Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

AFRYKA południowa i wschodnia > RPA, BOTSWANA, ZAMBIA, ZIMBABWE, MALAWI, TANZANIA


EDI EDI Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie RPA / - / Cape Town / fajna chataWyprawa DOOKOŁA AFRYKI - 2 ekipy:
EXTREK z Wrocławia i SALUTEM z Kielc
relacja z części wyprawy KAPSZTAD - DAR ES SALAAM

Jest to relacja z części wyprawy 2 ekip:
EXTREK (czyli ekipa Piotra z Wrocka – na zdjęciach biały bus-PITON) oraz SCYZORYKI WOKÓŁ AFRYKI (czarny bus – ekipa Jacka z Kielc SALUTEM)
Zarówno Piotr jak i Jacek realizowali projekt objechania Afryki dookoła (udało się Jackowi i Szymkowi)
Ja i mój tato (rocznik 45 – były pewne znaki zapytania o taką wyprawę w tym wieku – szacun za postawę i wytrwanie) braliśmy udział w części tej eskapady na trasie RPA - Tanzania

RPA

3-4.07 WTOREK/ŚRODA
Lecimy do Kapsztadu przez Doha.
Lądujemy rano o 11. Trochę strachu o “wałówkę”, bo mamy ponad 5kg swojskich wędlinek, a tu w RPA zero tolerancji dla przywożonej żywności. Ale przeszło.Trochę fuksem, trochę boczkiem omijając kolejkę do kontroli ale przeszło. Bierzemy taxi licencjonowane - 400, a przed wejściem do lotniska miejscowy krzyczał “okazja” i chciał 700 randów. Hostelik Riverlodge – naprawdę warty polecenia - odpoczynek, spacerek po mieście. Jest 2 ekipa z Kielc, więc mamy wieczorek integracyjny z tym co zabralismy (o dziwo scyzoryki do otwierania biorą od nas).Nas 4 (my + Gosia i Piotr) i 4 ekipy z Salutem-a. Ciężko dotrwać do zegarowego wieczora, bo tu o 19 jest ciemno. No i o 20 człowiek ziewa, ale spać o 21?

Zdjęcia: hostel, CapeTown, problemy z wodą w Kapsztadzie, RPA
hostel, CapeTown, problemy z wodą w Kapsztadzie, RPA



5.07 CZWARTEK
W planach – 2 dni na naprawę busów. Obie ekipy dojechały do Kapsztadu zachodnią częscią Afryki w marcu i busy zostały tu na 4 m-ce. Wymagają i napraw (części dowieźliśmy), pospawania ramy, no i w międzyczasie w RPA tak lało że po otwarciu drzwi mało ryby nie wypłynęły – pozalewane kompletnie. Do tego zdajemy sobie sprawę ze i opony trzeba….No i gonitwa bo w planach mamy na to 2 dni a tu za pasem weekend. Jak nie zdążymy w 2 wyjdzie 5 dni. No i pierwszy zonk - ekipie z Kielc linie zgubiły 2 bagaże, a tam m. in. części do naprawy ich busa. Nasz busik ląduje u spawacza (rama), spawacz pomaga znaleźć mechanika. Daje adres i jedzie z nami. Pomaga, bo gość chciał nas wziąć na poniedziałek, a nam się nie uśmiecha siedzieć cały weekend w Kapsztadzie. Zostawiamy auto do jutra i jedziemy połazić po mieście, porcie i marinie. Taxi 200 randów (55 zł), obiadek w supermarkecie (kurczak z grilla + sałatka i bułki - 100 randów). Kielce sami robią swojego busa pod hostelem, ale prace stoją, bo części brak. Bagaż dociera po zmroku i chociaż ciemno, chłopaki biorą się za wymianę resora i wahacza. Walczą do 21.

6.07 PIĄTEK
Oj ciężki ranek. Wczoraj po walce z busem Scyzoryki wpadli na pomysł, żeby “walczyć” w pokoju. Ciężkie były walki, a rano ciężko wstać. Kielce kończą swojego busa, a my czekamy na odbiór od mechanika i we 3 Z Jadzią z Kielc idziemy zwiedzać Górę Stołową. Taxi, wjazd kolejką, godzina na górze i 4h spaceru na dół. Oj - odbił się brak kondycji i wczorajsza impreza. Ale nic - nie ma, że boli. Trzeba zdążyć do 16, bo mechanik zamyka. Bierzemy busa od mechanika i pytamy o opony, bo też 2 musimy dokupić. Z polecenia znajdujemy warsztat i mamy tak dobrą cenę, że dzwonimy po Kielce, żeby dojechali. Zdążają przed zamknięciem i też biorą 2. Wieczorem meczyk MS (Brazylia bierze w dupę), a Kielce kończą swojego busa. Tak ostro pracują, że część zostaje spać w busie. Przegrali z grawitacją, ale bus zrobiony.

7.07 SOBOTA
Jest. Mamy oba sprawne busy - mniej więcej sprawne. Resztę dokończy się wieczorami na campingach. Żegnamy się z hotelikiem i dziś objazd atrakcji wokół Capetown.
1) ogród botaniczny
2) Przylądek Dobrej Nadziei + pingwiny
3) HUNT BAY
4) Trasa widokowa
5) Spanie na parkingu nad oceanem

Zdjęcia: Cape Town, fajna chata, RPA
Cape Town, fajna chata, RPA



8.07 NIEDZIELA
Od rana na parkingu cisza, spokój no to bierzemy się za naprawę samochodu. Ponieważ wstaliśmy naprawdę wcześnie (skutki zmierzchu o 18) mamy dużo czasu. Ok 9 pojawia się ekipa 3 miejscowych, przebierają się obok nas w pianki, butle na plecy, harpuny do ręki i do wody. Po ok.1,5 h wracają z naręczem ryb. Ok 11 ruszamy ostatni raz przez Capetown na przylądek Igielny. Robimy zdjęcia w miejscu rozgraniczenia oceanów i pod latarnią. Jedziemy na camp nad Indyjskim. Pierwsze niespodzianki – LIQUOR-y (sieć sklepów z napojami bogów) są tu zamknięte w niedziele.

9.07 PONIEDZIAŁEK
Noc fatalna – spimy nad samym brzegiem a od oceanu wieje jak diabli i jest tylko +5 st. Budzimy się skostniali. Śpiwór + 2 koce a i tak szczękam zębami. Ruszamy w trasę do Jo-burga. W czwartek odbieramy resztę ekipy 4 osoby do nas i jeden do Kielc.
Po drodze MOSSEL BAY. W porcie zjadamy jakies rybki, szukamy tej pierwszej poczty (gdzie ktoś zostawił list w bucie). Zakupy i ruszamy żeby przed zmrokiem zrobić jeszcze ze 100 km. Nocleg na campie z basenem.

10.07 WTOREK
Droga - do Jo - mamy 1200 na 2 dni, więc jedziemy. Po obu stronach pustynia(?). Niby coś rośnie ale to step/interior. Co 50-70 km jakieś miasteczko. Wjeżdżamy w jedno potem w 2 szukając marketu, ale znajdujemy coś jak większy GS z lat 70. Ciemno jak diabli a wzdłuż betonowych ścian większość towarów w workach i zgrzewkach. Wejście – wielka metalowa brama i kasa na rozkładanym stoliku. Robimy jeszcze ok. 650 km i z braku campu stajemy na noc na stacji paliw. Przynajmniej mamy bezpiecznie oświetlenie - kładziemy się spać w busie.

11.07 ŚRODA
Pobudka bladym switem. TIR-y od 6 grzeją silniki. Znowu dzień autostradowy. Zostało 450 km do Johannesburga Ok 16 stajemy na campie na obrzeżach Jo. Będziemy tu 2 dni, żeby zebrać ekipę z lotniska, więc robimy pranie. Wieczorkiem siedzimy opatuleni w koce i śpiwory.

12.07 CZWARTEK
Pierwszy dzień w Johannesburgu. Rano ledwie wstajemy. Miała być “Afryka dzika”, a jest szron na trawie, a zostawiona wieczorem na stołach herbata zamarzła. O 8 odpala słońce, a o 9 już zmieniamy polary na krótki rękaw. Dzielimy ekipę - PITON jedzie naprawić pękniętą szybę i szukać nabicia butli gazowych (tutaj jest inny gwint i zawór), a my wsiadamy do SALUTEM’a i jedziemy odbierać ludzi z lotniska. O 10 ląduje trójka naszych, a o 15 jedna osoba do kieleckiej grupy. W międzyczasie spadamy pod supermarket, bo ceny parkingu pod lotniskiem zwalają z nóg. O 16 odbieramy ostatniego i na camp. Tam przylatujący się rozpakowują, a my robimy konkretne zakupy na tydzień no i na wieczór. O dziwo - właściciel campu zaproponował miejsce na grilla i pokazał kupę drzewa. To o tyle dziwne, bo tutaj praktycznie drzew nie ma i na skrzyżowaniach sprzedają drzewo na grill w workach 5-10 kg w dodatku cena zwala z nóg. A tutaj pokazuje na kubiki mówiąc “Bierzcie ile chcecie”. Ognisko, grill, muzyczka - wieczorek integracyjny z tymi co dolecieli. Udał się tak dobrze, że jeszcze jak zasypiam w PITON-ie to za ścianą busa słyszę jak tato z Jackiem z Kielc przysięgają sobie po raz 7 braterstwo po wsze czasy.

Zdjęcia: Johannesburg, slumsy Jo-burga, RPA
Johannesburg, slumsy Jo-burga, RPA



13.07 PIĄTEK
2 dzień w Johannesburgu. Plan jest taki - odebrać o 16 ostatnią osobę z naszej ekipy i uciekać pod granicę Botswany i nocleg na dziko. Ale na razie…chyba trochę podpadliśmy ostatniej nocy. Camp niby pusty, ale sąsiad Niemiec - wczoraj odpowiedział na “hello”, dzisiaj już nie. Parka miłych Australijczyków na nasze przeprosiny mówi politycznie, że nic nie słyszeli, że spali. Oj ciekawie było wczoraj. No nic - śniadanko, kawka i ruszamy na zwiedzanie. Wioska LESEDI i jaskinia STERKFONTEIN + dom Mandeli. Jedziemy na lotnisko po ostatnią osobę z ekipy, właściwie to stoimy, bo wszystkie dolotówki na Jo są zawalone i choć mają po 4 pasy - wszystkie zawalone. Zjeżdżamy na równoległe - miejskie i tam powoli bo powoli, ale jedziemy. No cóż - piątek, weekend, 16, szczyt. Odbieramy ostatnią osobę z lotniska i właściwie mamy już ciemno. Co robić - jazda po Afryce po zmroku to ostatnie czego chcemy, ale do Botswany 400 km, a chcieliśmy chociaż połowę łyknąć dzisiaj. Na szczęście Scyzoryki nie jechali z nami tylko polecieli przodem i dzwonią, że mają camp 200 km dalej. Mijamy oświetlone Jo i Pretoria. Dojeżdżamy na 22 i spać. Cieszymy się z ciepła - wieczór +10 to jak na ostatnie noce luksus.


RPA/ BOTSWANA
14.07 SOBOTA
Rano pierwsze wrażenie - ciepło, drugie - wokół nas łazi ze 20 pawi. I jak to pawie - skrzeczą jak klaksony samochodowe. Pierwsze malarone i o 9 ruszamy na Botswanę. W busie z nudów czytamy ulotkę malarone i straszymy tych, co pierwszy raz słuchają. Wychodzi na to, że nie padniesz na malarię, za to wypadną włosy, żeby, tracisz libido i masz dziwne sny. Północ RPA już inna. Jest środek zimy, więc trudno mówić o zieleni, ale krajobrazy już mniej pustynno-stepowe. Wyżynno-pagórkowaty rejon, dużo drzew, pola, no i wreszcie jakieś wioseczki, osady pomiędzy miastami. Południe RPA to miasto co 70-100 km, a pomiędzy nic- interior. Tutaj bardziej swojsko. Ciągle nie umiemy złapać kierunku. Ponieważ słońce wstaje po prawej i cały dzień idzie w lewo – wszystko na odwrót jak u nas.
Około trzynastej granica Botswany. Cywilizacja, parkingi, urzędnicy za szybami w budynkach. Przywykłem do innych warunków granicznych w Afryce po doświadczeniach z Zachodniej. Namiastkę mamy przy wjeździe do Botswany. Papierki, deklaracje, kantor w drewnianej budce z cenami walut albo napis “no money”- kasy brakło. Tu wjazd 200 pula, a tu - no money. Po 1,5h wjeżdżamy do Botswany. 80 km jesteśmy w stolicy GABORONE. Latamy zmienić kasę ale niestety - sobota. 2h na wymianę i kupno kart telefonicznych i kolejna godzina na zainstalowanie. Już prawie po ciemku wyjeżdżamy w kierunku północnym. A miało nie być jazdy po ciemku. Na szczęście drogi dobre. Robimy ok. 150 km i znajdujemy guesthouse. Kolacja, po drinku i jakoś tak sam z siebie wychodzi nam wieczorek taneczny przy polskich hitach lat 70-80.


BOTSWANA
15.07 NIEDZIELA
Ciepła noc - ok. 12-14 stopni. O 7 śniadanko, malarone i w drogę. Ruszamy na SEROWE ok. 250 km i sanktuarium nosorożca. Na miejscu nici z nosorożców – naszymi busami nie da rady – tylko terenówki a wszystkie terenówki wożące po parku zajęte. Wrócą za 3-4h a i tak nie wiadomo czy przed zmrokiem pojadą jeszcze raz……….ech. Dzień zaczyna się na “nie”. Takie dni po prostu trzeba odfajkować. Nosorożce - nici. Potem mandat od policji na prostej, pustej drodze. Postanowiliśmy jechać do MAUN. Jedziemy 400 km, a tam trzeba być z rana (max do południa).Tylko do 9-10 wyruszają ekipy miejscowych przewodników na zwiedzanie delty rzeki OKAWANGWO. Po drodze robimy zakupy - wszystko droższe o 20% niż w RPA. Ceny jak w Polsce, niektóre rzeczy 2x drożej. Ale wszystko przebija cena alkoholu - 0,7 ruskiej wódki 160 pula, czyli ok. 16 USD. Na nasze jakieś 60 zł. Ogłaszamy żałobę i wieczorne racje ograniczamy o połowę (przynajmniej w BOTSWANIE). Robimy do zmroku jakieś 250 km i znowu ZONK. Na campie dają nam cenę jak z kosmosu. Eeeeeech. Uciekamy w głąb pustyni Kalahari na noc. Po horyzont ani krzaka, więc mamy mały problem z toaletą. Wieje, że łeb chce urwać. Ustawiamy busy z wiatrem żeby osłonić namioty i spać. W nocy - jak na łajbie, wiatr taki, że busem buja na prawo i lewo.

Zdjęcia: po drodze, Wioseczka "no name" w Batswanie, BOTSWANA
po drodze, Wioseczka "no name" w Batswanie, BOTSWANA



16.07 PONIEDZIAŁEK
Pobudka przed wschodem słońca. Dalej wieje. Śniadanie i ruszamy do MAUN. Spływy deltą są 2-dniowe ze spaniem na wyspie, ale trzeba zacząć z rana. Liczymy, że zdążymy dojechać i zacząć dziś. Niestety docieramy ok. 12, a zanim camp nam zorganizuje będzie 14. Zostajemy na campie Angielli i robimy pranie i sprzątanie. Wypływamy jutro o 7 rano. Popołudnie przy piwku i rozmowach na Skypie z rodziną. Przy okazji czytam o Okawangwo . Ciekawa sprawa – jedna z niewielu rzek która nie uchodzi do żadnego morza ani oceanu. Po prostu rozlewa się po pustyni Kalahari i wsiąka. Ale rozlewisko tworzy jedyne w swoim rodzaju – rezerwat zwierzyny i ptactwa.

Zdjęcia: delta rzeki Okawango, podwózka na Okawango, BOTSWANA
delta rzeki Okawango, podwózka na Okawango, BOTSWANA



17.07 WTOREK
Ruszamy 7.15 dżipem 9-osobowym ok. 1h, który podwozi nas pod przystań miejscowych łódek - mokoro. Nas 10 os + namioty, karimaty, jedzenie i picie na 2 dni i 5 łódek. Łódki na 2 osoby siedzące + miejscowy(a) na stojąco odpycha się kijem od dna. Bierzemy jedzenie i spanie, bo jedziemy na 2 dni ze spaniem na jednej z wysp pośród hipciów. Rozlewisko, płytkie, kobiety na stojąco popychają 4m tyczkami od dna - tyczka wchodzi jakieś 0,5 metra w wodę. Po półtorej godzinie na wyspie, rozbijamy obóz i… sjesta. Jak to u murzynków 1h pracy z 44 odpoczynkami. Trochę przymuszamy guid’a, żeby się ruszyć. Zabiera nas w końcu na 2h spacer. Piękna telewizyjna sawanna - tylko w TV nie widać tylu dziur (czasem na 0,5 metra głębokości). Okazuję się, że po po mrówkojadach . A że trawa po kolana i mnóstwo odchodów słoni, to spacerujemy slalomem z oczami w ziemię. Popołudnie, więc na sawannie zwierząt za dużo nie ma. Trochę gnu i impali. Słonie widzimy tylko w formie 1m piszczeli i 0,5 metra czaszek. Wracamy i mamy 2h przerwy. O 17 wypływamy na wieczorne podglądanie zwierząt. Tym razem podpływamy tymi kanu pod wodopoje. Rozlewisko wieczorem - oaza spokoju. Pierwsze mamy słonie, potem hipopotamy, trochę antylop, sitatunga. Wracamy na camp, kolacja i ostrzeżenie miejscowych, żeby nie po nocy nie łazić poza zasięg ognia. To tereny hipopotamów i niby nasza wyspa ma wypaloną roślinność i nie mają po co tu przychodzić, ale po porykiwaniu słyszymy, że są 150-200 metrów od nas. Wyspę ogradza sieć, ale nasz guide macha lekceważąco ręką. Przed dobranocką lokalsi pokazują nam jeszcze tańce przy ognisku.

18.07 ŚRODA
2 dzień safari. Pobudka 6 a o 7 wychodzimy. Słońce dopiero wschodzi, a my na łowy. Oglądamy stado gnu, impale razem z zebrami, żyrafę z młodym. Jedynie lwów brakło na stanie ale z racji że spacerujemy pieszo – żalu nie mam. Sama świadomość, że może wstać z trawy powoduje lekkie swędzenie. Wracamy ok. 12 na camp pakujemy graty i o 13 wracamy kanu na MAUN. Tam czeka “speedboat” i wracamy na camp. No ładnie, prując ze 40 km/h po zakolach Okawango. Sternik zwalnia na foto ptaków (nasze bociany?) no i 2x widzimy piękne orły. Jest potęga. (Jeszcze te czarne z grubymi udami). Na campie spłukujemy 2-dniowy kurz i ruszamy. Jeszcze w Maun obiadek w supermarkecie + zakupy i ruszamy. Następny punkt to 600 km na KASANE, a im więcej przejedziemy dziś tym mniej jutro. Nocleg na dziko na sawannie. Po drodze 3 duże stada zebr pętają się po drodze.

19.07 CZWARTEK
7 rano pobudka, śniadanko, malarone + osłonowe i w drogę. Postój w NATA. Ciekawostka - przez 300 km ani jednej stacji paliw a tu 4 obok siebie i z każdej po 4-5 chłopaków gwiżdże, woła i zachęca do siebie. Po drodze przerwy na foto słoni przy drodze, spaceruje stado ze 30szt. Trochę krucho z zebrami, jakby nie było - są symbolem Botswany. Wczoraj po zmroku to się pchały stadami na asfalt, a za dnia to tylko raz na jakiś czas pasiaste dupsko mignie między krzakami. W Kasane jesteśmy ok. 14 i znajdujemy jedną fajną agencję sprzedającą 3-godzinną wycieczkę łódką po rzece CHOBE. Park nazywa się tak samo. O 15 wsiadamy do 20 miejscowej łodzi i mamy jedno z najlepszych safari w moim życiu (ocena subiektywna). Słonie przepływające przez rzekę, stada żyraf i impali, orły, krokodyle, wreszcie hipcie i to nie tylko uszy i nozdrza, ale stojące po pas w rozlewiskach i spokojnie żrące wodną trawę. I to wszystko na odległość 10-20 metrów. O 18 zachodzi słońce, a my wracamy do przystani i jedziemy na camp. Wreszcie naprawdę ciepła, afrykańska noc. Balujemy do północy - ostatnia noc w Botswanie.

Zdjęcia: Park CHOBE, przeprawa słoni przez rzekę Chobe, BOTSWANA
Park CHOBE, przeprawa słoni przez rzekę Chobe, BOTSWANA


Zdjęcia: Park CHOBE, uśmiech proszę, BOTSWANA
Park CHOBE, uśmiech proszę, BOTSWANA


BOTSWANA / ZAMBIA
20.07 PIĄTEK
6 pobudka, śniadanko i pierwszy dylemat tego dnia. Robimy Wiktoria Wodospad od Zambii czy Zimbabwe? Wiza podobno wspólna, koszt ten sam. Pada na Zambię i przeprawę promem a Wiktorię od strony Zimbabwe spróbujemy zrobić później – w miarę możliwości. Stoimy na przejściu KAZUNGULA po stronie Zambii. 3h handlujemy, a kierowcy załatwiają sami nie wiedzą co - deklaracje, ubezpieczenie, policja, odprawa aut i jeszcze 18 innych rzeczy. A my gadamy i śmiejemy się z handlarzami figurek krokodyli, hipków, słoni i setek innych pierdół. Wreszcie po 5h otwierają się wrota i…. 5m za bramą stop, bo jeszcze 8 innych rzeczy do załatwienia. W międzyczasie wymieniamy z ojcem pieniądze i jak przedszkolaki dajemy się nabrać starym granicznym wygom na 240 kwacha. Ot - znać doświadczonych graczy - dawno nie miałem do czynienia z cinkciarzami. Wreszcie po kolejnej godzinie ruszamy. Po 1 km pierwsza kontrola - ubezpieczenie, prawo jazdy, itd. I okazuje się, że w SALUTEM-ie siedzi za kierownicą Szymon i nie ma prawka. Ściągają ich z drogi i znowu 1,5h negocjacji. Kończy się na 50 USD. Zasuwamy do LIVINGSTONE po zakupy, kartę do internetu, jeszcze ktos wymienia kasę. Jedziemy na camp. Na Victoria Falls już za późno- pojedziemy z rana. Na campie okazuje się, że niepotrzebnie płaciliśmy za oglądanie hipci, bo tu są w gratisie. Camp jest na skarpie nad rzeką i siedząc na tarasie mamy i hipopotamy i krokodyle i kradnące wszystko małpy.

ZAMBIA / ZIMBABWE
21.07 SOBOTA
O 8.30 ruszamy na Victoria Falls. Dojeżdżamy do granicy Zimbabwe. Zostawiamy PITONA i idziemy piechotą na drugą stronę przez most. Trochę papierologi na granicy, 3 km spacerku i most graniczny. Kupujemy tickety za 30 USD i wchodzimy. Wodospady Wiktorii… no kto był ten wie, a kto nie był to i tak nie opiszę. 2h później przemoczeni do ostatniej nitki (nawet gatki w dresie mam mokre). Suszenie przed wyjściem, zakupy na miejscowym bazarku i spacerkiem przez most wracamy do Zambii. Marzyłem o skoku na bungee, ale 160 USD wyleczyło mnie z marzeń. W Polsce za tą cenę mam 6-7 skoków. I znowu niezwykła mentalność miejscowych – dawałem 100 usd ale nie. Woli siedzieć na dupie i nic nie robić niż spuścić cenę do 100 a wtedy miałby 2-3 chętnych. Wracamy do busa, obiadek + zakupy w LIVINGSTONE i ok 15 ruszam w kierunku na LUSAKĘ. Robimy jeszcze 200 km i mamy camp. Kolacja i spać. Po drodze przy drodze stado ok. 50-60 słoni tak blisko drogi że auta zatrzymują się przed mostkiem nie chcąc ich prowokować.

Zdjęcia: rzeka Zambezi, Victoria Falls, ZIMBABWE
rzeka Zambezi, Victoria Falls, ZIMBABWE



ZAMBIA
22.07 NIEDZIELA
Rano ruszamy na LUSAKĘ. Cały dzień jazdy, ok. 14 zajeżdżamy pod żłobek dla słoni - ale sorry, niedziela, zamknięte. Ponieważ tłucze nam łożysko w kole, a jest niedziela i nic nie zrobimy, postanawiamy stanąć w okolicach LUSAKI i jutro z rana szukać mechanika. Wstępujemy po drodze na farmę krokodyli. Wstęp – 5 USD, krokodyle obżarte leżą i chyba żyją. Cała masa tego wyleguje się i nie reagowałaby chyba nawet na meteoryt. Na miejscu próbujemy kebab i hamburgery z krokodylim mięsem. W OVERLANDERZE znajdujemy niedrogi camp (5 USD/osoba) i równo ze zmierzchem tam lądujemy. Dobre wifi, więc nadrabiamy rozmowy z rodzinkami. Szef campu sciąga wieczorem mechanika ten ogląda PITONA i umawiamy się na jutro na 7.30 rano. W dodatku przyjdzie do nas i poprowadzi.

Zdjęcia: po drodze, przekąska przy drodze - myszy z grila, ZAMBIA
po drodze, przekąska przy drodze - myszy z grila, ZAMBIA



ZAMBIA / MALAWI
23.07 PONIEDZIAŁEK
Mamy nieplanowany dzień wolny. Auto jeszcze w naprawie, a my umawiamy się na campie o 12 i ruszamy zwiedzać LUSAKĘ. Zwiedzanie jak zwiedzanie. Frajda to dojazd - mnóstwo małych 9-osobowych toyot. 9 osób w teorii, bo oprócz kierowcy i naganiacza w otwartych bocznych drzwiach siedzi już 10 pasażerów. My z ojcem wchodzimy jako 13 i 14 osoba, a tam nam jeszcze macha, żeby się ścieśniać bo ma jeszcze jednego chętnego na kurs. Ruszamy w 15, zaczyna się pokaz wirtuozerii. Naganiacz zamyka drzwi i stoi (wisi) na jednej nodze i trzymając się czegoś wisi nad 2 pasażerami. I w tej pozycji zaczyna kasować za kurs. Bierze kasę w jedną rękę, wyciąga resztę, papierkowe spod pachy, bilon w zęby, wszystko w jedną rękę balansując na zakrętach. Tylko my to oglądamy, bo reszta wpatrzona jest w nas. Chyba pierwsi biali, którym zachciało się lokalnego busa. Z resztą na ulicach też białych nie ma. Widzimy dosłownie 1 białą twarz podczas 2-godzinnego spaceru. Inna rzecz, że nie interesuje nas citi, tylko handlowe obrzeża razem z zaułkami. O 12 znowu busikiem wracamy na camp. Szczerze to ciężko trafić - dobrze, że mamy wizytówkę z adresem. Zamawiamy obiadek – akcent mają taki że nie wiemy co wzięliśmy. Okazuje się że to koźlina. Twarda że aż tato łamie zęba. Na dodatek to przednia dwójka więc oprócz dyskomfortu dochodzi trochę „szczerbaty” wygląd. O 14 wraca z naprawy bus i ok 15 ruszamy na północ, ile się da w stronę MALAWI. Zaczynają się góry. Robimy ok. 200 km i przy znikającym słońcu szukamy miejsca na dziko. Wjeżdżamy boczną drogę, wydaje się w sam raz dla nas, no i po kilometrze zakopujemy się po raz pierwszy. No niestety - braliśmy to pod uwagę. Druga ekipa nas wyciąga (przy pomocy miejscowych) i wracamy tyłem, bo droga wąska zawrócić nie ma jak a miejscowi twierdzą, że dalej nie ma się po co pchać. Tubylcy prowadzą nas boczną drogą na fajne miejsce i jak to w Afryce wyciągają łapki. Dobra - macie. A przy okazji sprzedają niezłe zioło. Szymek z SALUTEM-a ma już wprawę w kręceniu, więc wieczór mamy przy drinkach i jaranku.

MALAWI
24.07 WTOREK
Pobudka (właściwie pobudziliśmy się w nocy z zimna), więc bardziej - świt i wstajemy, śniadanko i ruszamy na północ. Cały dzień jady po górach. Przystanki przy małych osadach, tak po 5-6 budynków z patyków krytą suchą trawą. No i te zagrody dla kóz z patyków, płaty z plecionej trawy, dzieciaki, które zbliżają się tylko na 5-6 m, a bliżej już nie. Esencja Afryki. Ok. 16 jesteśmy w MCHINGI, ostatnim miasteczku Zambii i mamy zagwozdkę. Szukać spania czy robić granicę. Na spanie za wcześnie - co tu robić na campie, ale znowu granica to 4-5h. Jest obawa, że utkwimy pośrodku - jedni nas odprawią, zaś drudzy nie przyjmą, a spanie pomiędzy graniami robiłem 2 razy i nie chcę powtarzać. Konsultacja z drugą ekipą i jednak ruszamy do Malawi. Granica… jak to granica w Afryce - gwar, rejwach, sama wymiana KWACHA Zambi na KWACHA Malawi to już ból głowy. Obstępuje busa 20 osób, każdy krzyczy. Nie wychodzimy z busa - otwieramy tylko okno, a w oknie od razu pcha się 6-7 rąk z kasą, coś tam wrzeszczą. Kombinują co nie miara, 8 czy 9 banknotów to dziesiątka, a kurs inny w momencie ustalania, jak przekazujesz swoje banknoty to już inny, a jak odliczą swoje to jeszcze inny. Próba uspokojenia, wprowadzenia jakiegoś ładu, wygląda jakbyś próbował uspokajać 20 rozgadanych kur. Na szczęście po 1,5h mamy za plecami Zambię i chwała Bogu Malawi otwarta. Po kolejnych 2h mamy komplet wiz, deklaracji, road tax, ubezpieczeń i cholera wie czego jeszcze. Szukamy campu czy lodge zaraz za granicą, bo jazda po ciemku w Afryce… Znajdujemy lodge po 15 km i idziemy spać około północy.

25.07 ŚRODA
Rano zadowoleni, że granica za nami (nawet wizy były niepewne, bo w internecie mnóstwo opisów o problemach z wizami Malawi) i ruszamy do LILONGWE. Malawi już inne - więcej budynków z niewypalonej gliny i murowanych. Jedynie miasteczka podobne - po lewej i prawej rząd sklepików, każdy w innym kolorze, każdy z zadaszeniem jak miasteczka z westernów o dzikim zachodzie. Bardzo dużo producentów cegieł - czerwona glina, trochę wody i słomy, mieszają i ręcznie kształtują w kostki. A potem na słońce. I tyle. Czasem rzędami suszy się 200m takiej produkcji. No i bazary. Każde mijane i miasteczko czy większa osada to bazar. Po obu stronach dziesiątki (setki?) straganów i rozłożonych prosto na ziemi towarów. Od gór w Zambii zaczęły pojawiać się kobiety z charakterystycznym sposobem przenoszenia towarów na głowie. Tam było to jednostkowe a tu nagminnie. No i po tej stronie gór inny klimat, inna roślinność. Czuć wilgoć w powietrzu, trawy już nie takie wypłowiałe, pojawia się zieleń. Zaczynają się bambusy, trzciny, papirus. Tylko ziemia i piaski z pomarańczowych zmieniają się ty na ciemnoczerwone, czasem blada purpurka. O 11 jesteśmy w stolicy - LILONGWE. Mamy 2h na zakupy, wymianę pieniędzy, a że chcemy z tatą trochę zobaczyć, wsiadamy na 3 tysiące do miejscowego tuk-tuka i mamy 20 minut zwiedzania. Uciekamy z tego rejwachu na północ, chcemy odpocząć dzień nad Jeziorem Malawi, ale raczej nie ma szans, żeby zdążyć na dziś, zwłaszcza, że dziewczyny odkrywają w przewodniku jakieś malowidełko naskalne. Znajdujemy w wiosce guide’a i ruszamy potwornie dziurawą i rozkopaną drogą podobno 8 km. W połowie trasy rusza za nami (czasem przed nami, bo jedziemy 5 km/h) grupka dzieci. Najpierw biegnie 5, potem 10, coraz więcej aż w końcu za naim zbiera się ładny peleton szkrabów od 3 do 10 lat. Ekipa rusza na zwiedzanie. Ja zostaję z ojcem - trochę chory. Droga kończy się w osadzie z 50 dzieciaków. Barykadujemy się w busie, bo każde wyjście to las wyciągniętych rąk i ani myślą się rozstępywać. Właściwie trzeba się rozpychać. Najlepiej o tym przekonuje się Jadzia z SALUTEMA. Jak próbując rozdać kilka smyczy i opasek odblaskowych zostaje właściwie wepchnięta do busa przez dzieciaki. Zamyka się w środku. Ewa wychodzi, chcąc rozdać 10 kolorowych kredek po jednej - po 15 sekundach obijania się w lewo i prawo podrzuca ostatnie kilka kredek do góry i korzystając z zamieszania też ucieka. Ok - ruszamy. Dla zabawy siadamy na dachach, ale tylko na 8 km szutrówki. Wjeżdżamy na asfalt po ciemku złazimy z dachów ( na drugi dach też wdrapała się ekipa fotografów) a do jeziora 100 km i to przez góry. Nie ma szans. Robimy 20 i w zatoczce na szczycie jednej z gór robimy spanie.

26.07 CZWARTEK
Pobudka (ciepło!) i uciekamy. Mamy w planach leniuchowanie, więc ekipa zbiera się raz-raz. Inna sprawa, że tu długo spać się nie da. Ciemno o 18, a o 20 ziewasz i wydaje ci się, że już północ i chcesz spać. Siłą rzeczy o 5.30-6 wstajesz dopiero o świcie. Postanawiamy jechać na MONKEY BAY. Docieramy o 11 i dzień leniucha. Pływanie, snorkeling, obiadek w restauracji. 1 dzień all inclusive nie zaszkodzi. Drinki i opalanie, cały dzień błogostanu. Wieczorem robimy dyskotekę z nagłośnieniem SALUTEM-a, a potem wybieramy się na lokalną dyskotekę, a potem… no właściwie nikt z nas nie pamięta jak się dzień skończył, a ci, którzy (podobno) pamiętają, tworzą tak dziwne historie, że spuszczam na to kurtynę milczenia.

Zdjęcia: camp nad jeziorem Malawi, Lilongwe, sielanka, MALAWI
camp nad jeziorem Malawi, Lilongwe, sielanka, MALAWI



27.07 PIĄTEK
Wstajemy o 6 - część z nas dość ciężko, do 10 cd lenistwa, o 10 ruszamy. Do granicy Tanzanii mamy 860 km wzdłuż jeziora. 2 dni lekko licząc. Cały dzień jazdy. Zaczynają się góry Malawi i cały czas mamy jezioro. Raz odbijamy, raz jedziemy wzdłuż linii brzegowej. Robimy 460 km i po ciemku trafiamy na NKHATA BAY Butterfly Camp. Co prawda ładujemy się poza campem, bo tu ostre zbocza i stwierdzamy, że nasze busiki nie dałyby rady, ale za to po kolacji schodzimy do knajpki i mamy naprawdę gorące rytmy. Nikomu nie chce się latać z pieniędzmi, więc otwieramy w barze rachunek na shoty i drinki. Ruszamy w tany. Prawdziwa mieszanka house i ichniejszego folku, ale niesamowicie rytmiczne i porywające. Oprócz nas jeszcze jedna grupka białych, a reszta - lokalsi. Ja kończę zabawę dość szybko, ale reszta wraca etapami i łażąc po stromiźnie podejrzanym zygzakiem budzi pozostałych. Ostatni już bladym świtem kończy balangę Piotrek z SALUTEM-a i szwenda się bo nie ma gdzie spać. Wreszcie nad ranem cisza.

28.07 SOBOTA
Dziś pobudka ciągnie się jak flaki. Jedni wstali, inni zaledwie wstali, a super imprezowicze mówią, że chrzanią tą całą Afrykę, aby tylko dać im spać. Po śniadaniu chłopaki z SALUTEM-a idą rozliczyć rachunek z baru i okazuje się, że w 5 bawiliśmy się pół nocy (a część z nas całą noc) za 7 USD. Zamieniamy się częściowo ekipą, bo w
SALUTEM-ie z kilku kierowców żaden nie widzi pojedynczo i musimy im dać kogoś kto pojedzie. Zostało nam 400 km do granicy i to po górzystym terenie, więc znowu mamy cały dzień w drodze. Gorąco. Z ulgą znajdujemy wolny dostęp do jeziora z kawałkiem plaży i robimy 1h wolnego. Popływali, poleżeli w słońcu i ruszamy dalej. Do granicy z Tanzanią docieramy równo z zachodzącym słońcem. Malawi robimy szybko, ale urzędas ostrzega, żeby lecieć choć 2 osoby na drugą stronę, bo Tanzania po zmroku zamyka granicę. Lecimy we dwoje, jak większość na piechotę, poprosić o trochę czasu, a reszta odprawia auto. Po Tanzańskiej stronie mówią ok, ale dają tyle deklaracji do wiz, że w międzyczasie zamyka się okienko. Odprawy aut nie ma już gościa z CPD, no i na koniec z trzaskiem zamykają bramę wjazdową. Po 10 minutach mamy paszporty z wizami - tyle że co nam z tego. Nocleg na ziemi niczyjej nigdy nie jest przyjemny, ale tu jest cicho. Pouciekali cinkciarze i pomocnicy od wszystkiego. Nie jest źle. Ok. 20 jest już zupełnie cicho, jedynie na drzewie pod którym stoimy drą się małpy i jakieś ptactwo.

Zdjęcia: granica Malawi - Tanzania, Lponga, ciekawy PKS, MALAWI
granica Malawi - Tanzania, Lponga, ciekawy PKS, MALAWI



MALAWI / TANZANIA
29.07 NIEDZIELA
Rano cicho, ale już o 7 zbierają się ludzie. Dalej wszystko zamknięte, ale handlarze już ciągną na swoje rewiry. Śniadanko i zaczyna się afrykańska biurokracja. Podatek drogowy, CPD, ubezpieczenia, wymiana kwacha malawijskich na szylingi tanzańskie (tutaj mamy nieprzyjemny akord, bo cinkciarz kroi jednego z naszych i mamy wszystko - łącznie z pościgiem za złodziejem - oczywiście nieudanym). Po 2h mamy dość, a tu ciągle jeszcze coś. Wyjeżdżamy ok. 11, a przy szlabanie wyciągają od nas jeszcze 10 tysięcy szylingów za coś tam. Już mamy ciężki dzień, a jeszcze nie ma południa. Dobija nas kupowanie i aktywacja karty telefonicznej z pakietem internetu. W pierwszym napotkanym miasteczku stajemy na (wydawałoby się) prostą i szybką czynność - stoimy kolejne 2h w dodatku zamiast oglądać i zwiedzać - to nas oglądają i zwiedzają busy. Aż chce się bilety sprzedawać. Wreszcie po 14 ruszamy. Jakby mi ktoś o 6 rano powiedział, że po 8h będę 5 km od granicy to bym nie uwierzył. Ale cóż - Afryka. Tanzania już inna - zieleń aż bucha. Pobocza zielone, a plantacje herbaty czy bananowców cieszą oczy zielenią. Po suchych sawannach, kolorach Botswany czy Zambii - miła różnica. Zmienia się typ budownictwa. Zambia - domy z patyka, gałęzi + glina, a dachy z suchej trawy. Malawi od połowy już murowana, ale i dużo zagród z patyków i dachy ciągle ze słomy. Gdzieniegdzie tylko blacha. Tutaj już ciężko spotkać drewniane domki, wszystko murowane i blacha na dachach. Oczywiście różnice dotyczą pojedynczych chałup czy małych osad, bo miasteczka i miasta są prawie takie same. Jedynie w Malawi więcej handlu na gołej ziemi, od niebem, a tu królują małe sklepiki. No i jest niedziela - a co za tym idzie dużo pań spaceruje w fantazyjnych strojach, całe kolorowe, łącznie z zawijasem na głowie, mocne kwieciste kolory. Kielce uciekły do przodu - pierwszego odbierają ludzi z lotniska na Zanzibarze, więc muszą być dzień przed nami. Jeszcze przejazd podobno Prezydenta. Widzimy tyle że wszystko co jeździ policja kieruje na parkingi i pobocza i stoimy tam ponad godzinę – po czym jedyne co widzimy to kolumnę samochodów ochranianą przez policję. Może prezydent, może papież a może Maciarewicz? Jedziemy do zmierzchu, szukając campu w jakiejś miejscowości wpadamy na hotel klasy…. No raczej nie naszej. Wchodzimy spytać o camp, ale pada pytanie o ceny, wielkość pokoi. Cena dwuosobowego jest średnia więc idziemy oglądać pokój. Okazuje się, że 2 na 2 wielkie łoże, więc pokój dla 4 wychodzi w cenie campu. A jak dowiadujemy się, że śniadanie w cenie to bierzemy. 2 pokoje a ja zostaję na nocleg w busie.

TANZANIA
30. 07 PONIEDZIAŁEK
Pobudka, śniadanko na hotelowym parkingu, część z nas w hotelu (4 osoby) i w drogę. Pół dnia wertepów - budują drogę. Ok. 13 Park Skalny ISIMILA - formacje skalne, iglice, godzinka spaceru. Ruszamy do DAR ES SALAM. Prom na Zanzibar jest strasznie drogi i ekipy muszą się połączyć żeby 1 bus płynął a drugi zostaje w DAR. Część z nas wylatuje z Dar pierwszego, ale część z Zanzibaru, więc jeden bus musi przeprawić się 31. Ok. 16 zaczynamy mijać park MIKUMI. Mieliśmy go odwiedzić jutro, ale konieczność płynięcia ekip na Zanzibar pokrzyżowała plany. Ale nic to - tak się składa, że droga biegnie przez środek parku, pora jest wieczorna, więc zwierzyna wylęgła skubać i popijać. Mijamy żyrafy, stada małp, gnu i zebr, a impale pasą się stadami po 50-60 w rowach przy samym asfalcie. Co chwila zwalniamy czy stajemy na zdjęcia, aż zastaje nas zmrok. W planach mamy nocleg na dziko, ale tutaj teren parku, więc nie za bardzo. Robimy jeszcze ponad 50 km i niestety nie ma pustych dróg po lewej czy prawej. W końcu decydujemy się na zjechanie w prawo na drogę przez wieś i zaparkowanie za wsią. Swoim przejazdem pomiędzy glinianymi chałupkami budzimy niemałe zamieszanie. Parkujemy ok pół km za wsią po środku sawanny i czekamy na reakcje. Przyjdą? Przegonią? Przyjdą po kasę za miejscówkę? W międzyczasie robimy kolację, ale bez rozkładania namiotów. Jest już 20 i zupełnie ciemno, więc nie za bardzo chce nam się stąd ruszać. Na szczęście nie ma nikogo i po godzinie rozkładamy się ze spaniem.

31.07 WTOREK
Wstajemy jeszcze przed słoneczkiem. Kiedy robimy śniadanie i toaletę przechodzą obok nas grupki jednakowo ubranych dzieci - widocznie biwakujemy przy drodze wioska - szkoła. O 7:30 wychodzi słońce, a o 8 ruszamy. O 14 z Dar wypływa prom na Zanzibar, a my jeszcze musimy się poprzesiadać. Kielecki bus jest na 6-osób, więc wsiądą do niego odlatujący z Dar, a PITON 9-osób pojedzie wysadzić i odebrać ludzi z lotniska na Zanzi. Do Dar Es Salaam mamy ok. 200km, więc ok. 4h. Wyjeżdżamy na asfalt znowu przez wioseczkę, ludzie wychodzą rodzinami z chałup zobaczyć co się dzieje. Trasę do Dar Es Salaam robimy szybko bo Kielce sprawdziły prom i mamy naprawdę napięty grafik.
Na szczęście dają nam gotowy namiar na hotelik gdzie oni spędzili noc – wjeżdżamy i cała przesiadka „Zanzibarowców” do PITONA i nas reszty fru na zewnątrz – jak przy pożarze. Pożegnanie równie strażacko bo mają na styk prom na Zanzi. Po odjeździe Pitona zbieramy graty, oglądamy hostelik (Hunch Backpackers przy ambasadzie Szwajcarii – na serio polecam). Jest basenik, parę stolików żeby wypić drinka. Idziemy połazić po Dar a wieczorkiem przy drinku podsumowujemy wyprawę . Nocka część w Salutem-ie a my z tatą w dormitorium.

1.08 ŚRODA
Sniadanko, przepakowujemy się na samolot i jeszcze z rana po szybkiej kąpieli w baseniku idziemy na pożegnalny spacer nad ocean. Częsć naszej ekipy ma odlot za 3 dni – załatwiają zwiedzanie parku MIKUMI – tego który w pospiechu wczoraj ledwie liznęlismy a nasza 4 zamawia taxi na lotnisko. Ok 13 wsiadamy do taxi i jedziemy na lotnisko. Koniec

Zdjęcia

RPA / - / Cape Town / fajna chataRPA / CapeTown / hostel / problemy z wodą w KapsztadzieRPA / - / Przylądek Igielny / granica oceanówRPA / CapeTown / Góra stołowa / góra stołowa - panoramaRPA / - / Johannesburg / slumsy Jo-burgaBOTSWANA / - / delta rzeki Okawango / podwózka na OkawangoBOTSWANA / - / po drodze / Wioseczka BOTSWANA / - / Park CHOBE / przeprawa słoni przez rzekę ChobeBOTSWANA / - / Park CHOBE / uśmiech proszęZIMBABWE / - / rzeka Zambezi / Victoria FallsMALAWI / - / przy drodze / jeszcze jeden portretTANZANIA / - / afryka / plantacja herbatyTANZANIA / Dar Es Salaam / zatoka Palm Beach / z ręcznikami nad ocean i .........MALAWI / Lponga / granica Malawi - Tanzania / ciekawy PKSMALAWI / Lponga / granica Malawi - Tanzania / ciekawy PKS - 2MALAWI / Lilongwe / camp nad jeziorem Malawi / sielankaZAMBIA / - / po drodze / przekąska przy drodze - myszy z grila

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl