Artykuły i relacje z podróży Globtroterów

Wyprawa samochodem na Nordkapp 2016 > NORWEGIA, FINLANDIA, SZWECJA, DANIA, NIEMCY, ESTONIA, LITWA, ŁOTWA


macciej macciej Dodaj do: wykop.pl
relacje z podróży

Zdjęcie NORWEGIA / Finmark / Nordkapp / NordkappSamochodowa wyprawa na Nordkapp i wokół Bałtyku z lipca 2016. 7 tysięcy kilometrów z sześciolatką na tylnym fotelu. Trasa ta była planowana od zeszłego roku, gdy odwiedziliśmy Finlandię.

Opis naszej trasy będzie dość skrótowy, bez szczególnie artystycznego stylu, za co przepraszam. Jest zaczerpnięty głównie z notatek, które robiłem po drodze. Link do pełnej relacji na końcu artykułu.


29.06, środa, ~800 km

Wyjazd z Warszawy ok 5.30 rano. Prowadzę ja. Trasa na Białystok w remontach i rozbudowie, cięzko jechać szybciej niż 80 km/h. Na szczęście od Ostrowii do Łomży już jest ok. Dalej sporo się zmieniło od zeszłego roku, porobiono kilka obwodnic, co dobrze wpływa na tempo jazdy. Pogoda jest bardzo ładna. Tankujemy w Suwałkach i jedziemy dalej przekraczając w Budzisku granicę z Litwą. Za Kownem w jakimś centrum handlowym jemy lokalnego fast-fooda - Hesburgery i zmieniamy się za kierownicą. Śpię trochę, te kilka godzin jazdy daje się we znaki. Kolejna zmiana kierowcy tuż przed Rygą. Droga jest wyremontowana, nie ma tych odcinków ruchu wahadłowego jak rok temu. Ale mimo wszystko trasa dłuży się i to mocno. Dojeżdżamy wreszcie do Majaka w Estonii, ale kemping gdzie byliśmy w zeszły m roku jest zamknięty - jakaś przebudowa. Rozbijamy się więc kilka kilometrów dalej, w Kabli, koło hotelu nad samym morzem. Spokój, cisza i pustka, oprócz nas jeden namiot - para starszych Belgów na rowerach


30.06 czwartek ~550 km

Rano jakoś długo zwlekamy, wyjazd niemal o 10, a bilety na prom mamy na 13:30. Do Tallina jest stąd ponad 170 km, więc jadę szybko. Na szczęście szeroka i niezbyt ruchliwa o tej godzinie Via Baltica na to pozwala, poza rejonami, gdzie występuje teren zabudowany i fotoradary. Gdzieś za Parnawą tankujemy do pełna i ok. 12 jesteśmy w Tallinie. W centrum miasta są niewielkie korki na dojeździe do portu, ale na nabrzeżu jesteśmy mimo to jako jedni z pierwszych. Na biletach było zaznaczone by być najpóźniej o 12:30, więc nieco się denerwowałem, okazuje się ze zupełnie niepotrzebnie. Prom to MS Superstar, nowocześniejszy niż MS Star, którym płynęliśmy w zeszłym roku. Ma wielką salę restauracyjno-kawiarnianą z widokiem do przodu. Nieco pada, ale na wodach Zatoki Fińskiej wyprzedzamy chmurę - w Helsinkach jest piękna pogoda. Tym razem brak kontroli alkomatem, więc wyjazd z promu idzie ekspresowo. Za to są korki na obwodnicy, tracimy w nich dobre pół godziny. W planach jest dojechanie tak daleko jak się da i nocleg gdzieś w przygodnym miejscu, najlepiej nad jakimś urokliwym fińskim jeziorem. Po 3 h jazdy mamy jednak powoli dość. Dojeżdżamy tuż przed Jyvaskyla i tam zjeżdżamy najpierw w jakąś boczną, a potem w jakąś leśną drogę. Znajdujemy szeroką zatoczkę przy leśnej drodze - jest tu płasko i równo, mieści się samochód i namiot. Komary tną mocno. Dookoła gęsta tajga, głazy narzutowe, mchy, wilgotno - to dość typowy krajobraz fińskiego lasu. Okazuje się, że w naszej torbie z jedzeniem wysypał się cały słoik kawy rozpuszczalnej. Wszystko się w niej lepi. Nasza córcia ratuje jej dużą część, wybierając ją łyżką z zakamarków i pracowicie wsypując do słoika. W tych warunkach nawet nie ma jak tego wszystkiego umyć. W nocy jest zupełnie jasno, latem na tej szerokości geograficznej mimo że słońce zachodzi, to ciemność nie występuje..


1.07 piątek ~870 km

Dziś długi etap, więc ruszamy ok. 7 rano. Przed Jyvaskyla, w miejscu gdzie wracamy na główną drogę jest duża stacja benzynowa. Wywalamy tam śmieci, poranna toaleta, sprzątanie resztek wysypanej wczoraj kawy. Torba oblepiona nią od środka nadaje się do wyrzucenia. Ale jednak 3/4 kawy się uratowało. Po drodze zatrzymujemy się na stacji benzynowej, gdzie jest wielka kolekcja dzwonów. Znów nieco pada. Jedziemy, jedziemy... Dojeżdżam aż za Oulu gdzie w miejscowości o jakże krótkiej nazwie Ii wreszcie tankujemy i zmieniamy się za kierownicą. Potem jeszcze krótki postój na kempingu Merihelmi, nad zatoką Botnicką, ale woda płytsza niż rok temu, na kąpielisku jakaś przebudowa. Madzia jedzie do Rovaniemi, gdzie zgodnie z obietnicą złożoną Flo szybko składamy wizytę św. Mikołajowi. Byliśmy tu już, więc tym razem odpuszczamy wszelkie sklepu z pamiątkami. O 17 ruszamy dalej w stronę Ivalo,odległego o 300 km. Pojawiają się pierwsze renifery. Przed Sodankyla przejeżdżamy przez drogowy odcinek lotniskowy, nagle droga robi się szeroka na dobre 50 metrów. Potem długa jazda, przerwa w jakiejś zatoczce, komary tną tak, ze trudno wytrzymać, więc jedziemy dalej. W Ivalo klimat jak z filmów o Alasce - renifery w miasteczku, małe niskie domki, wiele mówiący drogowskaz Murmańsk 303 km. Tankujemy na automatycznej stacji, nie wiedzieć czemu te fińskie nie akceptują mojej karty. Na szczęście karta Madzi działa bez problemów. Nasz awaryjny zapas w kanistrze to raptem 10 litrów, góra 200 km jazdy... Dalej jedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów do kempingu nad jeziorem Inari. To trzecie co do wielkości jezioro Finlandii i święte jezioro Saamów. Po drodze piękne widoki, ładny las, wspaniałe, przejrzyste jezioro. Kemping jest bardzo ładny. Okazuje się że przepaliła się żarówka w samochodzie, wymieniam ją złorzecząc, bo ta stara nie chce się dać wyjąć ze swojego gniazda, a mnie atakują wściekłe roje owadów. Próba kąpieli w wykonaniu Madzi i Flo, ale jest za zimno na głębsze zanurzenie. Woda ma jakieś 10 stopni. Jesteśmy 300 km na północ od koła podbiegunowego, na początku lipca słońce tu w ogóle nie zachodzi. Pierwszy raz mam okazję oglądać to zjawisko, więc korzystam z dobrej pogody i uwieczniam je na serii zdjęć. O 1 w nocy zmęczenie wygrywa i idę spać.

Zdjęcia: Inari, Laponia, Słońce o północy nad jeziorem Inari, FINLANDIA
Inari, Laponia, Słońce o północy nad jeziorem Inari, FINLANDIA




2.07 sobota ~415 km

Rano wspaniała widokowo jazda brzegami jeziora Inari, mijamy kilka reniferów. Postój w miejscowości Inari, gdzie schodzimy nad jezioro. Jest naprawdę wielkie. Widać tylko fragment, ale woda zlewa się z horyzontem. Dalej jazda drogą E75 do miejsca gdzie w lewo odchodzi mniejsza droga nr 92. Tu pierwszy drogowskaz na Nordkapp. Tu już jest lasotundra - karłowate drzewa, bagna, krzaki i mech. Teren jest mocno pofalowany, cały czas jedzie się góra-dół, nie można za szybko, by nie wpaść za górką w stado reniferów. Droga jest dość wąska, trudno mi sobie wyobrazić jak tu mają się mijać dwa większe pojazdy. Wreszcie mostek gdzie jest granica Norwegii. To koniec UE, ale układ z Schengen umożliwia swobodne przejście. Na wjeździe jest kamera, kontrolująca przybywających. Potem zaczynają się odcinki bez asfaltu - Norwegia wita nas remontami dróg. Mały biwak w widokowym punkcie, ale komary tną jak oszalałe, więc długo to nie trwa. Mijamy miasteczko Karasjok, stolicę północnej Laponii. Kawałek dalej ruch wahadłowy gdzie stoimy dłuższą chwilę. Dopada nas straszna ulewa. Dalej droga jest już równa, wokół lasotundra, na horyzoncie pojawiają się góry. Wkrótce w nie wjeżdżamy. Dość długo i kręto, coraz więcej jazdy góra-dół, wreszcie dojeżdżamy do ostatniego większego miasteczka na północy - Lakselv. Znów klimat rodem z Alaski. Hula wiatr, jest tu ponuro i smutno. Zaczyna się tu wielki płaski fiord, właściwie dość szeroka zatoka - Porsangerfjorden - skierowana na północ w stronę Nordkappu.

Biorąc pod uwagę niewielką ilość stacji benzynowych na dalekiej północy, planujemy tankować do pełna na każdej. W Lakselv są 3 różne, tu już moje karty bez problemów działają, zresztą jest tu normalna stacja Shella, z obsługą. Ceny hamburgerów są iście norweskie - 90 NOK za bułkę z kotletem to trochę dużo (ok. 45 zł). Dalej droga wiedzie brzegiem fiordu, pozostało jeszcze ok. 150 km. Strome, osypujące się ściany. Krzewy i niskie drzewa. W Olderfjord w prawo odchodzi droga do Alty. My jedziemy dalej na północ. Tu już jest typowa arktyczna tundra - skały, mech, porosty. Nawet krzewów już nie ma. Na brzegach leżą muszle, odnóża krabów, ciekawe kamienie obrobione przez morze.

Mijamy pierwszy tunel, wykuty w skale. Gdy fotografujemy pasące się na poboczu stado reniferów zacina się migawka w aparacie. Kiedyś tak już było, padł jej napęd. Dość kiepska sytuacja, bo nienaprawialna w polowych warunkach. Na szczęście odblokowuje się, ale boimy się już robić zdjęcia, żeby wytrzymała choć na Nordkapp. Objeżdżamy kolejne zatoki fiordu. Droga idzie ciągle góra - dół. Krajobraz iście księżycowy, kompletna pustka, czasem tylko jakiś domek wśród skał, traw i wody. Wreszcie tunel na wyspę Mageroya - ma on 7 km, jest jednym z najdłuższych podmorskich tuneli Europy. Czeka nas bardzo długi zjazd i bardzo długi podjazd, tunel prowadzi aż 212 m pod poziomem morza. Na wyspie jest jeszcze surowiej, bo są tu spore góry, co potęguje wrażenie niedostępności. Kolejny tunel, bardziej płaski, ale mający ponad 4 km. W prawo Honningsvag - ostatnie miasteczko. Droga pnie się stromo w górę, widać już Nordkapp. Jeszcze w górę i już widać parking. Jakiś korek się zrobił, denerwujemy się. Okazuje się, że ktoś płaci za całą wycieczkę busów, więc trwa to dobre 15 minut. Wreszcie wjeżdżamy... ufff. Udało się, dotarliśmy! Dalej na północ bez samolotu lub statku już się nie da.

Zdjęcia: Olderfjord, Finmark, Renifery tundrowe, NORWEGIA
Olderfjord, Finmark, Renifery tundrowe, NORWEGIA



Robimy sobie zdjęcia pod słynnym globusem, na razie migawka działa, trochę się uspokajamy. Widoki są wspaniałe, przejrzystość powietrza świetna, ostre słońce. Po lewej widać Knivskjellodden - to jest tak naprawdę najdalej wysunięty na północ punkt wyspy, ale by na niego dotrzeć potrzeba ok 2,5 godziny marszu przez ciężki teren, a jest z pewnością mniej atrakcyjny niż Nordkapp. Daleko na wschodzie widać odległy o ponad 60 km Nordkinn - najdalej na północ wysunięty punkt stałego lądu Europy (Nordkapp leży na wyspie). Po lewej Morze Norweskie, po prawej Morze Barentsa - wody są błękitne i spokojne.

Zdjęcia: Nordkapp, Finmark, Morze Barentsa i przylądek Nordkinn widoczne z Nordkapp, NORWEGIA
Nordkapp, Finmark, Morze Barentsa i przylądek Nordkinn widoczne z Nordkapp, NORWEGIA



Tylko tu na górze silnie wieje, jesteśmy 300 m powyżej poziomu morza. Zwiedzamy całe centrum turystyczne, oglądamy fajny film, salę multimedialną. Szukamy sobie w miarę zacisznego miejsca. Podejmujemy decyzję o spaniu pod gołym niebem, bo przy samej ziemi jest względnie cicho - wystarczy się jednak wyprostować by całym sobą poczuć potężny wiatr. Co 10 minut robię kolejne zdjęcie fazy ruchu słońca - chcę później złożyć te zdjęcia w animację typu time-lapse. Od 21 zaczynają przybywać autokary z wycieczkami, tłumy ludzi. Słońce jest coraz niżej, ale nadal wysoko. Wreszcie północ, tłumy robią sobie zdjęcia ze słońcem wiszącym nad północnym horyzontem i szybko się rozchodzą. Mało kto zdaje sobie sprawę, że najniższy punkt ruchu słońca wypada kilkanaście minut po północy, nie jesteśmy wszak dokładnie na południku wyznaczającego czas dla całej strefy czasu środkowoeuropejskiego.

Zdjęcia: Nordkapp, Finmark, Nordkapp, NORWEGIA
Nordkapp, Finmark, Nordkapp, NORWEGIA



Wieje coraz mocniej. Wreszcie około 1 kładę się, ale już około 2 budzi mnie lodowaty wiatr. Podejmujemy decyzję o szybkiej ewakuacji do samochodu i spaniu w jego cichym bądź co bądź wnętrzu.

Zdjęcia: Nordkapp, Finmark, Biwak pod gołym niebem na północnym krańcu Europy, NORWEGIA
Nordkapp, Finmark, Biwak pod gołym niebem na północnym krańcu Europy, NORWEGIA




3.07 niedziela ~385 km

O 5 rano budzę się z bólem głowy. To jednak żaden wypoczynek po długim i męczącym dniu. Wiatr osiąga siłę huraganu. Stwierdzamy, że może by poszukać cichego miejsca gdzieś niżej i rozbić namiot, by przespać się w lepszych warunkach. Zjeżdżamy niżej, ale wieje równie mocno, ponadto całą wyspę pokrywają skały, lub podmokła trawa.

Zdjęcia: Mageroya, Finmark, Pustkowia wyspy Mageroya, NORWEGIA
Mageroya, Finmark, Pustkowia wyspy Mageroya, NORWEGIA



Śpimy więc dalej w samochodzie. Ok 8 rano, niezbyt wyspani ruszamy do Honnigsvag. Oglądamy lotnisko, zwiedzamy miasteczko. Ciężko uwierzyć jak ludzie mogą tu mieszkać, trudno mi sobie wyobrazić zimę na tym zapomnianym pustkowiu. Flo znajduje wylinki krabów i jeżowce. Oczywiście wszystko to musimy zabrać do domu... Do końca wyjazdu w samochodzie będzie już zapach jak na starym kutrze rybackim ;) Tankujemy, benzyna po ponad 17 NOK za litr. Cena dość kosmiczna. Pogoda się psuje, jest wiatr i zimno. Dalej jedzie Madzia. Jakiś postój nad Porsangerfjorden, kiełbasa śląska powoli robi się już niezbyt jadalna, więc bez żalu ją wyrzucam. Skręcamy do Alty, droga prowadzi przez góry, bagna, tundrę, rwące rzeki. Niesamowite krajobrazy. Pada definitywnie migawka aparatu :( Odtąd pozostają nam tylko komórki i aparat Flo. Wreszcie po ok. 2,5 godziny dojeżdżamy do Altafjordu, tu od razu robi się ładniej, krajobraz cudowny - wysokie góry wychodzą wprost z morza, ośnieżone szczyty, ładne niebo, błękitne wody fiordu. Alta to zadbane miasteczko. Tankujemy, tu benzyna jest nieco tańsza. Robimy mini zakupy w REMA 1000. Potem jedziemy wspaniałą widokowo drogą wśród kolejnych odgałęzień Altafiordu i Lyngenfjordu.

Zdjęcia: Lyngenfjord, troms, Lyngenfjord, NORWEGIA
Lyngenfjord, troms, Lyngenfjord, NORWEGIA



Zaczynamy szukać kampingu, ale te norweskie są jakieś kiepskie - chcą sporo pieniędzy a nawet nie ma pryszniców ani żadnej infrastruktury. Szukamy więc miejsca do noclegu na dziko. Znajdujemy je dość szybko w okolicy Storslett., dosłownie 15 metrów od drogi. Stoją w okolicy dwa kampery, ale nie przeszkadzamy sobie wzajemnie. Miejsce jest doskonałe - na wysokim brzegu, z widokiem na fiord i wysokie góry. Jest piękna pogoda, słońce znów nie zachodzi, tylko zatacza pętlę po niebie.


4.07 poniedziałek ~650 km

Rano jest pięknie, o 8:30 ruszamy. W Storslett tankowanie i uzupełnienie wody. Kafjorden i Storfjorden - cudne miejsca, droga okrąża je, przechodzi tunelami, z góry spadają gigantyczne wodospady. W końcu droga odchodzi w góry. Od Nordkjosbot znów jedzie Madzia, ja chwilę śpię. Dojeżdżamy do Narwiku, pogoda psuje się, góry chowają się w chmurach. Objeżdżamy zatokę, w mieście jedziemy na Gromsplass, gdzie jest pomnik marynarzy zatopionego tu ORP Grom. Spodziewałem się że Narwik jest większy, a ma najwyżej kilkanaście tysięcy mieszkańców. Wracamy kawałek. Nad zatoką budowany jest nowy most wiszący, który skróci drogę o dobre 20 km. Odbijamy na drogę do szwedzkiej Kiruny. Bardzo szybko temperatura spada do ok. 10 stopni. Są tu niesamowite pustkowia, coś jak w dolinie Staroleśnej w Tatrach - mutony, ogładzenia i tylko trawa i karłowate brzozy. Krajobraz ponury i niesamowity. I o dziwo dużo domków, na oko letniskowych.

Zdjęcia: Abisko, Abisko, Szwedzka Laponia, SZWECJA
Abisko, Abisko, Szwedzka Laponia, SZWECJA



Przekraczamy granicę Szwecji. Nadal strasznie jałowo, są tu jakieś dość spore góry, ale wygląda to inaczej niż w Norwegii, coś jak z westernów, tyle że szczyty są ośnieżone a nie spalone słońcem. Wokół podmokła tundra, zero lasów. Na głębokości kilku metrów jest wieczna zmarzlina, woda nie ma w co wsiąkać. Jedziemy cały czas wzdłuż dużego jeziora Tornetrask. Obok linia kolejowa Narwik - Kiruna, w czasie wojny miała ona duże znaczenie strategiczne, bo przez nią dostarczano rudę żelaza do portu w Narwiku, skąd płynęła do Niemiec. Remonty drogi, niezbyt składna organizacja ruchu. Remonty w sumie nie wiadomo po co, bo asfalt jest dobry a droga równa. Kompletne zero miejscowości po drodze. Totalne bezludzie. Przed Kiruną pojawia się rzadka karłowata tajga, przecinamy jakieś rwące rzeki. Kiruna to brzydkie, górnicze miasto, wielka kopalnia rudy żelaza, bodajże największa na świecie, nad miastem straszy góra rozebrana do połowy i wielka hałda wybranych z ziemi skał. Na stacji benzynowej obsługuje mnie typowa Laponka, słabo znająca angielski. Jedziemy dalej do odległego o 100 km Gallivare. Pojawia się w miarę normalny las, ale nadal teren jest bardzo podmokły. Po drodze nie mijamy żadnej miejscowości, ale mijamy gigantyczne ciężarówki wiozące na nczepie jeszcze bardziej gigantyczne... opony. Mają średnicę dobrych 5-6 metrów i kilka ton wagi każda, ewidentnie są przeznaczone do jakiś bardzo ciężkich pojazdów pracujących w kopalniach rudy żelaza. W Gallivare - również górniczym mieście - najpierw według GPS znajdujemy jakiś kemping który jest zamknięty, potem o wiele lepszy kemping miejski. Są tu wszelkie wygody - ładne prysznice, duża kuchnia, sauna w cenie, wifi itp. Należy nam się po kilku dniach z dala od cywilizacji. Gdzieś w oddali grzmi. W nocy przychodzi ulewa.


5.07 wtorek ~560 km

Rano mocno pada, namiot cały mokry. Śniadanie, potem zwijanie mokrego namiotu. Kilka stopni, mokro, stopy bolą z zimna. Madzia grzeje się w saunie, więc pakowanie spada na mnie. Ruszamy w stronę Lulea. Leje strasznie. Nie mogę się rozgrzać przez cały czas. Koło Overkalix przecinamy koło podbiegunowe, ale jest to mało atrakcyjne miejsce, tylko oznaczenie że to akurat tu. Mijamy Lulea, zaczyna się droga ekspresowa, więc jedzie się szybko. W Pitea dojeżdżamy przez przemysłowe miasto nad morze, przechodzimy przez prywatny teren - w Szwecji nie ma z tym problemów. Znów widać Bałtyk, więc coś w rodzaju zaślubin z morzem. Wieje i pada, więc wracamy. Według mapy pogody, chmury kończą się dopiero za Umea, więc tam postanawiamy obozować. Nieco dalej tankowanie, przelewam wreszcie benzynę z kanistra, bo stwierdzam ze jesteśmy już w cywilizowanej częsci Skandynawii i nie ma sensu wozić w bagażniku pełnego kanistra. Lejek jest do wyrzucenia bo śmierdzi benzyną w całym samochodzie. W pobliskim centrum turystycznym kupujemy jakieś pamiątki. Jedziemy dalej, mijamy Skelleftea i Umea, wreszcie docieramy na kemping w Rundvik, nad jedną z wielu w tych miejscu niedużych zatok Bałtyku. Kemping jest całkiem w porządku, choć słychać stąd pobliską drogę ekspresową. Tu już jest typowy widok z niemieckich pól biwakowych - długie rzędy kamperów i przyczep, gdzie siedzą ludzie i całymi dniami się nie ruszają. Dla nas nie do pomyślenia jak tak można spędzać urlop. Od Umea rzeczywiście poprawiła się pogoda, wieczór jest ładny. Słońce wreszcie zachodzi, choć i tak jest jasno.


6.07 środa ~580 km

Wyjazd 10 rano, niespiesznie. Piękna pogoda, tylko dość mocno wieje. W Ornskoldsvik robimy zakupy w Lidlu. Potem w Skuleskogens jest park narodowy, tuż przy trasie E4. Są tu klify, wypiętrzone z morza wzgórza, jaskinie. Przy parkingu wznosi się góra o wysokości ok 300 m n.p.m. W naszą stronę urywa się skalistą pionową ścianą po której biegną via ferraty. Obok jest centrum turystyczne i wypożyczalnia sprzętu. Jest też normalna ścieżka, znakowana niebiesko. Ja idę na górę, Madzia i Flo jadą nad morze. Ścieżka jest bardzo stroma, po drodze łańcuchy, drabiny, jakieś uchwyty. W pewnym momencie jest boczny szlak do jaskini, która okazuje się zwykłą grotą w skale. Wracam i wchodzę na skalisty szczyt. Uff... gorąco. Na górze jest stacja kolejki krzesełkowej. Roztacza się piękny widok. Widać stąd zatoki Bałtyku i przestwór wód Zatoki Botnickiej. Zejście w drugą stronę, przez skalne ogładzenia na których rośnie sosnowy skarłowaciały las. Po ok. 2 km zejście do drogi, tzw. drogi rozbójników. Na parkingu spotykam Madzię i Flo. Zwiedzamy centrum turystyczne. Potem jedziemy dalej. Mijamy wielki wiszący most w Sundsvall. Zmiana za kierownica na stacji benzynowej. Godzinkę śpię. Od Gavle zjeżdżamy w bok na Vasteras, gdzie nawigacja wskazuje kemping. Jest to duże miasto, fabryki, a do tego na lokalnym lotnisku jest akurat zlot oldsmobili. Kemping zapełniony, ale i tak nam się nie podoba to całe zamieszanie. Jedziemy więc dalej, jeszcze ok 50 km, do Kungsor nad jeziorem Galten. Znajdujemy tam miły, zaciszny kemping. Piękny zachód słońca, namiot rozbity tuż przy plaży, odpoczywamy. Wreszcie robi się ciemno. Jesteśmy już zmęczeni ta podróżą, stwierdzamy, że już nie będziemy obozować na dziko. Dziś nie dojechaliśmy do jeziora Wener, co planowaliśmy, ale jutro chcemy jechać koło niego i obozować później koło Malmo, nad cieśniną Kattegat.


7.07 czwartek ~520 km

Wyjazd 11 rano. Wcześniej pojawia się grupa muzułmanów. Ale są bardzo spokojni, uczą się szwedzkiego, graja w grę terenową. Mają kilku szwedzkich opiekunów. Widać, że są tym wszystkim zainteresowani, może to akurat ci, którzy rzeczywiście chcą się jakoś zintegrować a nie tylko wyciągać rękę po jałmużnę? Potem jazda nad jezioro Wener - największe w Szwecji i trzecie co do wielkości w Europie. Rzeczywiście - czujemy się jak nad morzem, bo drugiego brzegu nie widać, jest ponad 80 km stąd. Kąpiel, plażing, Flo rozbija kolano, więc niezbędna jest mała pomoc medyczna. Potem nudna jazda do Goeteborga, po drodze zakupy w centrum handlowym w jakimś mieście. Goeteborg to duże miasto panuje tu duży ruch, jest kilka autostrad, na szczęście jedziemy wyłącznie nimi. Jazda w stronę Malmo, autostrada z ograniczeniem do 120 km/h, najszybszą jak dotąd. Szukamy kempingu w okolicy Bastad, które jest uroczym kurortem. W Torekov znajdujemy, ale jest jakiś ekstremalnie ekskluzywny - najtańsze miejsce na namiot 375 koron, czyli niemal 200 zł!!! Parę kilometrów obok znajdujemy miły, choć duży kamping Norrviken Caravanclub. Obok placyk do minigolfa, mili sąsiedzi z Danii, a potem kolejni z Belgii. Flo ma zabawę i możliwość poćwiczenia języka angielskiego w praktyce. Wieczorem nieco pada.


8.07 piątek ~520 km

Wyjazd 8 rano. Kilkadziesiąt kilometrów autostradą, tankowanie jeszcze w Szwecji. Potem wjazd na Most nad Sundem. Gigantyczna konstrukcja, była już widoczna dobre 30 km wcześniej na tle horyzontu. Przejazd kosztuje 54 euro, za mostem jest sztuczna wyspa i długi tunel. Razem ok. 17 km. Jest to najdłuższy most łączący dwa kraje, jednak Most nad Wielkim Bełtem, położony dalej - jest nieco dłuższy, choć w całości na terytorium Danii. Obwodnicą mijamy Kopenhagę, kierujemy się na Rodby i Gedser, potem już na samo Gedser. Gedser to kilka domów i terminal promowy. Przyjeżdżamy o 12:40, prom już stoi, ale nie mając wcześniejszej rezerwacji nie mamy gwarancji że wjedziemy, ani kiedy wjedziemy. Pani w kasie mówi, ze to może być nawet jutro... ale nic, ryzyk-fizyk, kupujemy bilet. Na pierwszy prom nie udaje nam się wjechać, został... jeden samochód przed nami!

Czekamy 2 godziny, na szczęście na kolejny mieścimy się. Podróż to 67 km, dość nudno, do tego zaczyna padać deszcz. Prom starszy niż te z Tallina do Helsinek. Po 2 godzinach dobijamy do portu w Rostock. Miasto nijakie, portowe, nadal widać NRD-owską przeszłość. Na szczęście szybko wyjeżdżamy na autostradę. Jedziemy w stronę Rugii, nowym mostem przejeżdżamy na wyspę. To kurort, widać że tu będzie drogo... do tego na samej wyspie są duże korki, spowodowane światłami, kolejką wąskotorową i padającym deszczem. Znajdujemy kemping, wielki, ale przytulnie urządzony. Helmut w recepcji załatwia formalności przez dobre 15 minut, scena rodem z filmu Jak rozpętałem II wojnę światową. Aussweis bitte, name, forname... Brzęczyszczykiewicz. Grzegorz. ;) dostajemy wreszcie kartkę na samochód, pilota do szlabanu, dwa klucze i dwa żetony do pryszniców. Ordnung musn sein! Leje deszcz. Rozbijamy namiot i idziemy na piaszczystą plażę. Na brzegu pełno meduz i charakterystyczny zgniły zapach Bałtyku. Znów leje. Wracamy i szybko zasypiamy.


9.07 sobota ~800 km

Wyjazd 9 rano. Pada cały czas. Wszystko mokre. Wyjazd z wyspy to 1,5 godziny stania w gigantycznym korku. Tragedia! Odwiedzamy jeszcze Prorę - hitlerowski gigantyczny kompleks wypoczynkowy. Rezygnujemy z Peenemunde, bo czasu brak. Na autostradzie w stronę Szczecina zero stacji benzynowych, musimy zjechać gdzieś na bok. Do tego zniszczona nawierzchnia, która w naturalny sposób ogranicza prędkość do maksymalnie 70 km/h. W Polsce wreszcie gładka i normalna droga, nowa nawierzchnia. Pod Gorzowem jakiś objazd gigantycznego korka spowodowanego robotami drogowymi. wyjeżdżamy z drogi S3 bramą awaryjną, jedziemy jakaś polna drogą, wreszcie wracamy na ekspresówkę. Pod Poznaniem duży korek na pierwszych bramkach. Wreszcie jesteśmy w domu w Warszawie o 21.

Całość relacji z podróży - opisana o wiele szczegółowiej i zawierająca znacznie więcej zdjęć jest dostępna tutaj. Zapraszam.

Na film podsumowujący wyjazd zapraszam tutaj.


Razem przejechane 6792 km (i 150 km na pokładach promów), ze średnią prędkością 77 km/h, średnie spalanie to 6,2 l / 100 km, co oznacza że spaliliśmy w sumie 421 l benzyny. Przyjmując jej średni koszt na 6 zł można policzyć, że samo paliwo kosztowało ok. 2500 zł, do tego promy ok. 1000 zł, most nad Sundem to 230 zł, a autostrada A2 to jakieś 60 zł. Jedzenie niemal w całości z Polski - ok 300 zł + ze 200 zł wydane na chleb, słodycze, kawy i inne rzeczy w Skandynawii. Wjazd na Nordkapp 360 NOK. Kempingi w sumie to ok 500 zł. Całość wyjazdu to więc ok 5 tys. zł z czego połowa to paliwo. Jak na 11 dniowe wakacje dla 3 osób przy przemierzeniu takiego dystansu i zobaczeniu ciekawych miejsc - uważam ze bardzo ok, szczególnie biorąc pod uwagę skandynawskie ceny.

Zdjęcia

NORWEGIA / Finmark / Nordkapp / NordkappFINLANDIA / Laponia / Inari / Słońce o północy nad jeziorem InariNORWEGIA / Finmark / Mageroya / Pustkowia wyspy MageroyaNORWEGIA / troms / Lyngenfjord / LyngenfjordSZWECJA / Abisko / Abisko / Szwedzka LaponiaNORWEGIA / Finmark / Olderfjord / Renifery tundroweNORWEGIA / Finmark / Nordkapp / Morze Barentsa i przylądek Nordkinn widoczne z NordkappNORWEGIA / Finmark / Nordkapp / Biwak pod gołym niebem na północnym krańcu Europy

Dodane komentarze

brak komentarzy

Przydatne adresy

Brak adresów do wyświetlenia.

Strefa Globtrotera

Dział Artykuły

Dział Artykuły powstał w celu umożliwienia zarejestrowanym użytkownikom serwisu globtroter.pl publikowania swoich relacji z podróży i pomocy innym podróżnikom w planowaniu wyjazdów.

Uwaga:
za każde dodany artykuł otrzymujesz punkty - przeczytaj o tym.

Jak dodać artykuł?

  1. Zarejestruj się w naszym serwisie - TUTAJ
  2. Dodaj zdjęcia (10 punktów) - TUTAJ
  3. Dodaj artykuł (100 punktów) - TUTAJ
  4. Artykuły są moderowane przez administratora.

Inne Artykuły

X

Serwis Globtroter.pl zapisuje informacje w postaci ciasteczek (ang. cookies). Są one używane w celach reklamowych, statystycznych oraz funkcjonalnych - co pozwala dostosować serwis do potrzeb osób, które odwiedzają go wielokrotnie. Ciateczka mogą też stosować współpracujący z nami reklamodawcy. Czytaj więcej »

Akceptuję Politykę plików cookies

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2001 - 2018 Globtroter.pl