działo. Posiedzieliśmy chwilę na obrzeżach plenerowej kawiarenki a kiedy usłyszeliśmy muzykę podeszliśmy pod zaimprowizowaną scenę. Pod zadaszeniem ustawiono rząd foteli i kilkanaście rzędów krzeseł na których zasiadali goście. Było gwarno i trwało typowe zamieszanie. Po chwili fotele zapełnili notable i rozpoczęto uroczystość. Turek, z którym przyjechaliśmy do Hopy wspominał coś o obchodach święta przyjaźni gruzińsko-tureckiej, więc zapewne to było właśnie to. Jak zawsze i wszędzie rozpoczęto od przedstawiania gości i przemówień, podczas których czuliśmy się jak „na tureckim kazaniu”. Na szczęście były dosyć krótkie, a zaraz po nich rozpoczęła się część artystyczna. Pierwszy wystąpił zespół turecki.

Barwne stroje były największym jego atutem. Tancerze i tancerki nie byli szczególnie urodziwi. Nastolatkami także już od dawna nie byli, a prezentowane tańce okazały się monotonne i mało dynamiczne. Po nich wystąpili Gruzini, dzięki którym występ nabrał żaru i tempa. Chłopcy nieco „dziewczęcy”, ale dziewczęta zachwycały urodą i wdziękiem. Niestety, występ nie trwał długo. Skorzystaliśmy z okazji i podczas pozowania zespołu reporterom zrobiliśmy też kilka zdjęć. Pokręciliśmy się jeszcze przy straganach i stoiskach z rękodziełem i nieśpiesznie wróciliśmy na dworzec. O trzynastej podjechał autokar o standardzie, którego PKS mógłby jedynie pozazdrościć. Wpakowaliśmy plecaki do luku bagażowego i zajęliśmy wyznaczone miejsca. Byliśmy jedynymi pasażerami a na dodatek nic nie wskazywało na rychły odjazd. Dotarło do nas, że podana nam godzina trzynasta była czasem przyjazdu a nie odjazdu. Wysiedliśmy i „pilnując” autobusu kręciliśmy się w jego pobliżu. O czternastej autobus z kilkunastoma pasażerami wyruszył w drogę. Szybko nauczyliśmy się jak korzystać z wbudowanych w oparcia telewizorów. Po godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na jakimś dworcu. Ku naszemu zdziwieniu, czysty autobus poddano myciu i sprzątaniu. Postój trwał godzinę i zaczęliśmy się zastanawiać, jak w tym tempie dojedziemy do celu na godzinę siódmą wieczorem, którą wyczytaliśmy na bilecie. Pomału zapadał zmrok, przyspieszony zachmurzonym niebem z którego zaczęło padać. Pokonywaliśmy kolejne kilometry wzdłuż wybrzeża, choć Newshir, do którego jechaliśmy znajduje się w centralnej Turcji.

Zdjęcia: plac przed Błękitnym Meczetem, Stambuł, W oczekiwaniu, TURCJA
plac przed Błękitnym Meczetem, Stambuł, W oczekiwaniu, TURCJA



Kiedy zegarki pokazały dziewiętnastą, a my nadal mieliśmy morze w zasięgu wzroku zapytałem serwującego napoje stewarda, o której planowany jest przyjazd. Ten odparł, że będziemy na miejscu o piątej rano. Najwyraźniej interpretacja tureckich biletów nie była naszą mocną stroną. Pogodzeni z losem a nawet zadowoleni z takiego obrotu sprawy, ponieważ odpadł nam problem noclegu, zajęliśmy się oglądaniem tureckiej telewizji, słuchaniu radia i drzemaniem. Tego wieczora, napoje podano jeszcze raz a potem zmniejszono natężenie światła. Wszyscy ułożyli się na tyle wygodnie na ile pozwalały warunki i usiłowali spać. Klimatyzacja działała nad wyraz sprawnie, do tego stopnia, że na kolejnym postoju poprosiliśmy o otwarcie luku żeby zabrać coś ciepłego do ubrania. Mimo komfortowego wyposażenia, autobus nie jest odpowiednim miejscem do spania. Wierciliśmy się niemiłosiernie usiłując przespać choćby godzinę bez przerwy, ale nie było na to szansy.

31 maja - sobota

Ocknąłem się ponownie około piątej. Bazując na informacji od stewarda, zbliżaliśmy się do celu i należałoby się zbierać. Za oknami przesuwały się łagodne wzgórza bez śladów większego miasta. Dopiero godzinę później, na horyzoncie, pojawiły się skały a nad nimi dziesiątki kolorowych balonów. W promieniach porannego słońca widok był niesamowity. Chwilę później autobus wjechał do Newschir, przejechał przez centrum i zatrzymał się na imponującym wielkością dworcu autobusowym. Weszliśmy do pozornie pustego gmachu, ale na dźwięk elektronicznej bramki pojawił się niski mężczyzna w średnim wieku i zapytał w czym może pomóc. Powiedzieliśmy mu co nas sprowadza a on zaprowadził nas do niewielkiego biura w lewym skrzydle budynku i rozłożył przed nami kilka mapek z trasami wycieczek po okolicy. Domyśliliśmy się, że nasz rozmówca jest agentem turystycznym. Wysłuchaliśmy tego, co miał do powiedzenia, pozbieraliśmy mapki i umówiliśmy się, że się skontaktujemy po przemyśleniu propozycji. Oferta była interesująca, ale relatywnie droga. Wprost z biura poszliśmy do płatnej toalety dworcowej, żeby się odświeżyć. Woda w kranach była chłodna, ale wystarczająco „mokra”. Potem wyszliśmy przed terminal i zapytaliśmy jednego z kierowców o transport do miasta. Wskazał nam nieduży autobus stojący przy parterowym budynku. Wsiedliśmy a nasz informator za nami. Kiedy okazało się, że to on będzie „powoził”, zapytaliśmy o wioskę Uchisar, która była naszym celem. Okazało się, że w centrum musimy się przesiąść. Po kilku przystankach kierowca odwrócił się w naszą stronę i powiedział, że tu możemy poczekać na interesujący nas autobus. Usiedliśmy na przystanku i rozmawialiśmy. W tym czasie przysiadł się do nas starszy mężczyzna i zapytał dokąd się wybieramy. Po chwili już wiedzieliśmy, że mieszka w Uchisar i jest miejscowym przewodnikiem. Wyciągnął z torby mapki i zaoferował nam pomoc. Wspólnie dojechaliśmy do celu. Kiedy wysiedliśmy na urokliwym ryneczku z widokiem na „Zamek” i „Wieżę”. Dwie gigantyczne skały wieńczące wzgórze.

Obie, jak wszystko wokół, poryte dziesiątkami mniejszych i większych wnęk, grot i korytarzy. Mijając je doszliśmy do niedużego baru, a raczej zadaszonego placyku z wydzieloną, plenerową kuchnią. Wszystko usytuowane nad urwiskiem z pięknym widokiem na trzy doliny i niezliczone formacje skalne. Zostaliśmy przedstawieni właścicielowi. Nasz przewodnik poprosił także w naszym imieniu o wrzątek do zalania kaszek, które chcieliśmy zjeść na śniadanie.

Zdjęcia: Arapia, Carevo, Kipiel, BUłGARIA
Arapia, Carevo, Kipiel, BUłGARIA



Prośba została spełniona a żeby nie wyglądało na to, iż mamy zamiar nadużywać bezinteresownej gościnności zamówiliśmy jeszcze kawę i herbatę. Poprosiliśmy właściciela o możliwość pozostawienia plecaków i z podręcznym bagażem ruszyliśmy zwiedzać. Ponownie przeszliśmy obok „Zamku” pod którym rozstawione były stragany z przyprawami, suszonymi owocami i niezliczoną ilością różnorodnych mieszanek. Kilkadziesiąt metrów dalej weszliśmy na ścieżkę, która prowadziła w dół doliny. Przechodząc od skały do skały i penetrując kolejne wnęki i pomieszczenia w nich wykute nie mogliśmy opanować zdziwienia i zachwytu. Białe skały wspaniale kontrastowały z błękitem nieba i nielicznymi, ale soczystymi skrawkami zieleni. Głębokie cienie i mroczne wnętrza dopełniały niezwykłości miejsca. Większość „domostw” jest niezamieszkałych ale niespodziewanie wchodziliśmy na podwórka, na których toczyło się normalne życie rodzinne.

Gdzieniegdzie trafialiśmy na wykute w skale knajpki i hoteliki. Kiedy z lekka ochłonęliśmy, zaczęliśmy równocześnie z podziwianiem, rozglądać się za miejscem na nocleg. Bardzo chciałem spędzić choć jedną noc w takim miejscu. Niestety, większość pomieszczeń była zawalona śmieciami a wszystkie pokryte grubą warstwą skalnego pyłu. Jedna ze skał wydała mi się szczególnie atrakcyjna, ponieważ mieszczące się w niej pomieszczenia były usytuowane na różnych poziomach a widok z „okien” był fascynujący. Byłem gotowy zabrać się za sprzątanie, żeby móc tam przenocować, ale kolega zaoponował, twierdząc że zalegający pył będzie nie do usunięcia ze śpiworów. Niestety, było w tym sporo racji więc z żalem zrezygnowałem. W zaułku utworzonym z wysokich skał, natrafiliśmy na opuszczony hotelik. Pomieszczenia były niedokończone, lub już zdewastowane, ale obszerny, zadaszony taras idealnie nadawał się pod rozbicie namiotu. Postanowiliśmy wrócić tu z plecakami. Idąc dalej dotarliśmy do szosy, którą przeszliśmy kilkaset metrów i skręcając w prawo doszliśmy do krawędzi jednej z głębokich dolin, opisywanych w przewodnikach. Ściany były strome a co gorsze, wąskie ścieżki wydeptane przez kozy, osypywały się przy każdym kroku.

Kilka kolejnych prób zejścia nimi zakończyły się niepowodzeniem. W. zaproponował, żebyśmy spróbowali przejść do następnej, która wydawała się łatwiejsza. Pierwsze kilkanaście metrów istotnie było łatwe, ale dalej sytuacja się powtórzyła. Chodziliśmy tam i z powrotem. Poirytowany postanowiłem zaryzykować i mimo sypiącego się z spod nóg tufu zabrałem się do schodzenia w dół. W tym samym momencie usłyszałem nawoływania i zobaczyłem na dnie doliny człowieka w czerwonym ubraniu, który wymachiwał rękoma i wołał w moją stronę. Słów nie sposób było zrozumieć, ale gesty nie pozostawiały wątpliwości. Ewidentnie odradzał schodzenie w tym miejscu. Kiedy zauważył, że się zatrzymałem pokazał mi kierunek i na migi wytłumaczył, jak zejść. Poszliśmy za jego radą i po chwili natrafiliśmy na ścieżkę, którą bezpiecznie dotarliśmy na sam dół. Wokół piętrzyły się pofałdowane skały, które wieńczyły białe od słońca falbany przypominające zastygłe morskie fale. Dno doliny wykorzystywane jest pod uprawę. Mini ogródki i sady dzielą liche, prowizoryczne płotki z siatki. Pomiędzy nimi wije się ścieżka, którą ruszyliśmy w dalszą drogę. Kilkaset metrów dalej, w cieniu drzewa zobaczyliśmy trzech mężczyzn. Jeden z nich ubrany był na czerwono i to zapewne on wskazał nam miejsce zejścia. Podziękowałem gestem i poszliśmy dalej. W kilku miejscach natrafiliśmy na innych turystów, ale generalnie było bezludnie. Co krok pojawiały się ciekawe widoki. Każda kolejna skała, jest na swój sposób wyjątkowa. W połowie doliny kolega postanowił coś zjeść, więc znaleźliśmy zacienione miejsce. Nie byłem głodny. Wypiłem kilka łyków wody i w czasie kiedy on się posilał, poszedłem w głąb nieogrodzonego sadu. Po chwili dotarłem do ściany kanionu.

Zdjęcia: Klify Ahtopolu, Carevo, Na klifie, BUłGARIA
Klify Ahtopolu, Carevo, Na klifie, BUłGARIA



Zrobiłem kilka zdjęć i wróciłem. Idąc dalej natrafiliśmy na miejsce, w który łączyły się obie doliny. Początkowo mieliśmy ochotę skręcić tam i dotrzeć do miejsca, do którego nie udało się nam zejść za pierwszym razem ale pora była wczesna, więc obiecując sobie powrót tą trasą, poszli dalej. Chwilę później zobaczyliśmy wejście do kolejnej doliny a przed nami zarysowały się budynki i ewidentnie zamieszkałe jaskinie tworzące całkiem sporą wioskę. Najpierw weszliśmy na szlak do Doliny Gołębi, gdzie usytuowany z lewej strony skalny kościół, przykuł naszą uwagę. Obejrzeliśmy wykute w skale ozdobne wnętrza i wróciliśmy na ścieżkę wiodącą do wioski. Kilka minut później byliśmy na ruchliwym i ludnym rynku. Z mapki wynikało, iż stąd już niedaleko do „Doliny Miłości”, która przez wszystkie przewodniki opisywana jest jako absolutnie unikatowa. Upewniając się co do kierunku u mijanych osób, poszliśmy wzdłuż asfaltowej drogi. Zgodnie ze wskazówkami, tuż przed szczytem wzgórza skręciliśmy w prawo i natrafiliśmy na winnice, pomiędzy którymi wije się polna droga. Po chwili natrafiliśmy na grupkę ludzi, którzy potwierdzili wybrany kierunek.

Szliśmy grzbietem wzniesienia, mijając winnice i mając rozległy widok na otaczające nas skaliste wzniesienia i doliny, wypełniające przestrzenie między nimi. Po pół godzinnym marszu, zorientowałem się, iż niewłaściwie interpretujemy posiadany plan dolin i powinniśmy skręcić w lewo. Chwilę później dotarliśmy do krawędzi kanionu.

Ponownie strome zbocza, ostre krzewy i osypujący się grunt uniemożliwiły nam zejście. Poszukiwania dogodnej ścieżki powiększały liczbę zadrapań i otarć, nie zbliżając nas do celu. Ostatecznie natrafiliśmy na miejsce, które pozwoliło dotrzeć niemal do dna kanionu ale ostatnie kilka metrów było bardzo strome. Nie mieliśmy ochoty na powrót i ponowne szukanie ścieżki, więc zsunęliśmy się po skale. Brnąc wśród ostrych jak noże traw przedostaliśmy się do piaszczystej drogi, którą poszliśmy dalej. Istotnie, wyrastające zewsząd kamienne fallusy tłumaczyły nazwę miejsca. Chylące się ku zachodowi słońce malowało je w ciepłe, pastelowe kolory a długie i głębokie cienie uplastyczniały roztaczający się widok. Ścieżka wije się między skałami. Czasami gwałtownie wznosi się ku górze, żeby kawałek dalej stromo opadać w dół. Liczne odnogi tworzą obejścia, a nierzadko kończą się urwiskiem lub pionową skałą, zmuszając do powrotu po własnych śladach. Idąc przed siebie zauważyliśmy coś na kształt wykutej w skale bramy. Chciałem uwiecznić to miejsce na zdjęciu, ale za nią stał kilkuletni chłopiec. Czekałem aż sobie pójdzie, ale ten najwyraźniej mnie obserwował i nie miał ochoty „zniknąć”. Ruszyłem w jego stronę, co sprawiło, że ów skrył się za wyłomem. Zrobiłem zdjęcie i przeszedłem pod kamiennym stropem. Kawałek dalej zobaczyłem chłopaka i inne dziecko bawiące się przy biwakującej tureckiej rodzinie. Najwyraźniej ludzie ci byli w trakcie przerwy w pracach polowych. W osmalonym czajniku gotowała się woda, a siedząca w kucki kobieta przygotowywała posiłek. Chciałem się wycofać, ale druga kobieta zamachała w moją stronę, zachęcając do podejścia. Przywitałem się i zapytałem czy mogę zrobić zdjęcie.

Zdjęcia: Arapia, Carevo, Osty, BUłGARIA
Arapia, Carevo, Osty, BUłGARIA



Obawiałem się, że angielski nie będzie w tym przypadku pomocny, ale mężczyzna towarzyszący im przetłumaczył moją prośbę. Starsza kobieta przytaknęła i przybrała dostojną pozę. Zrobiłem zdjęcie i kiedy przymierzałem się do kolejnego usłyszałem nawoływania zaniepokojonego kolegi. Podziękowałem i pobiegłem w stronę, skąd dochodził głos. Początkowo dosyć szeroka i wygodna droga, w miarę marszu, zmieniła się w wąską ścieżkę, która rozwidlała się i kluczyła między skałami, zmuszając nas do przedzierania się przez zarośla lub brnięcia po błocku. W zacienionych i mokrych miejscach roi się od owadów. Często wdrapując się na jakieś wzniesienie, musieliśmy się wracać, bo nie było przejścia. Podsunęło mi to myśl, iż nietrywialne skojarzenia kształtów skał były inspiracją nazwy doliny a raczej jej bliski temu uczuciu charakter: Piękne, fascynujące wręcz widoki ale i trudy w pokonywaniu kolejnych etapów. Boleśnie raniące krzaki i liczne ślepe zaułki, które mamią kiedy się w nie wchodzi i zmuszają do wysiłku przy ich obchodzeniu. W końcu udało nam się dotrzeć do końca doliny ale wyjście z niej jest równie trudne jak wejście. Wspinaczka po skałach była wyczerpująca. Kiedy dotarliśmy do szczytu, gdzie rozpościerała się szeroko winnica, zobaczyliśmy na tle zachodzącego słońca odległe wzgórze ze znanymi nam już skałami, które wraz z zabudowaniami u ich podnóża wyglądały jak biblijna wieża Babel. Po półgodzinnym, intensywnym marszu dotarliśmy pod wzgórze. Opłukaliśmy sie przy wężu nawadniającym trawnik i poszliśmy do knajpki po plecaki.

Obsługa się zmieniła, ale kiedy powiedziałem po co przyszliśmy nikt nie robił nam trudności. Wychodząc poprosiłem jeszcze o możliwość doładowania akumulatora w aparacie. Wskazano mi wolne gniazdko, ale jednocześnie zostałem uprzedzony, że o dziewiętnastej zamykają. Obiecałem, że będę na czas i poszliśmy szukać wypatrzonego wcześniej miejsca. Szybko rozstawiliśmy namiot i zagotowaliśmy wodę do zalania makaronu. Po kilkunastu minutach, najedzony, ruszyłem w kierunku knajpki. Akumulator nadal świecił na pomarańczowo, ale nie było wyjścia. Zabrałem go ze sobą. W drodze powrotnej, przechodząc koło skalnego hoteliku, postanowiłem poprosić tam o możliwość doładowania aparatu. W środku nikogo nie było. Moje nawoływania także nie przyniosły efektu. Kiedy zrezygnowany wychodziłem natknąłem się na starszego mężczyznę. Usiłowałem wytłumaczyć mu po co przyszedłem ale odniosłem wrażenie, że angielski jest mu obcy. Zastosowałem powszechną wśród naszych rodaków metodę: powtórzyłem najistotniejszy fragment monologu głośno, przesadnie równocześnie gestykulując. Efekt był zadziwiająco dobry. Po chwili ładowarka tkwiła w gniazdku a ja wracałem do obozowiska. Ostatnie promienie z trudem docierały między skały ale postanowiłem umyć naczynia i nabrać wody. Pozbierałem wszystko do reklamówek i szybkim krokiem wdrapałem się po skałach na wzgórze.

W miejscu gdzie do południa stały stragany znalazłem kran. Umyłem menażkę i kubek, nabrałem wody i poszedłem z powrotem. Zostawiłem wszystko przy namiocie i popędziłem do hoteliku. Niestety, światełko nadal sygnalizowało ładowanie, więc sprawdzoną metodą poprosiłem o możliwość dalszego ładowania. Po godzinie, w świetle „czołówki” po raz kolejny wdrapałem się po skałach i odebrałem naładowany akumulator. Mężczyzna, którego posądzałem o brak znajomości języków obcych, tym razem był rozmowniejszy. Słabym anglo-niemieckim powiedział, że jest stróżem i mogę przychodzić kiedy zechcę. Podziękowałem wylewnie, ale wiedząc, że nazajutrz jedziemy dalej, powiedziałem, iż nie będzie ku temu okazji. Wróciłem do namiotu i z ulgą ułożyłem się w śpiworze.

1 czerwiec - niedziela

Pogoda, na pierwszy rzut okiem, wydała się cokolwiek kiepska, więc przyjąwszy odpowiednią pozycję zapadłem w drzemkę. Godzinę później zdecydowałem się wstać. Było zadziwiająco zimno. Niebo zasnute chmurami nie wróżyło najlepiej. Na domiar złego wiał silny wiatr, więc rozstawiłem sprzęt do gotowania w jednym z pomieszczeń hotelu i szybko zagotowałem wodę. Zjedliśmy śniadanie popijając sporą ilością kawy zbożowej. Szybo zwinęliśmy obozowisko, pozbieraliśmy śmieci i ruszyliśmy w kierunku rynku, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć przystanek autobusowy. Istotnie, w jednej z bocznych uliczek znaleźliśmy go i po kilku minutach jechaliśmy do miasta.

Przesiadka i podróż do dworca autobusowego nie zajęła nam więcej aniżeli pół godziny. W kasie kupiliśmy bilety do Istambułu. Przepakowaliśmy się do małych plecaków, a duże zostawiliśmy w przechowalni. Cena nie była niska ale chodzenie po mieście bez obciążenia było tego warte. Przyjaciel postanowił zrealizować swoje marzenie o prawdziwej łaźni tureckiej. Nie bardzo miałem na to ochotę. Jadąc do centrum łudziłem się, że jakieś okoliczności sprawią, iż do tego nie dojdzie. Kierowca autobusu wskazał nam właściwy przystanek a grupka chłopców doprecyzowała trasę. Po kilkuset metrach zobaczyliśmy zabytkowy meczet, obok medresę i oczywiście hamam. W drzwiach stał mężczyzna w średnim wieku, którego zapytaliśmy o cenę. Odparł, że 25 TL. Usiedliśmy na pobliskiej ławeczce i zjedliśmy kawałek placka popijając wodą. W trakcie jedzenia przekonywałem, kolegę, żeby poszedł sam a ja poczekam na niego, ale ostatecznie się zgodziłem uznając, że przed podróżą do Istambułu przyda mi się kąpiel w ciepłej wodzie. Dwukondygnacyjne wnętrze było mroczne. Na środku kamienna fontanna. Z lewej strony coś na kształt kontuaru, za którym „urzędował” widziany wcześniej mężczyzna. Na wprost niskie i wąskie drzwi. Z prawej strony rodzaj piętrowych ław pokrytych kobiercami a jeszcze dalej drewniane przepierzenie, które okazało się przebieralnią. Bez zbędnych słów zostaliśmy zaopatrzeni w klapki, ręczniczki przypominające niewielkie obrusy i klucz do przebieralni. Weszliśmy tam i pozbywszy się ubrań owinęliśmy się „obrusami”. Nieco skonfundowani wyszliśmy do hall`u. Mężczyzna wskazał nam niskie, ciemne drzwi. Za nimi były następne. Po ich otwarciu otoczyło nas bardzo wilgotne i gorące powietrze. Staliśmy w wysokim, jasnym pomieszczeniu o wykafelkowanych ścianach. Z prawej strony jest kilkumetrowy basen. Na wprost kolejne drzwi, a z lewej przejście do pomieszczenia, którego przeznaczenie miałem poznać nieco później. Stamtąd wyszedł łysawy pięćdziesięciolatek „ubrany” identycznie jak my i wskazał nam drzwi na wprost. Zanim przez nie przeszliśmy, zbadałem ręką temperaturę w basenie i z ulgą stwierdziłem, że jest w sam raz. Jak złudne to było wrażenie przekonałem się kilkadziesiąt minut później. Za drzwiami panował mrok. Wilgotność powietrza i temperatura były jeszcze większe. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do warunków stwierdziłem, że jesteśmy w bardzo obszernym, sześciokątnym pomieszczeniu nakrytym kopułą.

Maleńkie okrągłe otwory w sklepieniu przypominały gwiazdy na nieboskłonie i dawały tyleż światła. Na środku, usytuowany jest marmurowy, także sześciokątny podest. W narożnikach zauważyłem przepierzenia, których wejścia zasłonięte są ceratową kotarą. Przy marmurowych ścianach usytuowane są kamienne misy, do których cieknie woda a jej odgłosy odbijane są głębokim echem w panujących tam ciemnościach. Wydawało nam się, że jesteśmy sami, ale po chwili stwierdziliśmy, że w prawym rogu pomieszczenia jest maleńka sauna, w której ktoś jest. Trudno go było dojrzeć, ale wydawał niepokojąco głośne dźwięki. Coś w rodzaju westchnień, stękań. Usiedliśmy na podeście, który był przyjemnie gorący. Natychmiast zaczęliśmy się pocić. Zastanawiałem się czy jaka musi być temperatura w saunie, skoro tu jest tak gorąco. Po chwili było jednak mi to już całkowicie obojętne.

Ogarnęła mnie senność i popadłem w rodzaj letargu. Jakby z opóźnieniem docierały do mnie dźwięki z otoczenia, a pod zamkniętymi powiekami przewijały się odrealnione, mroczne obrazy. Straciłem poczucie czasu. Gdzieś z oddali dotarło do mnie, że ktoś coś mówi. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że kolega rozmawia z mężczyzną, którego spotkaliśmy w pomieszczeniu z basenem. Z trudem skupiłem się na wypowiadanych do mnie słowach. W końcu zrozumiałem, że proponuje nam masaż i mycie. Kiedy zapytaliśmy o cenę, rozmówca dał do zrozumienia, że jest to już w cenie łaźni. Tak przekonany kolega wstał i poszedł za łaziebnym a ja ponownie się „wyłączyłem” sam nie wiem na jak długo. Dobiegający zza jaźni niepokojący chichot zmusił mnie do otwarcia oczu. Przede mną stał ociekając wodą W. i chichotał. Nie do końca pewny, czy to co widzę jest kontynuacją majak czy rzeczywistością spojrzałem pytająco. Kolega wskazał drzwi i nie przestając się śmiać powiedział: „idź tam, on już na ciebie czeka.” Całą sytuacja wydała mi się co najmniej dziwna. Rozkojarzony zapytałem: „kto na mnie czeka?”. „No, ON” odparł i zrobił niezrozumiały gest wokół bioder. Ociągając się wstałem i poprosiłem „powiedz mi, o co tu chodzi?”. „Nie ma czasu. Idź, sam zobaczysz” - powiedział i znowu roześmiał się głośno. Niepewnie zrobiłem kilka kroków w stronę drzwi. Wszedłem do pustego pomieszczenia z basenem i wówczas, w przejściu do pomieszczenia po prawej stronie pojawił się łaziebny. Z kamienną miną, gestem zachęcił mnie do wejścia. Niewielkie pomieszczenie, także całe w kafelkach, wyposażone jedynie w obszerną leżankę zalane było wodą. Mężczyzna bez najmniejszych skrupułów pozbawił mnie mojego „obrusiku” i polecił mi położyć się na leżance. Kiedy to uczyniłem „wyszczelinował mnie” zdjętą wcześniej szmatką i z impetem wylał na mnie wiadro gorącej wody. Zanim zdążyłem się zorientować przystąpił do zdzierania ze mnie skóry. Może nie całkiem dosłownie, choć po niedawnych oparzeniach słonecznych tak to odebrałem. Nie zdążyłem zauważyć czym to robił ale wyobraziłem sobie gruboziarnisty papier ścierny w rękach mojego „oprawcy”. Szorował mnie tym czymś z entuzjazmem Stachanowca. Momentami z trudem powstrzymywałem się od syczenia z bólu. Łzy ciekły mi mimowolnie po policzkach wraz ze strugami wody, którą raz po razie byłem oblewany. Kiedy „obróbka ze skrawaniem” dobiegła końca, zostałem obrócony na plecy, ponownie „wyszczelinowany” i znowu „torturowany”. Było to tym bardziej bolesne, że oparzenia z przodu były obszerniejsze i głębsze. Po kilku minutach byłem gotowy błagać o litość. Na szczęście ta część dobiegła końca. Kolejny etap był nieco krępujący, choć po brutalnym początku wydał mi się niezwykle delikatny. Łaziebny z trudną do pojęcia delikatnością przystąpił do dokładnego mycia każdego kawałka mojej skóry. Począwszy od głowy, poprzez uszy i szyję a skończywszy na każdym palcu u nóg oddzielnie. Chluśnięciem wody zasygnalizował konieczność zmiany pozycji. Teraz zabrał się za drugą stronę, również nie omijając niczego. Ponowne chluśnięcie odebrałem jako sygnał do opuszczenia leżanki, ale on przytrzymał mnie stanowczo. Zauważyłem, że do prawie metrowego, tekstylnego worka coś włożył, następnie go namoczył, następnie machając nad głową, napompował powietrzem jak balon. Szybko skręcił wlot i zaczął mnie ugniatać. Wydostające się porami powietrze utworzyło gigantyczne ilości piany, której (sądząc po zapachu) źródłem były płatki mydlane. Po chwili tonąłem w niej wraz z leżanką i połową pomieszczenia. Chluśnięcie gorącą wodą uwolniło mnie od nadmiaru mydlin, umożliwiając zaczerpnięcie powietrza. Kiedy zostałem ponownie odwrócony szybko nabrałem powietrza i zamknąłem oczy. Piana, rodem z przepastnego worka, na powrót wypełniła pomieszczenie. Oczekiwałem zbawczej strugi gorącej wody, która na szczęście nadeszła zanim skończyło mi się powietrze. Tym razem był to już koniec „zabiegu”. Oddano mi „obrusik”, którym się okryłem, choć w tej sytuacji wydało mi się to już zbędne i wskazano mi basen. Pamiętając, iż zaraz po wejściu do łaźni sprawdziłem temperaturę wody, wszedłem na drabinkę i zanurzyłem się w ...lodowatej wodzie. Pokurczony z zimna uświadomiłem sobie, że woda jest dokładnie taka, jak półtorej godziny temu, ale ja przez ten czas byłem oblewany własnym potem a następnie wiadrami „ukropu” i dlatego tak odczułem różnicę. Wytrzymałem kilka minut i z ulgą wróciłem do „ciemnicy”. Kolega koniecznie chciał wiedzieć jak mi się podobało. Z jednej strony byłem trochę zły, bo mimowolnie poddałem się zabiegom pielęgnacyjnym, jakich nie doświadczałem od czasów niemowlęcych a z drugiej strony trudno było nie dostrzec komizmu sytuacji. Z niepokojem obejrzałem poodzierane do krwi fragmenty skóry i ze zdziwieniem stwierdziłem, że wprawdzie są silnie zaczerwienione, nie tylko nie krwawią, ale wyglądają całkiem dobrze. Podczas mojej nieobecności w tej części łaźni pojawiło się kilku brzuchatych Turków. Jeden z nich zażyczył sobie znane nam już mycie, ale ku naszemu zdziwieniu, nie poszedł do „katowni” ,a rozłożył się na podeście a przybyły ze sprzętem łaziebny przystąpił do mycia. Dzięki temu mogłem z wygodniejszej aniżeli poprzednio pozycji obserwować cały proces. Kiedy dobieg końca delikwent poszedł za jeden z parawaników i sądząc po odgłosach dokładnie się opłukiwał. Postanowiliśmy pójść jego śladem i korzystając z zabranego szamponu umyć włosy. Pomieszczenia oddzielone od reszty parawanem były maleńkie. W narożniku stoi tam kamienna misa, do której nieustannie płynie gorąca woda. Jedynym ruchomym sprzętem jest metalowa miska, która służy do polewania się wodą.

Zdjęcia: Cerkiew Świętej Niedzieli, Sofia, Święci z żyrandola, BUłGARIA
Cerkiew Świętej Niedzieli, Sofia, Święci z żyrandola, BUłGARIA



Spędziliśmy tam sporo czasu, znacznie więcej aniżeli wymagało najdokładniejsze nawet mycie. W końcu, nieco z żalem, postanowiliśmy zakończyć pobyt w łaźni. Przeszliśmy do pomieszczenia z basenem i już otwieraliśmy drzwi do przejścia, kiedy zatrzymał nas łaziebny. Gestem nakazał nam oczekiwanie i po chwili wrócił niosąc identyczne jak używane przez nas, ale całkiem suche, „obrusiki”. Bezceremonialnie odebrał nam mokre i wręczył suche. Doceniliśmy to wychodząc na zewnątrz, gdzie powietrze było o co najmniej kilkanaście stopni chłodniejsze. Zaraz za drzwiami mężczyzna, którego spotkaliśmy na samym początku, podszedł z kilkoma dużymi ręcznikami i bez słowa opatulił każdego z nas, tworząc na głowie coś w rodzaju turbanu a z drugiego pelerynę. Zaraz po tym wskazał nam podesty z kobiercami, gdzie rozsiedliśmy się wygodnie a on przystąpił do ...dokładnego wycierania. Ponownie musieliśmy się powstrzymywać od śmiechu, bo było to dosyć niecodzienne. Kiedy skończył wyszedł za kotarę i po chwili wrócił z tacką, na której były dwie szklaneczki, ze słomkowym, parującym napojem. Była to najlepsza, jaką miałem okazję pić, herbata jabłkowa. Gorąca i aromatyczna. Sączyłem ją, żałując iż nie mamy do dyspozycji pełnego dzbanka. Kiedy wypróżniliśmy szklaneczki do ostatniej kropli, nie do końca pewni czy tak należy, udaliśmy się do przebieralni.

Niechętnie ubierałem nie do końca świeże ubranie na wyszorowane do granic możliwości ciało. Zastanawialiśmy się czy do uiszczonej przy wejściu należności nie będzie trzeba dopłacić, za tak kompleksową obsługę lecz nikt od nas tego nie zażądał. Wychodziliśmy żegnani przez obu panów. Po niewczasie zorientowaliśmy, że należało dać przynajmniej coś w rodzaju bakszyszu ale było już za późno. Na zewnątrz pogoda uległa raptownej poprawie. Ołowiane chmury ustąpiły miejsca białym cumulusom, za których wyzierało słońce, rozparte na błękicie nieba. Prosto z hamamu poszliśmy pod meczet. Po drodze minęliśmy medresę, do której jednak drzwi były zamknięte. Była pora modlitwy, ponieważ liczne grupy mężczyzn wchodziły do środka, wcześniej dokonując rytualnej ablucji w zdobnej łaźni. Nie chcieliśmy przeszkadzać, więc po zrobieniu zdjęć z dystansu poszliśmy w górę uliczki. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, iż w miarę wchodzenia napotykaliśmy co raz więcej, częściowo lub całkowicie, zburzonych domów. W połowie wzgórza jedynymi całymi obiektami były liczne meczety i minarety. Początkowo sądziłem, że mamy przed sobą skutki jakiegoś kataklizmu, ale doszedłem do wniosku, że trzęsienie ziemi nie oszczędziłoby wysmukłych minaretów a te stały nienaruszone. Z drugiej strony trudno mi było sobie wyobrazić powód wyburzenia całej dzielnicy. Wśród ruin, tu i ówdzie pojawiali się ludzie, którzy najwyraźniej mieszkają w zburzonych domach. Na jednej z uliczek zobaczyłem chłopczyka, który bawił się z czarnym kundlem. Widok był szokujący, ale kiedy sięgnąłem po aparat, obaj zniknęli. Po chwili dziecko wyjrzało zza załomu.

Wyciągnąłem z plecaka baton i zachęciłem malca do podejścia. Istotnie, z pewnym ociąganiem, pod czujnym okiem kobiety wychylającej się z otworu pozostałego po drzwiach, podszedł. Kiedy już chwycił czekoladkę zniknął tak szybko, że nie zdążyłem zareagować. Droga, podobnie jak wszystko wokół była zasypana gruzem, więc postanowiliśmy iść na przełaj. Brnąc po gruzie, płytach betonowych z wystającymi prętami zbrojenia, minęliśmy kolejny meczet i dotarliśmy do miejsca, w którym przez niskie gęste drzewa widać było niewielką twierdzę. Odnaleźliśmy prowadzące do niej schody, po których dotarliśmy do bramy. Wewnątrz, za wyjątkiem prawie kompletnych murów obronnych, niczego nie ma. Dziedziniec porastają drzewa. Oprócz nas było tam dwóch młodych mężczyzn. Mijaliśmy się kilkukrotnie. Za którymś razem jeden z nich poprosił o zrobienie mu zdjęcia, co też uczyniłem. Po kilkunastu minutach postanowiliśmy wracać. Wybraliśmy inną, nieco wygodniejszą drogę. Schodząc znowu natrafiliśmy na zamieszkałe ruiny. Grupka dzieci bawiła się w najlepsze. Zawołaliśmy je, zrobiliśmy kilka zdjęć a na odchodne porozdawaliśmy lizaki. Zeszliśmy do niezniszczonej części miasta. Idąc przed siebie natrafiliśmy na budynek, z którego wychodzący ludzie nieśli torby wypchane jarzynami. Weszliśmy tam i po pokonaniu schodów, weszliśmy do obszernej hali, gdzie rozłożone były dziesiątki straganów. Królowały warzywa i owoce ale nie brakowało przypraw, orzechów, suszek a także tekstyliów. Już na wstępie kupiliśmy kilogram pomidorów, które natychmiast zaczęliśmy jeść. Po dosyć chaotycznym przemarszu, postanowiliśmy przyjąć jakąś taktykę „zwiedzania”. Odtąd szliśmy jedną alejką od końca, do końca a następnie sąsiednią. Metoda była dobra chociaż męcząca. Po przejściu kilku kilometrów kupiliśmy gotowane kolby kukurydzy i kontynuowaliśmy marsz opychając się trzymanymi w liściach kolbami W końcu nasyceni zapachami i widokami wyszliśmy na zewnątrz, gdzie znowu nastąpiła zmian pogody i zaczął padać deszcz. Dopóki nie był intensywny, szliśmy w kierunku dworca autobusowego. Kiedy rozpadało się na dobre, schroniliśmy się pod wiatą przystanku. Skorzystałem z okazji i zabrałem się za uzupełnianie dziennika. Deszcz ustał po 20-30 minutach. Ruszyliśmy dalej. Już na peryferiach przyciągnął nas do jednego z domków zapach ciasta drożdżowego. Za witryną zobaczyliśmy piekarnię z kilkoma stolikami. Weszliśmy do środka. Młody człowiek wyrabiający ciasto przywitał nas uprzejmie i zachęcił do obejrzenia placków, które właśnie robił. Przypominały trochę pizzę. Zapytałem jak to się nazywa i z czego składa się farsz. Chłopak dobrym angielskim odparł, że placek nazywa się „pioe” i nadziewany jest serem, lub mięsem. Z targowiska wychodziliśmy najedzeni ale zapachy były tak kuszące, że zamówiliśmy po jednym z każdego rodzaju. Poproszono nas, żebyśmy usiedli. Obok nas siedziały dwie kobiety, najwyraźniej również czekając na realizację zamówienia. Mimo, że były wcześniej, nasze placki zostały nam podane wcześniej. Już na stoliku zostały pokrojone na kawałki a do nich podano nam również sałatkę z pomidorów, ogórków i kapusty. Serowy przypominał gruzińskie chaczapuri a mięsny pizzę, ale oba były bardzo smaczne. Kiedy zajadaliśmy się na zmianę jednym i drugim, nasze sąsiadki otrzymały swoje. Było tego kilkanaście sztuk, zapakowane w papier i reklamówkę. Najwidoczniej miały posłużyć całej rodzinie. Panie zapłaciły i wyszły. Kiedy skończyliśmy jeść, podszedłem do piekarza, zapłaciłem i poprosiłem o zapisanie nazwy, bo obawiałem się, że coś przekręcę. Objedzeni ale i zadowoleni ruszyliśmy w dalszą drogę.

Na przeciwko stacji benzynowej, usytuowanej na rogatkach miasta, stoi spory, choć niezbyt stary meczet. Zwiedziliśmy go z zewnątrz, ponieważ drzwi były zamknięte i poszliśmy dalej. Pół godziny później odebraliśmy z przechowalni bagaże i usiedliśmy w poczekalni. W tym czasie nad miasto nadciągnęła burza. Silny wiatr miotał strugi deszczu a granatowe niebo w niczym nie przypominało o słonecznej do niedawna pogodzie. Korzystając z dostępu do Internetu, wysłałem kilka obszerniejszych maili a potem usiadłem nad dziennikiem podróży. Patrząc za okno zastanawiałem się jak przedostać się do autobusu, nie przemakając do nitki. Kiedy jednak usłyszeliśmy zapowiedź i podjechał autobus do Istambułu, deszcz ustał a nawet pojawiło się słońce.
Tak jak poprzednio, pojazd był dobrze wyposażony i wygodny. Po godzinie jazdy dostaliśmy napoje i ciasteczko. Za oknami zrobiło się ciemno. Perspektywa nocy „na siedząco” nie była zbyt kusząca, ale nie było wyboru więc zaczęliśmy poszukiwania najmniej uciążliwej pozycji. Kolejne przymiarki po kilku minutach prowadziły do drętwienia fragmentów ciała lub bolesnych odcisków. W końcu senność zwyciężała. Pobudki niestety były bolesne. I tak przez całą noc.

2 czerwiec 2014 (poniedziałek)

W okolicach godziny drugiej obudził mnie ruch na pokładzie. Stewardzi serwowali gorące napoje. Najwyraźniej jednak było za wcześnie na przegryzkę, ponieważ jej nie dodano. Pogoda była kiepska, deszcz padał z krótkim przerwami do samego celu. Po szóstej autostradą dojechaliśmy na przedmieścia ogromnej aglomeracji. Rozległe, parterowe dzielnice rozdzielają kilkunasto-kondygnacyjne, nowoczesne wieżowce. Tuż przed siódmą wjechaliśmy na gigantyczny, wielopoziomowy dworzec autobusowy. Po wyjęciu plecaków z luku chcieliśmy odnaleźć kasy i dowiedzieć się, kiedy i jak możemy dojechać do Bułgarii. Nie zdążyliśmy jednak nawet odejść od autobusu, kiedy „dopadł” nas postawny mężczyzna i zapytawszy, a raczej stwierdziwszy nasze zainteresowanie zwiedzaniem Stambułu, upchnął nas w przeładowanym do granic możliwości busie. Transport był mało komfortowy, ale bezpłatny. Miałem dziwne wrażenie, że ów gest firmy przewozowej wynikał z chęci jak najszybszego odblokowania dworca z masy przybywających tu turystów. Tak czy inaczej, siłą inercji, znaleźliśmy się na chodniku w okolicy dworca kolejowego przy starym mieście. Wraz z nami, równie zdezorientowana, wysiadła Szwajcarka.

To właśnie ona poinformowała nas, że w pobliżu powinien być punkt informacji turystycznej. Wspólnie poszliśmy go szukać. Istotnie, biuro było lecz ale otwierają go o 9:30. Mieliśmy prawie dwie godziny. Nasza przypadkowa towarzyszka podróży oświadczyła, że „pokręci” się po okolicy. My postanowiliśmy wstąpić na dworzec, żeby się odświeżyć po podróży i zorientować w połączeniach kolejowych (wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że torowiska są remontowane i z tego dworca nic nie odjeżdża). W poczekalni przepakowaliśmy plecaki, korzystając z dosyć obskurnej, płatnej toalety, umyłem się i ogoliłem. Zjedliśmy po musli, niestety z konieczności na sucho i poszliśmy do informacji dworcowej. Kiepski angielski po obu stronach okienka nie ułatwiał komunikacji. W końcu dotarło do nas, że stąd nigdzie nie odjedziemy, choć oczywiście możemy kupić bilety na jeden z pociągów międzynarodowych. Zapisaliśmy alternatywne połączenia, ale z kupowaniem biletów postanowiliśmy poczekać. Nadal było sporo czasu do otwarcia biura a z mapki wynikało, że do interesujących nas zabytków jest bardzo blisko. Zdecydowaliśmy się iść tam na piechotę. Maszerując po wąskich uliczkach, unikając jednocześnie rozjechania przez tramwaj, dotarliśmy do obszernego placu, gdzie z lewej strony dostrzegliśmy bardzo charakterystyczną sylwetkę Hagia Sophia, a w oddali, na przeciwległym jego końcu - Błękitny Meczet.
Hagia Sophia, w przeszłości świątynia chrześcijańska, następnie meczet, a obecnie muzeum, uważane za najwspanialszy obiekt architektury i budownictwa całego pierwszego tysiąclecia naszej ery. Będąc świątynią chrześcijańską, nosiła nazwę „Kościoła Mądrości Bożej” (zwaną czasem też „Wielkim Kościołem”). Była to najwyższa rangą świątynia w Cesarstwie Bizantyjskim, katedra patriarsza oraz miejsce modłów i koronacji cesarzy. W ciągu wieków niedościgniony wzór świątyni doskonałej i niemal symbol Kościoła bizantyjskiego. Została ufundowana przez Justyniana I Wielkiego, w obecnym kształcie powstała w okresie od 23 lutego 532roku do 27 grudnia roku 537. Po zdobyciu Konstantynopola przez Turków w 1453 roku została zamieniona na meczet (wtedy m.in. dobudowano minarety). Świątynię miał przyćmić wybudowany w XVII wieku Błękitny Meczet.

Budowa pierwszego kościoła w formie
bazyliki o drewnianym stropie została rozpoczęta już podczas panowania Konstantyna Wielkiego, w 326 roku i zakończona w roku 360 przez jego syna Konstancjusza II. Po zamieszkach w 404 roku, kościół spłonął i został odbudowany w roku 415. Podczas panowania Teodozjusza II świątynia znów została zniszczona 15 stycznia 532 roku, podczas rewolty Nika. W tym samym roku Justynian I Wielki polecił inżynierowi i matematykowi Antemiuszowi z Tralles i architektowi Izydorowi z Miletu rozpocząć odbudowę. Zgodnie z opisem Prokopiusza z Cezarei cesarz brał czynny udział w planowaniu kościoła i rozwiązywaniu detali architektonicznych. Zgodnie z legendą cesarz czerpał inspiracje z rozmów, które prowadził z aniołem, zaś otwierając kościół w roku 537 miał powiedzieć: "Salomonie! Prześcignąłem Cię!" (Nenikeka se Solomon!).
W 558 roku kopuła kościoła zapadła się podczas trzęsienia ziemi, następnie zaś kościół wielokrotnie płonął, jednak za każdym razem szybko go remontowano. Od 726 roku, z polecenia Leona III, niszczono wizerunki Jezusa, Maryi i świętych. Trwało to do 843 roku.

W roku 989 kopuła świątyni została po raz ostatni zburzona przez trzęsienie ziemi. Budowę nowej kopuły, zakończoną w roku 991, przeprowadził ormiański architekt Trdat.
Kościół został ograbiony i zbezczeszczony w 1204 przez rycerstwo zachodnie podczas IV krucjaty. Aż do odzyskania Konstantynopola w 1261, za panowania Michała VIII Paleologa, kościół służył chrześcijanom. Ostatnie nabożeństwo odbyło się tu 28 maja 1453 roku.

Z czasem wokół świątyni powstawały kolejne budynki, zmieniając Ayasofię ― jak ją wówczas nazwano ― w meczet otoczony kompleksem grobowców, bibliotek, fontann i innych obiektów. Po upadku imperium osmańskiego Turcja stała się republiką laicką. W związku z tym Mustafa Kemal Atatürk w 1934 polecił, aby świątynia, która przez 916 lat służyła chrześcijanom, a przez 481 lat muzułmanom, została zmieniona w muzeum.

Kształt kościoła łączy w sobie cechy bazyliki i budowli na planie centralnym o wymiarach 71 m x 77 m. Centralna część nawy środkowej przykrywa olbrzymia kopuła o średnicy podstawy wynoszącej 31,2 m na krótszej osi, zaś 32,8 m na dłuższej. Wysokość od posadzki do najwyższego punktu kopuły wynosi 55,6 m. Konstrukcja opiera się na czterech potężnych filarach, umieszczonych w narożach kwadratu, oraz 107 kolumnach. W wyznaczony przez filary kwadrat zostało wpisane koło ― plan podstawy kopuły. Obciążenia przenoszone są przez cztery pendentywy. Jest to rozwiązanie typowe dla architektury bizantyjskiej. Wszystkie wcześniejsze kopuły opierały się całym obwodem na masywnych murach. Wprowadzona innowacja wywołała iluzję zawieszenia kopuły w powietrzu. Od wschodu i zachodu do kopuły przylegają dwie mniejsze półkopuły, przykrywające pozostałą powierzchnię nawy głównej. Jednocześnie wspierają one kopułę centralną. Filary wzmacniają dwie pary przypór, zbudowanych od południa i północy. Od zewnątrz kopuły zasłonięte są bębnami, w których umieszczono szeregi okien oświetlających wnętrze kościoła.
Oś wschód - zachód podkreślają podwójne rzędy kolumn, oddzielające nawy boczne z emporami od nawy głównej (naosu). Pod półkopułami nawy boczne od nawy głównej oddzielają także półkoliste eksedry. Nawy przykryto sklepieniami krzyżowymi a kolumny połączono arkadami. Kościół poprzedzają dwa narteksy – wewnętrzny i zewnętrzny otwarty na prostokątne portykowe atrium. Ma ono wymiary (ok 60 x 40 m). W środku atrium znajdowała się niegdyś fontanna, zaś prowadzącymi stąd schodami dochodziło się do licznych wejść w fasadzie kościoła.
Do budowy kościoła użyto wiele drogich materiałów. Posadzki i bazy kolumn wykonano z ciemnoszarego marmuru. Do wykonania kolumn zastosowano w większości zielony marmur. Od nawy głównej eskedry oddzielone są kolumnami z czerwonego porfiru będące elementami spolium. Kapitele kolumn, nadłucza arkad i gzymsy oplata misterny relief o motywach roślinnych i geometrycznych. Wnętrze kopuły pokrywała złota mozaika, a na pendentywach umieszczono wielkie postacie cherubinów. Bogate było także wyposażenie kościoła.
Pierwotne wyposażenie apsydy stanowił syntronon, ołtarz z cyborium o dachu piramidalnym, marmurowy templon znacznie wysunięty ku nawie, zdobny srebrnymi blachami na architrawie, zapewne z wyobrażeniem deesis, oraz solea wiodąca do świętych drzwi templonu do usytuowanej pod kopułą ambony, najpewniej eliptycznej z dwoma biegami schodów, również ozdobionymi srebrnymi płytami.(...)
Niestety, czekała nas przykra niespodzianka. Główny cel naszej podróży do Istambułu, Hagia Sophia w poniedziałki jest zamknięta dla zwiedzających. Trudno było opanować rozczarowanie i złość. Usiedliśmy na ławce pod drzewem. Zostawiwszy plecak po opieką kolegi poszedłem zrobić kilka zdjęć budowli zza płotu. Kiedy wróciłem zaproponowałem mu zamianę. Zanim jednak do tego doszło podszedł do nas jeden z turystów i zapytał po polsku skąd jesteśmy. Po kilku minutach rozmowy wiedzieliśmy, że przyjechał z Warszawy i po kilku dniach pobytu wraca do kraju. Był nieźle (zorientowany i chętnie udzielał wskazówek. Mojego towarzysza podróży szczególnie zainteresowała bazylika z ponoć pięknymi polichromiami. Zanotowaliśmy sobie najważniejsze informacje i pożegnaliśmy naszego rozmówcę. Kolega poszedł się rozejrzeć a ja czekałem na niego wpatrując się w monumentalną budowlę i chłonąc atmosferę tego niezwykłego miejsca. Kiedy wrócił, poszliśmy wprost do Błękitnego Meczetu (właściwie Meczet Sułtana Ahmeda) – wybudowanego z polecenia sułtana Ahmeda I. Jest on jednym z ostatnich, a zarazem najwspanialszych przykładów tzw. "klasycznego okresu" sztuki islamskiej w Turcji.
Budowę meczetu, w 1609, rozpoczął w towarzystwie urzędników państwowych sam sułtan Ahmed I (wówczas 19-letni), którego ambicją było stworzyć budowlę wspanialszą od stojącej w pobliżu Hagii Sofii. Zgodnie ze swoim zwyczajem pracował on aż do zmęczenia. Projektantem nowej świątyni, która miała stać się najważniejszym meczetem Imperium osmańskiego, był Sedefkâr Mehmet Aga, uczeń Sinana. O wadze świątyni świadczyło również jej położenie - bezpośrednio przy Pałacu Topkapi. Swego znaczenia nie stracił on nawet po tym, gdy siedzibę sułtana przeniesiono do Pałacu Dolmabahçe. Przez cały okres istnienia monarchii osmańskiej rolę świątyni imperialnej dzielił z nieco starszym Meczetem Sulejmana. Do meczetu dołączono kompleks innych budynków: medresę, jadłodajnie dla ubogich, szpital, hale handlowe, szkołę, mauzoleum, karawanseraj oraz fontannę. Meczet wzniesiony na planie niemal kwadratu (51,65 m x 53,40 m) znajduje się na sporym placu, do którego wiedzie pięć bram. Na tym zewnętrznym dziedzińcu znajdują się również midha dla wiernych (midha na dziedzińcu wewnętrznym pełni jedynie rolę ozdobną). Z placu zewnętrznego trzy bramy prowadzą na dziedziniec wewnętrzny, otoczony krużgankami wspartymi na 26 kolumnach i przykrytymi sklepieniami w postaci 30 kopuł. Na dziedzińcu wewnętrznym znajduje się wspomniana już ozdobna midha, zaś we wschodniej jego części medresa.

W czterech narożnikach meczetu oraz
na dwóch narożnikach dziedzińca wewnętrznego ustawiono łącznie sześć minaretów. Według jednej z opowieści, sułtan Ahmed, aby przebłagać autorytety w Mekce, zapłacił im za siódmy minaret. Według innej historii sześć minaretów to wynik nieporozumienia pomiędzy sułtanem a architektem. Otóż opisując minarety sułtan miał użyć słowa "altin" oznaczające coś złotego, zaś Sedefkar, przypadkiem bądź specjalnie, miał uznać, że sułtanowi nie może chodzić o niepraktyczne wieże ze szczerego złota i zrozumiał to słowo jako "alti", czyli "sześć". Do wnętrza meczetu prowadzą trzy wejścia, dwa z dziedzińca zewnętrznego i jedno z wewnętrznego. Świątynię przykrywa kopuła o średnicy 22,4 m, która wznosi się 43 m ponad poziom posadzki. Podtrzymują ją cztery półłuki i cztery pendentywy rozpięte między czterema filarami, które z powodu swojej średnicy (5 m) nazywane są niekiedy "nogami słoniowymi". Uzupełniają ją cztery półkopuły. Światło do wnętrza meczetu przenika przez 260 okien, w których nie zachowały się niestety oryginalne barwne szyby. Wzdłuż ścian biegną galerie, które zdobi 21 tysięcy płytek fajansowych z manufaktur w Izniku. Ich utrzymane w błękitnej tonacji ornamenty roślinne dały meczetowi jego popularną nazwę. Mihrab i minbar wykonano w białym marmurze, zaś posadzki wyściełają miękkie czerwone dywany. Należy zauważyć, że jest to nie tylko atrakcja turystyczna, ale i czynny meczet. W związku z tym część modlitewna oddzielona jest od części dla turystów, którzy wchodząc do wnętrza muszą, zgodnie z tradycją muzułmańska, zdjąć buty oraz okryć kolana i ramiona (do tego celu służą błękitne chusty wypożyczane przy wejściu do meczetu). Kolejka do wejścia miała kilkadziesiąt metrów, ale nad podziw sprawnie się przesuwała do przodu. Tłum „płynąc” obrzeżami zadziera głowy do góry.

Niewiarygodnie piękne sklepienia „pocięte” są stalową pajęczyną instalacji oświetleniowej. Wśród turystów wyróżniają się Japończycy ale jeszcze bardziej muzułmańskie małżeństwa z Półwyspu Arabskiego. Mężczyźni w luźnych, europejskich strojach. Kobiety w najczęściej czarnych, całkowicie zasłaniających wszystko, łącznie z twarzą czadorach,, z wózkami i dziećmi fotografują głównie małżonka jak podziwia wspaniałości architektury swoich przodków. Po obejściu całości wyszliśmy na zewnątrz. Zrobiliśmy kilka ujęć minaretów i przeszliśmy przez antyczny hipodrom z usytuowanymi na nim dwoma obeliskami. Egipski, zwany również Obeliskiem Teodozjusza, przywieziony został w 390 roku ze Świątyni Boga Amona w Karnaku. Jest to najstarsze dzieło sztuki w Stambule. Datuje się je na XV w.p.n.e.. Faraon Totmes III kazał go wybudować na pamiątkę swojego zwycięstwa w Mezopotamii. Wykonany jest z różowego granitu asuańskiego i waży około 300 ton. Początkowo miał 32,5 m długości, lecz podczas transportu odpadło około 40% i obecnie ma on wysokość 20 m. Na bokach pismem hieroglificznym opisano bohaterskie czyny faraona Totmesa III. Na szczycie przedstawiono faraona wraz z bogiem Amonem. Ponieważ dolna część obelisku jest nierówna, ustawiono go na podstawach z brązu. Pod obeliskiem znajduje się cokół z 389. Dookoła wyrzeźbiono w marmurze sceny z życia na Hipodromie: lożę cesarską, stawianie obelisku, dziewczęta tańczące przed turniejami, przedstawienia, wyścigi konne, cesarza przyjmującego daniny.
Od strony Pałacu Ibrahima Paszy i Błękitnego Meczetu na cokole umieszczono łacińskie i starogreckie napisy. Następnie poszliśmy szukać Wielkiego Tureckiego Bazaru. Kilkukrotnie pytaliśmy o drogę. W końcu natrafiliśmy na dosyć niepozorne wejście i zagłębiliśmy się w ten dziwny, hałaśliwy i rozedrgany „organizm”. Kryty Bazar (tr. Kapali Çarşi) jest jednym z największych obiektów tego typu w Turcji. Zajmuje powierzchnię 30 hektarów, ma 61 ulic z około 3500 sklepikami, 22 bramy, restauracje i kawiarnie, dwa meczety i cztery fontanny. Sprzedaje się tu między innymi przyprawy, biżuterię, wyroby garncarskie oraz dywany. W epoce Bizancjum znajdował się tutaj plac, na którym kupcy sprzedawali swoje towary. Po zdobyciu miasta przez Turków, na rozkaz sułtana Mehmeda Zdobywcy zbudowano w 1464 dwie hale dla jubilerów i antykwariuszy. Dookoła nich stopniowo zaczęły powstawać kolejne sklepiki. Po każdym zniszczeniu przez pożar czy trzęsienie ziemi bazar odnawiano i powiększano. Obecny kształt pochodzi z XIX w.

Kryty Bazar był w przeszłości również miejscem, gdzie zawierano transakcje bankowe i giełdowe. Do XIX w. odbywał się tutaj również handel niewolnikami. Wraz z rozwojem turystyki tradycyjne wyroby zostały zastąpione pamiątkami dla turystów. Łaziliśmy bez żadnego planu. Szliśmy tam, gdzie było bardziej kolorowo i gwarnie. Kiedy zaspokoiliśmy ciekawość odnaleźliśmy wyjście i opuściliśmy bazar. Idąc dalej dotarliśmy do placu przed uniwersytetem. Usiedliśmy na ławce, żeby coś zjeść a przy okazji zorientować się jak trafić do kościoła, o którym mówił napotkany rodak. Wbrew jego zapewnieniom nie było do niego blisko. Bazując na bardzo schematycznym planie miasta ruszyliśmy ponownie w kierunku bazaru. Tym razem weszliśmy w miejscu, gdzie sprzedawano książki i czasopisma. Musieliśmy wyglądać na zdezorientowanych, bo zaczepił nas przygarbiony staruszek i zapytał w czym nam może pomóc. Sprawiał wrażenie dobrze zorientowanego, bo kiedy powiedzieliśmy czego szukamy, kiwnął krogulczym palcem i z zadziwiającą energią ruszył przed siebie. Z trudem dotrzymywaliśmy mu kroku. Na jednej z ulic zatrzymał się przy kawiarni i powiedział, żebyśmy poczekali. Po chwili wrócił i wręczył nam po łyżeczce z gorzkiej czekolady. Byliśmy zaskoczeni ale on wyjaśnił, że tu zawsze można je dostać za darmo. Ruszyliśmy dalej. Byłem pewien, że w tym tempie, za chwilę będziemy u celu, więc kiedy nasz przewodnik się zatrzymał, rozejrzałem się za kościołem. Niestety, okazało się, iż w tym miejscu powinniśmy ...wsiąść do tramwaju, którym możemy dojechać do ...przystanku autobusowego. Dalej, to już tylko kilka kilometrów. Podziękowaliśmy uprzejmie ale kiedy staruszek się oddalił, zaczęliśmy się zastanawiać, czy mamy na to dosyć czasu. Z planu wynikało, że w okolicy jest punkt informacji turystycznej.

Postanowiliśmy go odszukać i w zależności od tego, co tam załatwimy, kontynuować poszukiwania lub zrezygnować. Udało nam się trafić na właściwą ulicę, ale nic nie wskazywało na jego obecność. Zapytana ekspedientka wskazała niepozorne przejście w pasażu handlowym. Istotnie, w głębi znaleźliśmy interesujące nas biuro. Wewnątrz dwóch panów bardzo chętnie przystąpiło do udzielania nam porad. Po chwili odniosłem wrażenie, że ich informacje mają na celu nakłonienie nas do kupna tego, z czego oni będą mieli prowizję. Poprosiliśmy o plan miasta i dostaliśmy go. Dobra atmosfera zupełnie prysła, kiedy oświadczyliśmy, iż przemyślimy propozycje i ewentualnie wrócimy. Na ulicy uzgodniliśmy, że pojedziemy na dworzec, kupimy bilety, zostawimy plecaki i wrócimy. Z trudem, mimo planu miasta i pomocy przechodniów, dotarliśmy do tramwaju, który miał nas dowieźć do metra. Początkowo pomyliliśmy kierunki i musieliśmy się kawałek wrócić. Potem męczyliśmy się przy automacie biletowym, na którym instrukcja była zupełnie niezrozumiała. Pomógł nam kilkunastolatek, który dostał za to kilka drobnych monet. W pojeździe zapytaliśmy młodego człowieka z walizką ,gdzie powinniśmy wysiąść. Wprawdzie okazał się też być turystą, ale przy pomocy tabletu znalazł odpowiedni przystanek. Na stacji metra znowu musieliśmy walczyć z automatem lecz tym razem poprosiłem o pomoc ochronę. Przejechaliśmy spory kawałek miasta, zanim pojawił się znany nam już dworzec. Kiedy tylko się tam pojawiliśmy, zaczepił nas jeden z naganiaczy. Prowadził nas od przewoźnika, do przewoźnika. Nie mogliśmy się zdecydować, ponieważ bułgarskie linie były tańsze, ale ich trasa przebiegała nie do końca tam, gdzie chcieliśmy jechać. Tureckie miały korzystniejszą trasę, ale cena była mocno wygórowana. Chodziliśmy tam i z powrotem rozważając kolejne warianty podróży. Ostatecznie stanęło na tańszym. Do odjazdu pozostało na tyle mało czasu, że powrót na starówkę stał się nierealny. Byliśmy zmęczeni i głodni. Zostawiliśmy plecaki w biurze przewoźnika i poszliśmy rozejrzeć się wśród sklepików i restauracyjek dworcowych. W jednej z nich, w karcie była zupa Corba w kilku wariantach. Kelner, który bezceremonialnie częstował się naszą czekoladą zapewniał, że wszystkie są bardzo dobre. Zamówiliśmy dwie różne. Ostrzejsza była z papryki, łagodniejsza najprawdopodobniej z cukinii i ziemniaków. Obie typu krem. Smaczne, choć paprykowa była lepsza. Przy płaceniu kelner wyraźnie domagał się napiwku. Dostał 25% wartości rachunku co skwitował, parsknięciem, ale dojadł naszą czekoladę i zabrał monetę. Po zjedzeniu poszliśmy szukać kantoru. Mimo zapewnień pytanych po drodze osób, nie mogliśmy go znaleźć. Przy trzecim czy czwartym nawrocie usiedliśmy przy stoliku i kupiliśmy sobie herbatę. Potem zrobiliśmy drobne zakupy spożywcze i jeszcze raz rozejrzeliśmy się za kantorem.

Znaleźliśmy go w miejscu, obok którego wielokrotnie przechodziliśmy. Na zewnątrz zaczęło padać, więc zrobiło się tłoczno. Poprosiłem o możliwość podłączenia ładowarki i poszliśmy do pobliskiego meczetu. Wewnątrz było pustawo. Jedna osoba drzemała w przedsionku, inna się modliła. Kolega usiadł z brzegu a ja, kawałek dalej, zabrałem się do uzupełniania dziennika. Byłem tak tym zajęty, ze nie zwróciłem uwagi na mężczyznę, który podszedł do kolegi. Po dłuższej chwili dotarła do mnie ich dyskusja. Rozmawiali w najlepsze, jak dobrzy znajomi więc wróciłem do pisania. Po godzinie postanowiliśmy wrócić na dworzec. Nasz autobus już stał. Od razu dało się dostrzec różnice, głównie w wyposażeniu i czystości. ale także podejściu personelu. W tureckich autobusach przypominało ono schematy znane z linii lotniczych. Bułgarzy preferowali styl „wolny”, kumplowsko-jowialny. Istambuł żegnał nas tak, jak nas przywitał – obfitym deszczem. Mieliśmy nadzieję na obejrzenie, choćby przez szyby autobusu, Cieśniny Bosfor i ubolewałem, że przez kiepską pogodę nie będzie można zrobić zdjęć ale problem sam się rozwiązał, bo droga wybrana przez kierowcę nawet nie otarła się o ten fragment miasta. Mimo wielopasmowej autostrady korki skutecznie spowalniały wyjazd. Dopiero kilkadziesiąt kilometrów dalej trochę się rozluźniło i mogliśmy przyspieszyć. Pogoda także sie poprawiła i jak na klasycznym westernie, jechaliśmy w kierunku krwawo zachodzącego słońca. Po zmierzchu kierowca zatrzymał się przy kompleksie hotelowo-handlowym. Poszliśmy do sklepu, choć ja nie miałem już ani „grosza” w tureckiej, walucie a kolega zaledwie jakieś drobniaki. Kupił za nie chałwę. Jadący z nami Bułgarzy kupowali jednak na potęgę. Unia Europejska przywitała nas zintensyfikowaną kontrolą graniczną. Nigdzie dotąd tak nas nie odprawiano - mozolnie i niechętnie. Noc była chłodna, więc oczekiwanie w przeciągu było dosyć nieprzyjemne. Kiedy usiedliśmy ponownie na swoich miejscach, mimo wczesnej pory, szybko zmorzył nas sen. Stan dróg dawał o sobie znać, więc krótkie nawroty świadomości wykorzystywaliśmy na kontrolowanie czasu. Pierwotnie zakładaliśmy, iż będziemy wysiadać około dziesiątej wieczorem ale mimo upływu czasu nadal przecinaliśmy ciemność. Przed północą Sasza – nasz jowialny steward, podszedł do nas i poinformował, że autokar nie będzie przejeżdżał przez miejscowość, która widnieje na naszym bilecie. Na uwagę, iż skoro sprzedano nam taki bilet, to mamy prawo oczekiwać dowiezienia nas na miejsce, odparł że niekoniecznie. Widząc nasze zdziwione miny dodał, iż wysadzą nas w miejscowości, skąd będziemy mieli lepsze połączenie do Burgas, więc nie ma problemu. Trudno nam było polemizować, przyjęliśmy zatem taki sposób rozumowania i czekaliśmy na rozwój wypadków. Mijając Harman, Sasza polecił nam się zbierać.

Następna miejscowość była nieduża i senna. Wysiedliśmy przed dworcem autobusowym, na którym jedynym pojazdem była taksówka. Kierowca natychmiast zaoferował nam transport do Burgas, ale wymieniona kwota była stanowczo za wysoka, więc podziękowaliśmy deklarując chęć skorzystania z transportu publicznego. Poczekalnia była zamknięta na głucho. Podeszliśmy do budki ochrony i od panów w uniformach dowiedzieliśmy się, że do budynku nikt nas nie wpuści, najbliższy autobus jest około szóstej rano a namiotu nie radzą nam rozbijać w mieście, bo wygarnie nas z niego policja. Na pytanie co mamy zrobić, wzruszyli ramionami i wskazali taksówkę. Po krótkiej wymianie zdań postanowiliśmy przespać się na ławkach przed dworcem. Rozłożyliśmy karimaty i śpiwory . Zdejmując jedynie buty, ułożyliśmy się na tyle wygodnie, na ile pozwalały warunki. Sam nie wiem kiedy zasnąłem. Ponownie obudził mnie gwar wokół ławki na której spałem, lecz nie miałem dość siły i ochoty na otwarcie oczu. Po chwili jednak ktoś potrząsnął mną, jednocześnie głośno wymawiając słowo „Burgas”. Otworzyłem oczy i zobaczyłem ochroniarza, który pokazywał na zegarek i stojący w oddali autobus. Byłem zdziwiony, bo była dopiero piąta czterdzieści pięć ale uznałem, że nie ma na co czekać. Wskoczyłem w zimne buty i pośpiesznie zabrałem się do pakowania rzeczy. Kiedy się z tym uporałem, krzyknąłem iż biegnę do autobusu i nie czekając na reakcję pokuśtykałem we wskazanym kierunku. Zapytałem stojącego przy otwartym bagażniku, czy jedzie do Burgas, a kiedy potwierdził, poprosiłem o dwa bilety. Okazało się, że muszę je kupić w kasie, więc potruchtałem z powrotem, budząc zdziwienie kolegi, który właśnie skończył pakowanie. Powiedziałem mu, nie zatrzymując się, żeby szedł do autobusu i nie pozwolił mu odjechać a sam odnalazłem kasę i zaordynowałem dwa bilety, ciesząc się, że wystarczyło pieniędzy, bo mieliśmy ich bardzo niewiele. Drogę powrotną przebiegłem w imponującym tempie i zdyszany jak maratończyk wrzuciłem plecak do luku. Chwilę później jechaliśmy w stronę wybrzeża. Świt był słoneczny i mglisty za razem. Trochę oglądaliśmy wyłaniające się przed nami widoki a trochę dosypialiśmy. W Burgas, zamiast o jedenastej, byliśmy o dziewiątej. Dworzec, na którym wysiedliśmy nie obsługuje linii lokalnych, więc za ostatnie Lewy podjechaliśmy do centrum, gdzie jest dworzec kolejowy i postój autobusów. W pobliskim banku wymieniliśmy pieniądze i poszliśmy się zorientować w połączeniach do Polski. Wybór był kiepski. Od piątego czerwca zaczynał kursować pociąg do Moskwy, którym moglibyśmy dojechać do Bukaresztu. Stamtąd innym do Budapesztu a następnym do Katowic. Koszt takiego łamańca – 300 Lewów. Drogo i mozolnie – minimum dwa dni. Mówiąca po polsku pani w kasie wykazała dużo dobrej woli w przeszukiwaniu rozkładów jazdy, ale nic innego nie znalazła. Byliśmy gotowi kupić bilety ale zapewniła nas, że możemy to zrobić przed odjazdem więc podziękowawszy poszliśmy na przystanek autobusowy, żeby podjechać gdzieś, gdzie moglibyśmy rozbić namiot lub wynająć kwaterę. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Czernomorec, bo akurat podjechał autobus, a bilet kosztował niewiele. Po kilkunastu minutach jazdy wysiedliśmy na miejscu i poszliśmy deptakiem w kierunku morza wypytując o kwatery. W sklepiku, ekspedientka rozmawiająca z klientką, zagadnięta w tej kwestii, powiedziała, iż właśnie ta pani wynajmuje pokoje i możemy pójść z nią. W niedużym, dwukondygnacyjnym budynku, owa pani pokazała nam schludny pokój z dostępem do obszernej łazienki. Zrzuciliśmy nasze plecaki i biorąc ręczniki i karimatę, poszliśmy w kierunku, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć morze. Istotnie, wbrew swojej nazwy, szmaragdowe w kolorze Morze Czarne pobłyskiwało zza budynków. Z trudem znaleźliśmy wśród głazów miejsce na położenie karimaty. Kolega, bez większych ceregieli wszedł do wody. Mnie woda wydała sie dramatycznie zimna, więc pozostałem na kamieniach.

Zdjęcia: Szosa do Burgas, Yambol, Świt w autobusie, BUłGARIA
Szosa do Burgas, Yambol, Świt w autobusie, BUłGARIA



Gruzja i Armenia, stanowiące główny cel wyjazdu całkowicie spełniły pokładane w nich nadzieje na doznania estetyczne i turystyczne. Bogactwo absolutnie niezwykłych miejsc i obiektów jest tam tak wielkie, że nie w tygodniach, ani miesiącach, a raczej latach należałoby mierzyć czas potrzebny na choćby pobieżne zapoznanie się z nimi. Początkowo, może to wywoływać dezorientację i poczucie bezsilności. Kiedy jednak już się z tym oswoimy, uświadamiając sobie, że daje to niemal nieograniczone możliwości powrotu, powraca energia i entuzjazm. Powszechne w Polsce opowieści o bezinteresownej nadgorliwości Gruzinów w goszczeniu przyjezdnych, należy traktować bardzo ostrożnie. Istotnie, Ormianie i Gruzini nie znają słów rozpoczynających się na „nie” . Są chętni do pomocy, bardzo otwarci i życzliwi. Niestety, płynąca tam od kilku lat fala turystów sprawiła, iż ich ciekawość przyjezdnych została zaspokojona. Przybysze, z szeroko rozumianego „zachodu”, stali się za to źródłem dodatkowego a często podstawowego dochodu. Bezinteresowność została zamieniona na uczynność, za którą jednak oczekuje się zapłaty. Czy należy się temu dziwić? A czy my jesteśmy inni? Jeśli tak, to tylko w gorszym tego słowa znaczeniu. Oczywiście, im dalej od miast, turystycznych szlaków, tym łatwiej o zanikające przymioty zamieszkujących Kaukaz nacji. Jeśli ktoś właśnie tego szuka, to nie rezygnując z możliwości obejrzenia najstarszych zabytków architektury chrześcijańskiej powinien wybrać się tam, gdzie docierają jedynie piechurzy. Mniej zdeterminowanym, ale zainteresowanym „prawdziwą” Gruzją czy Armenią sugeruję korzystanie z bardzo taniego transportu publicznego i nieco droższego, ale niezwykle sprawnie działającego systemu transportu prywatnego. Zarejestrowane taksówki a także te „półlegalne”, to nie tylko sposób na dotarcie do często bardzo odległych i trudno dostępnych miejsc, ale także bogate źródło wiedzy. Kierowcy, szczególnie ci starsi, to ludzie o bogatej osobowości i ciekawych doświadczeniach życiowych. Odrobina życzliwości, choćby szczątkowa znajomość języka rosyjskiego i no i pieniądze, dzięki nim, otwierają drzwi do świata niedostępnego dla klientów biur podróży. W przeciwieństwie do tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w naszej części Europy, nie stajemy się jedynie anonimową stroną umowy handlowej, która wygasa po zatrzaśnięciu za sobą drzwi samochodu. Wsiadając do taksówki mimowolnie nawiązujemy bliższą więź z kierowcą. Po kilkudziesięciu kilometrach możemy, jeśli tylko wyrazimy zainteresowanie, poznać historię rodziny kierowcy, jego poglądy polityczne, zainteresowania. Taka podróż, to wspólne posiłki okraszane anegdotami i żartami. Jeśli zdecydujemy się na kontynuowanie znajomość, można być pewnym zaproszenia do domu, choćby tylko po to, ażeby przechować tam część bagaży, wypić kawę czy koniak ale także przeprać coś, czy wysuszyć mokre ubranie. Wprawdzie płacąc, kupujemy sobie prawo do przejazdu, a nawet swoistej informacji turystycznej, ale otaczająca pasażerów troska, wyrażana szczerym zainteresowaniem wszystkim, co ich dotyczy, poczęstunkami, wsparciem logistycznym są całkowicie darmowe.
Gruzja i Armenia to przede wszystkim bogactwo historyczne, którego namacalne pozostałości nierzadko sięgają pierwszych wieków czasów nowożytnych z licznymi odniesieniami także do antyku. Nie należy jednak zapominać o historii najnowszej. To właśnie dzięki niej jesteśmy tam przyjmowani jak starzy, choć dawno nie widziani znajomi. Wśród starszego i średniego pokolenia czasy ZSRR a zatem i wspólnoty RWPG są nie tylko żywe, ale czynią nas, Polaków „swojaków”. Młodsze pokolenie Gruzinów pamięta nam zaangażowanie po ich stronie w czasie konfliktu z Rosją.
W obu przypadkach działa to na naszą korzyść. Charakterystyczne są też postawy wobec naszego wspólnego sąsiada. Ich podział przebiega generalnie dwoma liniami: wiekową i geograficzną. Im starszy rozmówca i mieszkający dalej od Kaukazu, tym życzliwiej nastawiony do „Sojuza” i obecnego „cara”. W niemal wszystkich miejscowościach przez które przejeżdżałem stoją „pomniki” dawnej prosperity. Obecnie opuszczone i przeżarte rdzą wywołują wśród starszych mieszkańców nostalgię za Związkiem Radzieckim. Bynajmniej nie z braku poczucia patriotyzmu, bo dla nich ojczyzną jest cały dawny ZSRR, ale z przekonania, iż nowy podział administracyjny dawnego imperium stał się przyczyną ich pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, poczucia osamotnienia.
Podróż przez aspirującą do Unii Europejskiej Turcję i będącej jej członkiem Bułgarii przywodzi inną refleksję. Gdyby odrzucić względy polityczne, to nawet odległe regiony dawnego Imperium Osmańskiego są na zdecydowanie wyższym poziomie ekonomicznym i technologicznym aniżeli Bułgaria. Również mentalnie, napotykani Turcy, sprawiali wrażenie bardziej europejskich aniżeli „pełną gębą europejscy” Bułgarzy, choć trzeba uczciwie przyznać, że i my w tym porównaniu wypadamy bardzo blado.

Zdjęcia

TURCJA / Kapadocja / Nevsehir / Minarety wśród ruinTURCJA / Stambuł / plac przed Błękitnym Meczetem / W oczekiwaniuBUłGARIA / Carevo / Arapia / KipielBUłGARIA / Carevo / Klify Ahtopolu / Na klifieBUłGARIA / Carevo / Arapia / OstyBUłGARIA / Sofia / Cerkiew Świętej Niedzieli / Święci z żyrandolaBUłGARIA / Yambol / Szosa do Burgas / Świt w autobusie

Dodane komentarze

pieczara dołączył
25.10.2002

pieczara 2014-10-23 21:07:22

"Z wieloma tezami i ocenami się zgadzam. Szczególnie jeśli chodzi o "legendarną , bezinteresowną gościnność Gruzinów i Ormian". Zamieniona ona została na "nachalną, odpłatną uczynność".... Dobre słowo należy się za szczegółowy i precyzyjny opis wyjazdu. To wartościowy, na tle innych, tekst. Pozdrawiam.
PS: Byłem w Gruzji i Armenii w 2012 roku. Plątałem się tam sam. Wróciłem do Polski przez Ukrainę, płynąc ro-ro-wcem Batumi do Odessy. Plynąłem z TIR-owcami z Turcji, Bułgarii, Kirgizji, Armenii, Gruzji.... i Bóg wie z kim jeszcze:)))"

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl